Więc skończyłam. Ósmy rozdział na ósmy odcinek ósmej serii. Po pół roku, czy jakoś tak. Wersja ta ma na moim dysku numer 8.2.3, ale i to nie oddaje dramatyzmu tej sytuacji. Były chwile kiedy byłam gotowa uczynić ten rozdział opisem atomów martwych Rose i Doctora krążących po wszechświecie, więc i tak jest nieźle. Mam nadzieję, że ktoś to jeszcze przeczyta. I skomentuje. Bez komentarzy dwa ostatnie rozdziały mogą powstawać jeszcze dłużej. Następny ma tytuł John Smith i pojawi się pewnie gdzieś w okolicach odcinka świątecznego. Enjoy (i tak można na mnie pomstować jak na Moffata lepsze takie towarzystwo niż żadne).


8. Obrończyni Ziemi

Trzydzieści trzy minuty po teleportacji Doctora i dwadzieścia siedem minut przed wystrzeleniem rakiet, ogromny statek kosmiczny widoczny do tej pory na ekranie komputera pod postacią wielkiej zielonej kropki zniknął z wszystkich radarów. W tym samym momencie zadzwoniły wszystkie telefony w Torchwood.

- Tak, zauważyłam Bob.

- To nie jest żadna sztuczka generale. Torchwood nie ma nic do ukrycia.

- Zajmę się tym, Panie Tyler.

- Według naszych obliczeń statek nie miał dość mocy, aby odlecieć.

- Kod czerwony, powtarzam, kod czerwony.

- Naprawdę nie wiem, profesorze. Może jakieś zaawansowane systemy obronne…

- To z pewnością panele molibdenowe!

- Może wystarczyłoby zmienić polaryzację przekaźników…

- Tak, zresetowaliśmy wszystkie systemy.

- Zajmują się tym światowej klasy specjaliści…

- …Cholera.

Naukowcy, którzy nie rozmawiali akurat przez telefon i inni pracownicy, włączając w to sprzątaczki, bufetową i dozorcę, biegali w kółko, przenosząc plotki z piętra na piętro oraz pogłębiając sumiennie panujący wkoło chaos. Mówiąc w skrócie, zgromadzona w instytucie część ludzkości wpadła w panikę na jakieś trzynaście minut. Po tym czasie światowej klasy specjaliści wpadli na genialny w swej prostocie pomysł, aby zaczekać na dalszy rozwój sytuacji.

Od tego czasu Mary obgryzła już wszystkie paznokcie, przemyślała wszelkie możliwości, wygrzebała wszystkie swoje stare projekty i nawymyślała sobie od idiotek, a jej grzywka, poprawiana co chwilę nerwowo, znajdowała się obecnie w opłakanym stanie. Czekanie z minuty na minutę stawało się coraz większą torturą, a świadomość, że może czekać nadaremno, powodowała u niej mdłości. Powtarzała sobie uparcie, że przeszła wojskowe szkolenie, że pracuje dla ogromnej organizacji, w której wszyscy badają ten sam problem, że jest naukowcem i powinna zachować kamienny spokój i stalowe nerwy – i że zrobiła już wszystko co mogła, że zaufała wariatowi w obcisłym garniturze i powinna ufać mu do samego końca. Ale gdy tylko przypominała sobie na jakie zagrożenie naraziła Rose i jej Doctora, chciało się jej płakać z bezsilności.

Mary zawsze wierzyła w siłę nauki. Nigdy nie była specjalnie ładna, ani towarzyska, ani odważna – ale była pracowita i inteligentna i przez wiele raz nie wyobrażała sobie, że może istnieć lepsze życie, niż to które wiodła wśród wzorów, schematów, śrubek i opracowań naukowych. Praca dla Torchwood była spełnieniem jej pragnień – otrzymała swoje własne biuro, własny warsztat, własny zespół i ważne zadanie. Nowa praca pochłonęła ją bez reszty i nie miała czasu zastanawiać się nad swoim życiem.

