Chciałabym móc napisać w tym miejscu, że prawie miesięczna zwłoka z dodaniem tego rozdziału wynika z tego, że jest on długi, skomplikowany i ma nawet akcję (!), ale prawda jest taka, że napisałam go przez ostatnie trzy dni i wrzucam tu od razu po napisaniu. Zwłoka zaś wynika z lenistwa, nadmiaru kreatywności i zmęczenia materiału. I być może rozdział ten nie powstałby wcale, gdybym nie pomyślała, że przecież gdzieś tam w świecie są ludzie, którzy to opowiadanie czytają, ba! niektórzy dają o tym znać i być może czekają nawet niecierpliwie na kontynuację. Także drogi ewentualny czytelniku pomyśl sobie, że rozdział ten powstał specjalnie dla Ciebie i miej bardzo dobry dzień. A ja obiecuję poprawę i pokornie proszę o wybaczenie. W końcu ten rozdział naprawdę jest długi. I ma nawet akcję. Skomplikowaną.


6. Nadchodzący Sztorm

Trzy zdania. Jeśli chodzi o ilość wypowiadanych słów Pete był całkowitym przeciwieństwem swojej żony i wystarczyły mu trzy zdania, żeby wyjaśnić Doctorowi całą sytuację. Trzy zdania, które zburzyły od razu cały z tak wielkim trudem budowany spokój, i które sprawiły, że jego serce stanęło na chwilę, tylko po to, żeby zaraz potem przyspieszyć gwałtownie.

- Co to znaczy porwana? Przez kogo?

- Gdybyśmy to wiedzieli, nie musiałbym prosić cię o pomoc. – odpowiedział Pete wciąż tak samo zmęczonym głosem. Nie jestem nawet pewny co się wydarzyło, byłem po drugiej stronie miasta. Właśnie tam jadę i pomyślałam, że wstąpię po ciebie. Pamiętam, jak pomogłeś nam wtedy z cybermenami i być może jesteś jedynym człowiekiem, który może ją ocalić. Nie wiem ile mamy czasu, więc mam tylko jedno pytanie- jedziesz ze mną?

- Oczywiście. – Doctor złapał się za głowę, próbując powstrzymać narastającą falę paniki. - Tylko daj mi chwilę, w porządku? Muszę coś zabrać.

- Zaczekam w samochodzie. I… pospiesz się.

- Jasne. – powiedział Doctor zaciskając zęby. Zaczekał aż kroki Pete ucichną na schodach, a potem rzucił się gwałtownie do łazienki na piętrze i wsunął głowę pod lodowatą wodę. Narastająca fala strachu zaczęła go paraliżować i przyprawiać o mdłości, ale nie mógł pozwolić sobie teraz na słabość, nie gdy życie Rose było zagrożone, a on nie mógł przecież bez niej żyć, widział to teraz dokładnie. Wyciągnął głowę spod kranu i spojrzał w lustro, z którego patrzył na niego zupełnie obcy człowiek. Człowiek o zapadniętych, nieogolonych policzkach, podkrążonych oczach i spuchniętych powiekach. Człowiek dygoczący ze strachu. I dopiero w jego spojrzeniu Doctor dostrzegł coś tak bardzo znajomego, choć równocześnie tak bardzo ludzkiego, coś co przerażało go i co mogło mu dać tym razem siłę do działania.

W jego zmęczonych oczach widać było gniew.

Na zewnątrz znowu padał deszcz i Doctor postawił kołnierz od płaszcza i pobiegł do samochodu.

- Co dokładnie się zdarzyło? Muszę znać każdy szczegół, to niezwykle ważne. – powiedział zatrzaskując za sobą drzwi od eleganckiego samochodu Pete'a. Ojciec Rose ruszył do razu. Jego dłonie zaciskały się kurczowo na kierownicy, ale pewnie prowadził samochód po wilgotnym asfalcie.

- W tym momencie wiem niewiele więcej niż ty. Przyszła do pracy po raz pierwszy od tygodnia, ale zanim zdążyła wypić poranną kawę, pojawił się nagle biały promień, uderzenie energii, w bazie wysiadł prąd, a gdy udało się go przywrócić Rose nigdzie nie było. Ten promień musiał być jakimś teleportem czy czymś w tym rodzaju, po prostu błysk i Rose znika. Nie znamy tej technologii, ale próbujemy ją zidentyfikować i może to nam pomoże.

- Nie sądzę. – Doctor odwrócił głowę w stronę okna – To technologia rozszczepienia kwantowego, używa jej połowa galaktyk na lewo od Spirali Ślimaka.

Pete spojrzał na niego zaskoczony, sięgnął już do słuchawki umieszczonej w uchu i zaczął przekazywać przez nią słowa Doctora.

- Wiesz coś jeszcze? – odezwał się po chwili.

- Nic więcej dopóki nie dotrzemy na miejsce i nie zdobędę więcej danych. Nie da się przyspieszyć?

