4. Nowy Now Doctor
Następnego ranka Doctor obudził się całkiem wyspany, za to z okropnym bólem głowy. Nigdy wcześniej nie miał kaca i normalnie byłby to całkiem interesujący eksperyment, jednak tym razem stwierdził, że w ostatnich dniach miał dostatecznie dużo nowych wrażeń. Usiadł ostrożnie, sprawdzając, czy z innymi częściami ciała wszystko jest w porządku. Oględziny wypadły całkiem pomyślnie, jedynie gardło odrobinę go bolało, uznał jednak, że po bieganiu na lodowatym deszczu jest to całkiem normalny objaw. Dostrzegł, że na stoliku obok łóżka ktoś pozostawił mu tabletkę aspiryny i szklankę jakiegoś pomarańczowego koktajlu. Posłusznie przełknął pigułkę, jednak zapach dochodzący ze szklanki wzbudził w nim pewne opory. Ostatecznie uznał jednak, że nie zna się zbytnio na ludzkich enzymach i musi w tej kwestii zaufać Rose. Nie wątpił, że to ona chciała uratować go przed zapaleniem płuc i bólem głowy, nie wiedział tylko w jaki sposób interpretować to zachowanie - jako wyrzuty sumienia, wyrazy sympatii czy po prostu zwykłą litość. Była to jedna z rzeczy, których zamierzał się dzisiaj dowiedzieć.
Zaczął już wstawać, gdy przypomniał sobie, że nie ma już swojego garnituru. Pamiętał jak przez mgłę, że wrzucił go wczoraj do pralki, choć jej obsługa zdecydowanie go wtedy przerosła. Byłoby mu łatwiej, gdyby mógł ją rozkręcić, jednak Jackie z jakiś niewiadomych mu przyczyn sobie tego nie życzyła. Na szczęście Rose pomyślała także o tym i w nogach łóżka znalazł jedynie odrobinę za krótki, szary dres. Kiedy go ubrał, poczuł się naprawdę zagubiony. Ubranie zawsze było czymś co go określało i stanowiło w pewien sposób część jego osobowości. Teraz, bez swojej TARDIS, bez śrubokrętu i nawet bez swojego garnituru czuł się bardziej sobie obcy niż zazwyczaj tuż po regeneracji. To skojarzenie przyniosło mu na myśl pewien pomysł.
Zszedł na dół, rozglądając się za jakimiś oznakami życia, jednak wyglądało na to, że wszyscy wyszli z domu. Wszedł do kuchni i chwilę pomyszkował po szafkach i lodówce, jednak ostatecznie uznał, że wcale nie czuje się głodny i zjadł jedynie banana. Zastanowił się gdzie wszyscy mogli się podziać. Pete prawdopodobnie był w pracy, Jackie poszła z Tonym do parku lub do którejś ze swoich przyjaciółek. Pozostawało mu jedynie dowiedzieć się gdzie jest Rose.
Znalazł ją na niewielkim betonowym boisku położonym na tyłach ogrodu. Rzucała piłką do kosza, jednak gdy go zobaczyła, zatrzymała się i złapała piłkę w ręce.
- Cześć - powiedzieli równocześnie i Doctor uśmiechnął się niepewnie.
- Zastanawiałem się, gdzie się podziałaś - powiedział.
- Wiesz, to naprawdę odprężające. - Wskazała na piłkę trzymaną w rękach. - Często grywaliśmy tu razem z Mickey'em, tak żeby zapomnieć na chwilę o pracy i tym wszystkim…
- Pewnie za nim tęsknisz.
Rose skinęła głową, patrząc w bok.
- Bardziej niż się spodziewałam. - Wskazała ręką na jego ubranie. - To był jego dres. Jest na ciebie trochę za mały, ale nie mogłam znaleźć nic innego.
- Nie, jest w porządku. Chociaż chyba będę musiał kupić sobie coś nowego. - Doctor potarł o ucho zaaferowany nagle tym problemem. - Nigdy nie kupowałem sobie ubrań w sklepie. Będę potrzebował pieniędzy. - Zmarszczył brwi. - Skąd ludzie biorą pieniądze?
Rose wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia. Nigdy nie byłam w tym za dobra. Ale tata jest w tym świecie prawdziwym biznesmenem, wiesz - ten dom i w ogóle… Nie przejmuj się pieniędzmi.
- Dzięki. - Doctor chciał spytać jeszcze o wiele rzeczy, ale w końcu wskazał tylko ręką na piłkę. - Mogę się przyłączyć?
