- R - O - Z - D - Z - I - A - Ł - #3 -
Po przerwie na lunch Chris udał się na kolejną lekcję – biologię. Rozejrzał się po sali. Przy biurku siedział już nauczyciel, któremu podał kartkę do podpisu.
Mężczyzna był w średnim wieku. Krótko obstrzyżone włosy ciemnego koloru, jednak z szerokim zakolem dodatkowo uwydatniającym jego wysokie czoło. Miał okulary z drucianymi oprawkami, które zasłaniały przemęczone oczy.
Zgodnie z poleceniem nauczyciela udał się na wyznaczone miejsce w pierwszym rzędzie tuż obok Jaspera. Chłopak na jego widok uśmiechnął się.
- Hej - przywitał się z uśmiechem na ustach blondyn.
- Cześć – odpowiedział ze spokojem w głosie Halliwell.
Pan Banner zaczął wykład o przebiegu mitozy. Profaza. Metafaza. Anafaza. Telofaza. Chris starał się słuchać tego, co nauczyciel ma do powiedzenia na ten temat, ale kątem oka wciąż skrycie śledził to, co robi kolega z ławki.
- Jak ci się podoba w Forks? – zapytał uprzejmie Hale.
- Myślę, że jest tutaj całkiem fajnie – powiedział szczerze Chris. Nie miał żadnych zarzutów co do miasta.
Będąc tu kilka dni zdążył, przynajmniej powierzchownie, zapoznać się z okolicą. Naprawdę podobały mu się tutejsze krajobrazy. Bogata fauna i flora pozytywnie wpływała na odbiór. Tak różna od tego, do czego zdążył przywyknąć mieszkając przez wiele lat w gorącym i pełnym słońca, malowniczym San Francisco.
– Nawet deszczowa pogoda mi nie przeszkadza. Coś odmiennego od tego, co było w Kalifornii – podsumował Halliwell. Wreszcie mógł odpocząć od ciągłego zaduchu i wysokich temperatur.
W Waszyngtonie przez niemal cały rok są opady deszczu, a w porach zimowych nawet śniegu. Podczas gdy w samym centrum Kalifornii takie zjawiska to rzadkość.
- Dlaczego przeprowadziłeś się tutaj – zadał pytanie Jasper. Chciał dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Jego głos, oczy, zapach – wszystko przyciągało go do niego. A przy tym czuł się tak komfortowo.
- Chciałem zacząć nowe życie. Było kilka sytuacji, o których wolę zapomnieć. – Nie chciał być nieuprzejmy, by nie zrazić towarzysza, ale też nie sądził, by był gotowy powiedzieć mu prawdę. Samemu mu wciąż trudno było pogodzić się z przeszłością.
Jasper Hale nie chciał drążyć dalej tematu czując emocje Chrisa. Ból i strata przypominająca mu o czymś co minęło. Tylko co mogło spowodować tak silne uczucia. Nie chciał wymuszać odpowiedzi, wolał poczekać aż Halliwell będzie gotowy, by o tym samemu opowiedzieć.
Lekcja dobiegła końca i wszyscy uczniowie – łącznie z Chrisem i Jasperem – udali się na kolejne, już ostatnie zajęcia. Halliwell wyciągnął z kieszeni plan zajęć i sprawdził jaka jest jego kolejna klasa. Okazało się, że siłownia z panem Clapem w budynku 3.
Wolnym krokiem zmierzał wąskim korytarzem w kierunku sali gimnastycznej. Nie miał jeszcze okazji być w tej części budynku. Ściany – podobnie jak zresztą w całej szkole – były poszarzałe. Od razu można dojść do wniosku, że nie były odświeżane od lat. Mimo to, budynek nie sprawiał wrażenia zaniedbanego. Nie było aktów wandalizmu i napisów na ścianach.
Po drodze ktoś go zaczepił od tyłu. Odwrócił się powoli i zauważył dwoje adoptowanych dzieci państwa Cullenów.
- Cześć – przywitała się dziewczyna. Emanowała z niej pozytywna energia. – Ja jestem Alice, a to Edward – przedstawiła siebie, oraz swojego towarzysza.
