11. Bo przeciwieństwa się przyciągają

Data premiery zbliżała się wielkimi krokami, ale tym małym szczegółem nie przejmował się dyrektor teatru. Jeśli chodziło o przygotowanie głównych aktorów do występu, to Fugaku był o to jak najbardziej spokojny. Zwłaszcza że od niedawna jego syn jeszcze lepiej radził sobie we współpracy z shitezure. Do perfekcji opanowali nowy układ, który wcale nie tak dawno zaprezentował im Orochimaru, więc zwyczajnie lepiej być nie mogło. Również aktorzy, którzy wchodzili w przerwie między pierwszą częścią a drugą, idealnie odgrywali swoje role. Nikt się nie pomylił, na próbach każdy dawał z siebie po dwieście procent, tak więc Uchiha się nie martwił. Po prostu kolejny raz sukces zostanie odniesiony na deskach Narodowego Teatru Nō. Kolejny raz rodzina Uchiha pokaże, że zawsze dopina wszystko na ostatni guzik. Fugaku jedynie żałował, że Itachi wyłamał się z teatralnego grona i zdecydował się na pracę aktora filmowego.

Właśnie niedawno jego starszy syn przyjechał do Tokio, żeby móc zobaczyć występ swojego młodszego brata. Itachi siedział tuż obok niego i z rosnącą ekscytacją obserwował przebieg wydarzeń rozgrywających się na scenie. Chór w pełni zgrał się z muzykami, a śpiew wraz z odgłosami poszczególnych instrumentów idealnie się uzupełniał. Z kolei shitezure w odpowiednich momentach prowokował głównego aktora do działania, nic nie wyglądało tak jakby było to wymuszone czy zrobione na siłę. Po prostu pracownicy sprawiali wrażenie, jakby ten występ był głównym, jakby już teraz występowali przed całą salą publiczności oczekującej przedstawienia na wysokim poziomie.

Fugaku był także zadowolony z faktu, że Itachi interesował się przebiegiem kariery Sasuke, zwłaszcza że ta premiera miała być jego debiutem na tak dużą skalę. W końcu to było coś innego od tych wszystkich małych, miejskich teatrów czy jakichś klubów teatralnych. Tym razem od tego przedstawienia zależały dalsze losy najmłodszego Uchihy i niewątpliwie ciążyła na nim duża presja. Niestety taka praca nie okazywała się pierwszym lepszym hop siup, które można było ot tak przeskoczyć. Wciąż bardzo istotny był fakt mocnego przywiązania do tradycji i dyscypliny, przez co aktora, który pomylił kroki albo niewłaściwie odegrał swoją rolę, mogła czekać nawet banicja. Wydawało się to okrutnym posunięciem, bo przecież każdy miał prawo popełnić błąd, ale właśnie z tego względu poświęcano tak wiele czasu na przygotowania do jednej sztuki. Wszystko musiało być idealne i nic nie mogło pójść źle, w innym przypadku wyciągane były konsekwencje wobec aktorów. Dlatego też nie każdy nadawał się do tej pracy, bo stres wywołany tak ogromną presją niektórych blokował już na samym początku.

Fugaku wbił wzrok w scenę, na której próba dobiegała końca. Hayashi-kata[10] grali znacznie spokojniej niż jeszcze moment wcześniej: odgłos uderzania o bębny z każdą sekundą cichnął, a w tle zdawała się pobrzmiewać jedynie spokojna muzyka fletu. Chór także już nie śpiewał, a efektowny finał akcji zakończyło wzbicie w górę szarych oparów i chwilowe wyłączenie świateł. Miało to dać czas shite na przejście do pokoju lustrzanego, jako że postać, którą odgrywał teoretycznie rozpłynęła się w kłębach dymu jak przystało na prawdziwego ducha.

Perfekcyjnie.

Właśnie to słowo cisnęło się na usta mężczyzny, gdy na sali znowu zrobiło się widno. W pomieszczeniu rozległy się oklaski ekipy, każdy gratulował sobie nawzajem dobrze wykonanej pracy, po czym w milczeniu oczekiwali ruchu ze strony dyrektora. Ten wstał z zajmowanego na publiczności fotela i zbliżył się do podwyższenia, na które zdążył wrócić Sasuke.

