7. Biegnij

Dwadzieścia kilometrów wyżej Rose Tyler gwałtownie otworzyła oczy.

Miała piękny sen, sen o mężczyźnie z zabawnymi uszami, który złapał ją za rękę i krzyknął „Biegnij!". Człowiek ten obiecał pokazać jej wszechświat i Rose była bardzo szczęśliwa. Ale potem znalazła się nagle sama na plaży i krzyczała, tak okropnie głośno krzyczała, a w odpowiedzi usłyszała tylko cichy szept:

- Rose Tyler…

I Rose Tyler musiała się obudzić.

W pierwszej chwili myślała, że śni nadal. Ujrzała dziwnie zaokrągloną stalową ścianę i jasne światło płynące gdzieś spoza pola jej widzenia. Na wszelki wypadek zamknęła i otworzyła ponownie oczy, ale ściana wciąż niezmiennie tkwiła na swoim miejscu. A Rose wciąż nie pamiętała, żeby kiedykolwiek widziała coś takiego. Spróbowała się uszczypnąć i w tym momencie odkryła, że nie może ruszyć ręką ani żadną inną częścią ciała. Krzyknęła, ale krzyk w ogóle nie opuścił jej ust i w tym momencie Rose naprawdę zaczęła się bać. Ponownie spróbowała się poruszyć, jednak udało jej się jedynie przekręcić nieco głowę i obejrzeć kolejne zagięcie srebrzystoszarej ściany. Znajdowała się w jakimś kulistym pomieszczeniu i najwyraźniej oprócz niej nie było tu żadnej żywej duszy. Czuła się bardzo głodna, więc musiała znajdować się tutaj przynajmniej kilka godzin. Choć właściwie ciężko było stwierdzić ile, w końcu nie zjadła tego dnia śniadania. Wypiła tylko kawę… Nie, nie zdążyła wypić kawy, szła przez biurową część Torchwood z kubkiem w ręku i wtedy pojawiło się białe światło, a potem uczucie, jakby rozpadła się na kawałeczki i składała od nowa i hałas tysięcy głosów i nagła cisza. Później musiała stracić przytomność. Białe światło nie mogło należeć do ludzi, więc najprawdopodobniej znajdowała się na statku kosmicznym. Ta ostatnia myśl paradoksalnie nieco ją uspokoiła. Po podróżowaniu z Doctorem bycie porwaną przez kosmitów nie wydawało jej się wcale najgorszą rzeczą, jaka mogła ją spotkać. Ale kto ją porwał i dlaczego?

Przybyłaś nas ocalić Rose Tyler.

Głos rozbrzmiał nagle w jej głowie i Rose znowu spróbowała się rozejrzeć przestraszona, ale wciąż widziała jedynie stalową ścianę.

Gdzie ja jestem? – pomyślała i odpowiedź przyszła natychmiast.

Jesteś w naszym domu i przybyłaś nas ocalić.

Jeśli mam was ocalić, dlaczego nie mogę się poruszyć? – pomyślała na próbę i tym razem głos odezwał się dopiero po chwili.

Nie musisz się ruszać, żeby nas ocalić.

Rose wzięła głęboki wdech i spróbowała się uspokoić. Nie podobało się jej, że obcy głos może bez problemów wejść do jej głowy i nie podobało jej się jego brzmienie. Był niski i głęboki, ale równocześnie zgrzytliwy i zwielokrotniony prze echo. Brzmiało to jakby ktoś mówił, przez uszkodzony mikrofon.

Kim jesteście?

Jesteśmy mieszkańcami tego domu i dziećmi wszechświata. Jesteśmy tymi, którzy przeżyli i będą żyć dalej. Jesteśmy Iniesto, a ty Rose Tyler przybyłaś, aby nas ocalić.

Dlaczego wciąż to powtarzacie? – Rose postanowiła grać na zwłokę, choć bardzo nie chciała myśleć o tym na co właściwie czeka. – Jak mogę wam pomóc?

Dasz nam życie Rose Tyler.

Jak mogę to zrobić?

Nie musisz nic robić.

Więc jak mogę was ocalić?