Pete zacisnął usta z irytacją, ale docisnął pedał gazu, a Doctor przycisnął czoło do szyby. Musiał coś przegapić, coś ważnego, czuł to wyraźnie, ale nie miał pojęcia na czym powinien zaczepić myśl.

- Od kiedy Rose pije kawę? – spytał w końcu.

- Od jakichś dwóch lat. Miała kłopoty ze snem, kiedy z nami zamieszkała.

„Kiedy ją zostawiłeś." – powiedziało jego spojrzenie.

Doctor poczuł nagle ogromną ochotę, żeby zaprzeczyć, powiedzieć, że to nie było on, ale przypomniał sobie ból, pustkę i palące łzy na policzkach i stracił tę pewność.

- Co się tu w ogóle działo? No wiesz przez te dwa lata, od kiedy pozbyliście się cybermenów?

- Nic specjalnego. Był jeden poważny kryzys z Sontarianami, jakieś dziewięć miesięcy temu, ale poradziliśmy sobie. No i oczywiście teraz, gdy zaczęły gasnąć gwiazdy. Ale oprócz tego zajmowaliśmy się głównie działalnością naukową, rozebraliśmy na części cyber-technologię i wykorzystaliśmy kilka rozwiązań do stworzenia nowych rodzajów broni. Generalnie wciąż zajmujemy się zbrojeniami, tak na wszelki wypadek, ale mamy też zespół od zmian klimatycznych i speców od podróży kosmicznych. Wysłaliśmy sondę na marsa, jakieś pięć miesięcy temu. I to w sumie tyle, Torchwood rozwinęło się bardzo przez ostatnie dwa lata, ale wciąż nie wszyscy doceniają nasze działania, wielu ministrów z gabinetu prezydenta twierdzi, że wyrzucamy publiczne pieniądze w błoto. Dlatego większość projektów wciąż finansuję z pieniędzy mojej korporacji, choć musiałem w tym celu zastraszyć połowę zarządu. Przerobiliśmy na bazę kompleks starych fabryk i teraz to jedno z lepiej strzeżonych miejsc na świecie. Dojeżdżamy już na miejsce.

Peter mówił spokojnie i rzeczowo, nie odrywając wzroku od drogi przed sobą, jednak Doctor wyczuwał w całej jego postawie jakieś napięcie, które kazało mu opowiadać to wszystko.

- Kto by pomyślał Pete Tyler, facet od zdrowych napojów, napędza rozwój cywilizacji i broni Ziemi – powiedział Doctor kręcąc głową, a Pete uśmiechnął się kącikiem ust.

- Kto by pomyślał? – powtórzył i westchnął – Mam tylko nadzieję, że Jackie o niczym się nie dowie, już i tak była wściekła, kiedy pozwoliłem Rose skakać między wszechświatami, nie wiem co zrobi, gdy jej powiem, że ktoś porwał jej córkę.

Przejechali przez kilka punktów kontrolnych i wjechali na parking przed wielkim białym budynkiem, otoczonym przez szare bryły starych hal fabrycznych.

- Witamy w Torchwood. – powiedział Pete, parkując samochód.

Ledwie przekroczyli próg głównego budynku, gdy podbiegła do nich niska, rozczochrana dziewczyna w długim, pomiętym fartuchu.

- Panie Tyler. – powiedziała, witając się skinieniem głowy i przerzucając od razu spojrzenie na Doctora. - A ty musisz być Doctorem prawda?

- Tak, to ja – odpowiedział wbijając dłonie do kieszeni i rozglądając się po holu. – A ty jesteś?

- Doktor Mary McConelly, główny naukowiec do spraw pozaziemskiej technologii. Pracowałam z Rose.

- O świetnie – powiedział Doctor, znienacka wbijając w nią wzrok. – Jakieś teorie pani doktor?

- Cóż, nie sądzę, żeby… – zaczęła Mary, jednak w tym momencie przerwał jest nadbiegający z drugiej strony korytarza młody człowiek w garniturze, wymachujący dziko telefonem trzymanym w ręku.

- Panie Tyler – krzyknął, gdy tylko znaleźli się w zasięgu jego głosu. – To prezydent, usłyszał, ze mamy kryzys.

Peter Tyler zaklął pod nosem.

- Co z UNIT-em?

- Już tu jadą.

Pete zaklął ponownie.

- Mary, wprowadź go we wszystko. Mary jest jednym z naszych najlepszych ludzi. – powiedział, spoglądając na Doctora. Przejął telefon i przykrył słuchawkę dłonią. – Lepiej wymyślcie szybko coś mądrego, zanim UNIT zwali nam się na kark. I do jasnej cholery, chcę mieć tu moją córkę całą i zdrową, zrozumiano?

- Zrobimy wszystko co w naszej mocy – powiedziała Mary, a Doctor spojrzał mu tylko w oczy i skinął głową.

Pete odwrócił się od nich, przykładając telefon do ucha i odszedł szybkim krokiem, a Mary ruszyła od razu w przeciwnym kierunku, wskazując Doctorowi, żeby poszedł za nią. Minęli kilka bocznych korytarzy zanim Mary odezwała się z namysłem.