I wtedy Mary poznała Rose. Rose, która nie rozumiejąc teorii względności, potrafiła wymyślać najgenialniejsze, najbardziej szalone pomysły. Rose, która gardząc wojskiem i przemocą, potrafiła wziąć ogromny karabin i zmusić oddział kosmitów do odwrotu. Rose, która unikała bliższych relacji, i która scalała ich zespół, zmuszając Mary do rozmów i zabawy z resztą pracowników Torchwood. Rose, która wyraźnie nie przebolała jeszcze jakiejś straty, i która pocieszała Micky'ego po śmierci babci. Rose, która potrafiła opowiadać niesamowite historie o kosmosie, i która zatrzymywała się co jakiś czas, wpatrzona w przestrzeń, i uśmiechała się smutno do swoich wspomnień. Mary lubiła w dzieciństwie obserwować ludzi i wróciła nagle do tego nawyku, będąc coraz bardziej zafascynowana tą drobną blondynką. Rose pokazała jej jakiś nowy, nieznany świat, pełen niespotykanych stworzeń i planet, świat, w którym zwykli ludzie dokonują niezwykłych rzeczy. Więcej – dała jej poczucie, że jest potrzebna, najpierw jako naukowiec, a ostatnio również jako przyjaciółka – i Mary czuła, że nigdy nie będzie w stanie spłacić tego długo wdzięczności.

Pochyliła się na krześle i zacisnęła kciuki tak mocno, że aż zbielały jej knykcie.

- Nie umieraj Rose – wyszeptała błagalnie – Wierzę w ciebie.


Dziesięć minut.

Rose siedziała obok idealnej kopii swojego Doctora, pod ścianą niekończącego się korytarza, na ogromnym statku kosmicznym, i oswajała się z myślą o nachodzącej śmierci. Była zmęczona, nieszczęśliwa i głodna. Ale wciąż żyła. Czuła, że jej serce przyspiesza gwałtownie, jakby chciało pokazać, że nic nie jest w stanie go zatrzymać.

- Na pewno możemy coś wymyślić – powiedziała niepewnie. Doctor nie odpowiedział. Wyglądał jakby całkowicie zapadł się w sobie i Rose poczuła się nagle okropnie samotna. Ale musiała dalej walczyć. Uczepiła się tej myśli, tak jak wtedy, dwa lata wcześniej, gdy jadła frytki na niewielkiej stacji benzynowej niedaleko Bergen.

- Nie możemy tu po prostu siedzieć i czekać na… – Rose przełknęła ślinę. – Na rakiety. Musimy coś zrobić.

Wstała i ponownie naparła na zamknięte przed nimi przejście, gorączkowo szukając w myślach rozwiązania. W końcu po raz ostatni kopnęła stalowe drzwi i nagle, może z powodu bolącej stopy, poczuła gniew, jakby cała złość, którą gromadziła w sobie od dwóch tygodni, postanowiła znaleźć ujście.

- Musimy coś zrobić – powtórzyła, patrząc na wciąż siedzącego Doctora.

- Co takiego? – spytał bezbarwnym głosem. – Tym razem nie ma drogi ucieczki. Przegrałem.

- Zawsze jest jakieś inne wyjście – powiedziała głośniej niż zamierzała. Jej głos odbił się echem w pustym korytarzu, a Doctor podniósł głowę i spojrzał jej w oczy.

- Ale tym razem nie potrafię go znaleźć.

- Nie możemy się poddać. – Pokręciła głową. – Ty nie możesz się poddać! Nie pozwolę na to.

- Dlaczego? – W jego głosie smutek mieszał się z goryczą. – Bo Doctor nigdy się nie poddawał? Bo cokolwiek się działo zawsze wychodził z tego cało?

- Tu nie chodzi tylko o zwycięstwo. – Rose poczuła łzy na policzkach. – Ale o walkę. O to, że gdy wszyscy uciekają, potrafisz stanąć i walczyć o to, co jest ważne! Ja… To jest… To jest właśnie najważniejsza rzecz, której nauczyłam się podróżując z Doctorem. Że nie chodzi o to czy jesteś mądry, piękny czy nieustraszony, najważniejsze, żeby nie odpuścić. Bo życie jest szalone i okrutne i niebezpieczne, ale warte tego, żeby o nie walczyć. I nawet jeśli straciłeś wszystko, jeśli tak jak Doctor poświęciłeś zbyt wiele, to zawsze, zawsze jest coś… - W tym miejscu Rose poczuła, że zaczyna brakować jej powietrza i przerwała na chwilę, oddychając spazmatycznie. – Albo ktoś dla kogo warto walczyć – dodała z trudem.

