5. Nie Jesteś Sam

Przez kilka kolejnych dni Rose miała wreszcie dość czasu, by od nowa przemyśleć pewne sprawy. Od czasu ich ostatniej rozmowy Doctor odsunął się od niej prawie całkowicie, zaszywając się na całe dnie w swoim pokoju, razem z połową zawartości szopy na narzędzia. Wychodził stamtąd tylko na niektóre posiłki, podczas których odzywał się niewiele i niechętnie. Rose czuła, że jest samotny i nieszczęśliwy i bolało ją to bardziej niżby sobie życzyła. Chciałaby potrafić go pocieszyć, jednak obecnie nie potrafiła nawet pocieszyć samej siebie i po pewnym czasie cisza panująca w domu zaczęła ją przytłaczać, dusić i przyprawiać o szaleństwo. I dlatego gdy jej telefon po raz kolejny wyświetlił wiadomość od Mary, Rose odpisała jej z godziną spotkania.

Mary była jednym z lepszych naukowców pracujących w Torchwood. Ledwie kilka lat starsza od Rose miała już za sobą cztery doktoraty, ale wciąż pozostawała słodką i odrobinę nieśmiałą dziewczyną. Od samego początku pomagała Rose zbudować maszynę do podróży między wymiarami, wkładając w to prawie całą swoją energię i naukowy zapał. Rose nie szukała przez ostatnie dwa lata kontaktu ze starymi znajomymi, nie pragnęła też nowych, w końcu przekonanie, że jest tutaj tymczasowo nie opuszczało jej ani na chwilę. Jednak Mary okazała się być jedną z niewielu naprawdę życzliwych jej osób i prawdopodobnie jedyną, która poznała całą historię od początku do końca. Jej pomoc była nieoceniona i choćby z tego powodu należały się jej jakieś wyjaśnienia. Tak przynajmniej tłumaczyła to sobie Rose w drodze na spotkanie, stanowczo nie dopuszczając do siebie myśli, że to ona w tej chwili potrzebuje prawdziwej przyjaciółki.

Mary czekała na nią na ławce w parku, ale poderwała się na jej widok i przestała się uśmiechać. Dopiero teraz Rose uświadomiła sobie, jak wiele wyjaśnień ją czeka i poczuła ochotę, żeby odwrócić się uciec, jednak już chwilę później tkwiła w objęciach dziewczyny.

- Nic mi nie jest, naprawdę – powiedziała szybko, odsuwając się i uciekając spojrzeniem w bok.

- Wyglądasz, jakbyś nie spała od tygodnia. – zażartowała Mary, jednak Rose czuła na sobie jej badawczy wzrok. – Co się stało?

- Możemy usiąść?

- Jasne – Mary pociągnęła ją na ławkę. – Więc co się stało?

- No cóż – Rose spróbowała się uśmiechnąć, ale grymas, który pojawił się na jej twarzy miał niewiele wspólnego z radością. – Znalazłam go.

- To dobrze. To dobrze, prawda? – odezwała się Mary po chwili milczenia. Kiedy Rose nie odpowiedziała dodała: - Nie wiem co zrobiliście, ale wszystko wróciło do normy. Gwiazdy przestały gasnąć, a wszechświaty się zapadać…

- Tak, wiem. To byli Dalekowie. Ale już ich nie ma. To długa historia.

Przez chwilę siedziały w milczeniu, gdy nagle Rose poderwała głowę.

- O mój Boże. Nawet się z tobą nie pożegnałam. Po prostu weszłam do tej maszyny i…

- W porządku. Byłam zła, ale już jest w porządku. Powiedz mi tylko jedno Rose, jeśli go znalazłaś, co tak strasznego się zdarzyło, że jesteś tutaj? Rose, dlaczego tu jesteś?

Rose zmarszczyła czoło i ściągnęła brwi, z trudem powstrzymując płacz.

- Nie mam pojęcia.