— Jeśli każdy z was zagra tak na głównym występie, to nie będę miał żadnych zastrzeżeń — powiedział, zauważając delikatne uśmiechy wstępujące na twarze pracowników. Widać było, że ta pochwała podniosła ich na duchu i mogli odetchnąć z ulgą. Prawdę mówiąc jak najbardziej im się to należało, bo zwyczajnie odwalili kawał dobrej roboty. Czas poświęcony na przygotowania nie poszedł na marne. — Na dzisiaj skończyliśmy, gratuluję — dodał, po czym zignorował okrzyki radości i wrócił do Itachiego.

— Cóż, wspominałeś, że są dobrzy, ale… — Starszy syn zaciął się na moment, szukając w głowie odpowiedniego słowa. — Świetnie z nimi sobie radzisz, ojcze — zakończył, nie wiedząc co innego mógłby powiedzieć. Co prawda spodziewał się, że Fugaku nie będzie sprawował pieczy nad byle jaką ekipą, ale to, co przed chwilą zobaczył, przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Choćby ze względu na to, że tak bardzo różniło się to od jego pracy. Tutaj w powietrzu wyczuwało się tę presję, każdy ruch był przemyślany, dokładnie wyważony… do przesady idealny. Ale właśnie to było najpiękniejsze w tym wszystkim — nic nie działo się bez przyczyny, wszystko pociągało za sobą jakieś skutki, całość perfekcyjnie się komponowała w doskonałą jedność. Natomiast u niego na planie filmowym sytuacja przedstawiała się znacznie swobodniej — tam czuł się jak w rodzinie, ewentualne błędy mogli naprawić nowymi ujęciami, a tutaj… w teatrze tak to nie działało, bo aktorzy występowali tuż przed publicznością, która gotowa była wytknąć im najmniejszą porażkę. Z kolei Itachi przed sobą miał obiektyw kamery i o wiele mniej zszargane nerwy. Niemniej jednak nie zauważył, żeby ta ekipa nie czerpała przyjemności ze swojej pracy. Widział, że kochali to, co robili i wkładali w to całych siebie. Zwłaszcza ten pomocnik jego brata.

— Dziękuję — odparł Fugaku i skinął synowi głową.

— A ten blondyn… gdzie go znalazłeś? — zapytał. Przypuszczał, że praca z jego małym braciszkiem będzie torturą dla dowolnej osoby, ale to, co robił ten mężczyzna… cóż, nie spodziewał się, że ktoś zdoła nie zwariować przy Sasuke.

— Uzumaki Naruto, ukończył studia aktorskie, grywał w klubie teatralnym — wyliczał Fugaku. — Właściwie to zgłosił się na casting i mimo pierwszego, niezbyt pozytywnego wrażenia, wyszło, że nawet nieźle sobie radzi w grze na scenie.

— Niezbyt pozytywnego? Że co, chuligan jakiś? — Zainteresował się, bo był zaskoczony tym, co powiedział mu ojciec. Teoretycznie w życiu nie podjąłby się pracy z kimś, kto nie znał podstaw dobrych manier czy nie szanował drugiego człowieka. Dlatego się zdziwił, gdy Fugaku wspomniał o negatywnym pierwszym wrażeniu. W końcu to ono było najważniejsze, bo na jego podstawie wiele osób wyrabiało sobie o kimś opinię.

— Jest trochę… szalony. Kompletne przeciwieństwo Sasuke, jeśli mam być szczery — wyznał.

— W takim razie rzeczywiście przeciwieństwa się przyciągają — odparł nieco rozbawiony, gdy w głowie odtworzył przebieg próby. Naprawdę ta dwójka idealnie się dogadywała, zupełnie jakby przewidywali swoje ruchy. Nie wyglądało to tylko na perfekcyjnie wyuczony scenariusz.

— Tak, chyba tak — poparł go Fugaku i spojrzał na scenę, na której Uzumaki skończył się rozciągać i poszedł w ślady kolegów z pracy i również udał się do garderoby. — Zupełne przeciwieństwa — mruknął.

— Ale to dobrze — wtrącił się. Może nie znał Naruto tak jak jego ojciec, ale po próbie śmiało mógł stwierdzić, że mężczyzna miał dobry wpływ na Sasuke.

Starszy Uchiha przeniósł wzrok na syna, nie do końca rozumiejąc, co ten miał na myśli.

— Jakby nie patrzeć dzięki takiemu partnerowi Sasuke się nie zatrzyma — wyjaśnił Itachi.