Na chwilę zapadła cisza, podczas której Rose otarła łzy z oczu i twarzy, pociągnęła nosem i wzięła głęboki oddech.

- Więc, cokolwiek się zdarzy, nie zamierzam się poddać – dodała spokojniej – I zamierzam znaleźć jakieś wyjście.

Odwróciła się, nie czekając na reakcję Doctora, i ruszyła szybkim krokiem w stronę, z której przybiegli, jednak po kilku krokach zatrzymał ją znajomy głos.

- Rose?

Odwróciła się i napotkała znajome spojrzenie – mieszaniną dumy, podziwu i jakiejś trudnej do zinterpretowania czułości.

- Powinnaś iść w drugą stronę. – Niecierpliwym ruchem otarł samotną łzę, spływającą po policzku i odgarnął włosy z czoła. – Cóż, jeśli chcemy dojść do pierwszego Iniesto, którego ogłuszyłem, to, sądząc po kącie zakrzywienia ścian i czasie w jakim przybiegliśmy do tego miejsca, szybciej będzie w tamtą stronę.

- My?

Doctor wstał, wyprostował się i poważnie skinął głową.

- Przepraszam, Rose.

- W takim razie – biegnij!


- Panie prezydencie, jestem pewien, że moi ludzie znajdą jakieś rozwiązanie.

- Pani generał?

- Oni właśnie zgubili ten statek z radarów, gdyby sprawę od razu przekazano UNIT-owi…

- To niedorzeczne oskarżenie, mamy do czynienia z całkowicie obcą technologią i nie mamy jeszcze pewności co do wrogich zamiarów drugiej strony.

- Oni porwali pańską córkę!

- Czy to prawda, panie Tyler?

- To moja adoptowana córka i naprawdę, nie widzę, dlaczego miałoby to wpłynąć na pańską decyzję.

- Ale mogło wpłynąć na pańską. Ile czasu potrzebuje UNIT, pani generał?

- Jesteśmy prawie gotowi. Piętnaście minut i wystrzelimy rakiety. Czekamy tylko na pański podpis.

- A jak zamierzacie namierzyć statek, jeśli można wiedzieć?

- Dobra uwaga, panie Tyler.

- Według naszych analityków, statek nie miał dość mocy, aby odlecieć. Mógł wyłączyć silniki lub włączyć system obronny, ale prawie na pewno się nie przemieścił. Współrzędne są ciągle w naszych komputerach.

- Gdzie te papiery?

- Panie prezydencie, oni wcale nie mają większej pewności niż my.

- Nie chcę być zapamiętany jako tchórz, panie Tyler. Pani kolej, generał Thompson.

Choć według słów Doctora, powinni mieć do przebycia mniejszą drogę, Rose miała wrażenie, jakby biegli już okropnie długo przez ten niekończący się, zalany niebieskim światłem korytarz.

- Doctorze, czas?

- Nie przejmuj się czasem, Rose. Gdy wyłączyłem komputery musieliśmy zniknąć z radarów. To powinno wywołać panikę, dezorientację i obsunięcia czasowe.

- I mówisz o tym dopiero teraz?!

- Cóż… powinno.

- Jakiś plan?

- Myślę. Uwierają mnie trampki.

- Wspaniale. Daleko jeszcze?

- Jesteśmy już blisko. Myślę, że nie musimy się tak bardzo spieszyć…

W tym momencie w korytarzach znów rozbłysło białe światło.

- Komputer znowu działa. Musimy się pospieszyć!

Zielona kropka powróciła na ekran komputera i Torchwood znowu wpadło w panikę, ale chwilę później z megafonów popłynęło uspokajające obwieszczenie, iż UNIT przejął sprawę i wszyscy mogą iść do domu.

Mary poczuła, że zaczyna ją boleć głowa. I zęby. I kciuki.


Rose była taka zaaferowana biegiem, że zauważyła stojącego im na drodze Iniesto, dopiero gdy o mało się o niego nie potknęła. Robot zdążył się już włączyć i teraz podnosił na zmianę swoje groźne metalowe kończyny, rozglądając się z dezorientacją.

- One porozumiewają się telepatycznie – powiedziała szybko, ostrożnie podchodząc bliżej.

