Halo, czy jest tu kto?

Ludzie myślą, że pisanie to prosty ciąg przyczynowo-skutkowy od powstania pomysłu do ukończenia rozdziału, ale z mojego, nieliniowego punktu widzenia, pisanie jest bardziej niczym wielka kula czasowo-splątanych chaotycznie-emocjonalnych scen. Tak więc kilka miesięcy w te czy we wte...


9. John Smith

Czasami Rose Tyler miała dosyć.

- Doctorze, jesteśmy przyjaciółmi, prawda? – spytała, przygotowując się psychicznie na poważną rozmowę. Siedzieli w stołówce Torchwood, jedząc lunch i jeszcze chwilę wcześniej śmiali się z jakiegoś żartu, którego nikt inny by nie zrozumiał, kiedy jej towarzysz zamyślił się i zamilkł, skubiąc trzymaną w palcach frytkę. Oczy miał utkwione gdzieś daleko poza nią i Rose wiedziała dobrze co oznacza takie spojrzenie.

- Doctorze – powtórzyła głośniej, machając mu ręką przed oczami. Oprzytomniał i spojrzał na nią szybko, próbując się uśmiechnąć.

- Doctorze. – Wzięła głęboki wdech. – Myślę, że musimy porozmawiać.

- Rozmawiamy cały czas, Rose – powiedział, wsadzając sobie frytkę do ust. – Chcesz mi coś powiedzieć?

Od inwazji Iniesto, czyli od kiedy de facto zaczęli ze sobą rozmawiać, minął już ponad miesiąc i Rose uważała, że oboje radzą sobie całkiem nieźle. Rozpoznanie terenu. Obserwacja i wnioski. Wybranie najlepszej możliwości i przygotowanie planu B. Kto by pomyślał, że głupie szkolenie w Torchwood może się jej przydać przy rozpracowywaniu Doctora? Ale właśnie dzięki temu udało im się osiągnąć coś co w wojsku nazywano stabilizacją – byli bezpieczni, dopóki żadna ze strony nie chciała podejmować ryzykownych ruchów.

Ale teraz – pomyślała Rose – teraz czas na atak.

- Spytałam, czy jesteśmy przyjaciółmi – powiedziała i spojrzała na niego wyczekująco.

- Oczywiście, że tak. – Zmarszczył brwi, jakby nie był pewien czego ma się spodziewać. – Czy to pytanie było podchwytliwe?

Rose przewróciła oczami.

- Spytałam, ponieważ jeśli jesteśmy przyjaciółmi, to wiesz, możesz mi powiedzieć wszystko.

- W porządku – mruknął, przeciągając środkową sylabę – wiem o tym.

- Ale – Rose zawiesiła głos wyczekująco – nie mówisz mi o wszystkim.

Skrzywił się i wsunął do ust kilka frytek, dając sobie czas do namysłu.

- Chodzi o to, że – kontynuowała Rose – ja naprawdę nie jestem głupia.

Przełknął gwałtownie, cudem unikając zadławienia.

-Tak, wiem, wspominałaś kiedyś – powiedział, próbując obrócić wszystko w żart i Rose przez chwilę miała ochotę się wycofać.

- Wiem, że teraz nie może być tak jak dawniej – wyrzuciła z siebie szybko.

Na jego czole pojawiły się poziome zmarszczki.

- Rose...

- Zrozumiem, jeśli nie czujesz się teraz szczęśliwy. To znaczy ta praca musi być dla ciebie okropnie nudna i może chciałbyś spróbować czegoś innego. To znaczy – to nie jest nawet prawdziwe ratowanie świata. Moglibyśmy… - Wzięła oddech i odgarnęła włosy z twarzy. - No nie wiem, moglibyśmy podróżować, tata mógłby załatwić ci paszport, zresztą moglibyśmy spróbować czegokolwiek, nawet gdybyś chciał hodować te swoje pszczoły…

Uśmiechnął się i machnął ręką.

- Daj spokój Rose – powiedział łagodnie, ale tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Ale Rose wiedziała przecież co oznacza jego zamyślenie i nieobecne spojrzenie i oddanie pracy, ponieważ Rose…

- Ja wiem jak to jest, no wiesz, tęsknić – powiedziała cicho.

- Oczywiście, że wiesz jak to jest – mruknął i nagle przestał unikać jej wzroku. - Czujesz się samotna?

- Co? – spytała zaskoczona. – Ja nie… Nie rozmawiamy teraz o mnie.

- Ja sobie poradzę Rose – powiedział stanowczo. Rose poczuła irracjonalną ochotę, żeby wbić mu łokieć w żebra. – Gdybym chciał coś zmienić, powiedziałbym ci. Ale jeśli ty nie czujesz się szczęśliwa…

- Dlaczego? Wszystko jest w porządku – powiedziała szybko, starając się utrzymać kontrolę nad rozmową.

- Czasem można czuć się samotnym. Nawet jeśli wokół jest dużo ludzi. Ukrywasz to oczywiście przed innymi, starasz się zapomnieć, chcesz się kimś zaopiekować… - Posłał jej smutny uśmiech. – Ale ciągle czujesz taką pustkę w okolicy serca, jakby ktoś zostawił w nim dziurę, która nie może się zapełnić.

- Powiedziałam, wszystko jest w porządku – powiedziała głośno. Siedzący przy sąsiednim stoliku Bob rzucił jej zaciekawione spojrzenie.

- Rose…

- Zapomnij, że cokolwiek mówiłam – warknęła, zła na siebie.

- Rose – powiedział łagodnie i z wyraźnym współczuciem.

- Powiedziałam, zapomnij, że cokolwiek mówiłam. I nie patrz na mnie w ten sposób. Jeśli mówisz, że wszystko jest w porządku... – Wstała od stolika. – Nie jestem już głodna.

Rose nie była nigdy dobrym strategiem i czasami – czasami miała dosyć.


Doctor nie zauważył nawet kiedy wieczorne bieganie weszło mu w nawyk. Rano czasami dołączała do niego Rose i wtedy zwalniał specjalnie, żeby biegli koło siebie; czasami grali w koszykówkę, śmiejąc się i przepychając. Ale wieczorami Doctor ubierał swoje trampki (ignorując narzekania Jackie, która już dawno kupiła mu porządne adidasy) i wybiegał w ciche alejki Richmond. Z początku biegł coraz szybciej i szybciej, aż poczuł bicie swojego serca i palący ból w płucach – wtedy zwalniał powoli i truchtał tak długo, aż uspokoił swoje ciało i rozbiegane myśli.

Zabawne, że przy wszystkich przeżytych latach, które zachował w swoich-nie-swoich wspomnieniach, te kilka tygodni przeżyte z rodziną Tylerów wydawało mu się całą wiecznością. Bycie człowiekiem nie było ostatecznie aż tak trudne, jak mogłoby się wydawać. Zaczął po prostu ubierać się normalniej, myśleć wolniej i mówić mniej. W zamian za to nie musiał już podejmować straszliwych w skutkach decyzji, narażać swojego i cudzego życia i nie musiał…

Cóż, nie musiał już być Doctorem.

Co byłoby myślą całkiem do zniesienia, gdyby Doctor nie dostrzegał czasem pojedynczych gwiazd na londyńskim niebie oraz drobnych, ledwie dostrzegalnych zmarszczek w kącikach oczu Rose.

Był po prostu zbyt sentymentalny – zwłaszcza w tym ludzkim wcieleniu. Rose, na przykład, nie była ani trochę sentymentalna. Rose patrzyła na życie jak na wyzwanie i tak samo patrzyła teraz na niego. Oczywiście, że jej na nim zależało, taka właśnie była – wrażliwa, współczująca i dużo dojrzalsza niż te kilka lat temu, gdy się poznali – gdy spotkała Doctora. Pogodzona ze swoim losem i dbająca o to, żeby wszyscy dookoła dobrze się czuli. A on – choć wiedział, że to głupie – tęsknił za Rose wesołą, beztroską, trochę samolubną i trochę zakochaną. A przede wszystkim – szczęśliwą.

Tęsknił też za nowymi planetami, za cichym pomrukiem TARDIS, za Donną Noble i całą masą rzeczy, których nie potrafił nawet nazwać. Nie dziwiło go wcale, że Rose potrafiła rozpoznać tę tęsknotę.

Może tylko byłoby im łatwiej, gdyby tęsknili za tym samym.


- Chodź tu na chwilę, przydasz się na coś! – Krzyk Jackie zatrzymał Doctora w pół kroku, gdy przechodził koło kuchni, kilka dni później. Cofnął się posłusznie i przejął od niej nóż i stos umytych warzyw, gotowych do pokrojenia.

