I

Cedric

Na zegarze ustawionym na kominku właśnie dochodziła piąta. Siwowłosy staruszek uśmiechnął się lekko wąskimi wargami odsłaniając rząd białych, równych zębów, stawiając jednocześnie na stole przed sobą kubek parującej herbaty. Zawsze wstawał wcześnie, jednak z wiekiem ta skłonność zaczęła narastać do rangi sporego problemu. Jego słabe, powykręcane artretyzmem palce ułożyły się na różdżce podobnie jak wtedy, gdy po raz pierwszy jej dotknął niemal sto lat temu w sklepie Ollivandera. Służyła mu dobrze przez te wszystkie lata, niczym nie różniąc się od różdżek innych czarodziejów: potężna, dostosowana do jego zdolności i wierna. Jego szare, łagodne oczy zabłyszczały, niewyraźnie przypominając swój młodzieńczy blask.

Wspominał właśnie lata spędzone w Hogwarcie składające się w jego pamięci w ciąg mniej, lub bardziej ważnych wydarzeń, przeplatanych niekiedy obrazami wakacji na wsi. Pamiętał Turniej, zuchwały wzrok Harry'ego Potter'a mówiącego mu o smokach, pierwszą, drugą, trzecią próbę, Bal Bożonarodzeniowy, Cho w delikatnej sukience koloru złamanej bieli, wszystko po kolei, bez jakiejkolwiek logiki czy chronologii... Walkę w Ministerstwie, śmierć Glizdogona u bram Hogwartu, Priori Incantaten, niszczenie horkruksów z Harry'm, Hermioną i Ronem, z tego, co pamiętał potem dołączyła do nich jeszcze siostra tego ostatniego Ginny, ale nie zwrócił na nią większej uwagi. Bitwy o Hogwart, śmierć Voldemorta i najtrudniejsze, najgorsze ze wszystkich: śmierć Harry'ego w tej samej chwili, gdy Mordercze Zaklęcie uderzyło w pierś Niewymawialnego. Pogrzeb pełen pięknych słów, wzruszających gestów i wspomnień. Pościg za śmierciożercami po wszystkich kontynentach, państwach i prowincjach, awans na szefa Biura Aurorów, współpraca z pięcioma ministrami, z których żadnego nie darzył szacunkiem, lata ciężkiej, mozolnej pracy nad usunięciem ze zbiorowej pamięci dekady terroru i wreszcie emerytura, a z nią powrót na wieś jako stryjeczny dziadek i prawny opiekun młodego Amosa Diggory'ego noszącego jako trzeci w rodzinie to imię.

Cedric spokojnie dopił herbatę, rozkoszując się ciepłem, jakie za sobą niosła. Jego testament od dawna był już gotowy, w zasadzie rozdysponował już wszystkie środki, jakie mu jeszcze pozostały na rzecz swoich krewnych, potomków Rona, Hermiony i Ginny, założonej przez siebie Fundacji Imienia Harry'ego Potter'a Na Rzecz Ubogich, a resztę przeznaczył na budowę nowego rodzinnego grobowca w Dolinie Godryka, gdzie wreszcie, po latach spocznie obok swojego Chłopca-Który-Przeżył.

Uśmiechnął się, odstawiając malowany kubek i wpatrując się w różowo-złotą wschodnią część nieba. Słońce powstawało powoli rozjaśniając coraz bardziej i bardziej gwieździste niebo, pozwalając utartym od tysięcy i milionów lat ścieżkom na nowo przyjąć i przekazać swój blask. Pojedynczy promień światła rozbłysnął za złocistą, zakrywającą poranne słońce chmurą i w ułamku sekundy rozjaśnił skąpo wyposażoną kuchnię.

Dłoń czarodzieja zacisnęła się na różdżce z siłą, o którą sam siebie by nie posądził, jego głos odzyskał dawny, beztroski ton:

– Avada Kedavra.

Zielone światło rozbłysło i zgasło, a w chwilę później poszedł jego drogą słoneczny blask.