Zrobiłaś już co trzeba – powiedział głos, wciąż tym samym tonem – Przeszłaś przez szczelinę w czasie i przestrzeni. Wzięłaś jej energię. Potrzebujemy energii, żeby przetrwać.

Rose poczuła na plecach zimny dreszcz.

Nie zrobiłam tego dla was – pomyślała.

Wiemy. Chciałaś znaleźć starego człowieka o smutnych oczach. Ale teraz możesz nas ocalić.

Przestańcie to ciągle powtarzać! – Strach Rose powrócił ze zdwojoną siłą. – A jeśli nie chcę was ratować?

Nie chcesz, żebyśmy zginęli. Tylko ty możesz nas ocalić.

Ale jeśli weźmiecie moją energię, czy ja wtedy umrę?

Prawdopodobieństwo zdarzenia wynosi sto procent – powiedział głos po dłuższej chwili milczenia.

Więc ja też nie chcę umierać! – krzyknęła mentalnie Rose.

Tym razem przerwa była tak długa, że Rose przestraszyła się, że Iniesto zakończyli już rozmowę, jednak wtedy głos odezwał się ponownie:

Nie bój się Rose Tyler. Ocaliłaś w życiu wiele istnień i teraz możesz ocalić także nas.

Rose poczuła łzy płynące po policzkach.

Nie chcę umierać – powtórzyła bezradnie.

Ukołyszemy cię do snu – Głos złagodniał. – Nic nie poczujesz. Nie musisz się bać.

Rose chciała zaprotestować ponownie, jednak w tym momencie usłyszała muzykę. Nie potrafiła powiedzieć czy melodia dociera do jej uszu czy pojawia się jedynie w jej głowie, dość, że strach minął nagle i Rose poczuła spokój.

Ocalisz nas, Rose Tyler.

Ale kto ocali mnie? – pomyślała Rose, jednak myśl ta nie zabolała tak bardzo jak powinna i zniknęła w okamgnieniu. Gdzieś tam daleko w dole kręciła się ziemia, ludzie rodzili się i umierali, a wszechświat rozszerzał się w takt łagodnej pieśni. Rose poczuła się tak mała i ważna jednocześnie, że aż uśmiechnęła się przez łzy. Ocali ich, oczywiście, że ich ocali i stanie się częścią tej melodii. Jak mogłaby nie być szczęśliwa z tego powodu? Wszystko będzie dobrze, nareszcie, a może po prostu nie będzie już nic ani wszechświata, ani łez, ani pustych plaży… Nie będzie nic i Rose będzie mogła być szczęśliwa albo ona też zniknie i wtedy…

Pieśń zamilkła gwałtownie i przez chwilę Rose nie wiedziała gdzie jest i co robi. Gdzieś w oddali zabrzmiał alarm, a może był to tylko niepokój jej gospodarzy, który przerwał jej radość i poczuła się tak bardzo zagubiona i nieszczęśliwa, że zaczęła płakać.

Nagle w jej polu widzenia mignął jakiś kształt. Zamrugała gwałtownie, próbując przepędzić z oczu łzy i ujrzała ciemne, brązowe oczy wpatrujące się w nią intensywnie. Doctor włączył soniczny śrubokręt i kilka sekund później Rose tkwiła już bezpiecznie w jego ramionach, mocząc mu marynarkę łzami.

- Cześć Rose – wyszeptał znajomy głos, prosto do jej ucha. – Przyszedłem cię ocalić.

Przez kilka sekund Rose czuła jedynie obezwładniającą ulgę. Później uświadomiła sobie, że jego marynarka jest sztywna od nowości i nie pachnie tak, jak powinna, że delikatny zarost kłuje ją w policzek, że jest w stanie sama ustać na nogach, i że nie wie właściwie dlaczego płacze.

- Już w porządku – mruknęła odsuwając się od niego i ocierając oczy rękawem. – Wszystko jest w porządku.

- To dobrze – powiedział Doctor, ale wciąż czuła na sobie jego badawczy wzrok. – Bo musimy szybko stąd uciec. Mamy na to jakieś – Spojrzał na swój przegub. – Dwadzieścia trzy minuty.