- Gotuję na zapas – wyjaśniła mu, obracając się w stronę kuchenki. – Jakbym i bez tego nie miała dostatecznie dużo roboty…

- Mówiłem ci – mruknął Pete, wstając od stołu i wyraźnie szykując się do ucieczki. – Możemy z powrotem zatrudnić kucharkę. I opiekunkę dla Tony'ego…

- Wychowałam sama Rose, wychowam i Tony'ego – odpowiedziała dobitnie, mieszając w dużym garnku, stojącym na gazie. – A tamta kucharka była strasznym darmozjadem, nie będę wydawać pieniędzy na takie bezużyteczne stworzenie jak ona…

Pete westchnął, przewrócił oczami i sięgnął po stojącą przy drzwiach teczkę.

- Muszę gdzieś jeszcze zadzwonić – skłamał, wycofując się chyłkiem. Doctor uśmiechnął się do krojonej marchewki.

- Mógłbym zbudować dla ciebie trochę ulepszony robot kuchenny – powiedział, przesypując pokrojoną marchewkę do miski. – No wiesz, taki inteligentny.

- Nie będziesz grzebał przy moim sprzęcie kuchennym – obróciła się i pogroziła mu łyżką. – Wciąż boję się używać tostera.

- Wymieniłem tylko przepalony obwód – wyjaśnił cierpliwie. Na chwilę zapadła cisza, jednak Jackie nie pozwoliła jej długo trwać.

- Wyjeżdżamy – powiedziała, trzaskając pokrywką. – Pete ma jakieś sprawy służbowe w Cardiff, a ja jadę z nim. Gotuję, żebyście nie umarli z głodu przez te trzy dni.

- Dalibyśmy sobie radę – mruknął, zastanawiając się na ile tygodni wystarczyłyby im te zapasy warzyw.

- Tony zostaje domu. Rano zajmie się nim Jessica, wiesz, ta wysoka, ale wieczorem zajmie się nim Rose. Mógłbyś jej pomóc.

- Jasne.

- Będziecie całkiem sami… - Jackie zawiesiła głos w tak znaczący sposób, że Doctor podniósł aż wzrok znad noża.

- Tak?

- Pomyślałam – Założyła ręce na piersi. – Że mógłbyś wreszcie dotrzymać obietnicy.

- Której? – spytał ostrożnie.

- No wiesz. Wtedy na plaży. Powiedziałeś, że masz tylko jedno życie… I że chcesz je przeżyć razem z Rose.

- Tak… Tak, ale przecież to się dzieje, prawda? Żyjemy razem i…

- Oczywiście, że nie – wykrzyknęła Jackie. – Żyjecie całkowicie obok siebie!

Doctor przełknął ślinę.

- Jackie, ja nie sądzę, żeby Rose…

- Oczywiście, że tak – powiedziała, przyglądając mu się z politowaniem. – Pocałowała cię!

- Tak, wiem, ale…

- W dodatku, mi też coś obiecałeś. Tej pierwszej nocy, pamiętasz?!

Doctor poczuł się pokonany.

- Masz trzy dni, Doctorze – dodała jeszcze, odbierając mu nóż. – Lepiej tego nie zepsuj.

Chciałbym, żeby to było tak proste, jak ci się wydaje Jackie – pomyślał, wychodząc z kuchni.


- Patrz! On patrzy! – Tony podskoczył zabawnie na małych nóżkach, szarpiąc Rose za rękę.

Doctor pochylił się nad nim i zmarszczył zabawnie czoło.

- On ma imię – powiedział, przeciągając głoski.

Tony spojrzał niepewnie na Rose, która roześmiała się i pokręciła głową.

- On jest bardzo przemądrzały. Nawet nazywa się doktorem.

Jej braciszek zachichotał, widząc że wszystko jest w porządku.

- Patrz! – zawołał ponownie.

- Bardzo ładny liść – mruknął Doctor, unosząc brwi. Tony pokiwał poważnie głową, wyraźnie naśladując gest siostry, po czym wyrzucił liść i wyrwał się Rose, biegnąc z powrotem do piaskownicy.

- Strasznie się do ciebie upodabnia – zauważył Doctor.

Rose uśmiechnęła się z dumą.

- Nie jest ci zimno? – spytała, odrywając na chwilę wzrok od brata. – Ten płaszcz jest trochę cienki.

- Ten płaszcz jest wspaniały – powiedział Doctor dobitnie, wsuwając dłonie do kieszeni.

Rose przypomniała sobie cztery bardzo długie godziny spędzone w sklepie z męską odzieżą i postanowiła nie drążyć tematu.

- Właściwie z wyglądu też jest trochę do ciebie podobny – dodał Doctor po chwili.

- A tobie całkiem do twarzy z wózkiem. – Rose uśmiechnęła się i wróciła wzrokiem do obserwowania piaskownicy. Słońce, które świeciło jasno mimo niskiej temperatury, bawiący się Tony, rozczochrany na wietrze Doctor i nawet nieobecność rodziców – wszystko to wprawiło ją nieoczekiwanie w doskonały nastrój.

Doctor odchrząknął.

- Hej, Rose – powiedział, zaskakująco niepewnie jak na siebie. – Zastanawiałem się…

W tym momencie Tony, który biegł do nich z jakąś kolejną zdobyczą potknął się i wylądował całym ciałem na chodniku. Nie zdążył się nawet rozpłakać, kiedy Rose przypadła do niego.

- Pomóż mi – zawołała do Doctora, który podszedł do nich z wózkiem i przykucnął obok.

- Nic mu nie jest – powiedział spokojnie. Tony zaniósł się głośnym płaczem.

- Boli go! – Rose przytuliła brata, wolną ręką wyciągając mokre chusteczki i czyszcząc małe rączki z powbijanych kamyczków. – No nie płacz, mój malutki…

- Rose, musisz się uspokoić – powiedział Doctor. – Przestraszyłaś się, więc on też.

- Nie jestem przestraszona! – Rose poczuła nagle irracjonalną ochotę, żeby go uderzyć. – Boli go! Co ty możesz wiedzieć o bólu dzieci?

- Tak właściwie to całkiem sporo. – Jego głos zabrzmiał tak obojętnie, że Rose poczuła ciarki na plecach. Podniosła wzrok, ale Doctor nie patrzył na nią. Wziął od niej Tony'ego i posadził w wózku, po czym łagodnie wsadził mu smoczek do buzi. Chłopiec spojrzał w jego oczy i uspokoił się nagle.

- Widzisz? – spytał Doctor i pomógł jej wstać. Rose przygryzła wargę.

- Wracajmy już do domu – powiedziała. Doctor pokiwał głową. Popchnął wózek i przez chwilę znowu szli w milczeniu.

- Doctorze, naprawdę nie chciałam…

- Wiem. Nic się nie stało. To stare dzieje Rose.

- Nawet jeśli…

- Co?

- To ciągle boli?

- Bardziej jak fantomowy ból. Wyobrażony.

- Ale ciągle obecny.

Wzruszył ramionami.

- Jakoś tak.

- Przykro mi – wyszeptała Rose. – Gdybyś chciał…

- Nie chcę o tym rozmawiać, Rose.

- W porządku. – Spuściła głowę i zamyśliła się na chwilę, aż nagle wyciągnęła ręce i jedną złapała ramę wózka, a drugą położyła na jego dłoni.

- Ręka do potrzymania, tak? – spytała, uśmiechając się do niego nieśmiało.

Pokiwał głową i uścisnął jej dłoń.

- Ręka do potrzymania. – Westchnął i rozluźnił plecy.

Wyszli z parku i przeszli przez ulicę. Było bardzo cicho, jeśli nie liczyć szumu silnika przejeżdżającego ulicą samochodu, ale ta cisza wcale nie była dla nich niezręczna. Po chwili Doctor westchnął znowu i uśmiechnął się do niej szeroko.

- Jakieś plany na wieczór, Rose?


- Naprawdę? To jest według ciebie idealna randka? – spytała Rose z rozbawieniem, wchodząc do salonu. Doctor poderwał głowę i uśmiechnął się do niej, oblizując palec z masła orzechowego (góra warzyw okazała się być na szczęście przeznaczona dla Tony'ego).

- Gdybym chciał cię zabrać na randkę wziąłbym cię do restauracji na… - zająknął się na ułamek sekundy. – Na Trafalgar Square.

- Jasne – zaśmiała się Rose, udając, że nic nie zauważyła. – Więc co to jest?

- To jest tylko miły sposób, żeby spędzić wieczór – powiedział, pakując palec z powrotem do słoika. – Częstuj się.

Usiadła na kanapie i sięgnęła po jedną z elegancko oprawionych książek rozsypanych po podłodze. Doctor siedział po turecku pomiędzy nimi i układał je wolną ręką według sobie tylko znanego klucza.

- Wziąłem je z gabinetu twojego taty. Całkiem niezła kolekcja.

- One nie są do czytania – powiedziała, mrużąc oczy. – Mają tylko dobrze wyglądać. I tata cię zabije jeśli upaprzesz je masłem orzechowym.

Doctor rozejrzał się nieprzytomnie, po czym wytarł rękę w spodnie i pokręcił głową.

- Nie bluźnij Rose, wszystkie książki są do czytania. Mogą uratować ci życie, pamiętasz?