- Chris Halliwell – odpowiedział, choć był pewien, że oni to już wiedzą.
Dziewczyna była niziutka i szczupła. Jej hebanowe, krótko przycięte włosy sterczały w każdą możliwą stronę. Wyglądem przypominała chochlika. Choć nie była rzeczywiście, aż tak mała jak te kreatury. Halliwell miał tylko nadzieję, że nie jest tak skłonna do żartów. Nie raz w przeszłości miał przez nie nieprzyjemne sytuacje.
Co tam chochliki. Na nie przynajmniej działa magia i zaklęcia. Z łatwością można się ich pozbyć. Dużo więcej szkód i zniszczeń wyrządziły mu gremliny. Te miniaturowe, niebieskie istoty to istne diabełki, które nie sposób złapać i zapędzić tam, gdzie ich miejsce.
Jeśli Alice można by porównać do wróżki, to Edward był uosobieniem boga. Wysoki, szczupły, ale mimo to muskularny. Idealne rysy twarzy, prosty nos i pełne usta.
Łączyła ich jednak wspólna cecha nawet pomimo sińców pod oczami prezentowali się jak bóstwa. Ich oczy były w tym samym, pięknym złotym odcieniu. Jak Chris wcześniej zauważył, Jasper też miał taki sam kolor tęczówek. Może nosili identyczne soczewki?
- Dziękujemy ci za to, że stanąłeś w naszej obronie na stołówce – powiedział Cullen z wdzięcznością.
- Nie ma sprawy. Nie lubię słuchać plotkarzy. Poza tym – zaczął Halliwell - myślę, że każdy by tak postąpił na moim miejscu.
- Nikt wcześniej tak się nie zachował – poinformowała Alice.
Chris zdziwił się tą wypowiedzią. Przecież Cullenowie sprawiali wrażenie miłych ludzi, skąd więc w ludziach tyle niechęci. Czy w tym mieście nie mają nic innego do roboty, tylko ciągle zajmują się oczernianiem kogoś?
- Masz teraz ćwiczenia na sali gimnastycznej, czyż nie? – zapytała kruczoczarna dziewczyna, choć nie oczekiwała negatywnej odpowiedzi. Halliwell przytaknął. – Ja też mam. Możemy iść tam razem – zasugerowała. Chris przystanął na propozycję i razem z Alice udali się w stronę szatni. Jak się okazało Edward nie miał tej samej lekcji i on oddzielił się od nich żegnając się z nimi.
Chód dziewczyny przypominał taniec. Każdy mógłby jej zazdrościć poruszania się z taką gracją. Delikatnie stąpała noga za nogą, jednak było w niej coś magicznego. Jak baletnica, która delikatnie odbija się od ziemi, by unieść się w subtelnym tańcu przy akompaniamencie. Może jednak ma coś w sobie z wróżki, lub nimfy.
To mistyczne stworzenia są rzadko spotykane przez śmiertelników, gdyż ukrywają się w innych światach. Chris, jako następca czarodziejek, nie raz miał okazje je poznać. Są to najbardziej optymistyczne istoty, jakie tylko mogły istnieć. Sama ich obecność wokół pozytywnie wpływa na samopoczucie. Zawsze radosne, uśmiechnięte i pełne życia. W każdej, nawet najgorszej sytuacji potrafiły dostrzec pozytywny aspekt. Chłopak zazdrościł im tego, że nie zamartwiają się, tylko żyją pełnią życia.
Rozdzielili się tuż przy szatniach. Halliwell przebrał się w strój sportowy i wszedł na salę gimnastyczną.
Hala nie była duża jednak w porównaniu z resztą szkoły sprawiała wrażenie przestronnej. Ściany były pomalowane na pomarańczowo, ale dawno wyblakły kolor przypominał już jedynie brudną powłokę. Słabej jakości parkiet od lat nie lśnił. Po bocznych ścianach były przymocowane drewniane barierki.