- Elektroniczny przekaźnik doneuronowy! – zawołał Doctor w zachwycie – Powiedz mu, że nie mamy złych zamiarów. Że chcemy tylko wrócić na ziemię.

- Nie wiem jak… - zaczęła Rose, jednak w tym momencie usłyszała w głowie znajomy głos.

Kim jesteście? Intruzi, intruzi!

- Słyszałeś? – spytała Doctora.

Uniósł brwi i pokręcił głową.

- Nie wie, kim jesteśmy. Chyba zapomniał co się wcześniej działo. I wzywa pozostałe.

- To pewnie awaria karty pamięci. Musisz go uspokoić. Tylko on może nam pomóc. Obiecaj, że im pomożemy.

- Jak?

- Po prostu mu to przekaż.

Rose skoncentrowała się i spojrzała w czarny obiektyw.

Jestem Rose Tyler, a to Doctor. Chcemy was ocalić. Możemy wam pomóc, ale najpierw wy musicie pomóc nam.

Ocalić nas?

Tak, ale nie możemy zrobić tego tutaj. Musimy wrócić na ziemię. Bezpiecznie.

Chcecie uciec.

Nie, nie, przecież widzisz mój umysł. Nie kłamię!

Udowodnij i ocal nas.

Nie możemy pomóc wam tutaj! Przysięgam, że zamierzamy wam pomóc, jakem Rose Tyler, Obrończyni Ziemi albo niech osądzi mnie Proklamacja Cieni, a Dalekowie przeklną moją rodzinę.

- Uwierzył mi! – krzyknęła zaskoczona Rose – pomieszczenie do teleportacji znajduje się niedaleko, trzecie drzwi po prawej. Są już otwarte.

- Więc chodź, nie ma czasu do stracenia!

Rose dobiegła do Doctora i złapała go za ramię.

- Jak zamierzamy im pomóc?

Doctor zacisnął usta w wąską kreskę.

- Nie zamierzamy?!

- Słuchaj, nie mamy czasu, w każdej chwili mogą tu dolecieć rakiety…

- To nie jest wyjaśnienie! Oni nam zaufali!

- Czasami nie można uratować wszystkich.

- Można spróbować. Nie mogę ich okłamywać. Oni są ostatni ze swojego gatunku…

- Kiedy zrozumiesz, nie jestem już wszechmogący, jestem tylko człowiekiem, tak jak ty!

- Tylko człowiekiem?

- Rose, oni cię porwali!

- Ale ja mogę być lepsza. I ty także! Właśnie ponieważ jesteś człowiekiem.

Stanęli w otwartych drzwiach i Rose spojrzała mu prosto w oczy.

- Proszę – powiedziała cicho.

W tym momencie ściany korytarzy rozbłysły na czerwono i ciszę przerwał donośny dźwięk alarmu – choć Rose nie była pewna, czy nie słyszy go jedynie w swojej głowie.

- Rakiety – powiedzieli równocześnie.

Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zobaczyła nagły błysk szaleństwa w oku Doctora i pozwoliła, żeby wciągnął ją do niewielkiego kulistego pomieszczenia.

- Masz plan. – Bardziej stwierdziła, niż spytała.

- Coś lepszego – roześmiał się i machnął ręką – Stań w tym miejscu.

Posłuchała go odruchowo, obserwując jak podbiega do konsoli pełnej przycisków. Rozejrzała się dookoła, zastanawiając się jakie będzie jej zadanie. Doctor krzyknął coś, ale nie dosłyszała tego po przez coraz głośniejsze nawoływania Iniesto. I nagle wszystko ucichło i odwróciła się, żeby o to zapytać, ale nie było już Doctora, ani statku kosmicznego, tylko główny hol Torchwood i kilku wpatrzonych w nią facetów w żołnierskich mundurach, tudzież białych fartuchach. Spróbowała postąpić krok do przodu, gdy świat zawirował jej przed oczami i przed upadkiem uratowało ją jedynie usłużne ramię asystenta Grega. Kiedy odzyskała równowagę, wyprostowała się i tłum gapiów cofnął się pod wpływem wyrazu jej spojrzenia.

- Jeśli on zamierza to przeżyć – wysyczała przez zęby. – To chyba go zabiję.