- Jasne. - Rose podała mu piłkę. - Ciężko gra się w pojedynkę.
- Tak - odpowiedział Doctor , przymierzając się do rzutu. - Wiem coś o tym.
Piłka wpadła w sam środek kosza.
Gra okazała się naprawdę uspokajająca i pozwoliła Doctorowi wykorzystać nadmiar chęci do działania oraz, co istotniejsze, nie wymagała z jego strony zbyt wielu słów. Ostatnio oboje nie byli za dobrzy w rozmowach i każda następna próba nawiązania kontaktu budziła w nim tyle samo nadziei co obaw. W końcu jednak poranek zmienił się w popołudnie i Doctor poczuł, że jego obecnie nie do końca sprawny organizm ma dosyć. Uniósł ręce do góry i wydyszał:
- Dobra Rose, wygrałaś! - Usiadł na pobliskiej ławce. - Jak dla mnie wystarczy!
- Wiedziałam, że nie masz ze mną szans - powiedziała Rose. Stała jeszcze przez chwilę naprzeciw, ale w końcu usiadła obok niego. Przez kilka minut siedzieli w milczeniu, próbując uspokoić oddechy. Doctor wyciągnął twarz w stronę bladego słońca i zamknął oczy. Poczuł na sobie spojrzenie Rose. Było bardzo wiele rzeczy, które chciał jej wcześniej powiedzieć, ale teraz miał w głowie absolutną pustkę. Rose również siedziała w milczeniu i Doctor pomyślał, że właściwie mogliby tak siedzieć razem w nieskończoność, czekając aż drugie wykona pierwszy krok. Jednak w tej samej chwili zawiał lekki wiatr i Doctor kichnął gwałtownie.
- Jak się czujesz? - spytała miękko. - Nie zdziwiłabym się gdybyś był przeziębiony czy coś…
- Nie, czuję się całkiem nieźle, naprawdę. - Spojrzał na nią z ukosa. - Dzięki za tabletkę i to drugie… coś.
W odpowiedzi skinęła tylko głową, ale Doctor postanowił, że tym razem nie pozwoli ciszy zapaść ponownie.
- To zabawne uczucie, być przeziębionym. Wiesz, Władcy Czasu właściwie nie chorują, nie tak jak ludzie. Oczywiście potrafimy kichać, ale to tylko jeden ze sposobów filtrowania powietrza, bez żadnej gorączki czy kataru. - Pociągnął nosem. - Katar. To naprawdę obrzydliwe, wy ludzie macie tak wiele różnych chorób, ale nie ma nic gorszego niż katar. Poważnie Rose, to całkowicie odbiera wam powagę i wiarygodność, no spójrz tylko - Doctor złapał się za nos i zaczął mówić zmienionym głosem: - „Jestem Nadchodzącym Sztormem". - Puścił nos i pokręcił głową z politowaniem. - Tak na serio, to brzmi beznadziejnie. Co innego takie pełne godności kichnięcie…
W tym momencie Doctor odwrócił się po raz pierwszy w stronę Rose i aż się zająknął, widząc mnogość uczuć wypisanych na jej twarzy.
- Więc zostaniesz z nami? - spytała, przyglądając mu się wyczekująco. - No wiesz, mieszkając tutaj i w ogóle.
- Tak, oczywiście. To znaczy, jeśli chcesz. Mogę zostać. Jeśli to nie problem. Chciałbym zostać, jeśli mogę, ale jeśli nie chcesz…
Nagle Rose wyciągnęła rękę przed siebie, dotykając delikatnie jego policzka. Doctor znieruchomiał całkowicie, wstrzymując oddech, podczas gdy Rose wpatrywała się uważnie w jego twarz, jakby szukała na niej jakichś bardzo ważnych wskazówek.
- Rose? - wyszeptał po dłuższej chwili przez zaciśnięte gardło.
Ocknęła się gwałtownie i cofnęła rękę, a on poczuł nagły chłód na policzku.
- Wybacz, ja tylko… - zaczęła, uciekając mu wzrokiem. - Chciałam tylko… Och, to nie ma żadnego znaczenia.