Zanim Rose skończyła opowiadać miała już całkiem rozmazany makijaż, ale tym razem wyrzucenie tego z siebie przyniosło jej zaskakująco dużo ulgi. Mary słuchała w milczeniu, ale być może nie wierzyła po prostu w to co słyszy, zresztą dla Rose nie miało to teraz żadnego znaczenia. Przez chwilę panowała cisza, jakby obie musiały pozbierać się po tej historii, aż w końcu Mary powiedziała:

- To musi być okropne.

Rose myślała w pierwszej chwili, że się przesłyszała.

- Co?

- Mam na myśli, że musisz czuć się okropnie. - Mary ucisnęła jej dłoń i uśmiechnęła się nieśmiało. – No wiesz, wszystko jest inaczej niż sobie wyobrażałaś i w dodatku wszyscy uważają pewnie, że to najlepsze rozwiązanie. Prawdopodobnie ty też wierzysz gdzieś w środku, że tak powinno być, ale nie potrafisz być teraz szczęśliwa i to cię frustruje… Przepraszam, mówię z sensem?

- Zaskakująco tak. – Rose pokręciła głową. – Nikt wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Ale tak właśnie się czuję, jakby wszyscy dookoła dawno zdecydowali za mnie, że tak powinno wyglądać moje życie i jakby oczekiwali teraz, że będę szczęśliwa…

Zamilkła nagle, przygryzając wargę i zamyśliła się, a po chwili dodała:

- Wtedy na plaży… Tak to właśnie zabrzmiało. Jak spełnienie wszystkich moich marzeń. Naprawdę chciałam wierzyć, że no wiesz… Że wreszcie będziemy razem. Na zawsze. Zestarzejemy się razem. Nigdy nie wypowiedziałabym tego na głos, ale zawsze chciałam być dla niego kimś więcej niż tylko… I to brzmiało tak… nie wiem, to było jak sen. Ale już wtedy wiedziałam, oczywiście, że wiedziała, że to nie będzie takie proste, tylko nie chciałam o tym myśleć. A potem, gdy zrozumiałam, że nie ma powrotu… I cały czas czuję się tak okropnie rozdarta. – Jej głos załamał się. – Nie wiem co mam robić.

Czuła się jak idiotka zwierzając się ze swoich uczuć, tak głębokich, że nie wiedzieli o nich nawet mama i Mickey, ale możliwość wypowiedzenia choć części z tego na głos było w pewien sposób uzdrawiająca. Zwłaszcza, że widziała, że Mary w żaden sposób jej nie ocenia i nie wymaga, żeby mówiła z sensem. To także było nowe. I dobre.

Po dłuższej chwili Rose odezwała się znowu:

- Wybacz, że cię w to wciągam, ja tylko czuję się trochę zagubiona i wiesz, nie bardzo mam z kim o tym porozmawiać. Mama bardzo chciałaby mi pomóc, ale nic kompletnie nie rozumie, a Mickey…

- Słyszałam o tym. – powiedziała Mary szybko. - Wrócił do domu.

- Myślałam, że tu jest jego dom. – Rose otarła łzę wierzchem dłoni. – Nigdy nie wyobrażałam sobie, że tak po prostu zniknie z mojego życia. Kiedyś znaczył dla mnie tak dużo, właściwie zawsze był ważny, ale kiedy poznałam Doctora… Po prostu o tym zapomniałam. Przy nim zapominałam o tak wielu rzeczach…

- Może to jest odpowiedź. – Mary odsunęła grzywkę z oczu i przekrzywiła lekko głowę.

- Co nią jest?

- Może czas, żebyś sobie przypomniała. No wiesz, o tym co kiedyś było ważne. Zanim go poznałaś. Zanim poznałaś Doctora miałaś przecież życie.

- Było beznadziejne.

- Ach tak.

- Tak. – Rose westchnęła, ale uniosła głowę.

- Ale wcale nie musiało takie być. A teraz masz jeszcze tatę i Tony'ego i pracę… i mnie. A dookoła jest tyle wspaniałych rzeczy do robienia. No wiesz, znalazłaś już Doctora. Może czas, żebyś znalazła sobie nowy cel.

- A co z nim?

Mary zawahała się.