Rose podążyła za jego wzrokiem, ujrzała różowy zegarek Mary i parsknęła krótkim śmiechem.

- Na pewno wszystko jest w porządku? – spytał Doctor i Rose uświadomiła sobie, jak bardzo histerycznie to zabrzmiało.

- Jestem tylko trochę… zmęczona. Chcę do domu.– Rozejrzała się i ujrzała niskie drzwi, które wcześniej leżały poza zasięgiem jej wzroku. – Dlaczego dwadzieścia trzy minuty? – spytała odruchowo, ruszając w ich stronę

- Tyle mamy czasu, zanim UNIT wystrzeli rakiety w tym kierunku.

- Rakiety. – Rose stanęła bezradnie przed całkiem gładkimi drzwiami i potarła skroni, usilnie próbując oczyścić umysł. – W porządku. Po co?

Doctor wyminął ją i wyciągnął śrubokręt. Drzwi wsunęły się w ścianę z cichym sykiem i Doctor wyjrzał na zewnątrz, sprawdzając czy korytarz za nimi jest pusty.

- Rose, wiesz gdzie się znajdujemy? – spytał odwracając się w jej stronę.

- Na statku kosmicznym. – Rose zmarszczyła czoło. – Skąd masz nowy śrubokręt?

- Zrobiłem go. – Doctor schował śrubokręt i wyszedł na korytarz. – Chodź za mną.

- Ale jeśli to jest statek kosmiczny. – Rose wyszła za nim. – To jak się tu dostałeś? I jak się stąd wydostaniemy?

- Trochę wiary Rose Tyler! – zakrzyknął Doctor i rozejrzał się. Stali w szerokim, zaokrąglonym korytarzu, którego końce niknęły za załomami ściany. Wszystko zdawało się zbudowane z takiej samej srebrnoszarej stali. Rozmieszczone co jakiś czas białe lampy rzucały na nich mocne światło. Naprzeciwko znajdowały się identyczne okrągłe drzwi. Rose spróbowała ocenić odległość za jaką nie jest w stanie dojrzeć korytarza, ale nie znalazła żadnego punktu zaczepienia, żadnych oznaczeń czy pałętających się pod nogami kabli. Doctor bez wahania ruszył w lewo. – Zbudowaliśmy maszynę telportującą, Mary i ja. – powiedział, gdy Rose go dogoniła. – Musimy teraz tylko znaleźć miejsce, w którym się zmaterializowałem i wysłać jej sygnał, a ona ściągnie nas z powrotem.

- Zbudowaliście maszynę teleportującą? – powtórzyła Rose zaskoczona.

- Tak, Pete przyjechał poprosić mnie o pomoc, więc pojechałem do Torchwood i zorganizowaliśmy misję ratunkową.

- Więc jak długo tu jestem?

- Jakieś… - Doctor spojrzał ponownie na zegarek. - Cztery godziny. Wiesz, mam wprawę w misjach ratunkowych.

Rose zmarszczyła brwi, ale spytała tylko:

- Iniesto. Kim oni są?

- Rozmawiali z tobą?

- Tak – Rose zawahała się. – To był głos w mojej głowie. Powiedział… Powiedział, że muszę umrzeć, żeby ich ocalić.

- Och, dobrze, że cię poinformowali – mruknął Doctor ironicznie, a jego oczy pociemniały odrobinę.

- Ale kim oni są? Nie, zaczekaj – Rose rozejrzała się nagle. – GDZIE oni są?

Doctor uśmiechnął się, ale nie był to sympatyczny uśmiech.

- Włamałem się do ich komputera i ogłosiłem zbiórkę po drugiej stronie statku kosmicznego. Mam nadzieję, że minie trochę czasu zanim tam dotrą i odkryją, że wszystko jest w porządku.

- A czy my… - zaczęła Rose, ale w tym momencie zatrzymała się raptownie, gdy ujrzała coś tarasującego im połowę korytarza i odcinającego się na tle srebrzystej podłogi. Coś było połyskliwie czarne, miało około metra wzrostu i szerokości cztery pary metalowych nóg i trzy pary metalowych ramion, oraz ogromne połyskliwe czarne oko, wycelowanie prosto na nią.

