3. Zły Wilk

Rose wróciła do domu absolutnie roztrzęsiona, chwilę przed tym jak zaczęło padać. Tata był już w domu i domagał się usłyszeć od początku do końca, co dokładnie wydarzyło się w tym drugim wszechświecie. Od początku uważał, że cała ta wyprawa to bezsensowny pomysł, jednak bez słowa szemrania umożliwił Rose pracę dla Torchwood i korzystanie z zaplecza organizacji. Zaskakująco szybko zaakceptował ją jako córkę, nawet mimo tego, że przez wiele tygodni nie mogła mu wybaczyć, że zabrał ją do tego równoległego świata. Czasami, zwłaszcza na początku, Rose naprawdę myślała, że wolałaby umrzeć niż żyć bez Doctora. Wiedziała, że jest niewdzięczna wobec rodziców, ale byłaby gotowa pogodzić się z tym, że już nigdy ich nie zobaczy, jeśli oznaczałoby to powrót do życia, jakie wiodła na TARDIS. Teraz Doctor rozwiązał za nią ten problem i choć bardzo by chciała, nie potrafiła się tym cieszyć.

Po trzech mocnych herbatach uspokoiła się na tyle, żeby przypomnieć sobie, co wydarzyło się ledwie dwie doby wcześniej. Opowiadała wszystko powoli i z namaszczeniem. Kiedy dotarła do momentu, gdy spotkała Doctora, głos jej zadrżał, jednak jakimś cudem udało jej się nie rozpłakać. Później było już prościej z każdy momentem, aż do chwili, kiedy doszła do wydarzeń z Zatoki Złego Wilka. W tym momencie opowieść przejęła Jackie:

- I wtedy wysadził nas tam i powiedział, że ten drugi Doctor to jakby cena, którą musieli zapłacić za uratowanie wszechświata i Rose musi się nim zaopiekować, żeby nie zrobił nic głupiego. No, ale Rose nie chciała i wtedy ten drugi Doctor powiedział, że jest w połowie człowiekiem, nie zrozumiałam do końca dlaczego, ale że będzie się starzał i umrze, i że chciałby przeżyć ten czas z Rose. – Jackie wzięła oddech i kontynuowała dalej: - A potem jeszcze rozmawiali o czymś w trójkę i…

Rose wstała z kanapy i wybiegła z pokoju.

- I widzisz, teraz się tak zachowuje cały czas i nie wiem dlaczego, bo potem nagle pocałowała Doctora, tego drugiego, tego, który teraz z nami mieszka, a ten pierwszy wyglądał bardzo smutno, ale wsiadł do budki z tą swoją nową dziewczyną i odleciał, i zostaliśmy sami w Norwegii, i wtedy do ciebie zadzwoniłam. A potem Rose płakała i powiedziała, że to wcale nie jest jej Doctor i teraz się ciągle kłócą, i chyba pokłócili się znowu, i ja naprawdę tego nie rozumiem, bo on zachowuje się przecież całkowicie identycznie i sam mówił, że myśli w ten sam sposób i ma wszystkie wspomnienia i przecież to wspaniale, że Rose została jednak z nami….

- Pytanie brzmi – Jej mąż westchnął, obejmując Jackie ramieniem - czy Rose też tak uważa?

Po wyjściu z salonu Rose przystanęła w korytarzu i oparła się o ścianę, nie mogąc się zdecydować dokąd pójść. Z jednej strony miała ochotę schować się pod kołdrą w swoim własnym łóżku i spokojnie się wypłakać. Z drugiej zaś czuła niewymowną potrzebę wystawienia głowy na deszcz, jakby woda mogła wypłukać z niej natrętne myśli i wspomnienia. W dodatku zaczynała naprawdę martwić się o człowieka, którego porzuciła na ulicy na takim deszczu. Zapewne nie chciał tutaj wracać, nie po wszystkim, co mu powiedziała. Być może już nie wróci. Ta myśl wzbudziła w niej równocześnie ulgę i przerażenie. Przypomniała sobie co czuła tego ranka, gdy nie zastała go w domu. To był jej największy lęk, który towarzyszył jej już od ich pierwszego spotkania - że Doctor ją opuści. Zostawi ją w domu, albo co gorsza gdzieś na obcej planecie, samą i przestraszoną. Rose niczego na świecie nie bała się tak jak porzucenia. I ten koszmar się ziścił, ziścił więcej razy niż chciałaby pamiętać.