- Jeśli mnie wcześniej nie dobiją. – Odłożyła książkę na stos i przyjrzała się reszcie. – Same stare, nudne, poważne…

- Nudne?! – Doctor roześmiał się i pokręcił głową. – Serio, Rose, kiedy ostatni raz czytałaś Szekspira?

- W gimnazjum. OK, może nie nudne – skapitulowała, widząc jego minę. - Ale poważne.

- Komedie – zawołał, sięgając po kilka książek z innego stosu. – „Stracone zachody miłości", „Wieczór Trzech Króli" i moja ulubiona, „Wiele hałasu o nic". – Pomachał jej odpowiednią książką przed nosem. – A to tylko te, które leżały na wierzchu! Nie uwierzyłabyś jakim rozrywkowym człowiekiem był Will. Wiesz, spotkałem go niedawno i opowiem ci o tym, jeśli ty dasz szansę jego dziełu.

- Ej, to jest szantaż. – Rose westchnęła cierpiętniczo, przejmując od niego książkę. – O czym to jest?

- No tak w skrócie to jest dwoje inteligentnych, pięknych ludzi, którzy nie mogą się nawzajem znieść i ich przyjaciele uznają, że będą świetną parą, więc próbują im wmówić uczucie. Tak w skrócie.

Zaśmiała się, otwierając książkę.

- Daj mi zgadnąć, na koniec będzie pocałunek na plaży i wyznanie miłości.

- Coś w tym rodzaju. – Podrapał się za uchem, po czym dodał nagle zupełnie innym tonem. – Wygląda na to, że my zaczęliśmy trochę od końca.

Rose podniosła głowę i spojrzała na niego, ale Doctor nie odwzajemnił jej spojrzenia, zamyślony lub spłoszony.

- Tak – odpowiedziała wreszcie. Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, aż w końcu podała mu książkę. – Proszę, przekonaj mnie. Chociaż to nawet nie jest prawdziwa książka, tylko sztuka.

Doctor uśmiechnął się ponownie i pokręcił głową.

- Jesteś pewna, że urodziłaś się w Wielkiej Brytanii, Rose?


Następnego ranka Rose obudziła się zaspana i dziwnie zesztywniała. Ziewnęła przeciągle, odgarniając włosy z twarzy i rozejrzała, próbując odkryć co jest nie tak.

Nie była w swoim pokoju. Leżała pod kocem na kanapie w salonie, co tłumaczyło ból w karku i to, że była całkowicie ubrana. Pamiętała, że siedzieli z Doctorem do późna, czytając Szekspira, co okazało się być doświadczeniem nawet interesującym, choć najwyraźniej usypiającym. Rose przypomniała sobie ciepły, wypełniony emocjami głos Doctora i uśmiechnęła się do siebie, po czym ziewnęła ponownie, przeszukując fałdy koca w poszukiwaniu komórki. Znalazła telefon i spojrzała na wyświetlacz, odgarnęła leniwie koc i ponownie spojrzała na godzinę. Poderwała się gwałtownie, otrząsając ze snu i wybiegła na korytarz. Drzwi do pokoju Tony'ego były otwarte i Rose stanęła w nich zaskoczona.

- Nie, nie możesz ciągle tego burzyć – mówił właśnie Doctor cierpliwie. – Nie możemy zbudować statku kosmicznego, jeśli będziesz tak niekontrolowanie machał rękami. Musisz ze mną współpracować.

Siedzieli na dywanie, pośrodku rozsypanych klocków, z których Doctor najwyraźniej próbował coś zbudować. Tony wysłuchał go uważnie, po czym z dziecinnym śmiechem popchnął klockową wieżę, która zachwiała się niebezpiecznie. Doctor westchnął, a Tony zagulgotał coś radośnie, dostrzegając Rose, która zrozumiała wreszcie na co patrzy. Zaśmiała się i Doctor odwrócił się w jej stronę, co Tony wykorzystał natychmiast, aby dokończyć dzieła zniszczenia.

- Cześć Rose – powiedział Doctor, uśmiechając się do niej. – Dzisiaj sobota, pamiętasz? Możesz iść jeszcze spać. Wszystko jest w porządku, naprawdę.

Pokiwała głową, patrząc jak Doctor wyciąga Tony'emu klocka z buzi.

- Zjedliście śniadanie? – spytała w przypływie matczynych uczuć.

- Dałem mu trochę tej pomarańczowej papki z lodówki – mruknął Doctor, zagarniając klocki bliżej siebie.

- Naprawdę jesteś teraz człowiekiem, prawda? – powiedziała Rose bardziej do siebie niż do niego.

- Skoro tak mówisz – Doctor uśmiechnął się i pogroził palcem jej bratu.

- Mógłbyś przestać się golić – stwierdziła po chwili, przyglądając mu się.

- Będzie ci wtedy łatwiej czy trudniej? – spytał, podnosząc wzrok.

- Nie wiem, po prostu mógłbyś spróbować. – Wzruszyła ramionami i spróbowała znowu się uśmiechnąć. – Idę wziąć prysznic. A potem ja ustalam dzisiejszy plan dnia.

Doctor pokiwał twierdząco głową, wracając do klocków i swoich myśli.


To był wspaniały dzień. Rose już dawno nie czuła się tak szczęśliwa i wyluzowana, jak w to wiosenne popołudnie. Zostawili Tony'ego z opiekunką i po raz pierwszy od dawna naprawdę mieli cały dzień dla siebie – bez kosmitów, telefonów i nachalnych matek. Poszli na długi spacer nad rzekę, do księgarni, na lody i na obiad do całkiem niezłej restauracji – i to, jak pomyślała Rose, była już prawie randka. Doctor śmiał się do niej, opowiadał jej niesamowite historie, wytłumaczył ze trzy pokręcone teorię i nawet spojrzał na nią tak, jak nie patrzył na nią już od bardzo, bardzo dawna. Może właśnie dlatego Rose uwierzyła przez chwilę, że teraz już wszystko będzie dobrze.

Tylko przez chwilę, ale była to cudowna chwila.


- Skończyło nam się mleko.

Doctor podniósł wzrok znad kuchennego robota, który właśnie rozkręcił.

- To straszne – powiedział grobowym tonem.

Rose przewróciła oczami.

- Zapomniałam je kupić, kiedy byliśmy w sklepie. A ja marzę o herbacie. Więc gdybyś posiedział chwilę z Tonym…

Doctor był już przy drzwiach.

- Nie biegałem wczoraj – wytłumaczył się, widząc uniesione brwi Rose. – Trochę świeżego powietrza dobrze mi zrobi.

- Świeżego londyńskiego powietrza? – Rose zmrużyła oczy. – Opieka nad dwulatkiem zapewni ci dostateczną ilość wysiłku fizycznego.

Włożył płaszcz.

- Wiem. Zajmowałem się nim cały ranek. – Wyciągnął palec i wycelował nim w Rose. – Twoja kolei.

Pokręciła głową i rzuciła mu portmonetkę.

- Mleko – powtórzył, podrzucając portfelik w ręku.

- I wino – powiedziała szybko Rose. – Moglibyśmy uczcić nasze dwa całkiem nudne i udane dni.

- Mleko. Wino. W porządku.

- Chcesz to sobie zapisać?

Odwrócił się z ręką na klamce i posłał jej czarujący uśmiech.

- Myślę, że dam sobie radę.

Rose roześmiała się i wróciła do pokoju brata, a Doctor wybiegł na podjazd i przyspieszył gwałtownie. Zapadał zmierzch. Po oświetlonych jasnymi lampami ulicach przemykali pojedynczy przechodnie. Pobiegł w dół ulicy, mijając kilka ogromnych willi i skręcił w lewo, po czym zahamował gwałtownie. Przechodząca obok dziewczyna uśmiechnęła się do niego i odpowiedział tym samym. Gdzieś za żywopłotem zaszczekał pies. Na światłach zahamował…

- Czarny mercedes – powiedział Doctor, przystając na chwilę.

Obok nie było żadnego skrzyżowania. Ani świateł.

Samochód stanął. Doctor wzruszył ostentacyjnie ramionami i zaczął znowu iść. Po chwili dobiegł go dźwięk jadącego samochodu. Przystanął. Samochód również.

Doctor odwrócił się powoli i spokojnym krokiem podszedł do auta i zapukał w przyciemnianą szybę.

Opadła z cichym szmerem. Siedzący za kierownicą młody mężczyzna w zielonym mundurze spojrzał na niego beznamiętnie i podał mu telefon komórkowy.

- Doctorze.

Jego usta rozciągnęły się w przerażającym, pozbawionym radości uśmiechu.

- Generał Thompson. Czego chcesz?

- Czego ty chcesz?

- Byłoby miło, gdybyście przestali mnie śledzić. Tak na początek.

- Wolimy nazywać to obserwacją.

- Jestem tego pewien.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła chwilowa cisza.

- Porucznik Green wie dokąd ma jechać. Jeśli zechcesz.

Rozłączyła się. Doctor odsunął słuchawkę od ucha.