- Nie przejmuj się – powiedział beztrosko Doctor – to był twój strażnik, ale już go unieszkodliwiłem. Małe zwarcie wystarczy, żeby pokonać każdą maszynę.

- To jakiś rodzaj robota stróżującego czy coś w tym guście? – spytała Rose wzdychając z ulgą i obchodząc go ostrożnie.

- Nie, to właśnie jest Iniesto.

- Robot? – spytała Rose – Czy może mają gdzieś w tam środku ludzkie części, jak Cybermeni?

- Nie, nie mają, ale nie są robotami. Według legendy byli kiedyś normalnymi istotami homoidalnymi, które przepisały swoją osobowość w komputery.

- Ale przecież to niemożliwe?

- To duży wszechświat, wszystko jest możliwie. – Doctor spojrzał tęsknym wzrokiem, na leżącego Iniesto. – Szkoda, że nie mam dość czasu by zbadać jak to działa. To jest prawdopodobnie jedyny zachowany statek Iniesto. Musi być już okropnie stary.

- Stary? – Rose zmarszczyła czoło rozglądając się po błyszczących ścianach. – W takim razie ktoś bardzo dobrze o niego dba.

Poszli dalej przed siebie, mijając trzy zakręty. Doctor spojrzał ponownie na zegarek.

- Daleko jeszcze? – spytała Rose.

- Kawałek.

- A dużo zostało nam czasu?

- Szesnaście minut.

- Zdążymy?

Doctor otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale nagle spojrzał za siebie.

- Doctorze? Hej! – zaprotestowała gdy Doctor położył jej palec na ustach.

- Sza – mruknął – Słyszysz?

Po chwili Rose usłyszała to również – coraz głośniejszy szum i stukot, jakby tysiąca nożyczek.

- Co to? – spytała cicho.

- Obawiam się, że Iniesto zauważyli twoje zniknięcie. I prawdopodobnie nie są tym zachwyceni.

- Prawdopodobnie?! –Rose obejrzała się ze strachem, ale ujrzała jedynie pusty, srebrny korytarz. – I co teraz robimy?

Doctor złapał ją za rękę i spojrzał jej w oczy.

- Biegnij! – krzyknął.

I Rose pobiegła, z trudem łapiąc oddech, ciągnięta przez Doctora. Ich kroki odbijały się echem w niskim korytarzu, a dochodzący z tyłu hałas stawał się coraz głośniejszy. Pomimo to Rose, która co jakiś czas oglądała się za siebie, wciąż nie mogła dostrzec ich prześladowców. W monotonnie jasnym i pustym korytarzu wyglądali jakby gonili swoje niewyraźne odbicia w stalowej ścianie. W pewnym momencie minęli odgałęzienie korytarza, jednak Doctor bez wahania pobiegł prosto. Hałas stawał się nie do zniesienia i serce Rose biło jak oszalałe, jednak gdy się odwróciła znowu nic nie dostrzegła.

- To dobiega też z przodu – Uświadomiła sobie nagle. - Oni są też z przodu!

Zatrzymali się gwałtownie i Rose rozejrzała się, bezsensownie szukając drogi ucieczki.

- Korytarz! – krzyknął Doctor i pobiegli z powrotem, wciąż trzymając się za ręce. Skręcili w boczny korytarz, który wyglądał prawie identycznie, zdawał się tylko zakręcać ostrzej, jak gdyby okrążał mniejszy pokój, jednak w ścianach nie było widać żadnych drzwi. Rose czuła, że zaczyna opadać z sił, jednak wciąż desperacko próbowała dotrzymać Doctorowi kroku, mając nadzieję, że wymyślił już jakiś genialny plan. Hałas dochodzący z tyłu stał się tak głośny, że była pewna, że jeśli się odwróci ujrzy rozwścieczone, pająkopodobne roboty. Spróbowała uregulować odrobinę oddech i tak skupiła się na tej czynności, że o mało nie wpadła w ścianę, która nagle zagrodziła im drogę.

- Utknęliśmy! – jęknęła Rose, z trudem łapiąc oddech.

Doctor puścił jej rękę i wyciągnął śrubokręt.