- Może po prostu… Zaczekaj. Może jeszcze go pokochasz. Może już go kochasz, ale o tym nie wiesz. Może to naprawdę on. Być może za bardzo się tym przejmujesz. I za dużo o tym myślisz. On nie potrzebuje twojego współczucia. Myślę… Że gdy ty będziesz szczęśliwa, on również będzie. Nie wiem. Nie znam go. Być może to co mówię nie ma żadnego sensu.

- Tak, to możliwe. – Rose spróbowała się uśmiechnąć. – Ale myślę, że to naprawdę mi pomogło. Dziękuję.

- Nie ma za co. – Mary uśmiechnęła się delikatnie. – I Rose?

- Tak?

- Nie jesteś sama. Pamiętaj o tym, dobra?

Nie jesteś sama.

I tak przez następne dni Rose próbowała pamiętać. Znalazła bar, do którego Mickey po raz pierwszy zabrał ją na randkę i pierwszy sklep, w którym pracowała, zaraz po tym, jak rzuciła naukę. Przypomniała sobie o tym jak bardzo lubiła w dzieciństwie karmić kaczki w stawie, więc pewnego dnia zabrała Tony'ego do parku, gdzie przez dwie godziny rzucali do wody okruszki. Wieczorem pomogła mamie przygotować kolację i wysprzątała porządnie swój pokój. Myślała, że to będzie trudne, powrót do normalności, ale jej umysł zaakceptował to bez problemu, jakby organizm miał już dość ciągłych obsesji i zadręczania się. I tak w ciągu dnia udawało jej się zachowywać pozory tego, że wszystko jest w porządku. Jedynie wieczorem Rose zaglądała zawsze do pokoju gościnnego, jednak jego mieszkaniec zwykle już wtedy spał. Raz zastała go śpiącego przy biurku, z głową opartą na rękach. Wyglądało na to, że zasnął pisząc, jednak kartki zapisane były po galifreyańsku i Rose nie wiedziała nawet czy jest to proza czy plan statku kosmicznego. Wyglądał tak rozczulająco i niewinnie, że poczuła przez chwilę pokusę, aby pogłaskać go po głowie, jednak natychmiast przestraszyła się tej myśli i wycofała z pokoju.

Tego samego wieczoru postanowiła wrócić do Torchwood. Wiedziała doskonale, że nie jest tam potrzebna, ze swoim niezrozumieniem dla praw fizyki i nieukończonym technikum, ale w jakiś sposób czuła, że ona potrzebuje tej pracy.

Nie wiedziała jeszcze wtedy, że ta decyzja stanie się początkiem prawdziwej burzy.

Jeśli dla Rose tydzień ten był czasem na wybudzanie się z koszmaru, o tyle Doctor czuł jakby pogrążał się w nim coraz bardziej. Przez pierwszą dobę montował swój nowy śrubokręt, co przy dostępnych materiałach okazało się prawdziwym wyzwaniem. Skończył po dwudziestu siedmiu godzinach pracy i dumy jak paw ruszył w stronę drzwi, pragnąc pokazać go Rose, gdy nagle przystanął gwałtownie. Wziął głęboki wdech, zgasił światło i rzucił śrubokręt z powrotem na biurko. Zamiast wyjść z pokoju, położył się na łóżku na wznak i spojrzał na sufit. Zniechęcenie i smutek dopadły go teraz z całą siłą. Spróbował zasnąć, ale senność odeszła nagle i tak leżał przez całą noc wydany na pastwę ciemności i własnych wspomnień, usypiany co chwila przez zmęczenie i równie często wybudzany przez złe sny. Rano zajrzała do niego Rose, jednak uznawszy najwyraźniej, że śpi, wycofała się cicho. Doctor nasłuchiwał jej kroków na schodach dopóki nie ucichły całkowicie i westchnął ciężko.

Resztę dnia spędził leżąc w półśnie. Godziny mijały niespiesznie, a on obserwował przesuwające się powoli wskazówki zegara i przeliczał ile sekund pozostało mu do końca życia. Dwa biliony? Liczba ta wydała mu się śmiesznie mała przy wszystkich latach, które przeżył do tej pory. Tak mało czasu, że równie dobrze mógł go zmarnować. Tak mało czas, że chciałby zapamiętać każdą sekundę.