Trzy przecznice dalej czekała na niego Rose z herbatą. Mógł się odwrócić i odejść. Był pewien, że nikt by go nie zatrzymał.

Wsunął telefon do kieszeni.

- Dalej, poruczniku – powiedział obojętnie, zatrzaskując drzwiczki.


Doctor nie uświadamiał sobie nawet jak bardzo za tym tęskni, dopóki znowu tego nie poczuł. Fala adrenaliny uderzyła mu do głowy, wyostrzając zmysły i przyspieszając oddech. Był panem sytuacji, ostatnim z Władców Czasu, najmądrzejszym na całej tej planecie. Wiedział dokładnie dokąd jadą, wiedział kim jest porucznik Green i w jakim modelu mercedesa siedzi. Zagrożenie. Reakcja.

Uspokojenie serca, aby biło w swoim normalnym tempie, zajęło mu trochę czasu, ale ostatecznie to było tylko ludzkie serce.

Wyjechali z miasta i jechali jeszcze pół godziny, klucząc po na wpół zarośniętych drogach, aż ich oczom ukazał się ogromny kompleks budynków. Słońce zaszło już dawno temu i Doctor mógł dostrzec jedynie ciemne bryły rozrzucone po okolicy. Zatrzymali się przy szlabanie.

- Przywiozłem brakujące ogniwo – rzucił do strażników porucznik Green, wysuwając plakietkę przez otwarte okno. Doctor zaśmiał się, kręcąc głową. Jego kierowca przejechał przez szlaban i trzy kolejne bramy i zatrzymał się przed jednym z bocznych budynków.

- To tutaj – powiedział, nie patrząc na Doctora.

- Cóż, dzięki za podwózkę, Matt – Doctor uśmiechnął się w jego stronę i wysiadł z samochodu, który ruszył dalej, gdy tylko za pasażerem zatrzasnęły się drzwiczki. Doctor rozejrzał się, wsuwając dłonie do kieszeni. W przeciwieństwie do Torchwood, które wyglądało z daleka jak dawno opuszczony kompleks fabryczny, tajna siedziba UNITu była naprawdę nowoczesna. Każdy budynek był usytuowany w odpowiednim miejscu i schludnie oznaczony. Ogromne panele słoneczne pokrywające trzy ściany budynku, były nachylone pod kątem umożliwiającym jak najkorzystniejsze wykorzystanie światła słonecznego. Jeszcze w samochodzie Doctor dostrzegł Instytut Gospodarki Energetycznej, zaraz obok Instytutów Informatyki Społecznej i Budownictwa Ergonomicznego. Teraz stał natomiast obok…

- Instytut Badań Nad Przestrzenią Kosmiczną I Możliwościami Jej Eksploracji.

- Mydło i powidło – mruknął Doctor, odwracając się i krzywiąc ostentacyjnie. – Nie podoba mi się.

- Doctorze.

- Generał Thompson.

- Zapraszam do środka. – Generał Thompson wskazała mu kierunek. Doctor spojrzał na boki i ruszył za nią.

- Nie łatwo mi zaimponować – powiedział, wchodząc do budynku.

- Jestem tego pewna.

Przeszli przez jasny hol, mimo późnej godziny pełen spieszących się gdzieś ludzi. Kilka osób spojrzało na nich z zainteresowaniem. Stojący przy każdych drzwiach żołnierze salutowali generał Thompson, która poprowadziła go w lewo, do ogromnej windy. Weszli do środka i pani generał wcisnęła ostatni przycisk z numerem -6.

- Nikt mi nie salutuje – rzucił Doctor, oglądając panel z przyciskami. – Co jest niżej?

- Och, więc powinniśmy ci salutować? – Generał Thompson nareszcie spojrzała mu w oczy.

- Jestem brakującym ogniwem. – Doctor uśmiechnął się, ale jego spojrzenie pozostało twarde. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż wreszcie drzwi windy rozsunęły się z cichym szumem i pani generał spojrzała z powrotem przed siebie.

- Co jest niżej?

- Nie ma nic niżej – mruknęła, wychodząc z windy i skręcając w prawo.

- Jestem pewien, że to nie jest ostatnie piętro.

- Blefujesz – odpowiedziała spokojnie.

- O, nie, jestem przekonany, że jest tu więcej pięter. Chcesz wiedzieć skąd to wiem?

W odpowiedzi generał Thompson przyspieszyła jedynie kroku. W przeciwieństwie do holu, minus szóste piętro wyglądało na całkowicie puste. Przeszli przez kilka wyglądających na opuszczone sal, aż w końcu weszli do niewielkiego zagraconego pokoju i stanęli przed metalowymi drzwiami.

- I co teraz? – spytał Doctor, wyciągając ręce z kieszeni.

- Skąd wiedziałeś, że jest więcej podziemnych poziomów? – Jej głos był wciąż całkowicie spokojny, wręcz obojętny i nawet jeśli udało mu się ją zirytować, najwyraźniej nie zamierzała dać mu satysfakcji.

- Dlaczego tutaj jestem? Co mogę wam dać? Czemu jeszcze nie wzięliście sobie tego sami?

- Zadaje pan niewłaściwe pytania, Doctorze – powiedział cichy głos gdzieś za jego plecami.

Generał Thompson stanęła na baczność, a Doctor odwrócił się powoli.

- Tak?

Właściciel głosu był krzepkim, starszym mężczyzną. Ubrany był w idealnie skrojony garnitur, jednak wrażenie schludności niwelowały wyraźnie podkrążone oczy i zmierzwiona broda.

- Pytanie nie brzmi: co możesz nam dać. Powinieneś spytać, co my możemy dla ciebie zrobić?

- Och, nie jestem zbyt roszczeniowy. Mam wszystko czego mi potrzeba.

- Dlaczego chce pan wiedzieć co jest niżej? Dlaczego nie spyta pan o to piętro?

Doctor uśmiechnął się i pokręcił głową.

- Czy to jakiś test?

- Jestem po prostu ciekawy.

Doctor wzruszył ramionami. Do tej pory czuł się całkowicie pewnie, jednak teraz zaczął obawiać się, że coś mu umyka, tak jakby dostrzegł zbyt wiele szczegółów, aby ujrzeć cały wzór.

- Piętro minus sześć. Administracja, magazyny, archiwum. Oficjalnie, to było napisane nad recepcją. Cokolwiek znajduje się za tymi drzwiami sami mi to pokażecie. Inaczej by mnie tu nie było. A to rodzi pytanie – czego nie chcecie mi pokazać? Co jest na niższych piętrach?

- Może tutaj nic nie ma? Może szukaliśmy jedynie spokojnego miejsca, żeby z panem porozmawiać.

- Gdybyście chcieli tylko ze mną porozmawiać – Doctor podszedł kilka kroków do przodu i zakołysał się na piętach. – Nie musielibyśmy ukrywać się w magazynie. Jestem pewien, że gdzieś wyżej ma pan całkiem przyjemne, zabezpieczone przed podsłuchami biuro, profesorze Weinberg. Jesteśmy tutaj z jakiegoś powodu.

- Skąd wiedział pan, że istnieją niższe piętra?

- Panele fotowoltaiczne. – Doctor spojrzał na wciąż wyprężoną generał Thompson. – Nigdzie nie widziałem zewnętrznego akumulatora, a to oznacza, że każdy budynek zużywa wszystko na swoje potrzeby. Ale te panele są świetnie przemyślane, prawda? Produkują ogromną ilość energii. Albo macie tutaj wielki zderzacz cząsteczek albo kilka pięter więcej. Nie ma możliwości, że Torchwood nie wiedziałoby o zderzaczu, więc zostaje opcja dodatkowych poziomów. Zanim pan zapyta – Torchwood nie zna pana tożsamości. Wiedzą oczywiście, że UNIT nie jest w pełni kontrolowany przez wojsko, ale nawet ja musiałem się nieźle naszperać, żeby trafić na pańskie nazwisko.

- Godny podziwu upór. – Profesor uśmiechnął się, ale w jego uśmiechu nie było ciepła.

- Wysłał pan rakiety w moją stronę. – Doctor również uśmiechnął się nieprzyjaźnie.

- Musiałem bronić Ziemi.

- Żeby zasłużyć na tytuł obrońcy ziemi trzeba zrobić coś więcej niż wciśnięcie czerwonego guzika.

Profesor Weinberg przyglądał mu się przez chwilę, aż nagle roześmiał się, kręcąc głową.

- Boże, naprawdę jest pan tak nieznośny, jak mi mówiono.

Doctor z powrotem schował ręce do kieszeni.

- Dziękuję.

- Może pani odejść, generale – powiedział profesor, kiwając głową w stronę Thompson, która zasalutowała w odpowiedzi i odeszła szybkim krokiem. Weinberg wyciągnął rękę w stronę Doctora.

- Pan zna moje imię, a ja nie znam pańskiego.

- Doctor. – Doctor uścisnął jego dłoń – silną i chłodną. – Nie mam innego imienia.

Profesor zmrużył oczy, ale nie naciskał.