Doctor odwrócił się powoli i spojrzał w stronę drzwi, na nadchodzącego Iniesto. Kolejne z nich zbliżały się coraz bardziej, stukot ich mechanicznych ramion był jedynym dźwiękiem zakłócającym panującą na statku martwą ciszę.

- Nie ma pośpiechu – krzyknął głośno. Był pewien, że Iniesto go słyszą, nie wiedział tylko czy zamierzają go wysłuchać. – Macie jeszcze około minuty zanim wszyscy tutaj zginiemy. Naprawdę dużo czasu. Nie mogę już uciec i dobrze o tym wiecie. Ale wiecie również, że mógłbym was ocalić, gdybym zechciał.

Iniesto zatrzymał się jakieś pół metra od niego, słuchając lub czekając na wsparcie.

- Ten statek jest już stary, a wy trafiliście do obcego wszechświata. Próbowaliście zdobyć energię i całkiem mądrze się do tego zabraliście. Cała energia tej małej planetki nie starczyłaby wam na długo, ale energia z przerwy we wszechświecie… Ha! Z tej moglibyście korzystać latami. Popełniliście tylko jeden błąd. Zadarliście z niewłaściwą osobą. Ponieważ Rose Tyler jest warta więcej niż całe wasze plemię u szczytu swej świetności. I mam nadzieję, że zapamiętaliście to nazwisko, ponieważ, jeśli wybierzecie dzisiaj mądrze, ona stanie się tą, która was ocaliła. – Postąpił do przodu i pochylił się tak, aby jego oczy znalazły się na wysokości ciemnego obiektywu. – Nie mogę powstrzymać rakiet i nie mogę ruszyć stąd statku – powiedział powoli i wyciągnął z kieszeni niewielki przedmiot. – Ale mogę dać wam szansę. Wiecie co to jest i wiecie jaki macie wybór. Rakiety są coraz bliżej.

Kiedy skończył zapadła głucha cisza. Iniesto stanęli w bezruchu.

- Macie dziesięć sekund. Wybierzcie mądrze.

Odpowiedziało mu milczenie.


Czarny ekran i dwie kropki. Zielona z nich trwała nieruchomo, podczas gdy czerwona zbliżała się w stronę swojej koleżanki powoli, ale nieubłaganie.

- Proszę, Doctorze – szepnęła Rose. Poczuła ciepłą dłoń Mary na swoim ramieniu. – Mieliśmy umowę, prawda?

Kropki spotkały się w ciszy, a Rose zamknęła oczy.

- Cóż, chyba powinniśmy o niej porozmawiać – powiedział znajomy głos, tuż za jej plecami.

Greg pracował w Torchwood wystarczająco długo, żeby nauczyć się nie okazywać żadnego zdziwienia. Zniknięcie Rose Tyler, statek kosmiczny nad Londynem (gdzieżby indziej?), pojawienie się ekscentrycznego geniusza w pomiętym garniturze, zniknięcie owego, ponowne pojawienie się Rose Tyler ani na chwilę nie wytrąciły go z równowagi. Więc, kiedy wracając do swojego biurka wpadł na zataczającego się odrobinę chudego znajomego Tylerów, od razu wskazał mu drogę, po czym skinął ręką na ciemnowłosą stażystkę, próbującą ukryć się wcześniej przed kosmitami w schowku na miotły.

- Załatw dużo herbaty – powiedział spokojnie. – I ciasteczka. A i połącz mnie z szefem.

Zdecydowanie należała mu się podwyżka.


- Przysięgam, jeśli jeszcze raz… Jak w ogóle mogłeś mi to zrobić? Po całym tym czasie… Kiedy ty się wreszcie nauczysz? Mogłam Ci pomóc! Ale nie, oczywiście, musisz być w centrum uwagi, a ja mam tylko czekać i liczyć na to, że nie zrobisz sobie za dużej krzywdy! Masz coś w ogóle na swoje usprawiedliwienie?!

Doctor spuścił wzrok i przesunął dłonią po karku, zakłopotany.

- Pewne rzeczy się nie zmieniają - powiedział wreszcie i ostrożnie podniósł wzrok, czekając na reakcję Rose. Mary, która obserwowała uważnie tę scenę, zaczęła się zastanawiać czy zainterweniować w razie ewentualnych rękoczynów, jednak twarz Rose rozjaśniła się powoli.