- Więc, pytałeś o moje teorie, ale szczerze powiedziawszy dopóki Pete nie zadzwonił, żeby przekazać nam twoje słowa nie wiedzieliśmy nic. To wszystko jest strasznie dziwne, nawet jak na atak kosmitów. Nie próbowali nas zniszczyć ani przeskanować, nie wysunęli żadnych żądań, wygląda na to, że interesowała ich tylko jedna osoba i to właśnie tak konkretna, ale w jakim celu?

- Więc to jest pierwsza rzecz, którą musimy ustalić – Doctor powoli zaczynał czuć się w swoim żywiole – dlaczego Rose? Oczywiście ona nie jest zwykła dziewczyną, jakkolwiek by na to nie patrzeć, ale skąd mogli o tym wiedzieć i do czego jest im potrzebna? To jest teraz najważniejsze pytanie. Dowiemy się czemu ktoś mógł jej potrzebować, dowiem się kto za tym stoi.

- W porządku, więc od czego mamy zacząć? – spytała Mary, z wyraźną determinacją w głosie.

- Nad czym konkretnie pracowała Rose? Coś niebezpiecznego, potężnego, tajemniczego?

Mary pokręciła głową.

- Była moją asystentką i większą część czasu spędzałyśmy pracując nad maszyną do przenoszenia między wymiarami. Zaprojektowałyśmy też kilka innych urządzeń i skatalogowałyśmy większość broni pozaziemskiego pochodzenia, ale żaden z tych projektów nie został doprowadzony do końca. Poza tym… Nie wiem, pomagała przy każdym kryzysie, potrafi być czasem naprawdę niesamowita.

- To prawda – mruknął Doctor, przyglądając się jej odrobinę uważniej. – W porządku, maszyna do przechodzenia między wymiarami, możesz mi ją pokazać?

- Tędy – mruknęła Mary, skręcając w lewo i wchodząc do wielkiej hali, w której uwijało się kilkunastu wyraźnie rozgorączkowanych naukowców i innych pracowników Torchwood. Wyglądało na to, że nikt oprócz Mary nie jest zainteresowany współpracą z Doctorem, ale w tym momencie był zbyt skoncentrowany na swoim celu, żeby dostrzec świat dookoła. Przeszli przez całą halę i przez kolejny korytarz do następnej, o połowę mniejszej i prawie pustej. Jej centralne miejsce zajmowała wielka konstrukcja, wyglądająca jak przypadkowa plątanina kabli, wzmacniaczy i luster, jednak na jej widok Doctor aż otworzył usta z zachwytu.

- Och, to jest genialne! Wybacz, jak miałaś na imię?

- Mary – powiedziała Mary, uśmiechając się nieśmiało.

- Mary, jesteś geniuszem! Stworzyć coś takiego… Gdybym nie widział efektów jego działania, uznałbym, że to niemożliwe.

- Cóż ciągle ma za mało mocy, żeby samodzielnie wydrzeć dziurę w rzeczywistości, ale w momencie, gdy wszechświat zaczął się rozpadać nie było z tym większego problemu – powiedziała Mary, wyraźnie próbując zachować skromność.

- Tak czy siak wykorzystałaś teorię Rollingsa na sto lat przed jej odkryciem. Czy to dwuogniskowy aparat hiper… Nie, stop, muszę się skoncentrować – Doctor pacnął się dłonią w czoło i przymknął oczy. – Rose. Kiedy po raz pierwszy użyłyście maszyny?

Mary wzruszyła ramionami.

- Jakieś jedenaście dni temu. Ale szczerze powiedziawszy nie sądzę, żeby to miało jakieś znaczenie dla tej sprawy.

- Coś musi być! – krzyknął Doctor i przeciągnął dłonią po twarzy. – To wszystko nie ma sensu. Wiemy, że to nie ludzie, bo używają zbyt rozwiniętej technologii. Ale jeśli są to obcy, to dlaczego nie wykryliście żadnego statku kosmicznego? Taki atak zawsze powinno dać się przewidzieć, są jakieś znaki, zniszczone satelity, dziwne promieniowanie, cokolwiek… Właśnie! – krzyknął nagle głośno, prawie przyprawiając Mary o zawał serca. – Odczyty promieniowania!

- Co z nimi? – spytała Mary, której do tej chwili całkiem udawało się nadążać za jego tokiem rozumowania.

- Pięć dni temu zadzwoniliście do Rose. Powiedziała, że mieliście jakieś dziwne odczyty. Użyła słowa „dziwne". Dlaczego były dziwne?

- Nie mam pojęcia – powiedziała Mary. – Zadzwonił do niej Bob, szef meteorologii. Ale to nie było nic poważnego, szukaliśmy pretekstu, żeby się z nią skontaktować nie odbierała telefonu, a chcieliśmy wiedzieć czy wszystko z nią w porządku.