- To nie był zwykły test – powiedział, wystukując kod na panelu z boku stalowych drzwi i pochylając się, żeby zeskanować tęczówkę.

- Więc co?

Profesor uśmiechnął się ponownie i wyciągnął rękę przed siebie. Drzwi rozsunęły się powoli.

- Rozmowa kwalifikacyjna.


Rose przygryzła wargę, spoglądając znowu na zegar. Od czasu wyjścia Doctora zdążyła wykąpać Tony'ego, przeczytać mu bajkę na dobranoc i uśpić go dwa razy. Nawet gdyby najbliższy sklep był zamknięty… Nawet gdyby poszedł do supermarketu… Nawet gdyby była tam kolejka… Nawet gdyby postanowił wrócić dłuższą drogą, przez park… Zacisnęła dłoń na telefonie komórkowym. Dwie godziny. Nie było jeszcze sensu niepokoić rodziców. Może po prostu Doctor chciał pobyć trochę sam. Może nie pomyślał, o tym, że Rose będzie tutaj siedzieć i się zamartwiać. Może po drodze zainteresowało go coś innego albo przypomniał sobie o czymś albo może zadzwonił do niego ktoś z Torchwood. Może znowu wpadł w kłopoty. Kolejna inwazja kosmitów w Londynie? Ale ktoś by do niej zadzwonił, prawda?

Skończyła nerwowo wciskać losowe przyciski na telefonie i wybrała telefon Mary.

- Cześć. Jesteś jeszcze w instytucie? Tak, wiem, że jest sobota. Słuchaj, czy ktoś do ciebie dzwonił? Świetnie. Nie, nic się nie stało. Tak. Chociaż właściwie… Nie chciałabyś może przyjechać tutaj na chwilę? Popilnować Tony'ego. Nic się nie stało. Tylko muszę coś sprawdzić. Dzięki. Jesteś wspaniała.

Rose rozłączyła się i spojrzała przez okno. Panikowała niepotrzebnie. Doctor nie zostawiłby jej tak bez ważnego powodu. Doctor w ogóle by jej nie zostawił. Przecież znała go, prawda?


- Cóż, to jest imponujące – mruknął Doctor po dłuższej chwili milczenia, w czasie której przebyli ponownie drogę do drzwi windy. Znowu nie spotkali w tym czasie nikogo, ale Doctor był pewien, że są bacznie obserwowani. – Albo raczej byłoby imponujące, gdybym mógł zobaczyć jak to działa.

- Och, miałeś dosyć czasu, żeby zobaczyć, że zadziałałoby, gdybyśmy chcieli to uruchomić.

Doctor pochylił głowę.

- Jakiś komentarz?

Weszli do windy. Profesor Weinberg wyciągnął swoją plakietkę i przyłożył do panelu przycisków, po czym wcisnął przycisk z numerem najwyższego piętra.

- To ściśle tajny projekt. Dostęp do niego ma jedynie sześć osób na tym świecie. Ja, dwóch generałów, Prezydent Zjednoczonego Królestwa, moja asystentka i teraz także pan.

- Zabijecie mnie, jeśli ktoś jeszcze się o nim dowie?

- Chce się pan o tym przekonać? – Twarz profesora pozostała całkowicie poważna. Doctor skinął głową.

- Bardzo zależało panu na tym, żeby mi zaimponować. Czemu więc ukrywacie projekt pod ziemią? Czemu jest wyłączony?

- To dopiero prototyp. – Profesor Weinberg odchrząknął i przygładził włosy. – Obawiałbym się go odpalić tak blisko Londynu. Ale już niedługo przenosimy się z projektem do Szwajcarii. Baza jest już gotowa.

- To pańskie dzieło?

Profesor uśmiechnął się skromnie.

- Po części. Słyszał pan o projekcie „Elsynor"?

- Nie. Powinienem był usłyszeć?

- W latach siedemdziesiątych, kiedy Amerykanie i Rosjanie na zmianę osiągali kolejne kosmiczne sukcesy, wasz rząd zdecydował się na uruchomienie własnego projektu. Poprzedni dyrektor UNITu, profesor Johanson był bardzo zaangażowany w ten projekt. To co widział pan przed chwilą jest efektem wielu lat ciężkiej pracy jego zespołu. Pozostałe ich projekty ukryliśmy na niższych piętrach. Nie wszystko nadaje się do użycia, większość może stać się niebezpieczna… Do części tylko ja mam dostęp. Traktuję to trochę jak moje prywatne muzeum…

Winda zatrzymała się. Doctor zamrugał gwałtownie, gdy drzwi rozsunęły się ukazując jasno oświetlony, przestronny gabinet. Dwóch stojących przy drzwiach żołnierzy zasalutowało w stronę profesora.

- Mówiłem, żebyście mi nie salutowali, chłopcy – mruknął łagodnie, wskazując Doctorowi fotel. – Możecie zostawić nas samych.

Strażnicy wyprężyli się i opuścili pokój przez znajdujące się po drugiej stronie pokoju drzwi. Doctor usiadł wygodnie w fotelu i zaczekał, aż profesor zajmie miejsce po drugiej stronie biurka.

- Co poszło nie tak?

- To co zwykle. Zabrakło pieniędzy. Poza tym, jak się pewnie domyślasz, projekty znacznie wyprzedziły swoje czasy. Odkopałem je trzy lata temu i udoskonaliłem odrobinę, aż w końcu postanowiłem wskrzesić projekt.

- „Elsynor 2.0"?

- Prezydent podpisał wczoraj zgodę.

Doctor milczał przez chwilę, przetrawiając zdobyte informacje.

- Powiedział pan, że to rozmowa kwalifikacyjna.

- To będzie ogromny projekt. Nie tylko na angielską, ale i na światową skalę. Szukamy specjalistów. Najlepszych z najlepszych. A pan, Doctorze… Jest geniuszem.

Doctor uśmiechnął się przelotnie.

- Nie lubię waszych metod.

- A my pańskich. Będziemy się nawzajem kontrolować. Obaj możemy tylko na tym zyskać.

Doctor nie odpowiedział. Profesor westchnął i sięgnął do szuflady biurka.

- Pozwoliliśmy sobie przygotować pańskie dokumenty. – Wysypał na biurko zawartość wyciągniętej z szuflady szarej koperty. – Dowód tożsamości, paszport, uprawnienia pierwszego stopnia – tylko ja mam wyższe. Wszystko jest gotowe, żeby za tydzień poleciał pan z nami do Szwajcarii.

Doctor sięgnął po plakietkę i obejrzał ją uważnie.

- Ładne zdjęcie – mruknął, unosząc lewą brew. – Jak na robione z ukrycia.

- Wszędzie wpisaliśmy nazwisko John Smith – pod takim figuruje pan na liście płac Torchwood.

- Nie wiedziałem, że mi płacą – powiedział Doctor, odrzucając plakietkę z powrotem na biurko.

- Oczywiście, pańskie zarobki mogą się tylko podwoić. – Profesor zgarnął dokumenty z powrotem do koperty i położył ją przed swoim gościem.

Doctor zabębnił palcami o biurko.

- Na jak długo?

- Dwa lata. Na początek. Tyle trwa pierwsza faza projektu. I oczywiście – Profesor spojrzał uważnie na Doctora. – możemy zatrudnić również pannę Tyler. Jeśli taki jest pański warunek.

Doctor zmarszczył brwi.

- Więc teraz mogę nawet stawiać warunki?

Profesor Weinberg westchnął ponownie i pochylił się do przodu.

- Porozmawiajmy jak naukowiec z naukowcem. Oboje możemy przez całe życie zajmować się tym co teraz robimy, pewnie z lepszym niż gorszym skutkiem. Ale to jest nasza szansa. To jest moja szansa, żeby mnie zapamiętano oraz pańska szansa, żeby zrobić coś na miarę pańskich możliwości. I szansa dla całej ludzkości. Kimkolwiek pan jest i skądkolwiek pan się tutaj wziął może nam pan pomóc. Proszę nie odrzucać tej możliwości.

Doctor przełknął ślinę, wbijając wzrok w kopertę.

- Nie musi pan podejmować decyzji teraz. Proszę się jeszcze zastanowić. Porozmawiać z przyjaciółmi. Ma pan jeszcze cały tydzień. Ale…

- Ale?

Profesor wyprostował się i spojrzał Doctorowi w oczy.

- Nie zapytam drugi raz.

- Och, proszę dać mi zgadnąć, wtedy zostaniemy wrogami?

- Pan to powiedział.

Doctor przez chwilę patrzył mu w oczy, wreszcie wstał i złapał leżącą na stole kopertę.

- Rozumiem, że to już koniec mojej wizyty.

Profesor wstał również i wyciągnął rękę w jego stronę. Doctor uścisnął ją szybko nie patrząc mu w oczy.

- Moi ludzie odwiozą pana do domu. Do następnego razu.

- Do następnego razu, profesorze – powiedział Doctor poważnie, zauważając z satysfakcją, że Weinberg drgnął nieznacznie słysząc stalowe nuty w jego głosie. – Cała przyjemność po mojej stronie.