- To nie było wcale zabawne – mruknęła, jednak zanim Doctor zdążył odpowiedzieć roześmiała się i zarzuciła mu ręce na szyję, a on objął ją z ulgą i przez kilka sekund oboje poczuli, jakby wszechświat po długim czasie chaosu nareszcie wrócił do równowagi.


- Oto i Iniesto – powiedział Doctor, podrzucając do góry i łapiąc z wprawą niewielki czary krążek wielkości dyskietki. – Wszystko co ocalało z wielkiej i dumnej rasy zmieszczone na przenośnym dysku komputerowym. Wyciągnąłem go z ich komputera, po tym jak Rose wróciła na ziemię. Nie zdążyłbym się już teleportować bez ich pomocy, ale gdy wiedzieli, że jestem ich jedyną szansą na ucieczkę…

- Musieli ci tylko zaufać – powiedział Rose.

- Właściwie zaufali tobie. – Doctor uśmiechnął się do niej ponad stołem. – Cokolwiek zobaczyli w twojej głowie, najwyraźniej wystarczyło im do uwierzenia w całą rasę.

- Mogę zobaczyć? – spytała cicho Mary, przejmując od niego płytkę z nabożną wręcz czcią. – Fascynujące. Jak to działa? Mogłabym może zbadać…

- Lepiej nie. – Doctor odebrał jej dysk i schował do wewnętrznej kieszeni marynarki. – Macie już dość wirusów w sieci. Sztuczna inteligencja, statki kosmiczne… To wszystko jest jeszcze przed wami.

Rose odchrząknęła znacząco.

- Przed nami – poprawił się Doctor, rzucając jej przelotne spojrzenie. – I przed tobą Mary. Jestem pewien, że słyszałem już kiedyś twoje nazwisko. Kto wie jakiego odkrycia dokonasz. A Iniesto zaczekają tak długo jak to będzie konieczne.

- Dzięki – mruknęła Mary, odstawiając kubek z herbatą i uśmiechając się nieśmiało.

- O i jeszcze jedna sprawa – powiedział Doctor szybko – ten teleport. Nie patentuj go, w porządku? Myślę, że jest jeszcze trochę za wcześnie.

- Ale przechowam go tutaj – powiedziała, wzdrygając się wyraźnie przed rozłożeniem na części rozpadającego się cudu techniki. – Na wszelki wypadek.

- Szczerze powiedziawszy, dzisiaj mam już dość wszelkich wypadków – mruknęła Rose, chowając nos w herbacie.


Kiedy już wyjaśnili wszystko wszystkim (a przynajmniej wiarygodną część, tej części ludzi, która na to zasługiwała), ustalili wspólną wersję wydarzeń i wypili całą herbatę, pojechali w czwórkę z ojcem Rose do ich domu. Uznali, że nie będą wtajemniczać w dzisiejsze przygody Jackie, ale wyglądało na to, że i tak zrozumiała z ich wymówek więcej niż chcieli jej powiedzieć. Powstrzymała się prawie całkowicie od narzekania na porę ich powrotu, a podczas kolacji włożyła cały swój wysiłek w dokarmienie Doctora, który, ku zdumieniu Rose, jadł posłusznie wszystko co mu podsunęła. Mary z zaskakującą naturalnością zajęła miejsce przynależące wcześniej do Micky'ego i przez większość czasu chwaliła kuchnię Jackie i prowadziła ożywioną dyskusję z Doctorem, której przysłuchiwał się Pete, ze stoickim spokojem ignorując gadaninę swojej żony.

Przed północą Mary postanowiła wrócić do domu. Wyszły z Rose przed dom i popatrzyły w górę.

- Żadnych chmur – roześmiała się Mary. – Przy następnej burzy nie będę wiedzieć czy brać parasol, czy robić zapasy na wypadek ataku kosmitów.

Rose uśmiechnęła się i wzięła głęboki oddech.

- Masz bardzo fajny dom – powiedziała Mary.

- Jest w porządku.

- Mam na myśli twoją rodzinę, no wiesz twoich rodziców i w ogóle. – Mary uśmiechnęła się nieśmiało. – I lubię bardzo Doctora. On naprawdę jest tak bardzo chudy, jak mówiłaś.