Ale ten człowiek nie był Doctorem, był dla niej jedynie kopią, kopią perfekcyjną, ale wciąż tylko kopią. I dlatego Rose czuła też ulgę, ponieważ w jego obecności każde słowo sprawiało ból, a każde spojrzenie przypominało to, o czym chciałaby zapomnieć. Ponieważ widziała w jego oczach tyle samo lat, tyle samo wspomnień i tyle samo smutku ile w oczach Doctora. A także coś czego nie rozumiała, coś, co pojawiało się w nich, gdy na nią patrzył, coś o co zawsze bała się zapytać. Coś co mógłby wyrazić w kilku słowach, na które Rose czekała tak długo, tak przeraźliwie długo.

„Rose Tyler…"

I po dwóch latach usłyszała wreszcie dalszy ciąg tego zdania. Przez chwilę naprawdę wierzyła, że te wyczekane słowa padły z właściwych ust. Wierzyła, że całuje właściwą osobę. Że naprawdę może przeżyć całe życie z Doctorem, że mogliby być razem i zestarzeć się razem. „Więc dlaczego przestałaś?" spytał jakiś głos w jej głowie, łudząco podobny do głosu Mickey'ego. „Za dużo myślisz, Rose. Może to naprawdę jest On, może to naprawdę jest Doctor." Ale niezależnie od tego, jak bardzo się starała, nie potrafiła tego przyjąć bez wewnętrznego oporu. Ponieważ Doctor, jej Doctor, był najbardziej niezwykłą i unikatową osobą w całym wszechświecie i Rose nie wyobrażała sobie, że mogłaby kiedykolwiek pokochać kogoś w ten sam sposób. Ale jeśli On rzeczywiście był Doctorem…

Nagle jej rozważania przerwał krzyk dochodzący z pokoju Tony'ego. Wyglądało na to, że jej mały braciszek obudził się przestraszony. Rose wahała się chwilę czy nie zawołać mamy, ale w końcu sama weszła do pokoju i wzięła go na ręce. Był cieplutki i rozespany oraz dużo cięższy niż Rose zapamiętała. Właściwie to nie pamiętała nawet kiedy ostatni raz trzymała go na rękach. Naprawdę cieszyła się z jego narodzin, bo wiedziała, że uszczęśliwiło to rodziców i naprawdę go kochała, ale dopiero w tym momencie uświadomiła sobie, że gdyby odeszła z tego świata nigdy nie zobaczyłaby również jego. Nigdy nie dowiedziałaby się jakim człowiekiem stanie się w przyszłości. Teraz miała szansę zostać przy nim, jako prawdziwa starsza siostra. Poczuła, że robi jej się trochę lżej na sercu.

- Jestem tu, malutki. Przestraszyłeś się tej okropnej burzy, prawda? Ale już jest wszystko dobrze, Rose jest z tobą, mój malutki braciszku i żadna głupia burza nic ci nie zrobi - szeptała Rose, kołysząc go delikatnie.

- Lose - wyseplenił Tony, wyraźnie uspokojony, przytulając się do niej ufnie. - Baju, Lose?