Odwrócił się i wszedł do windy, nie czekając na odpowiedź.

Profesor Weinberg zaczekał aż za Doctorem zamkną się drzwi i uśmiechnął się do portretu, wiszącego po drugiej stronie pokoju.

- Nasza praca nie pójdzie na marne, mój drogi. Mamy wszystko czego nam potrzeba.


- Rose?

Rose westchnęła i odwróciła się w stronę przyjaciółki.

- Chciałam zrobić herbatę, ale nie mogę znaleźć mleka.

Rose oparła się o framugę kuchennych drzwi, czując narastający ból głowy.

- Nie ma mleka. Doctor po nie poszedł.

Mary poprawiła grzywkę i spojrzała na Rose.

- Hej, mogę zadzwonić do chłopaków od łączności, jeśli chcesz. Pewnie byliby w stanie go namierzyć.

- Nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że panikuję. – Rose wzruszyła ramionami. – Zresztą, nie wziął nawet telefonu. Poszedł tylko do sklepu, myślałam, że da sobie radę. Cholerna idiotka.

Mary westchnęła ciężko i usiadła przy stole, obejmując się ramionami.

- Nie zrozum mnie źle, – mruknęła łagodnie – ale myślę, że panikujesz.

- Wiem. – Rose rzuciła telefon na stół i opadła na krzesło naprzeciwko. – Wiem. Tylko gdybyś widziała to co ja… Rzeczy, które Doctor musiał przeżyć… Kłopoty, w które się pakował… Wkurzający, zarozumiały, egocentryczny, uzależniony od ryzyka…

- O kim mówisz?

Obie dziewczyny poderwały się gwałtownie i odwróciły w stronę drzwi. Doctor uśmiechnął się do nich radośnie.

- Cześć Mary!

Rose pierwsza odzyskała głos.

- Nie słyszałam, jak wchodziłeś.

- Wszedłem frontowymi drzwiami. Długa historia.

- Chyba cię zabiję – szepnęła Rose złowróżbnie. Uśmiech Doctora zniknął w okamgnieniu.

- Och. Jak długo…?

- Sześć godzin. Cholerne sześć godzin. I – Oczy Rose rozbłysły. – gdzie jest moje mleko?

Mary odchrząknęła głośno, tak że oboje spojrzeli w jej stronę.

- Chyba będę już szła. Skoro wszystko już jest w porządku.

Miny Doctora i Rose były w tym momencie całkowitym zaprzeczeniem bycia „w porządku".

- Możesz zostać dłużej – wymruczał Doctor, ale Mary pokręciła gwałtownie głową.

- Coś… ważnego… mam. Zobaczymy się w poniedziałek.

- Odwieźć cię? – spytał Doctor nieuważnie, znów przenosząc wzrok na Rose.

- Wzięłam swój samochód. – Mary spojrzała znów na Rose, niepewna czy powinna zostawić ich samych. – Dobranoc.

- Dobranoc – Rose pocałowała ją w policzek, wciąż nie odrywając wzroku od Doctora, jakby bała się, że zaraz zniknie jej z pola widzenia. – Przepraszam. Dziękuję.

Mary uśmiechnęła się delikatnie i pokręciła głową.

- Nie ma za co. Trzymajcie się. – Zatrzymała się jeszcze przy Doctorze i zadarła głowę. – Przy okazji przyniosłam ci te dane, o które prosiłeś w zeszłym tygodniu, leżą w salonie.

- Dzięki. – Doctor odchrząknął. - Pogadamy w poniedziałek.

Mary skinęła głową, rzuciła ostatnie zatroskane spojrzenie na Rose i wyszła z kuchni. Doctor zaczekał aż trzasną za nią drzwi na podwórko i postąpił kilka kroków do przodu.

- Rose – szepnął, odkładając trzymaną w ręku kopertę na stół i kładąc jej dłoń na ramieniu. – Wybacz, nie pomyślałem…

- Och, nie pomyślałeś. – Rose skrzyżowała ręce na piersi i skrzywiła się, przesuwając językiem po wewnętrznej stronie policzka. – Ponieważ czym konkretnie byłeś zajęty?

- Cóż. – Doctor cofnął dłoń i ściągnął z siebie płaszcz. – Nie dotarłem do sklepu.

- Wiem. – Rose rzuciła mu urażone spojrzenie. – Sprawdziłam sklep. Właściwie, sprawdziłam prawdopodobnie wszystkie okoliczne sklepy. I nie tylko sklepy.

- Jasne. – Doctor westchnął i potarł dłonią po czole. – Nawet nie wiem od czego zacząć. No więc, UNIT mnie śledził.

Zmarszczone brwi Rose natychmiast podjechały do góry, gdy spojrzała na niego zaniepokojona.

- Po co? Od jak dawna?

- Kilka dni, jak mniemam. – Doctor wzruszył ramionami, żeby ją uspokoić. – Chciałem wiedzieć po co, więc wsiadłem do tego samochodu i wtedy…

Rose prychnęła z niedowierzaniem.

- Potężna, tajemnicza organizacja wojskowa śledzi cię przez kilka dni, a ty po prostu wsiadasz do ich samochodu?! Masz szczęście, że nie wróciłeś w worku. Gdybym tam była…

Doctor uniósł do góry wskazujący palec, przerywając jej.

- Rose Tyler, nie będziesz mi mówić gdzie mogę, a gdzie nie mogę wsiadać.

Rose z powrotem przyjęła wojowniczy wyraz twarzy.

- Gdybym tam była wybiłabym ci to z głowy. A im szyby.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Doctor uśmiechnął się i westchnął, kręcąc głową.

- Miałem wszystko pod kontrolą.

Rose, która również uśmiechnęła się na chwilę spoważniała ponownie.

- Nigdy nie masz wszystkiego pod kontrolą.

- Miałem już trochę doświadczenia z UNITem. Więcej niż trochę. Raczej pozytywnego. – Doctor rozpiął marynarkę i wsunął ręce do kieszeni spodni. – W naszym świecie.

Rose zacisnęła usta.

- To jest teraz nasz świat – szepnęła, nie patrząc na niego.

- Byłem po prostu ciekawy, w porządku? – Błysk w jego oczach przygasł odrobinę. – Wywieźli mnie za miasto, do tej bazy po północnej stronie Tamizy.

- Po co?

- Krótka wersja. Zaoferowali nam pracę.

Rose z powrotem spojrzała na niego.

- Nam?

Doctor wzruszył ramionami.

- Mnie. Nam. Jesteśmy drużyną.

Rose odgarnęła włosy za ucho.

- Jaką pracę?

- Naukową. Nowy program lotów kosmicznych. W Szwajcarii.

- W Szwajcarii?

Doctor zmarszczył brwi.

- Tak. Mamy z tym jakiś problem?

- Nie, skąd – mruknęła Rose. – Już się pakuję.

Doctor spojrzał na nią urażony, ale nie zdążył się odezwać.

- Oczywiście, że mam z tym problem! Przyjąłeś tę pracę?!

- Mam tydzień na decyzję. – Wzruszył ramionami. – Ale czemu nie? To coś całkiem nowego. W każdej chwili moglibyśmy zrezygnować. A żebyś ty widziała co można znaleźć w ich bazie…

- Nie pojadę z tobą do Szwajcarii.

Doctor zamilkł nagle, zaskoczony.

- Dlaczego? – spytał po chwili.

Nie odpowiedziała od razu.

- Po prostu… - Pochyliła głowę. – Nie wiem. Gdybyś zapytał tydzień temu… Ja…

- Sama niedawno spytałaś czy nie chciałbym czegoś zmienić.

Rose przygryzła wargę.

- Tak. Wiem. Masz rację. Jeśli naprawdę ci na tym zależy… Po prostu nie chcę tracić tego wszystkiego. No wiesz, rodziców, Tony'ego, Mary… Ta praca, którą wykonuję, studia, które zaczęłam… Ale tak, masz rację, – Podniosła głowę. – jeśli chcesz, żebym z tobą jechała…

Doctor nie odpowiedział. W milczeniu usiadł przy stole i opuścił ramiona. Jego chwilowa radość wyparowała całkowicie, a to wzbudziło w Rose poczucie winy, które natychmiast przekuła we wściekłość, bo przecież to nie była jej wina, że on…

- W porządku, możemy po prostu porozmawiać? – spytała pozornie spokojnym głosem.

Podniósł głowę i spojrzał na nią smutno.

- Zapomnij o tym. Nie ma o czym rozmawiać.

Czasami Rose Tyler naprawdę miała dosyć.

- Myślałam, że to był twój wybór. Pozostanie w tym świecie.

- Tak było. Tak, to jest mój wybór.

- Więc przestań się zachowywać, jakbyś był skazany na to wszystko. Jakbyś miał dosyć każdej sekundy, którą musisz ze mną spędzić…

- Nie chodzi o ciebie, Rose – krzyknął ze złością i jakiś głosik w głowie Rose ucieszył się z jego złości.