- W takim razie, muszę z nim porozmawiać. – powiedział Doctor podniecony, biegnąc w stronę drzwi.

- W prawo i po schodach na górę – krzyknęła za nim Mary, próbując go dogonić, ale on zniknął już za załomem korytarza. Uczepił się myśli, że te odczyty są ważne, choć nie bardzo wiedział skąd bierze się w nim to przekonanie. Rzadko kiedy zdawał się tak bardzo na intuicję, ale też rzadko bywał tak bezradny. Wbiegł na wyższe piętro przeskakując po dwa schodki i gwałtownie otworzył drzwi z napisem „Instytut Meteorologii". Dwaj mężczyźni siedzący przed rzędem monitorów obrócili się w jego stronę wyraźnie zaskoczeni.

- Cześć jestem Doctor i próbuję uratować Rose Tyler – powiedział Doctor, próbując się uśmiechnąć, co nadało jego twarzy lekko obłąkańczy wyraz. – Który z was to Bob?

- To ja – mruknął młodszy z mężczyzn, po czym wskazał na drugiego. – A to jest John.

- Miło was poznać – powiedział Doctor. – Co tutaj porabiacie?

Mężczyźni popatrzyli po sobie i John odezwał się wyraźnie skonfundowany.

- Pracujemy nad zmianami klimatycznymi, a w tej chwili próbujemy znaleźć jakąkolwiek anomalię, która pomogłaby nam wyśledzić statek. Nie widzę jednak powodu, dla którego…

W tej chwili do pokoju wsunęła się zdyszana Mary i machnęła ręką.

- W porządku, on jest ze mną – powiedziała – pozwólcie mu pytać.

- Chcę tylko zobaczyć odczyty.

- Które odczyty? – spytał John unosząc brwi.

- Te które Bob nazwał dziwnymi, dzwoniąc do Rose. I jakiekolwiek inne niezgodne z normą.

Bob zmarszczył czoło.

- Faktycznie dzwoniłem do Rose, ale wydaje mi się, że w tym momencie to nie ma związku.

- Oczywiście, że ma związek, wszystko co nie zgadza się z normą ma w tej chwili znaczenie! A już na pewno odczyty promieniowania.

- Wciąż nie widzę związku między porwaniem Rose, a aktywnością słońca.

- Aktywnością słońca? – powtórzył Doctor zaskoczony.

- Od kilkunastu dni ilość promieniowania słonecznego przechodzącego przez atmosferę zmalała ponad siedmiokrotnie. Jednak ani nasze satelity ani nic innego nie wskazują na zmianę cyklu słonecznego. Radziliśmy się wielu specjalistów, aż w końcu uznaliśmy, że nastąpiła awaria urządzeń pomiarowych. Mieliśmy dzisiaj zakładać nowe, kiedy…

- Promieniowanie słoneczne. Promieniowanie słoneczne? – przerwał mu Doctor, wciąż zdziwiony. – Przecież to nie ma sensu! Musicie mieć coś innego, cokolwiek!

- Jesteśmy meteorologami – powiedział John, wzruszając ramionami. – Możemy ci co najwyżej powiedzieć, że w ciągu ostatniego tygodnia na Londyn spadło najwięcej deszczu od czterech lat, albo że podczas ostatniej burzy wyładowania elektryczne były trzy razy intensywniejsze niż zazwyczaj.

Załamany Doctor unosił już ręce, żeby ukryć w nich twarzy, gdy znieruchomiał tknięty nagłą myślą.

- Co powiedziałeś? – spytał, wbijając wzrok w Johna.

- Powiedział, że według odczytów do ziemi dociera siedem razy mniej promieniowania słonecznego, choć prawdopodobnie jest to awaria urządzeń pomiarowych. – powiedziała powoli Mary, najwyraźniej zastanawiając się czy ma przed sobą geniusza czy kompletnego wariata.

- Nie o to pytam – Doctor machnął ręką. – Co mówiłeś o deszczu?

- Od czterech lat w ciągu jednego tygodnia nie spadła taka ilość wody. – powiedział John.

- A ostatnie wyładowania atmosferyczne były trzy razy intensywniejsze niż zazwyczaj – dodał Bob.

- Oczywiście! – Doctor pacnął się w czoło. – Jak mogłem to przegapić! Deszcz! Od samego początku czułem, że coś jest nie w porządku, ale przecież nie ma nic dziwnego w deszczu w Londynie! Ugh, a to było oczywiste, jak znikające pszczoły!

- Jak co? – spytała Mary, coraz bardziej skłonna uwierzyć w jego szaleństwo.

- A to – Doctor uśmiechnął się szeroko. – Że wiem już kto porwał Rose i w jakim celu.

Trzech naukowców instytutu wbiło w niego oczekujące spojrzenia.

- W porządku, jesteście całkiem bystrzy, powinniście załapać. – powiedział Doctor. – Bob, od ilu dni wyświetlają ci się te „dziwne" odczyty?

- Nie wiem będzie z…

- Jedenaście dni, mam rację? I dziwnym zbiegiem okoliczności dzień później zaczęło padać?