- Tak, przeczytam bajkę. - Rose uśmiechnęła się mimowolnie, zapalając lampkę i sięgając po leżącą przy łóżeczku książeczkę. Kupiła ją Tony'emu z okazji pierwszych urodzin. Była to ilustrowana historia o Czerwonym Kapturku, ulubiona bajka jej dzieciństwa. Usiadła w fotelu, posadziła sobie braciszka na kolanach i zaczęła czytać:

- Dawno, dawno temu, za siedmioma górami w małej chatce pod lasem mieszkała pewna dziewczynka…

Rose dochodziła właśnie do momentu, gdy Zły Wilk zjada babcię, kiedy odkryła, że Tony zasnął w jej ramionach. Uśmiechnęła się i pocałowała go w sam czubek blondwłosej główki. Wiedziała, że powinna odłożyć go do łóżeczka, ale poczuła się nagle bardzo zmęczona i senna.

Kiedy Jackie przyszła później zobaczyć czy wszystko jest w porządku, zastała dwójkę swoich dzieci śpiących zgodnie na fotelu. Uśmiechnęła się do siebie, delikatnie wysupłała Tony'ego z objęć siostry i zaniosła do łóżeczka. Rose drgnęła i obudziła się.

- Śpij, kochanie - wyszeptała Jackie.

- Nie. - Rose odgarnęła włosy z twarzy. - Muszę… Muszę znaleźć…

- Przecież do ciebie wróci, skarbie.

- Ja… - Rose przetarła oczy, próbując odgonić senność. - Poczekam. Ktoś musi go wpuścić do domu, jeśli wróci albo…

Nie dokończyła zdania, wstała tylko z przyjemnie miękkiego fotela i wyszła na korytarz.

- Mogę z tobą zaczekać, jeśli chcesz - zaproponowała Jackie, wychodząc za nią.

- Nie trzeba, mamo - mruknęła Rose, ziewając. - Idź spać.

- Dobranoc córeczko. I Rose?

- Tak mamo?

- Cieszę się, że jesteś tutaj, z nami.

- Dzięki mamo. - Rose objęła ją mocno. - Kocham cię.

- Ja ciebie też skarbie.

Za oknem ciągle padał deszcz.

Mijała godzina za godziną, a Rose wciąż czekała, bardzo starając się nie myśleć o niczym, a już w szczególności nie o Doctorze. Przez jakiś czas próbowała oglądać telewizję, ale przyłapała się na tym, że nie ma pojęcia czego dotyczy akcja filmu. Rodzice poszli już spać i kiedy Rose zgasiła telewizor, do jej uszu dochodził jedynie szum deszczu za oknem i odległe grzmoty. Jednak w końcu i one ucichły i w całym domu zapanowała cisza. Rose poszła do kuchni i zaparzyła sobie kolejną herbatę. Czuła się jak człowiek obudzony nagle z głębokiego snu, który, reagując agresją w stosunku do budzącego, przewraca się na drugi bok i uświadamia sobie, że nie jest już w stanie zasnąć ponownie. Powoli, bardzo powoli zaczynała akceptować swoje przebudzenie, z drugiej strony zaś wciąż nie potrafiła się z nim pogodzić. Dwa lata, okropnie długie i intensywne dwa lata zdawały jej się teraz jedynie przykrym snem, ale rzeczywistość, która nastała po nich, wcale nie była łatwiejsza do zniesienia.

Czuła się naprawdę zmęczona, zmęczona płaczem i nieustannym rozmyślaniem. Rose nigdy nie była dobra w myśleniu, zawsze wolała działać i zdawać się na intuicję. To przez podróże z Doctorem zaczęła kwestionować swoje uczucia i to, co wcześniej zdawało się jej oczywistym. „Kiedy podróżujesz z tym gościem zaczynasz mieć wieczne wątpliwości" powiedział kiedyś Mickey i Rose przyznała mu wtedy rację. Żałowała, że nie ma go teraz przy sobie. Był dla niej prawdziwym przyjacielem, tym cenniejszym, że wiedziała, iż w żaden sposób nie zasłużyła sobie na tę przyjaźń. Naprawdę miała nadzieję, że z ich dwójki chociaż on jest teraz szczęśliwy.