- O mój Boże, utknęliśmy tutaj – powtórzyła Rose.

- Tak, zauważyłem – mruknął Doctor z pozornym spokojem i wystąpił krok do przodu, jakby chciał stanąć pomiędzy napastnikami, a Rose.

- I co zrobimy – spytała Rose, starając się zabrzmieć w miarę odważnie – Użyjesz śrubokrętu, jak na tym strażniku?

- To nie zadziała na tak wielu, musiałbym… - zaczął Doctor i zamilkł nagle gwałtownie. – Rose Tyler jesteś genialna! – krzyknął, odwracając się do niej. W tym momencie za jego plecami zza zakrętu wynurzył się pierwszy przedstawiciel Iniesto. A zaraz za nim następny i jeszcze następny… Nie poruszały się szybko, ale stanowczo. Ich niezliczone nogi i ramiona ocierały się o siebie i ściany, wydając głośny stukot i zgrzyt.

- Doctorze – krzyknęła ze strachem Rose.

Doctor obejrzał się, a potem obrócił ponownie w jej stronę.

- Spróbuj ich zatrzymać na chwilkę – powiedział głośno i wyminął ją, ruszając w stronę ściany. Rose nie obejrzała się na niego, wciąż zapatrzona jak zaczarowana w zbliżających się Iniesto. Nie miała pojęcia co im zrobią, gdy ich złapią, ale samo czekanie na to było przerażające.

- Słuchajcie! – krzyknęła głośno występując krok do przodu. – Wiem, że możecie mnie usłyszeć lub zajrzeć mi do myśli. – Przełknęła ślinę. – Nie chcemy zrobić wam krzywdy! Możemy wam pomóc! Porozmawiajcie z nami!

Ocalisz nas.

To była jedyna odpowiedź, a Iniesto nie zatrzymali się nawet na chwilę wciąż prąc do przodu jak czarna, błyszcząca masa.

- Doctorze! – Rose cofnęła się o krok.

- Jedna chwila – odpowiedział szybko. Rose wydało się, że słyszy z tyłu jakiś zgrzyt i stuk, ale dźwięk rozpłynął się natychmiast hałasie wywołanym przez marsz Iniesto. Byli coraz bliżej i Rose poczuła, że jej serce bardzo szybko.

- Doctorze? – wyszeptała przez ściśnięte gardło.

Najbliższy Iniesto znajdował się już tylko jeden metr od niej.

- Trzymaj się – krzyknął Doctor z satysfakcją w głosie. W tej samej chwili Rose usłyszała głośny trzask, ziemia uciekła jej spod nóg, zgasły wszystkie światła i nagle zapadła cisza.

Przez kilka sekund leżała z twarzą przy chłodnej posadce, ogłoszona nagłą ciszą. Podniosła głowę i w tej samej chwili wzdłuż zapaliły się niebieskie lampy, nadające korytarzowi jeszcze bardziej odrealniony wygląd i odbijające się w czarnych korpusach znieruchomiałych nagle robotów.

- Doctorze? – Jej głos zabrzmiał nienaturalnie głośno w cichym korytarzu. Obejrzała się i ujrzała go leżącego nieprzytomnie przy ścianie, z włosami jeszcze bardziej niż zwykle sterczącymi na wszystkie strony.

- Doctorze! – krzyknęła, klękając przy nim – No proszę, nie możesz mi tego teraz zrobić. - W jej głosie zabrzmiało autentyczne przerażenie. – Proszę, obudź się! Doctorze, potrzebuję cię! – wyszeptała jeszcze, czując narastającą panikę. Przyłożyła rękę do rozgrzanej głowy, zastanawiając się co powinna zrobić, jednak w tym samym momencie Doctor poruszył się i odetchnął głośno.

- Nazwałaś mnie Doctorem? – spytał cicho, otwierając oczy.

Rose westchnęła z ulgą i pokręciła głową.

- Przestraszyłeś mnie – mruknęła.

- Zdecydowanie, tak mnie nazwałaś. – powiedział Doctor, podnosząc się do pozycji siedzącej. – I przed chwilą też krzyczałaś „ Doctorze".