Bob w milczeniu pokiwał głową.

- Mary, co jeszcze wydarzyło się jedenaście dni temu?

- Rose po raz pierwszy przeszła do innego wymiaru. – powiedziała Mary, marszcząc czoło.

- Więc jakieś dwa tygodnie temu cały wszechświat zaczął się rozpadać, ale to był powolny proces i niezauważalny dla większości stworzenia. Jednak wtedy uruchomiłyście swoją maszynę i wydarłyście dziurę między równoległymi światami. To jak rana w powierzchni wszechświata. Takie wydarzenie musi pozostawić ślady. A jeśli ktoś używa tego typu energii, jeśli się nią żywi, bez trudu wyczuje takie wydarzenie nawet z drugiego końca wszechświata.

- Więc ktoś wyczuł, że użyłyśmy naszej maszyny i ma to jakiś związek z deszczem i promieniowaniem. A kto to był konkretnie i jaki jest ten związek? – spytała Mary, bardzo starając się nadążyć.

- Iniesto.

Trzy pary oczu zaświeciły niezrozumieniem.

- I-nie-sto? – spróbowała Mary.

- Iniesta? – spytał John.

- Nie –Doctor zaczął nagle mówić bardzo szybko, pomagając sobie rękami – Iniesto, to nazwa gatunku, zamieszkującego kiedyś trzy planety w układzie planetarnym Ezoli. Osiągnęli niesamowity poziom rozwoju cywilizacyjnego i jak to zwykle w takich przypadkach bywa zaczęli mordować się nawzajem. Część z nich, przeczuwając nieuchronną katastrofę, postanowiła uciec od śmierci. Stworzyli niezwykłe statki kosmiczne, niezawodne i niewykrywalne, jednak nie wiedzieli skąd mają wziąć dość zaopatrzenia, żeby ewakuować choćby część mieszkańców planety. I wtedy wpadli na pomysł, żeby także żywe ciało zastąpić metalem. Stworzyli superkomputery, które mogły przechowywać dowolne dane, także świadomość żywej istoty i przenieśli do nich zawartość swoich umysłów, po czym odlecieli w kosmos, w ostatniej chwili przed zniszczeniem ostatniej rodzinnej planety. Od tego czasu błąkają się po kosmosie, opętani jedynie pragnieniem przetrwania, wpisanym w ich oprogramowanie. – W tym miejscu Doctor zatrzymał się, żeby wziąć oddech, a jego słuchacze spróbowali przetrawić zatrzymane informacje. Przez chwilę panowało milczenie, aż wszyscy troje odezwali się równocześnie.

- Przenieśli duszę w roboty? – upewniła się Mary.

- Są niebezpieczni? – spytał Bob.

- Zmyśliłeś to wszystko? – chciał wiedzieć John.

Doctor westchnął i pokręcił głową.

- Szczerze powiedziawszy do dzisiaj sądziłem, że są jedynie legendą. Ale wygląda na to, że jest to prawda. Wszystko się zgadza.

- Wszystko? – Mary skrzywiła się. – Ja ciągle nie widzę związku z deszczem.

- I słońcem – powiedział John.

- I z Rose – dodał Bob.

- To ogromny statek kosmiczny, pełen skomplikowanych urządzeń, których długie nazwy prawdopodobnie nic by wam nie powiedziały – Doctor podszedł do ściany z monitorami i zaczął uderzać w klawiaturę komputera, nie przestając mówić. – Potrzebuje ogromnych ilości energii. A nic nie kreuje więcej energii niż paradoksy i dziury w czasoprzestrzeni. W równoległym wszechświecie mieliście taką dziurę w Cardiff, mógłbym latać na pochodzącej z niej energii przez jakieś siedemset lat. Statek wyczuł waszą szczelinę i przybył nad Londyn, nie mógł jednak od razu się do niej podłączyć. Prawdopodobnie od wielu lat błąka się w okolicy w stanie uśpienia i nie miał dość energii na takie połączenie. Zaczął podbierać wam promieniowanie słoneczne, żeby ją zdobyć. Ale to tak, jakby nalać do samochodu oleju spożywczego, stąd takie silne wyładowania elektryczne nad Londynem. Jednak potem Rose przeszła do równoległego wszechświata ostatni raz i dziura w końcu się zamknęła. Ale statek czekał, trując się słońcem, niewykrywalny przez was. Być może zamierzał po prostu w odpowiedniej chwili wciągnąć całą waszą energię elektryczną i odlecieć, ale wtedy… Mary, co stało się dzisiaj rano?

- Rose wróciła do pracy.

- Rose przeszła przez szczelinę jakieś kilkanaście razy. Powinna świecić w ciemności. Statek obserwował uważnie wasz instytut i od razu wyczuł taką ilość energii. I postanowił ją wykorzystać.

- A co z deszczem? – spytał ponownie John.

- Mary? – Doctor przesunął dłonią po włosach, najwyraźniej zaaferowany rzędem cyfr wyświetlających się na ekranie komputera.