Fugaku przez moment analizował tę wypowiedź, doszukując się w niej ziarnka prawdy. Rzeczywiście — mając takiego partnera, który również odgrywał rolę rywala, jego syn będzie piął się w górę. Nie zostanie w miejscu, bo nie pozwoli, żeby shitezure go przegonił. Ciągła rywalizacja, chęć osiągnięcia jeszcze większego sukcesu, zdobycia nowego doświadczenia, pokonania kolejnych przeszkód. Zdecydowanie nie mógł pozwolić, żeby Uzumaki wymknął mu się z garści, bo stanowił zbyt cenny nabytek dla teatru. Zwłaszcza że to, co mówił Itachi dało się dostrzec w codziennej pracy Naruto z Sasuke. Obaj zyskiwali na współpracy, dla nich obu było to korzystne, co jedynie działało na plus dla teatru. Z takimi aktorami Narodowy Teatr Nō jeszcze bardziej rozwinie skrzydła, a on, jako jego dyrektor, pokaże, że idealnie nadaje się na tak ważne stanowisko. Że dzięki jego wyborom ta gałęź sztuki wciąż będzie cieszyła się dużą popularnością, a zyski ze sprzedaży biletów odbiją się korzystnie na budżecie placówki. W końcu nawet narodowe obiekty potrzebowały raz po raz zastrzyku gotówki, żeby działać w najlepsze i zawsze nienagannie się prezentować. Dlatego też tak ważny był dobór odpowiednich osób na poszczególne stanowiska, bo nie mógł pozwolić, aby ktoś niekompetentny oczernił obiekt, nad którym sprawował pieczę.

— A gdybyś jeszcze ty został w teatrze…

— Nie było takiej opcji — przerwał mu natychmiast Itachi. Zdawał sobie sprawę, że ojciec wtedy byłby w siódmym niebie, bo miałby pod kontrolą dwójkę swoich synów. Jednak wiedział też, że niekorzystnie odbiłoby się to na jego relacji z Sasuke. Z etapu braterskości przeszliby do niezdrowej rywalizacji o większe względy u głowy rodziny Uchiha, każdy z nich chciałby osiągnąć większy sukces w teatrze i przegonić tego drugiego. Nie mógł pozwolić, żeby doszło do takiej sytuacji, bo po prostu zależało mu na bracie. Chciał, żeby również on był szczęśliwy i kiedyś sam ułożył sobie życie, bez wścibskiego ojca kontrolującego nawet najmniejszy ruch.

— Odrzuciłeś ją — zarzucił mu Fugaku. — Też mógłbyś grać na deskach narodowego teatru, a wybrałeś obiektyw kamery.

— Dziękuję, ojcze, ale nie odnalazłbym się w teatrze — odparł. Może i nie do końca mówił prawdę, ale wolał zbyć mężczyznę małymi kłamstewkami niż znowu drążyć temat, który przerabiali tysiące razy. Wiedział, że po tym, jak opuścił rodzinne gniazdko, Sasuke nie miał łatwo — ojciec wtedy poświęcił mu znacznie więcej uwagi i praktycznie odebrał mu radość z nastoletniego życia. Nie liczyło się nic oprócz treningów, które miały przygotować najmłodszego Uchihę do zawodu aktora. Także ważne były jak najlepsze osiągnięcia w nauce, aby Sasuke dostał się do jednej z pięciu najlepszych szkół aktorskich w kraju. Bez tego oczywiście wizerunek Fugaku by ucierpiał, bo nie mógł sobie pozwolić, żeby drugi syn nie odniósł sukcesu w teatrze. Niewątpliwie wiązało się to także z zaprzyjaźnionym rodem — Hyuuga, którzy również zajmowali się tą gałęzią sztuki. Teoretycznie dobrzy znajomi, a w praktyce kolejna przeszkoda do pokonania, rywalizacja między dwoma klanami, które od pokoleń walczyły o wyższą pozycję na scenie.

— Jeszcze do tego wrócimy — uciął rozmowę, po czym wstał i ruszył w kierunku gabinetu.

— Z pewnością, ojcze — powiedział spokojnie, obserwując, jak mężczyzna wychodził z pomieszczenia. W tym momencie z czystym sumieniem mógł pójść do Sasuke, licząc, że ten nie miał mu za złe tego, że kiedyś ot tak wyjechał i zostawił go na pastwę ojca.