Tak mało czasu.

Wieczorem przyszła do niego Jackie. Bez pukania weszła do pokoju i rzuciła mu szybkie spojrzenie, po czym wyszła i wróciła z kolacją, kubkiem herbaty i lekami. Używając zadecydowanie zbyt wielu słów stwierdziła, że Doctor musiał złapać jakieś przeziębienie i właściwie wygląda jakby nie jadł i nie spał od tygodnia. I jeśli zamierza się zagłodzić mógłby przynajmniej nie robić tego wtedy, gdy ona gotuje. I niech nie się nie przyzwyczaja, że Jackie będzie mu usługiwać, bo gdyby nie wyglądał tak okropnie ściągnęłaby go na dół za uszy. Następnie dość chaotycznie wyjaśniła mu dawkowanie leków przeciwgorączkowych i proszków nasennych, a na koniec absolutnie niezrażona jego milczeniem, kazała mu jak najszybciej przeprosić Rose, cokolwiek strasznego by się między nimi nie działo. Kiedy opuściła pokój Doctor roześmiał się odrobinę histerycznie i sięgnął po jedzenie, jednak już po kilku kęsach zrobiło mu się niedobrze. Z trudem wmusił w siebie połowę porcji i wziął do ręki pudełko tabletek nasennych. Był pewien, że męczy go coś znacznie poważniejszego niż zwykłe przeziębienie, jednak możliwość przytłumienia się lekami wydawała mu się obecnie całkiem niezłą alternatywą. Wahał się jeszcze przez chwilę obracając pudełku w ręce, zaczął nawet czytać skład, jednak w tej chwili usłyszał kroki Rose na schodach i podjął decyzję. Połknął pośpiesznie trzy tabletki i popił herbatą po czym opadł na łóżko. Zasnął prawie od razu i kiedy Rose przyszła później sprawdzić czy wszystko z nim w porządku spał już snem bez marzeń.

Następnego ranka obudził się dość późno i spojrzał za okno. Dzień był szary, wilgotny i ponury, co doskonale odpowiadało jego nastrojowi. Poczuł nagły głód, więc wstał z łóżka i zszedł do kuchni. Stwierdził z ulgą, że nikogo nie ma w domu, bo na myśl, że musiałby znieść jeszcze jedną tyradę Jackie albo co gorsza spojrzenie Rose, zaczynało boleć go serce. Wyciągnął z lodówki dość przypadkowy zestaw produktów spożywczych i zjadł wszystko do ostatniego okruszka, po czym pozmywał dokładnie naczynia i blaty. Wrócił na górę i wziął chłodny prysznic, który rozbudził go do końca. Wciągając na siebie swój nowy garnitur pomyślał, że powinien może kupić coś co mniej przypominało jego strój z czasów gdy był jeszcze tym prawidłowym Doctorem, ale nie wiedział co innego mógłby nosić. Właściwie problem tkwił w fakcie, że nie wiedział nawet do końca kim jest. Czuł się obcy w tym ciele, nie potrafił zrozumieć jego potrzeb ani podporządkować go do końca swojej woli. W jego głowie wciąż panował całkowity, nieokiełznany chaos, a natrętne wspomnienia, choć momentami nieco cichsze wciąż przyprawiały go o ból głowy. Do tej pory udawało mu się trzymać jako tako, jednak poprzedniego dnia pękła jakaś tama i Doctor czuł, że jeśli szybko czegoś nie wymyśli pozostanie mu jedynie łykanie coraz większej ilości tabletek nasennych.

Dwa biliony sekund. Ciekawe co wyjdzie jeśli przeliczyć to na liczbę pigułek. Choć w końcu pewnie przesadzi i pozostanie mu dużo mniej czasu. Może nawet tak będzie prościej.