- Taki ogromny statek prawdopodobnie potrzebuje również bardzo dużo wody. – Mary zawahała się. – Do chłodzenia silników i tak dalej…

- Wyobraźcie go sobie jak, no nie wiem, jak ogromną pralkę. Żeby oczyścić energię słoneczną wchłaniał wielkie ilości pary wodnej, a później pozbywa się ich, powodując oberwanie chmury nad Londynem i… - Nagle Doctor podskoczył ucieszony. – Och tak, mam cię!

Mary zajrzała mu przez ramię i jej oczy rozszerzyły się w zdumieniu.

- Wyśledziłeś ich statek?

- Łatwizna, wytłumaczyłbym wam to, ale nie mamy czasu. John obserwuj ten ekran, jeśli ta kropka się przemieści chcę o tym wiedzieć. Bob, zadzwoń do Petera Tyler i powiedz mu wszystko co wiemy. Mary za mną! – Doctor wybiegł z pokoju, nie czekając na odpowiedź. Po raz pierwszy od dłuższego czasu miał konkretny cel i dopiero w tym momencie poczuł jak bardzo brakowało mu przez ostatnie dni adrenaliny i ratowania świata. Znowu był Doctorem, w całym tego słowa znaczeniu, geniuszem, specjalistą od biegania i obrońcą Ziemi. Żałował jedynie, że Rose nie jest gdzieś blisko, że to Mary próbuje go dogonić w tej chwili, ale pomyślał, że gdy tylko się spotkają powie jej, że znowu jest Doctorem i wszystko będzie jak dawniej.

Wcześniej musiał ją tylko ocalić.

- Więc jaki masz plan? – spytała Mary gdy wrócili do hali z maszyną do przenoszenia między wymiarami.

- Plan, oczywiście plan – mruknął Doctor bardziej do siebie niż do niej. – Masz gdzieś tu plany tej maszyny?

- Leżą pod tamtą ścianą. – Ruchem głowy wskazała mu kierunek i podeszła bliżej. Doctor sięgnął po leżący pod ścianą rulon i rozwinął go na stojącym pod ścianą stole, bezceremonialnie zrzucając z niego fragmenty różnych urządzeń.

- Więc, zrobimy teleport.

- Teleport? – powtórzyła Mary bezwiednie.

- Łatwizna. Przełożymy tą część tutaj – Doctor zaczął pokazywać jej wszystko na planie. – Te ogniwa, przypniemy tutaj, dodamy przewód tutaj, to połączymy z tym, a tutaj podłączymy jeszcze kilka filtrów i będziemy mieć nadzieję, że wszystko nie wybuchnie po pierwszym użyciu.

Oczy Mary aż rozbłysły z zachwytu.

- To naprawdę powinno zadziałać! – krzyknęła – chociaż… Tutaj zmieniłabym polaryzację.

- Naprawdę zaczynam cię lubić Mary – powiedział Doctor, unosząc lekko do góry kącik ust. – Więc jak myślisz, bierzemy się do pracy?

Wymieniwszy uśmiechy szalonych naukowców rzucili się z powrotem do maszyny i przez kilkanaście minut pracowali w milczeniu, kiedy nagle Mary podniosła głowę i spojrzała ponownie na Doctora.

- A skąd wiesz, że no wiesz… że uda nam się wyciągnąć z tego Rose?

- Cóż nie będziemy mogli wycelować tak, żeby ją stamtąd po prostu wyciągnąć. – powiedział Doctor nie przerywając pracy. – Będę musiał się tam przenieść i ją znaleźć, a potem dam ci znak, żebyś ponownie uruchomiła maszynę. Łatwizna.

- Nie o tym mówię. Co jeśli… no wiesz, jeśli Rose już nie żyje.

Doctor spojrzał na nią i na chwilę w jego oczach błysnął strach, jednak gdy się odezwał jego głos brzmiał twardo i pewnie.

- Ona żyje, a my zaraz ją uratujemy, jasne?

Wyglądało na to, że Mary chce coś jeszcze powiedzieć, jednak w tym momencie drzwi do hali otwarły się i do środka wszedł Pete w towarzystwie wysokiej, ciemnowłosej kobiety w mundurze UNIT-u.

- Doktor Mary McConelly i Doctor wyśledzili statek – poinformował ją Pete.

- Generał Thompson, zastępca szefa UNIT-u. – przedstawiła się kobieta, uważnie rozglądając się po hali – Jaki macie plan, pani doktor?

Mary odgarnęła włosy z twarzy i obejrzała się na Doctora, ale wyglądał na całkowicie pochłoniętego swoją pracą i najwyraźniej nie zamierzał udzielić jej wsparcia.

- Cóż. – Przełknęła ślinę. – W tej chwili zamierzamy stworzyć coś w rodzaju maszyny teleportującej, dzięki której Doctor będzie mógł dostać się na statek i znaleźć Rose. Gdy mu się to uda, maszyna powinna ściągnąć ich dwójkę z powrotem na ziemię.