- I co z tego? – spytała, wstając szybko na nogi.

- Po prostu – Doctor wstał z trudem i spojrzał na nią z namysłem – Nie nazywałaś mnie tak wcześniej. Tego konkretnego mnie. No wiesz oprócz…

- Ciekawsze pytanie – przerwała mu Rose odwracając wzrok. – Co ty właściwie przed chwilą zrobiłeś?

Doctor przyglądał się jej jeszcze kilka sekund, a potem spojrzał na leżących nieruchomo Iniesto i uśmiechnął się z satysfakcją.

- Znalazłem dostęp do głównego komputera – powiedział i machnął ręką w stronę kwadratowej szczeliny w ścianie, z której wystawało kilka poprzerywanych kabli – I spowodowałem zwarcie całego systemu. Zapomniałem tylko, że nie uszczelniłem jeszcze do końca sonicznego śrubokrętu i mnie też się trochę dostało, ale jak widać nic mi nie jest.

- Czyli dobrze rozumiem, że właśnie wsadziłeś śrubokręt do kontaktu?

- Dosłownie czy w przenośni? – Doctor zmarszczył brwi. – Ponieważ to nie jest dokładnie to, co właśnie zrobiłem.

Rose uśmiechnęła się mimo woli i spojrzała na leżące u ich stóp roboty.

- Są martwi? – spytała.

- Nie sądzę. – Doctor pokręcił głową. – Ale przez dłuższą chwilę będą nieszkodliwi. Byli połączeni z głównym systemem, a ja wszystko wyłączyłem. Dzięki systemowi awaryjnemu włączyły się ponownie silniki i światła, ale reset głównego komputera potrwa przynajmniej dwadzieścia minut.

- A my? – Przypomniała sobie Rose. – Ile jeszcze zostało nam czasu?

- Jakieś… - Doctor spojrzał na zegarek. – Siedem minut. Plus dwadzieścia minut zapasu. Bardzo dużo czasu, bo teraz musimy już tylko znaleźć odpowiednie miejsce i wysłać Mary nasz sygnał. – Rozejrzał się, podniósł z ziemi swój śrubokręt i nagle zadowolenie zniknęło z jego twarzy. – O nie, nie zamierzasz mi tego zrobić! – krzyknął.

- Co się stało? – spytała Rose, znowu zaniepokojona.

- Po prostu nie wierzę – powiedział zdenerwowany, uderzając śrubokrętem o drugą dłoń i wciskając guzik. – Przepalił się! Pracowałem nad nim dwadzieścia siedem godzin, a on przepalił się jak pierwsza lepsza uszczelka!

- Jak bardzo źle jest w takim razie? – spytała Rose powoli.

- W skali od jednego do dziesięciu? – Doctor sięgnął do włosów, skrzywił się i poczochrał je kilka razy wracając do swojej zwyczajowej fryzury. – Gorzej niż dziesięć. Musimy znaleźć coś co może zastąpić mój śrubokręt i nadać tym czymś odpowiedni sygnał w odpowiednim miejscu. Albo odnaleźć ich teleport, ten, który przyciągnął cię na statek, ale nie wiem gdzie go szukać.

Rose odgarnęła włosy z twarzy i pokiwała głową.

- Więc jaki masz plan?

- Plan! – powiedział Doctor rozglądając się szybko – W porządku, najpierw musimy przedostać się z powrotem do głównego korytarza, a później… Później wymyślę co zrobimy dalej.

- Nie możesz po prostu powiedzieć, że nie masz żadnego planu?

- Nie możesz mi po prostu zaufać tak, jak dawniej?

- W porządku – mruknęła Rose po chwili – Przepraszam.

- Więc chodźmy. – Doctor spróbował się uśmiechnąć, ale Rose potrafiła wyczuć jego zdenerwowanie. – Nie mamy już wiele czasu.

Ruszył przodem, z trudem przeciskając się przez masę splątanych ze sobą metalowych kończyn Iniesto, a Rose poszła za nim, starając się nie wyobrażać sobie, że akurat w tym momencie roboty ożyją z powrotem. Przez kilka minut szli w milczeniu, powoli torując sobie drogę, aż w końcu dotarli do głównego korytarza i wyminęli ostatnich z goniących ich przedstawicieli Iniesto.