Wrócił do pokoju i szybko wyrzucił wszystkie tabletki do kosza na śmieci. Wyspany i najedzony czuł, że może zrobić coś więcej niż przespać kolejny dzień, jednak próbowanie przerażało go jeszcze bardziej niż bezczynność, która do tej pory zdawała mu się zawsze największym wrogiem. Bał się działania, które mogłoby wymknąć mu się spod kontroli, jak wtedy, gdy zniszczył wszystkich Daleków. Bał się słów, którymi mógłby kogoś zranić. Bał się myśli i marzeń, które mogły przynieść mu tyle samo nadziei co cierpienia. Bał się nawet miłości, miłości, która przywiodła go w to miejsce, która obiecywała mu szczęście, a karmiła go tęsknotą. Bał się siebie, bał się żalu i nienawiści, których nie mógł teraz rozłożyć na dwa serca, bał się, że w końcu znienawidzi także Rose i ta myśl wydała mu się najokrutniejszą. Strach był niszczącą siłą, Doctor wiedział to dobrze, a teraz miał go w sobie tak wiele, że nie był pewien czy kiedykolwiek będzie w stanie się go pozbyć.

Zamknął oczy, szukając w pamięci czegokolwiek co mogłoby złagodzić lęk i wtedy to usłyszał. Cichą kołysankę, zapomnianą od tak dawna. Łagodna melodia i delikatny głos, który nawet teraz, po tylu latach, wciąż był gwarancją szczęścia i bezpieczeństwa. Słowa zaczęły się już zacierać w jego pamięci i musiał naprawdę się postarać, żeby je sobie przypomnieć. To była prosta piosenka, traktująca o gwiazdach, urządzających sobie ucztę na białych szczytach gór. Otworzył oczy i rzucił się do biurka, gwałtownym ruchem odsuwając zalegające na nim graty i wyszarpując z szuflady papier i długopis. Zaczął notować gorączkowo, słowo po słowie, jakby tekst w każdej chwili mógł ulecieć z jego głowy. Z każdą zapisaną zwrotką czuł się spokojniejszy, jakby ta kołysanka miała być odpowiedzią na pytanie kim jest.

Przez następne cztery dni Doctor zapisał jeszcze wiele kartek. Spisał „Pieśń O Stworzeniu Dwóch Słońc" i kilkanaście dziecięcych rymowanek. Przypomniał sobie swoje ulubione wiersze i „Hymn Arkadii". Niektóre z pieśni spróbował również przetłumaczyć na angielski, jednak uznał wynik tych zabiegów za niezbyt udany. Zapisał również treść swoich ulubionych baśni. I gdzieś pomiędzy bajką o gwieździe, która chciała świecić jaśniej od księżyca, a historią Galeriona Srebrnobrodego Doctor odkrył, że cokolwiek by się nie działo chce walczyć o swoje dwa biliony sekund. Decyzja ta dojrzewała w nim jeszcze przez kilka godzin, gdy nagle zerwał się na równe nogi i nucąc pod nosem jakąś starą piosenkę zbieg na dół. Nie wiedział co chce zrobić, wiedział tylko, że musi odnaleźć Rose i powiedzieć jej coś ważnego, nawet jeśli nie umiał na razie znaleźć odpowiednich słów. O dziwo nie przejął się wcale jej nieobecnością. Wrócił na górę i położył się na łóżku, zdecydowany czekać tak długo jak będzie trzeba.

Musiał przysnąć na chwilę, ponieważ obudziło go głośne pukanie do drzwi. Zerwał się na równe nogi i pobiegł je otworzyć. Po drugiej stronie stał Pete z bardzo poważną miną.

- Potrzebujemy twojej pomocy Doctorze. – powiedział od razu gdy go zobaczył.

- Jasne, w porządku. O co chodzi? Nie zaczekaj – Doctor przerwał mu jeszcze zanim Pete zdążył otworzyć usta. – Gdzie jest Rose? Muszę z nią porozmawiać, wróciła z Tobą do domu?

Pete przejechał dłonią po czole i westchnął ciężko.

- To właśnie jest nasz problem. Nie mamy pojęcia gdzie jest Rose.