Wkrótce dotarła reszta uczniów. Chris zauważył Alice wraz z Rosalie i Emmettem. Gdy dziewczyna go dostrzegła podbiegła do niego i przedstawiła mu jego rodzeństwo.
- To jest moje rodzeństwo – powiedziała radośnie Alice. – Rose i Emmett.
- Cześć – przywitał się z nimi Chris.
Emmett był przeciwieństwem reszty Cullenów. Wysoki i tęgi. Sprawiał wrażenie siłacza. Mimo to, podobnie jak reszta rodziny, był przystojny. Lekko kręcone ciemnobrązowe włosy dodawały mu młodzieńczego uroku.
Rosalie była zdumiewająco piękną kobietą – nawet w porównaniu do reszty Cullenów. Chris odniósł wrażenie, że była to najpiękniejsza osoba jaką kiedykolwiek spotkał. Długie falujące blond do połowy pleców idealnie współgrały z jej złotymi oczami.
- Chris – usłyszał głos z tyłu.
Chłopak odwrócił się, by zobaczyć, kto go woła. Zaraz potem tego mocno pożałował.
- Boże, ratuj – wyszeptał do siebie pod nosem. Halliwell tego nie dostrzegł, ale Cullenowie lekko się uśmiechnęli słysząc to dzięki wzmocnionym zmyśle słuchu. Nawet Rose, co było zaskoczeniem dla reszty.
Na drugiej strony sali była Jessica z Bellą i jak można było się domyślić Lauren Mallory – trzy największe plotkary w całym zespole szkół. Chłopak odniósł wrażenie, że dziewczyny nie są przygotowane do ćwiczeń. Wszystkie w pełnym makijażu i rozpuszczonych włosach. Ubrane w skąpe stroje sportowe.
- Choć do nas, Chris – zawołała śmiało Bella Swan. Halliwell skrzywił się.
- Nie dzięki, dobrze mi tutaj – odpowiedział szczerze Chris z nadzieją, że w końcu dadzą sobie spokój.
- Wolisz stać z nimi? – zapytała z pogardą w głosie Lauren.
- Tutaj masz lepsze towarzystwo – zapewniała Jessica.
Chris tylko prychnął.
Na szczęście zaczęły się już zajęcia i Chris nie musiał więcej kontaktować się z plotkarami.
- Na rozgrzewkę, biegniecie przez dziesięć minut wokół sali – poinformował nauczyciel wychowania fizycznego. – Tylko się nie ociągać.
Chris z resztą uczniów zaczął energicznie tuptać naokoło sali gimnastycznej. Nie przepadał za tą formą ćwiczeń. Mimo dobrej kondycji, szybko się męczył. Zdecydowanie wolał ćwiczenia rozluźniające.
Halliwell od samego początku miał wrażenie, że nauczyciel jest bardzo wymagający. Mężczyzna nie był już w sile wieku, ale mimo to nauczał tego przedmiotu. Wysoki, potężny, ale lekko przy kości.
Po męczących biegach, trener nakazał podzielić się na drużyny. Mieli grać w piłkę siatkową. Chris, ku swojej uciesze, został przydzielony do grupy z Alice i Emmettem, przez co miał zapewnioną wygraną.
Po skończonych zajęciach udał się do szatni, by się przebrać. Ćwiczenia były męczące, głównie biegi, więc był spocony – zresztą jak inni uczniowie, oprócz Cullenów. Niestety w szkole nie było pryszniców. Był jednak pozytywny aspekt tego wszystkiego. Mianowicie po trzech jakże niemiłych towarzyszkach makijaż spłynął jak woda po rynnie, przez co reszta uczniów miała ubaw widząc je.
Wolnym krokiem zmierzał ku parkingowi, by udać się do domu.
. . . . . . . . . . . . . Ciąg dalszy nastąpi . . . . . . . . . . . .
I oto kolejny, już trzeci rozdział. Jak dotąd najdłuższy. Mam nadzieję, że nie zawiodłam waszych oczekiwań! Powtarzam po raz kolejny. Im więcej śledzących i dodanych do ulubionych, tym szybsza aktualizacja