- Skąd wiedzieliście czego i gdzie szukać? – spytała ponownie pani generał.

- Były pewne przesłanki – odpowiedziała Mary – I dziwne odczyty. Choć gdyby nie ogromna wiedza Doctora wciąż poruszalibyśmy się po omacku.

- Doprawdy? – pani generał przeniosła wzrok na Doctora.

- Tak, długa historia – mruknął, wciąż zajęty pracą. – Mary, rzucisz mi tamten kabel? – spytał, wyciągając z kieszeni soniczny śrubokręt. Generał Thompson uniosła brwi i odezwała się ponownie.

- Ci obcy – Iniesti…

- Iniesto – poprawili ją bezwiednie Mary i Doctor.

- Iniesto – powtórzyła generał – czy są niebezpieczni? Musimy to wiedzieć, to kwestia bezpieczeństwa międzynarodowego.

- Nie chcą wszczynać wojny, tak samo jak wam zależy im na przetrwaniu. Odlecą, jak dostana to czego chcą. – powiedział Doctor spokojnie.

- A czego chcą?

- Jak już wspominałem – brakuje im energii. Stąd porwanie Rose.

- Więc gdyby nie porwali pani Tyler, pobrali by energię z innego źródła? Mogliby na przykład wyłączyć cały Londyn?

- Londyn? – Doctor uśmiechnął się ponuro i pokręcił głową, wciąż zajęty maszyną. – Cała energia, którą produkujecie na świecie, to dla nich za mało. Prawdopodobnie w pewnym momencie po prostu wszystko by wam zgasło, nawet zasilanie awaryjne.

Podniósł głowę dopiero po chwili, gdy zaalarmowała go cisza, która zapanowała nagle w całej sali. Pete stał ze zmarszczonym czołem, Mary zastygła w bezruchu, pochylona nad prawie-teleportem, a generał Thompson sięgała po telefon komórkowy.

- Ile czasu mogłoby im zająć coś takiego? – spytała jeszcze.

- Jakieś cztery do siedmiu minut – mruknął Doctor, który zaczął mieć nagle bardzo źle przeczucia.

- I wciąż mogą to zrobić? W każdej chwili?

- Nie dopuścimy do tego. I nie zdarzy się to dopóki mają Rose.

- A gdy już ją odbijecie?

- Jak powiedziałem, nie dopuszczę do tego. – powiedział Doctor, starając się zabrzmieć jeszcze pewniej niż zazwyczaj.

- Więc masz jakiś plan awaryjny? – spytał Pete, bezwiednie sięgając dłonią do karku.

- Cóż, pracuję nad tym – mruknął Doctor.

- UNIT ma rakiety. – powiedziała nagle pani generał. – Najnowsze rakiety dalekiego zasięgu, które w dużej sile powinny poradzić sobie również z tym statkiem.

- Nie – powiedzieli równocześnie Doctor i Pete.

- Decyzja nie należy do mnie, – ciągnęła pani generał spokojnie – ale wydaje mi się, że zarówno reszta naszych przywódców, jak i pan prezydent zgodzą się, że w tej chwili rozwiązanie.

- Nie pozwolę wam wycelować rakiet w statek, na którym znajduje się Rose Tyler – powiedział Doctor powoli, cedząc każde słowo.

- Obawiam się, że ta decyzja nie należy do pana.

Oczy Doctora rozbłysły ze złością i otworzył usta, ale zanim zdążył coś powiedzieć Pete odezwał się.

- Pani wybaczy, generale Thompson, ale na tym statku kosmicznym znajduje się moja córka. Nie możecie tak po prostu go zestrzelić. Moja żona…

- Pańska żona – powiedziała generał Thompson wciąż z tym samym spokojem, który w dużej mierze upodabniał ją do robota – może w ciągu kilku dni stać się martwa, chyba że temu zapobiegniemy. Świat bez prądu, to będzie największa katastrofa, jaka kiedykolwiek dotknęła Ziemię i nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zrozumieć co oznacza to dla naszego rozwoju. Rozumiem, – Powiodła wzrokiem po Peterze, Doctorze i Mary, która wciąż stała bez ruchu, obserwując wszystko uważnie. – że Rose Tyler jest wam wszystkim znana i nie chcecie jej stracić, jednak UNIT ma za zadanie ochraniać wszystkich żyjących na świecie ludzi. Jeśli mamy wybierać między jedną, a milionami ofiar, wybór jest prosty.

Doctor zacisnął pięści, czując wściekłość napędzaną strachem.

- Wracaj do pracy Mary – powiedział z lodowatym spokojem, który sprawił, że temperatura w hali momentalnie spadła o kilka stopni. Powoli obszedł maszynę i stanął naprzeciw generał Thompson. – Słyszała pani kiedyś o Dalekach? – spytał.

- Według raportów, to oni stali ostatnimi anomaliami i gaśnięciem gwiazd – powiedziała pani generał – Jaki ma to związek z tą sprawą?