VvV

Sasuke, jak zazwyczaj po każdej próbie, siedział przy toaletce i palił papierosa. Nie przejmował się pozostałymi współpracownikami, którzy krzątali się w tę i z powrotem, co chwilę opuszczając garderobę. Jedynie raz po raz spoglądał na gładką taflę lustra, dostrzegając w odbiciu sylwetki poszczególnych osób. Zaledwie przez ułamek sekundy wyłapał spojrzenie niebieskich tęczówek, ale, kiedy się obrócił, Naruto już nie było i zamiast niego zobaczył za sobą Itachiego. Prychnął pod nosem, ale wrócił do poprzedniej pozycji i na dobre skupił się tylko na paleniu.

— Rzuciłbyś to w końcu — marudził Itachi, który przeszedł obok krzesła i oparł się o toaletkę. Z rosnącym zainteresowaniem przyglądał się mimice brata, bo zauważył, jak ten zwrócił uwagę na wyjście Uzumakiego. Nie żadnego innego członka ekipy, ale właśnie swojego scenicznego partnera. W dodatku wydawało mu się podejrzane to, że ta dwójka tak doskonale dogadywała się podczas próby, że coś musiało, po prostu musiało być na rzeczy. Innej opcji zwyczajnie nie widział. Jak również wiedział, że tak łatwo nie odpuści, dopóki nie pozna prawdy. Jakby nie patrzeć Sasuke zawsze był dla niego ważny i w jakiś sposób powinien mu wynagrodzić tę ucieczkę. Zwłaszcza że powoli dostrzegał w zachowaniu młodszego Uchihy skutki uboczne negatywnego wpływu ojca. Kiedy wyjeżdżał Sasuke nie był aż tak pesymistyczne nastawiony do ludzi. Jak również był bardziej otwarty.

— Zabawne — powiedział. — Nie ty pierwszy masz problem z moim paleniem — dodał, po czym zmrużył oczy i, patrząc prosto w oczy brata, wypuścił dym. Idealnie w kierunku twarzy Itachiego. Wykrzywił kąciki ust w złośliwym uśmieszku i ponownie się zaciągnął.

— Ojciec? — zapytał. — Aż dziwne, że się go nie posłuchałeś w te…

— Nie kończ, jeśli nie chcesz sam wracać — warknął Sasuke i zgniótł niedopalonego papierosa w popielniczce. To by było na tyle z jego w miarę dobrego humoru. Och, doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich słabości, z tego, że wystarczyło, aby ojciec coś od niego wymagał, a on to starał się wykonać. Przynajmniej dzięki temu czuł się doceniony, ważny i potrzebny. Dzięki temu również nie zawodził Fugaku, bo przecież kontynuował rodzinną tradycję, spełniał jego kolejne żądania, praktycznie był na każde jego skinienie. W zamian otrzymał pełną akceptację, coś, na czym od zawsze mu zależało, a co zawsze było zarezerwowane jedynie dla Itachiego. Jednak sytuacja uległa diametralnej zmianie, kiedy właśnie jego brat wyjechał do innego miasta, aby zrobić karierę filmowego aktora. Nie wiązał przyszłości z teatrem, który niezwykle cenił sobie ich ojciec. I to on, młodszy syn Fugaku, spełnił wolę ojca, dostosowując się do jego wytycznych.

— I zostawiłbyś mnie samego tak na pastwę losu?

— Jakże bym śmiał — sarknął. — Oczywiście, że tak. Zasłużyłeś.

— Wiesz, że kilka lat nie byłem w Tokio — zaznaczył, jakby to było czymś istotnym.

— A to nie tak jak z jazdą na rowerze? Tego się nie zapomina? — prychnął Sasuke, zbierając się do wyjścia. Dzisiaj dyrektor teatru wyjątkowo im darował i skończył próbę znacznie wcześniej niż zazwyczaj. Z jednej strony nie dziwił się, bo przecież poszło im całkiem nieźle, ba!, obeszło się bez pomyłek, wszystko idealnie się komponowało, po prostu w ten sposób mogłaby wyglądać premiera. Jednak z drugiej… cóż, właśnie: premiera. Do tego wyjątkowego i wyczekiwanego przez sporą liczbę osób dnia zostało czterdzieści osiem godzin. Dlatego też nie był pewny czy odpuszczanie niemal tuż przed głównym występem okaże się dobrym posunięciem. Chociaż odpocząć też powinni, zdecydowanie spokój i relaks przydadzą się członkom ekipy.