Jej myśli stawały się coraz bardziej chaotyczne, kiedy zmęczenie zaczęło brać górę nad silną wolą. Przez chwilę próbowała jeszcze połączyć pourywane wątki w swojej głowie, ale w końcu poddała się i powoli osunęła się w niebyt.

Ocknęła się gwałtownie i poderwała głowę próbując ustalić co ją obudziło. W domu wciąż królowała cisza i przez chwilę była przekonana, że coś się jej przywidziało, kiedy dźwięk powtórzył się; było to ciche i nieśmiałe pukanie do drzwi. Wciąż zaspana wstała z kanapy i ziewając poszła je otworzyć.

Czekający po drugiej stronie Doctor wyglądał okropnie. Był cały przemoczony, a na jego policzkach wykwitły niezdrowe rumieńce. Spojrzał na nią z mieszaniną żalu i lęku.

- Cześć, Rose - mruknął cicho. - Mogę wejść?

Odsunęła się bez słowa wpuszczając go do pokoju i zauważając, że ma wyraźne problemy z utrzymaniem równowagi.

- Jesteś pijany - stwierdziła, zbyt zaskoczona, żeby nadać temu stwierdzeniu emocjonalne zabarwienie.

- Może troszeczkę - odpowiedział, próbując równocześnie rozwiązać sznurówki w swoich trampkach i nie wylądować z twarzą na podłodze. - I chyba trochę przeceniłem możliwości tej wątroby. Wiesz, miałem kiedyś lepszą. Chociaż Gary twierdzi, że i tak całkiem nieźle się trzymam.

Rose poczuła, że jej zaspany umysł przestaje nadążać.

- A Gary to…?

- Barman. Przemiły człowiek, jego dziewczyna jest w szóstym miesiącu ciąży. Jeśli urodzi się dziewczynka to nazwą ją Elizabeth. To bardzo piękne imię. Znałem kilka kobiet, które się tak nazywały. Elżbieta I miała ze mną chyba jakiś problem, za to obecna królowa jest moją wielką fanką. A Liz VII, ta to miała charakterek…

Rose milczała przez chwilę, próbując przetrawić usłyszane informacje.

- A jeśli urodzi się chłopiec? - spytała w końcu skołowana.

- Nie mam pojęcia. - Doctor poradził sobie wreszcie z trampkami. - Gary jest przekonany, że to będzie dziewczynka.

Przez chwilę stali naprzeciw siebie w milczeniu. W końcu Doctor spytał cicho:

- Czekałaś na mnie?

- Idź spać. - Rose udała, że nie usłyszała pytania. - Weź gorącą kąpiel i przebierz się szybko w coś suchego. Nie życzę sobie, żebyś umarł mi tu na zapalenie płuc czy coś w tym stylu.

- Odsetek umierających na zapalenie płuc w Wielkiej Brytanii wynosi jedynie… - zaczął Doctor, jednak rzucił spojrzenie na jej twarz i uznał najwyraźniej, że najbezpieczniej będzie posłuchać. - Zresztą masz rację, potrzebuję snu. Dobranoc, Rose.

- Dobranoc - powiedziała za nim Rose, patrząc jak odchodzi powoli w głąb domu, pozostawiając na posadzce mokre odciski stóp. Po chwili ruszyła za nim, marząc o tym, żeby wreszcie się położyć.

- Ja ci dam Liz VII - mruknęła jeszcze do siebie i uśmiechnęła się mimowolnie.

Była już naprawdę bardzo zmęczona.


Serdeczne podziękowania dla Marysi za betę tego rozdziału. Następny rozdział powinien powstać w przeciągu najbliższego tygodnia, ale wszystko zależy od Wena, a to bardzo kapryśny zwierz. Można dokarmiać go w komentarzach, zeżre wszystko ;)