- Dalekowie – mówił dalej Doctor – byli najstraszliwszymi i najpodlejszymi kreaturami w całym wszechświecie. Swego czasu nieźle zalazłem im za skórę. Wie pani jak mnie nazywali? Nadchodzącym Sztormem. Ostatnim razem, gdy udało nam się ich powstrzymać, właściwie dzięki pewnej niesamowitej kobiecie, Donnie Noble, byli całkiem bezbronni. Być może błagali nawet o litość, nie pamiętam szczerze powiedziawszy. – Głos Doctora nie zadrżał nawet przez chwilę. – Ale zabiłem ich wszystkich, jednego po drugim. Tylko dlatego, że grozili ludziom, których kochałem. Mógłbym zrobić dużo gorsze rzeczy, gdybym wiedział, że mogę w ten sposób kogoś z nich ocalić. Rozumie pani, generale Thompson?

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu generał Thompson odezwała się ponownie.

- Wygląda, więc na to, że mamy rozbieżność interesów – powiedziała, wciąż wpatrując się w Doctora, jakby oceniała jego możliwości. – A to oznacza…

- Przepraszam – powiedziała nagle Mary zaskakująco pewnym głosem, nie pesząc się nawet gdy pozostała trojka spojrzała na nią raptownie. – Ale z tego co wiem, procedura odpalenia rakiet zajmuje trochę czasu. Są protokoły bezpieczeństwa, potrzeba przynajmniej siedemdziesiąt procent podpisów, zgody prezydenta… A my nie potrzebujemy wiele czasu. – Spojrzała szybko na Doctora, szukając aprobaty. – Maszyna jest już prawie gotowa i może nie musimy wcale nic poświęcać. Może udałoby się po prostu… odwlec to trochę w czasie?

Generał Thompson jako pierwsza ocknęła się z zaskoczenia.

- Nie jestem pewna, czy…

- Proszę – powiedziała Mary z desperacją w głosie. – Rose była moją podwładną i powinnam była przewidzieć tą sytuację. Nie proszę o dużo. To tylko parę minut, w czasie których prawdopodobieństwo zagłady naszego świata jest nie wyższe niż podczas burzy na słońcu. Proszę. – powtórzyła jeszcze na końcu, wpatrując się w panią generał błagalnie.

Przez kilka sekund panowała cisza.

- Godzina – powiedziała w końcu generał Thompson wodząc wzrokiem od Mary do Doctora. – Macie godzinę. I nie będę czekać na potwierdzenie.

Wyszła gwałtownie z hali, przykładając telefon do ucha.

Trzy pozostałe w pomieszczeniu osoby odetchnęły z ulgą.

- Co z maszyną, Mary? – krzyknął Doctor odwracając się do niej.

- Sprawdź jeszcze tamte trzy obwody – odkrzyknęła, biegnąc do umieszczonego w ścianie panelu kontrolnego. – Ja wprowadzę dane do komputera.

- Mogę się na coś przydać? – spytał Pete, ocierając czoło z potu.

- Idź przebij jej opony – powiedział Doctor. Pete nie był pewien czy był to żart, ale zrozumiał, że bardziej przydatny może być gdzieś indziej i pospiesznie wyszedł z sali.

- Chyba wszystko jest w porządku – mruknęła Mary, spoglądając z powrotem na plan. – Jak sądzisz?

- Myślę, że musimy zaryzykować tak, jak jest – odpowiedział Doctor, przejeżdżając nad wszystkim sonicznym śrubokrętem. – Możesz odpalać.

- Czekaj – krzyknęła Mary, szybko zdjęła zegarek i rzuciła mu. – Przyjmij, że masz czterdzieści minut, zgoda?

- Jasne – Doctor złapała zegarek i owinął wokół ręki. – Wprowadziłaś współrzędne?

Mary skinęła głową.

- Gotowy?

- Gotowy. I Mary?

- Tak?

- Jesteś genialna – powiedział Doctor uśmiechając się do niej.

- Wiem – odpowiedziała Mary, mrugając gwałtownie i pociągnęła za dźwignię.

Maszyna- teleport zabuczała, zaszumiała i wystartowała z głośnym sykiem. Mary zamknęła oczy przerażona, ale o dziwo nic nie wybuchło.

Doctor zniknął.


Długi rozdział, to i dużo uwag autorskich - wybaczcie mi interpunkcję i możliwy nadmiar akcji, ale musiałam jakoś wyciągnąć tego biednego Doctora z depresji, bo już mi jego łzy niszczyły klawiaturę w laptopie. Jak się zapewne domyśliliście Iniesto, Mary, generał Thompson i prawie cała rzeczywistość Torchwood są wytworem moim i mojego chorego Wena. A (gdyby to także nie było jeszcze oczywiste) żadna z postaci z oryginalnego Whoniversum do mnie nie należy i nie mam do nich żadnych praw.

Siódmy rozdział niebawem. Jego tytuł to "Biegnij" i możecie już wyobrażać sobie co będzie się w nim działo ;)