Chciał jej powiedzieć, że to nieprawda. Że to wszystko ma ogromne znaczenie. I wiele innych ważnych rzeczy, ale był wstanie powtórzyć jedynie:
- Rose…
- To takie trudne - powiedziała nagle. - Kiedy patrzę na ciebie, widzę jego. Masz te same włosy i te same oczy. Marszczysz brwi i uśmiechasz się w ten sam sposób. Masz taki sam układ zmarszczek i nawet w ten sam sposób lekko przekrzywiony nos. Masz ten sam głos, którym mógłbyś opowiadać te same historie. A równocześnie jesteś tak bardzo inny, choć nie umiem powiedzieć dlaczego. I nie wiem, naprawdę nie wiem co mam o tym myśleć. Kim jesteś? Po prostu mi powiedz, kim jesteś?
Pytanie zawisło między nimi i w momencie, gdy Rose myślała już, że nie otrzyma odpowiedzi, Doctor powiedział:
- Pamiętasz, Rose, spytałaś mnie już o to kiedyś. Kiedy zobaczyłaś mnie pierwszy raz, mam na myśli tego konkretnego mnie. Pamiętasz, Rose? Barcelona, nowe zęby i ta, zdecydowanie pretensjonalna, skórzana kurtka. Naprawdę się wtedy bałem, że mnie zostawisz. Ponieważ kiedy ludzie, na których nam zależy się zmieniają, naprawdę trudno to zaakceptować. Czasami to niemożliwe. Ale to wciąż byłem ja, a ty byłaś tak cudowna i uwierzyłaś mi, i osiągnęliśmy razem tak wiele! Rose i Doctor, wciąż ten sam, choć odmieniony; podróżujący przez galaktyki i ratujący cywilizacje. Och, Rose, naprawdę o tym zapomniałaś? Teraz jest jak wtedy, ale zmieniłem się jeszcze mniej, tylko odrobinkę, tylko kilka szczegółów, jak ilość serc, czy długość życia, ale to wszystko nie ma żadnego znaczenia, bo to wciąż jestem ja, Rose, twój Nowy Nowy Doctor. Lub gwoli ścisłości twój Nowy Nowy Nowy Doctor.
Przez cały czas, kiedy mówił, Rose słuchała go uważnie, jednak nawet jeśli chciała mu coś odpowiedzieć, w tym momencie przerwała im Jackie, wychodząc na taras i krzycząc przez cały ogród:
- Rose, jesteś tam? Jest telefon do ciebie, chyba z pracy lub coś takiego. Mam powiedzieć, że nie ma cię w domu?
- Nie, już idę, mamo. Lepiej to odbiorę - zwróciła się do Doctora. - To może być ważne.
Wciąż nie patrzyła mu w oczy.
- Jasne - mruknął.
To może być ważne.
Po obiedzie Rose zabrała go do centrum miasta. Włóczyli się między błyszczącymi wystawami sklepów, dopóki Doctor nie zaopatrzył się we wszystkie potrzebne ubrania. W międzyczasie wypytywał Rose o najróżniejsze rzeczy, zaczynając od cen pralek, a kończąc na systemie podatkowym Wielkiej Brytanii. Do tej pory uważał się zawsze za eksperta od ziemskich spraw, jednak teraz przekonał się jak wielkim był ignorantem. W końcu, po kilku godzinach, zmęczeni i głodni usiedli w niewielkiej knajpce. Był piątkowy wieczór i z trudem udało im się znaleźć wolny stolik.
- Nigdy nie sądziłem, że to takie trudne. I męczące - powiedział Doctor, z trudem przekrzykując panujący wokół hałas.
- Zakupy? - spytała Rose. - Ciesz się, że nie ma z nami Jackie.
Doctor uśmiechnął się.
- Bardziej chodziło mi o całe to ludzkie życie. No wiesz, z niedzielami, podatkami, regularnymi posiłkami… - Odchrząknął. - Choć ma też oczywiście dużo dobrych stron, tak sądzę.
- Oczywiście. - W głosie Rose zabrzmiała nutka goryczy.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach.
- Och, czemu wy ludzie jesteście tacy głośni? - spytał w końcu Doctor. - Nie dziwię się, że jesteście tak opóźnieni cywilizacyjnie, w takim hałasie w ogóle nie można się skupić.
- Myślałam, że nie lubisz ciszy i spokoju. - Rose uniosła brwi.
- Ale cisza jest czasem potrzebna! Żeby przemyśleć pewne sprawy i tak dalej. A w waszym świecie nie ma ani jednego miejsca, żeby w spokoju pomyśleć. Zagłuszacie się bezsensowną gadaniną i głośną muzyką. Nie męczy cię to?
- Może odrobinę. - Rose wzruszyła ramionami. - Zawsze można wieczorem zamknąć się w łazience i pomyśleć w wannie. Albo pojechać na wieś.