— Ciekawe czy po tylu latach odnalazłbyś się u dziadków — zarzucił mu Itachi, gdy wsiadał już na miejsce pasażera w samochodzie brata. Tak jakoś się złożyło, że na czas przyjazdu zatrzymał się u niego, w końcu ktoś powinien dotrzymać towarzystwa tej chmurce gradowej! Poza tym dawno nie widział się z bratem i domyślał się, że było wiele rzeczy, o których powinni porozmawiać. Chociażby o domniemanym narzeczeństwie Sasuke — ta informacja naprawdę zaskoczyła Itachiego, zwłaszcza że jako jeden z nielicznych znał preferencje brata.

Młodszy Uchiha w ramach odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami, nie chcąc wdawać się w niepotrzebną dyskusję. Całkowicie skupił się na prowadzeniu, klnąc w duchu, że to akurat on będzie zmuszony spędzić kilka najbliższych dni z Itachim. Nie żeby sam się nie stęsknił za towarzystwem mężczyzny, ale po wydarzeniach związanych z Sakurą i Naruto wolałby nacieszyć się samotnością. I w spokoju przemyśleć kilka spraw. Niestety nawet jazda do domu okazała się nie lada wyzwaniem, właśnie ze względu na obecność starszego Uchihy.

— Masz jakieś plany na wieczór? — zapytał Itachi.

— Mam — odparł. — I w ogóle nie obejmują twojej osoby.

— Wyobraź sobie, że w ogóle mi to nie przeszkadza — kontynuował, zupełnie jakby nie usłyszał sarkazmu w głosie brata. — Zamówimy sushi albo… może kuchnia włoska? Spaghetti lub pizza? Obejrzymy film i pogadamy jak za starych, dobrych czasów! — ogłosił, nie przejmując się negatywnym nastawieniem Sasuke. Czasami po prostu trzeba było przycisnąć tego konkretnego faceta, bo tak sam z siebie niczego by nie zrobił. Ale Itachi już znał kilka sposobów na swojego małego braciszka i wiedział, że nie da mu się tak łatwo wywinąć. Nie tym razem i nie wtedy, gdy po prostu widział, że coś było nie tak. Nie miał zamiaru pozwolić, żeby Sasuke znowu wszystko w sobie dusił, to było niezdrowe, a on, jako jego starszy brat zobowiązany był mu pomóc. W końcu rodzina powinna tak postępować, czyż nie?

VvV

Sasuke bez przekonania jadł kawałek pizzy, raz po raz rzucając Itachiemu mordercze spojrzenie. Och, planował się ulotnić i zamknąć w sypialni zaraz po przekroczeniu progu mieszkania, ale niestety starszy brat przewidział jego ruch i nie pozwolił mu się odizolować. Zaciągnął go do salonu, tak jak obiecał zamówił pizzę i nawet znalazł jakiś film, który okazał się thrillerem, a nie pierwszą lepszą komedią romantyczną. Chociaż tyle dobrego. Szczerze mówiąc oczywiście, że młody Uchiha mógł zwyczajnie zebrać swoje cztery litery z kanapy i tak po prostu pójść do sypialni. Jednak pozostawała ta świadomość, że Itachi tak łatwo by nie odpuścił i dręczyłby go, dopóki by się nie zgodził na wspólne spędzenie wieczoru. Jakże uroczo, szkoda tylko, że dopiero po kilku latach mężczyzna przypomniał sobie o młodszym bracie.

— Nie smakuje ci? — zagadnął Itachi, który kończył jeść swoją pizzę. Zamówił dwie małe, jako że każdy z nich lubił inne dodatki, więc taka opcja była o wiele prostsza niż zabawa w ściąganie znienawidzonych składników.

— Jest… dobra — odparł, ale wiedział, że taka odpowiedź nie przekonała mężczyzny. No trudno. To nie tak, że nie przepadał za pizzą czy nie miał ochoty na jedzenie. Po prostu naprawdę wolałby spędzić ten czas sam, ale podświadomie zdawał sobie sprawę, że brakowało mu szczerej rozmowy z kimś, komu mógł zaufać. Odkąd Itachi opuścił dom rodzinny stracił jakby swoje oparcie, osobę, do której mógł przyjść z każdym problemem, nie bojąc się, że zostałby wyśmiany. Lubił spędzać czas z bratem, czy to na biciu rekordów w grach, czy na rozmowach o zupełnie nieistotnych rzeczach czy też na kłóceniu się. Nie ukrywał, że właśnie najczęściej darli ze sobą koty, ale wychodziło im to na dobre. Po sprzeczkach jakoś lepiej się dogadywali, zupełnie jakby dzięki tym różnicom mogli później zrozumieć się bez słów.