Rose zaśmiała się i spojrzała uważniej na przyjaciółkę.

- Dobrze, że tu zostajesz Rose – dodała Mary po chwili milczenia. – I dobrze, że nie musisz już wybierać, prawda?


Rose wciąż myślała o tych słowach, gdy pomagała mamie posprzątać po kolacji. Do tej pory rzadko czuła się w tym miejscu jak w domu - to nie był w końcu jej wszechświat, prawda? Ale dzisiaj podczas kolacji czuła się naprawdę szczęśliwa, a może tylko uświadomiła sobie, że wcale nie potrzebuje całodobowego dostępu do cudów wszechświata, żeby jej życie miało sens. Albo może po prostu – jej dom był tam, gdzie ludzie, których kocha?

Znalazła Doctora na tyłach domu. Siedział na murku koło boiska i z zadartą głową obserwował niebo.

- Gwiazdy nad Londynem – powiedziała, siadając obok niego – niezbyt imponujące.

Odwrócił twarz w jej stronę i przez chwilę w jego ciemnych oczach wciąż było widać odbicie gwiazd.

- Rose Tyler. Obrończyni Ziemi.

- I Doctor, jej towarzysz.

- Dla mnie brzmi w porządku – powiedział z uśmiechem i spojrzał znowu do góry.

- Tęsknisz? – spytała Rose po chwili milczenia.

- Oczywiście, że tak. Gdzieś tam w górze jest cały wspaniały wszechświat, który czeka na odkrycie. Pewnie nigdy nie przestanę tęsknić. Ale wiesz, to jest dobra tęsknota. Dzięki niej ludzie stanęli na księżycu. Dzięki niej Rose Tyler zbudowała maszynę teleportującą.

- I spotkaliśmy się ponownie.

- Albo pierwszy raz, zależy jak na to spojrzysz.

Na to Rose nie potrafiła znaleźć odpowiedzi, podążyła więc za jego wzrokiem, próbując przypomnieć sobie co chciała mu wcześniej powiedzieć.

- Jestem ci winna przeprosiny – powiedziała w końcu powoli. – Nie byłam sobą przez ostatnie dni. Albo byłam sobą, ale nie potrafiłam sobie poradzić z tym wszystkim. Chodzi właśnie o to, że… nie wiedziałam kim jestem. Podróżowałam z Doctorem tak długo, że nawet w tym świecie chciałam być Rose z TARDIS. I nie potrafiłam. Myślałam, że kiedy znajdę Doctora to znowu będę sobą... i w ostatecznym rozrachunku miałam rację.

- Daj spokój Rose – odpowiedział poważnie. – Nigdy nie potrzebowałaś Doctora. Na pewno nie tak bardzo jak on potrzebował ciebie. Nie widzisz? Dzisiaj naprawdę byłem gotowy się poddać. Gdyby nie ty kto wie czy moglibyśmy tu siedzieć i patrzeć w gwiazdy. To jest właśnie to kim jesteś – czynisz ze mnie lepszego człowieka. Czynisz z każdego lepszego człowieka.

- Jestem całkiem zwyczajna – zaprotestowała, ale już bez przekonania.

- Byłoby miło, gdyby każdy człowiek był taki jak ty – odpowiedział i tym razem uśmiechnął się do niej. Siedzieli przez kilka minut w milczeniu i Rose poczuła ogarniającą ją senność. Oparła głowę na ramieniu Doctora i spytała cicho:

- Naprawdę pamiętasz, że Mary osiągnie w życiu coś wielkiego?

- Nie – odparł po chwili – ale jestem pewien, że ma do tego predyspozycje. To nie jest wszechświat, który znałem. Nie wiem do końca co się wydarzy. Czy to nie jest niesamowite? Nie jestem już odkrywcą czy obrońcą, ale zwykłym, niewielkim kreatorem, mrówką w obliczu jednej galaktyki. Muszę teraz odkrywać życie krok po kroku, dzień po dniu. Przygoda, której miałem nigdy nie zaznać…

Rose usłyszała kryjący się za jego słowami lęk, ale poczuła, że nie potrafi go pocieszyć

- Jesteś dobrym człowiekiem Doctorze – mruknęła w końcu.

- Chciałbym być – odpowiedział cicho, z oczami pełnymi rozgwieżdżonego nieba.