- Więc o co?!

- O to, że czasem faktycznie ma dość każdej sekundy i wszystkich tych głupich, niepotrzebnych, ludzkich rytuałów i słabości, i głupoty…

- Przepraszam, że nie pomyślałam o tym jak bardzo jesteś znudzony – powiedziała Rose z sarkazmem.

- Oczywiście, że jestem znudzony! Czasami gdy budzę się rano i przypominam sobie gdzie jestem, nie mam ochoty wstawać. Tak, to był mój wybór, ale też ja muszę z nim żyć i wcale nie muszę być z nim szczęśliwy. To właśnie chcesz usłyszeć? Staram się, naprawdę się staram, ale czasami mam dosyć i wcale nie pomaga mi twoja nieznośna potrzeba opieki nade mną, jakbym był całkiem zagubiony, i słaby, i nikomu do niczego nie potrzebny.

Rose poczuła, że nie może patrzeć mu w oczy i zaczęła przygotowywać herbatę, chcąc zając czymś ręce. Doctor mówił tak głośno, że nie zagłuszył go nawet szum wody nalewanej do czajnika.

- Straciłem rzeczy, których nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, straciłem wszystko co kochałem…

- Wszystko?

Doctor zająknął się, słysząc ból w jej głosie.

- Przepraszam. Przecież wiesz, co mam na myśli – powiedział niecierpliwie.

Rose odwróciła się z powrotem w jego stronę.

- Chcę ci tylko pomóc.

- Ale ja nie chcę twojej pomocy – mruknął natychmiast.

- Doctorze…

- Nie chcę być dla ciebie kolejnym obowiązkiem, ciężarem, którego nie możesz się pozbyć…

- Nie jesteś dla mnie ciężarem – powiedziała Rose cicho, czując jak opuszcza ją cała złość.

- Ależ oczywiście, że jestem. Myślisz, że nie dostrzegam, jak bardzo próbujesz ukrywać swoje uczucia, żeby mnie nie ranić, jak bardzo próbujesz mnie chronić i uszczęśliwić, a ja…

- Próbuję cię chronić, ponieważ cię kocham - przerwała mu, podnosząc odrobinę głos.

Naturalność z jaką zdobyła się na to wyznanie zaskoczyła ich oboje.

- Nieprawda. – Doctor pierwszy odzyskał mowę, ale nie bardzo był w stanie powiedzieć coś więcej.

- Nie jesteś taki sam jak on. – Doctor podniósł głowę, jakby chciał jej przerwać, ale nie odezwał się, a Rose poczuła, jakby rzeczywiście spadł jej z serca jakiś wielki ciężar. – Nie masz tego nieziemskiego i przerażającego błysku w oku. Częściej miewasz koszmary. Czasem, gdy żartujemy, brzmisz jak Donna. Lubisz gruszki. Czasami przyglądasz mi się ukradkiem i wiem, że Doctor nigdy tego nie robił. Gdy coś cię rozbawi potrafisz śmiać się także oczami. Nie używasz francuskich słów, a przynajmniej nie aż tylu. Nie golisz się od jakiegoś czasu i nawet mi się to podoba, choć wiem, że Doctor nigdy by sobie na to nie pozwolił. I nie jesteś już wszechmocny. Boisz się i popełniasz czasem błędy, ale to też jest w porządku, ponieważ ja… Też ich trochę w życiu popełniłam. I chociaż oboje wiemy, że to nie ciebie, nie do końca ciebie, chciałam pocałować na plaży, to jednak… Jestem już chora od tej bezsensownej, irracjonalnej tęsknoty. A w tym świecie zmieniło się dla mnie tyle rzeczy… I zmienił się także mój Doctor. Chyba oboje musimy z tym żyć.

Doctor przyglądał się jej przez chwilę w milczeniu.

- A chcesz z tym żyć? – spytał wreszcie stłumionym głosem.

Rose znów przygryzła wargę, zamyślona.

- Nie wiem.

Doctor westchnął i przesunął dłońmi po twarzy.

- Zasługujesz na coś więcej Rose.

Rose wysunęła podbródek do przodu i spojrzała mu w oczy.

- Nie rozumiesz? Nie jesteś dla mnie zamiennikiem czy, no nie wiem, nieudaną kopią. – Doctor skrzywił się na te słowa. – Potrzebowałam tylko czasu, żeby zrozumieć, że jesteś właśnie tym człowiekiem, którego zawsze…

- Nie. Byłaś na mnie zła. Miałaś prawo być zła…

- Ale już nie jestem. Zmieniłam się. To właśnie robią ludzie, zmieniają się, ale jeśli ci na kimś zależy nie odtrącasz go z tego powodu.

Wyraźnie zirytowany uniósł brwi.

- Nie chcę cię odtrącać. Ale nie mogę ci nic dać. Nie mogę cię już chronić.

- Jesteśmy przyjaciółmi. Zawsze byliśmy przyjaciółmi. Może nawet… czymś więcej niż zwykli przyjaciele. Pojawiłeś się, gdy byłam samotna i nieszczęśliwa i nauczyłeś mnie jak żyć. Teraz moja kolej, żeby cię wspierać.

Pokręcił głową, wciąż nieprzekonany.

- Łatwo jest kochać kogoś, gdy ma świat i przestrzeń na jedno skinienie. – Szepnęła Rose, siadając obok i łapiąc go za rękę. – Dużo trudniej jest żyć z kimś dzień po dniu. Musiałam się tego nauczyć, ty cholerny schizofreniku.

Doctor uśmiechnął się do niej przelotnie, słysząc ostatnią obelgę, ale natychmiast spoważniał, patrząc jej w oczy.

- Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz – powiedział, ściskając jej dłoń. – Byłem wrakiem człowieka. Nie nauczyłaś mnie jak żyć, ty pozwoliłaś mi żyć. I później, gdy spotkaliśmy się ostatnio i byłem znów tak bardzo nieszczęśliwy i przerażony i ty znów tam byłaś. I teraz, gdy musiałem porzucić prawie wszystko co miało znaczenie – znowu jesteś przy mnie. Zawsze wiedziałaś co powiedzieć, a co przemilczeć i nigdy mnie nie zawiodłaś. Wiedziałaś kiedy mnie zatrzymać i kiedy pozwolić mi odejść… - Uśmiechnął się smutno i spojrzał na ich splecione dłonie. – Jesteś odważna, silna i niezastąpiona. Chciałbym tylko, żebyś o tym wiedziała.

Rose powoli wypuściła powietrze z płuc.

- Cóż teraz wiem – powiedziała, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu. Doktor znów spojrzał na nią i również się uśmiechnął i przez ułamek sekundy Rose była pewna, że zamierza ją pocałować.

- To dobrze – powiedział krótko i puścił jej dłoń. Woda w czajniku skończyła się gotować i Doctor wstał i zalał herbatę.

- Dziękuję – mruknęła machinalnie, przyjmując od niego kubek.

- To ja dziękuję za rozmowę – odpowiedział łagodnie i pociągnął łyk herbaty, po czym wypluł ją z powrotem do kubka. – Chyba skoczę po mleko.

Rose poczuła się strasznie szczęśliwa i sfrustrowana równocześnie.

Tej nocy Doctor znów wyszedł przed dom i siedział długo, patrząc w gwiazdy, ale Rose nie dołączyła do niego. Leżała sama w ciemności i straszliwie zmęczona próbowała zasnąć.

Próbuję cię chronić, ponieważ cię kocham.

Cóż, teraz wiem.


Następnego dnia Tylerowie wrócili do domu, a Rose i Doctor zachowywali się jakby nic się nie wydarzyło. Oboje unikali też uparcie wzroku Jackie.

- Nie wiem co mi odbiło, żeby tam jechać. Potrzebowałam rozrywki, ale to było nudniejsze niż film dokumentalny – zwierzała się Jackie w czasie kolacji. – Cała ta konferencja o astroczymś tam…

- Astronautyce – powiedział Pete odruchowo, po czym spojrzał na Doctora. – UNIT zamierza otworzyć nowy program badań eksploracji kosmosu.

Doctor przełknął ślinę, wymieniając szybkie spojrzenie z Rose.

- Interesujące – mruknął.

- A później nie było wcale lepiej. – Jackie machnęła ręką, w której trzymała łyżeczkę Tony'ego. – Myślałam, że na kolacji Ci wszyscy jajogłowi trochę się rozkręcą, ale gdzie tam. Ciągle rozmawiali tylko o jakichś kablach, rakietach, funduszach, ogniwach…

Pete otworzył usta i natychmiast zamknął je zrezygnowany.

- Dopiero gdy już myślałam, że usnę, zrobiło się weselej…

Jej mąż odchrząknął.

- Po szóstym kieliszku…

- Jackie!

- No co?

- Tak, wtedy twoja matka okazała się być prawdziwą duszą towarzystwa – odgryzł się Pete, mrugając do Rose. Roześmieli się w trójkę.