— Właśnie widzę — powiedział. Zignorował ważną scenę filmu i obrócił się bokiem do Sasuke, żeby otwarcie móc wpatrywać się w jego profil. Po chwili na oparciu kanapy położył rękę, żeby podeprzeć głowę na dłoni. — Ale w sumie ciekawi mnie coś innego.

Młodszy Uchiha odłożył niedojedzony kawałek pizzy do pudełka, po czym zgarnął z ławy paczkę papierosów i popielniczkę. Dopiero po odpaleniu fajki rzucił bratu pytające spojrzenie i ponownie wbił wzrok w ekran telewizora. Jakoś było mu łatwiej, gdy nie patrzył na Itachiego, mimo że ten obserwował każdy jego ruch.

— Dlaczego nic nie powiedziałeś o zaręczynach? — zapytał, a jego uwadze nie uszło chwilowe spięcie sylwetki drugiego mężczyzny. Czyżby nie była to decyzja Sasuke?

— Pojawiasz się po kilku latach i jedyne, co cię interesuje, to mój związek z Sakurą? — zakpił. Przypuszczał, że prędzej czy później brat będzie go dręczył o Haruno, ale nie spodziewał się, że nastąpi to tak szybko. Przecież ledwo co wrócili z teatru, nie zdążył nawet dojeść kolacji, a Itachi z miejsca wkroczył na bardzo, ale to bardzo niepewny grunt.

— Mój jedyny brat zamierza się ożenić, jasne, że mnie to interesuje — odparł.

Sasuke spojrzał na Itachiego, a w jego oczach można było dostrzec pewność siebie.

— Nie zamierzam — wyznał. Nie sądził, że tak łatwo przyjdzie mu przyznanie się do tego, ale naprawdę nie planował przenosić związku z Sakurą na jeszcze wyższy poziom. W końcu nie bez powodu tyle czasu zbywał ojca i często poruszany temat ślubu. Nie chciał się żenić, bo to oznaczało tylko jedno — zostałby zmuszony do dzielenia życia z Haruno, co, najzwyczajniej w świecie, mu nie odpowiadało. Inną sprawą były same zaręczyny, bo to nie wiązało się ze wspólnym mieszkaniem, zwłaszcza że Sakura wciąż podróżowała po szpitalach na całym świecie, a on sam starał się wspiąć znacznie wyżej na szczeblach kariery aktorskiej. Wszystkie ich spotkania od początku znajomości z Haruno mógłby zliczyć na placach jednej dłoni, oczywiście wliczając w to ostatnią, rodzinną kolację. Nie miał zamiaru tego stanu zmieniać, choćby ze względu na to, do czego doprowadziła kobieta niespełna trzy tygodnie wcześniej. Ona sama zaproponowała mu układ, więc jej zagranie było jak najbardziej nieczyste, dlatego też dobrze się złożyło, że Sakura wyleciała aż na pół roku. Nie wiedział, jak zareagowałby na widok Haruno po wydarzeniach z feralnej soboty.

— Czekaj, co? Dobrze zrozumiałem? — Itachi się zdziwił. Domyślał się, że Sasuke tak sam z siebie nie znalazł sobie narzeczonej, bo prędzej pokusiłby się o narzeczonego, ale to, że nie zamierzał nic z tym dalej zrobić, zwyczajnie go zaskoczyło. Nie spodziewał się tego!

— Nie ożenię się z nią — powtórzył. — Zaręczyny to jedno, ale nie mam zamiaru dzielić reszty życia z kimś takim — wyznał i szerzej otworzył oczy ze zdziwienia, gdy dotarł do niego sens własnej wypowiedzi.

— Z kimś takim? — Starszy Uchiha momentalnie podłapał, ciesząc się, że Sasuke wymsknęło się te kilka słów więcej. O dziwo nawet nie musiał ciągnąć go za język, bo wyglądało na to, że rozmowa przebiegnie bez większych problemów.

— Nieważne — prychnął. No to się wkopał, pięknie, po prostu pięknie, aż przybił sobie mentalną piątkę!