- Więc o co chodziło z tym telefonem z Torchwood? - Doctor zmienił gwałtownie temat. - To nie było nic ważnego?
- Mają jakieś dziwne odczyty. - Rose machnęła ręką. - Sprawdzili urządzenia i wszystko, ale to wciąż się utrzymuje. Wiesz, coś z promieniowaniem, tak mi się wydaje. Ale ja nie jestem specjalistką, od takich rzeczy mają swoich naukowców. W końcu coś z tym zrobią.
- Może mógłbym rzucić na to okiem. - Doctor zawiesił głos.
- Jeśli chcesz. Ale wątpię, żeby to było coś istotnego. Raczej chcieli się po prostu dowiedzieć kiedy wrócę do pracy.
- Więc… Kiedy wrócisz do pracy?
- Jeszcze nie wiem, chyba potrzebuję małej przerwy - odpowiedziała z namysłem. - A ty? To znaczy, co zamierzasz teraz robić?
- Nie mam pojęcia. - Doctor zmarszczył brwi. - Może też poszukam pracy w Torchwood. Albo pójdę wykładać fizykę kwantową. Ewentualnie mógłbym przenieść się za miasto i hodować pszczoły.
- Och, daj spokój. - Rose uśmiechnęła się wyraźnie mimo woli. - Nie potrafię sobie tego wyobrazić.
- Czemu nie? - Doctor też się uśmiechnął. - Wielu geniuszy robi tak na emeryturze.
- Jasne. - Pokręciła głową i zrozumiał, że ona wcale mu nie wierzy. I właściwie miała rację. Już teraz po dwóch dniach czuł, że zaczyna wariować z bezczynności. Zdecydowanie potrzebował jakiegoś bardziej zajmującego zajęcia, nie potrafił jedynie wyobrazić sobie co by to mogło być. W ogóle nie potrafił wyobrazić sobie swojej przyszłości w tym świecie. W tej chwili nie mógł być pewny nawet jedynej rzeczy, która zdawała mu się oczywista, gdy decydował się tu pozostać.
- Chciałbym po prostu zostać z tobą, Rose - mruknął cicho. Tak cicho, że nie był nawet pewien czy usłyszała go w tym hałasie. W każdym razie nie dała tego po sobie poznać.
- Lepiej już wracajmy - powiedziała pozornie beztrosko. - Zanim rodzice uznają, że znowu mnie gdzieś porwałeś.
Doctor pomyślał, że bardzo chciałby mieć taką możliwość.
W drodze do domu wstąpili jeszcze do sklepu z elektroniką, co odrobinę poprawiło Doctorowi humor. Postanowił, że cokolwiek by się nie działo lepiej mieć pod ręką soniczny śrubokręt. Wprawdzie większość normalnie dostępnych we wszechświecie części tu była absolutnie nieosiągalna, ale dość szybko wymyślił jak je zastąpić. Rozczarował go jedynie brak grafenowych ogniw anty-elektronowych, ale uznał, że ostatecznie będzie musiał po prostu częściej podłączać śrubokręt do prądu.
W czasie gdy byli w sklepie, zapadły już całkowite ciemności. Doctor spojrzał w niebo, ale przez chmury nie zobaczył żadnych gwiazd.
- Chyba w nocy będzie znowu padać. - Rose podążyła za jego wzrokiem. Jakby na potwierdzenie jej słów gdzieś w oddali rozbrzmiał potężny grzmot.
- To normalne? - spytał Doctor marszcząc czoło. - Te ciągłe burze.
- To Londyn - odpowiedziała Rose, wyraźnie będąc myślami gdzieś indziej. - Nie ma nic niezwykłego w deszczu w Londynie.
- Tak, pewnie masz rację - mruknął Doctor, rzucając jej uważne spojrzenie.
- Myślałam sporo o tym, co mówiłeś dzisiaj rano - powiedziała nagle. - No wiesz, o tym, że to wciąż ty.
- I? - spytał Doctor po chwili milczenia.
- Nie mam pojęcia. - Rose przejechała ręką po włosach. - Myślę, że potrzebuję trochę przestrzeni. I czasu, żeby to sobie wszystko poukładać. Wiesz, to wszystko dzieje się tak szybko…
- Oczywiście - powiedział szybko. - Rozumiem.
Nie potrafił jedynie pozbyć się natrętnej myśli, że czas i przestrzeń to dwie jedyne rzeczy, których już nigdy nie będzie mógł jej podarować.