- To wszyscy, którzy znajdują się na statku? – spytała Rose szeptem, jakby bojąc się wybudzić ich ze snu.

- Nie mam pojęcia – odpowiedział Doctor – Ale teraz musimy przede wszystkim znaleźć jakiekolwiek wyposażone pomieszczenie, jakąś sterownię, albo magazyn części zamiennych… - Rozejrzał się. – Pamiętam, że wcześniej kiedy cię szukałem widziałem kilka par drzwi, niedaleko miejsca gdzie wylądowałem na statku. Był tam też jeden terminal dostępu do komputera, ale na razie na pewno jest nieaktywny. Mamy jeszcze… Dwadzieścia minut, więc nie traćmy czasu. – Ruszył w lewo, a Rose poszła za nim rozglądając się uważnie. Szli szybko przez zalany błękitną poświatą pusty korytarz, a dźwięk ich kroków odbijał się echem wśród stalowych ścian. Doctor wyglądał na całkowicie pochłoniętego własnymi myślami, jedynie co jakiś czas zerkał na zegarek i przyspieszał kroku. Korytarz był równie monotonny, jak wszystkie, które mijali poprzednio i dlatego kiedy dotarli do drzwi Rose nie miała pojęcia czy minęły dwie minuty czy dwadzieścia. Drzwi wyglądały identycznie, jak te prowadzące do pomieszczenia, w którym obudziła się Rose, niskie i całkowicie gładkie. Na ich widok Doctor zatrzymał się i ze świstem wypuścił powietrze z płuc.

- Och, jaki jestem głupi! – krzyknął nagle głośno, prawie przyprawiając Rose o zawał serca.

- Co się stało?

- Jestem taki głupi! – jęknął ponownie – Nie możemy otworzyć tych drzwi, tych ani żadnych innych!

- Dlaczego?

- Otwierają się tylko na wirtualne polecenie głównego komputera lub któregoś z jego użytkowników. Mogłem je kontrolować przy pomocy śrubokrętu, ale teraz… - Podszedł do drzwi i naparł na nie całym ciężarem ciała, ale one nie drgnęły nawet o milimetr. Rose rozejrzała się w poszukiwaniu jakiejś rury lub czegokolwiek innego co mogłoby posłużyć im za dźwignię, ale ujrzała tylko gładkie ściany.

- Co teraz zrobimy? – spytała, nerwowo przygryzając wargę.

Doctor spróbował jeszcze raz otworzyć drzwi, po czym odsunął się zdenerwowany i spojrzał na zegarek.

- Mamy jeszcze jedenaście minut, możemy… – Przycisnął dłonie do zmarszczonego czoła. – Myśl! Możemy… Nie mam pojęcia! – krzyknął w końcu – Nie wiem, co możemy zrobić! Nie mamy czasu! To nie jest sprawiedliwie! – Spojrzał do góry, jakby chciał przeniknąć wzrokiem sufit. – Chciałem rozpocząć wszystko od nowa, a zginę na jakimś umierającym statku kosmicznym. To nie jest sprawiedliwe!

- Doctorze? – przerwała mu wstrząśnięta Rose, a on spojrzał ponownie na nią.

- Wybacz – powiedział już dużo ciszej – Zawiodłem cię Rose. Nie możemy uciec. Nie wiem jak. Może miałaś rację. Może nie jestem prawdziwym Doctorem.

Wyglądał jakby nagle kompletnie opadł z siły. Powoli usiadł skulony pod ścianą i ukrył twarz w dłoniach. Przez kilka sekund Rose wpatrywała się w niego bez słowa, aż wreszcie usiadła obok.

- Ja też przepraszam – powiedziała w końcu – Za wszystko.

Podniósł wzrok.

- Och, Rose – mruknął cicho – Tak bardzo, bardzo mi przykro.


To nie jest jeszcze koniec fanficka, po prostu postanowiłam pobawić się w Moffata. Ale spokojnie, następny rozdział pojawi się tu szybciej niż dostaniemy czwarty sezon Sherlocka.