— Nie, nie wykręcisz się! — zaznaczył starszy Uchiha. — Mów tu mi zaraz o co chodzi z Haruno i jaki związek ma z tym nasz kochany tatuś, bo zgaduję, że ma w tym swój udział.

— Bingo — przytaknął, po czym zgasił papierosa. Wyglądało na to, że Itachi naprawdę mu już nie odpuści tej rozmowy. Mógł jedynie podziękować sobie, że powiedział za dużo, zamiast ugryźć się w język. Co za różnica czy Itachi, czy Naruto czy jakiś obcy człowiek? Powinien siebie lepiej kontrolować, zwłaszcza że był aż za bardzo świadomy faktu, że starszy Uchiha znał jego słabe punkty. Mężczyzna wiedział, jak go przycisnąć, jak zmusić do wyznania prawdy, jak skłonić go do współpracy. Z jednej strony było to coś, co teoretycznie nie sprawiało mu problemu, ale w praktyce okazywało się to znacznie trudniejsze. W zależności od tego, kto był jego rozmówcą potrafił bardziej lub mniej się kontrolować, ale Itachi zwyczajnie przebijał każdego, nawet jego byłego kochanka. W końcu przeżyli tuż obok siebie prawie dwie dekady, więc niemożliwe okazywało się, aby jeden nie wiedział niczego o drugim. Nie miał pojęcia dlaczego przy Itachim tak łatwo przychodziło mu zwierzanie się, czemu przy innych się blokował, nie odczuwał potrzeby nawiązania kontaktu, a przy bracie wręcz sam się rozkręcał. Przeszło mu przez myśl, że faktycznie sytuacja mogła być aż za bardzo skomplikowana nawet jak na niego i potrzebował takiej rozmowy, chociaż w życiu nie przyznałby się do tego głośno.

Tak więc, chcąc nie chcąc, Sasuke bardzo ogólnie i krótko streścił bratu okoliczności poznania swojej jakże uroczej narzeczonej, że to było kolejnym, genialnym pomysłem ich ojca. I że tak na dobrą sprawę on nie miał nic do gadania, bo przecież Sakura była istnym diamentem wśród innych potencjalnych kandydatek na jego żonę. Przebiła przecież samą Hyuugę, a to rodzina Hinaty trudniła się pracą w teatrze. Wspomniał też co nieco o zaproponowanym przez kobietę układzie, na który przystał, bo był niezwykle korzystny. Jak przypominał sobie o tych momentach spędzonych z Haruno, to niebezpiecznie świtało mu w głowie, że kobieta mogła się w nim zakochać. Pamiętał, jak na początku zareagowała na jego widok, jak się aż za bardzo interesowała jego życiem, jak wyrażała chęć kolejnego spotkania. Niestety jej zapał opadł, gdy zauważyła brak zainteresowania z jego strony i właśnie podczas drugiej kolacji, jaką przyszło im wspólnie spędzić, Sakura przedstawiła mu swój plan. Czyżby w ten sposób chciała mu się przypodobać?

Młody Uchiha zmarszczył gniewnie brwi, bo przecież jasno dał do zrozumienia kobiecie, że między nimi nigdy niczego nie będzie. Dlatego też tak ochoczo przystał na jej propozycję, bo najzwyczajniej w świecie taki układ mu odpowiadał. Ot, nie pchali się do zawarcia związku małżeńskiego, żyli obok siebie, teoretycznie będąc razem, a ich rodziny były zadowolone. Czego więcej oczekiwać?

Cóż widocznie Sakura liczyła na coś więcej, rzecz jasna z niewiadomych Sasuke przyczyn. I gdyby tylko wiedział o tym wcześniej, może udałoby się jakoś do końca rozwiać wątpliwości Haruno, a tak, to prawdopodobnie z czystej złośliwości zniszczyła jego namiastkę wolności.

Bo Naruto okazał się od niej lepszy.

Bo Naruto miał coś, czego ona nigdy by nie dostała.

Bo Naruto był pokusą, której uległ Sasuke.


VvV

10 — Hayashi-kata — muzycy grający na czterech instrumentach:

— fue – flet poprzeczny,

— ōtsuzumi – większy bębenek uderzany ręką (zwany też okawa),

— kotsuzumi – trzymany przy barku mniejszy bębenek uderzany ręką,

— taiko – bęben uderzany pałeczkami.