Doctor wbił wzrok w talerz.

- A jak poszło tobie, tato? – spytała Rose. – No wiesz, z szukaniem inwestorów.

Peter spoważniał i pokręcił głową.

- Wygląda na to, że wszyscy zapomnieli już o naszych zasługach. Jakby nie było, to nie my zażegnaliśmy ostatni konflikt. Obawiam się, że będziemy musieli mocno ograniczyć nasz budżet. Chyba, że… - Zawahał się i nie dokończył myśli. – Nie wiem, co musiałoby się stać.

Doctor wciąż wpatrywał się uparcie w swój talerz.

- To niesprawiedliwe – krzyknęła Rose. – Zasługujemy na więcej! A poza tym gdyby nie Doctor…

- Przykro mi, Pete – powiedział Doctor cicho.

Zapadłą ciszę przerwała natychmiast Jackie.

- Dość o smutnych rzeczach – zawołała raźnie. – Jestem pewna, że wy bawiliście się znacznie lepiej.

- Właściwie, było całkiem nudno – powiedziała Rose.

- Bardzo nudno – dodał Doctor i natychmiast ugryzł się w język, ale Rose wyglądała na bardziej rozbawioną niż obrażoną.

- Czytaliśmy…

- I robiliśmy zakupy…

- Bawiliśmy się klockami… – Rose mrugnęła do niego i Doctor poczuł, że nie może już powstrzymać dłużej szerokiego uśmiechu.

Kto wie, co wyobraziła sobie w tej chwili Jackie Tyler.


Tego wieczoru Doctor ogolił się na gładko. Przez dłuższą chwilę przyglądał się swojemu odbiciu, wreszcie wyszedł z łazienki i poszedł prosto do pokoju Rose. Położył rękę na klamce, zawahał się i zapukał.

- Wchodź – usłyszał i szybko wsunął się do pokoju. Rose leżała już pod kołdrą, trzymając w ręku książkę. Uniosła brwi na jego widok.

- Myślałam, że to mama.

- Chciałem porozmawiać. Ale jeśli Ci przeszkadzam…

- Siadaj. – Rose odsunęła kołdrę, robiąc dla niego miejsce na łóżku.

- Czytasz Szekspira? – spytał, siadając w takiej pozycji, żeby móc widzieć jej twarz, oświetloną jedynie przez nocną lampkę.

- Żałuję, że go nie poznałam – Wsunęła zakładkę w książkę i odłożyła ją na stolik przy łóżku. – Zrezygnowałeś jednak z brody?

- Na razie – powiedział, odruchowo dotykając policzka, a potem wyrzucił z siebie jednym tchem. – Wyprowadzam się. Sam.

Rose odwróciła głowę w drugą stronę.

- W porządku – szepnęła. Włosy opadły jej na twarz i nie umiał stwierdzić czy jest zła, smutna, czy po prostu spokojna.

Zaczął się tłumaczyć mimo to.

- Chcę przyjąć tę pracę w UNITcie. Gdzieś gdzie naprawdę mógłbym się przydać...

- Jesteś potrzebny w Torchwood.

- Posłuchaj Rose… Twój tata jeszcze tego nie zrobił, ale to kwestia czasu, kiedy poprosiłby mnie o jakąś „drobną" przysługę… Jedno twierdzenie lub schemat… A ja nie mogę… Wiesz, w pewien sposób moja wiedza mogłaby naprawdę zaszkodzić ludzkości…

- Zrozumiałby…

- Wątpię. – Doctor oblizał nerwowo wargę. – Czy ty to rozumiesz?

- Tak – zawołała energicznie, a po chwili dodała: – Nie. Nie wiem.

- W UNITcie nikt mnie nie zna. Będę jednym z wielu naukowców, pracujących dla przyszłych pokoleń…

Rose prychnęła.

- Akurat o to ci chodzi!

- Rose! – zaprotestował gwałtownie. – Rose, popatrz na mnie!

Niechętnie odgarnęła włosy z twarzy i spojrzała mu w oczy.

- Tu nie chodzi o ciebie. W ogóle. – powiedział stanowczo. - To ja jestem problemem.

- Mówiłam ci już, nie jesteś żadnym głupim ciężarem!

- Może teraz nie. Ale za jakiś czas się nim stanę.

- Dlaczego? – Rose przygryzła wargę. – Bo mnie nie kochasz?

Doctor pożałował nagle, że nie ma już zarostu, który ukryłby głupi, ludzki rumieniec wypływający mu na policzki.

- Nie tak… To nie tak – wydusił z siebie. – Kocham. Oczywiście, że kocham. Tylko… Powiedzmy, że nadal kocham także dużo innych rzeczy. I w pewien sposób muszę się od nich odciąć. Potrzebuję trochę czasu, żeby…

Milczeli przez chwilę.

- W porządku. Poczekam – powiedziała Rose, opadając na poduszkę i wbijając wzrok w sufit.

Doctor przyglądał się jej przez chwilę, przypominając sobie, co czuł tuż przed tym, gdy obudził się w tym nowym ciele – niewyobrażalnie wielką radość z tego, że znów może na nią patrzeć.

Położył się na boku, twarzą w jej stronę, podkładając sobie rękę pod głowę.

- Może nie powinnaś na mnie czekać. Masz dwadzieścia trzy lata, Rose. Całe życie przed tobą.

Rose milczała przez chwilę.

- Widziałam twój paszport – powiedziała wreszcie. – John Smith?

- Podejrzewam, że nie mogę już oczekiwać, że ludzie będą mnie nazywać Doctorem.

- Nie, pewnie nie. – Zawahała się. – Powinnam nazywać cię John?

- Powinienem nazywać cię panną Tyler? – Doctor uśmiechnął się, ale jego głos zadrżał lekko.

Rose spojrzała na niego z ukosa i roześmiała się nagle.

- John Smith? Mogłeś się bardziej postarać.

- To dobre imię. Łatwe do zapamiętania. – Doctor wziął wdech, wciągając nosem zapach świeżej pościeli i owocowego szamponu. – Bardzo ludzkie.

Odwróciła się w jego stronę i przyglądała mu się przez chwilę.

- Powiedzmy, że – szepnął po chwili – powiedzmy, że znałem pewnego Johna Smitha.

- Kim on był? – spytała Rose, przymykając oczy. Jej twarz była tak blisko, że mógł dokładnie policzyć jej zmarszczki.

- Człowiekiem – odpowiedział po chwili. – Całkiem przyzwoitym człowiekiem. Nauczycielem. On… Kochał pewną kobietę i okazał się bardzo odważny, na koniec…

Rose otworzyła oczy.

- Co się z nim stało?

- Umarł – Doctor uśmiechnął się do niej smutno. – Mógł mieć wspaniałe życie, z tą kobietą i dużą rodziną i całą tą ludzką resztą, ale… Był bardzo odważny. Bardzo ludzki.

Rose wyciągnęła rękę i delikatnie musnęła jego ucho.

- Pianka do golenia – powiedziała, uśmiechając się do niego, po czym cofnęła rękę.

- Rzecz w tym – podjął po chwili. – Że Doctor nigdy nie mógłby żyć życiem Johna Smitha. A John Smith nie mógł być Doctorem.

Rose podparła się na łokciu, opierając głowę na dłoni.

- Albo jestem już bardzo śpiąca – mruknęła rozbawiona – albo zaczynasz gadać od rzeczy.

Doctor rzucił jej krótkie spojrzenie i uśmiechnął się z trudem.

- Nieważne – powiedział. – Kiedyś wszystko ci opowiem.

- Trzymam cię za słowo. – Rose znowu opadła na poduszkę. – Opowiedz mi coś jeszcze.

- Powinienem już iść – mruknął, ale nie ruszył się z miejsca.

- Może o tej planecie stworzonej z diamentów? – Głos Rose stawał się coraz bardzie niewyraźny.

- Przereklamowana – powiedział Doctor szybko, mrużąc oczy. – Ale kilka galaktyk dalej występuje wspaniałe zjawisko. Wyobraź sobie tylko, góry kołyszące się na wietrze…

Opowiadanie. Był dobry w opowiadaniu.

Jego głos przechodził w coraz cichszy szept, aż w końcu umilkł całkowicie. Rose nie poruszyła się, więc odwrócił się cicho i zgasił lampkę.

- Tęskniłam za tobą – wyszeptała sennie Rose, wyciągając dłoń i łapiąc go za rękę. Drgnął zaskoczony.

- Ja za tobą też – powiedział po chwili, delikatnie ściskając jej drobne palce i przymykając oczy.

Zasnął uśpiony miarowym oddechem Rose i po raz pierwszy od dawna spał spokojnie.

Gdy obudził się rano Rose nie było już w pokoju, ale odkrył, że ktoś przykrył go kocem i po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł się straszliwie, boleśnie samotny.


Gratulacje, przeczytałeś właśnie dziewiętnaście stron A4. Skoro i tak nie robisz w tej chwili nic sensowniejszego ze swoim życiem, proszę zostaw komentarz :)