Rozdział pierwszy. Teatr Szekspira i legendy Arturiańskie. Część 1

.

Roześmiane przyjaciółki wysiadły z pociągu na Kings Cross w Londynie. Hippolita głęboko odetchnęła, by chwilę później kaszleć po wchłonięciu niezbyt przyjemnego, zanieczyszczonego powietrza. Jest w stolicy Anglii prawie rok później, niż planowała, ale za to w jakich okolicznościach! W zeszłym roku się nie udało, bo miała poprawkowe egzaminy z magicznych umiejętności. Ale jak się pojawiła na uczelni informacja o zbieraniu grupy na festiwal i warsztaty szekspirowskie w Globe Theatre, szybko wpisała siebie i Katiuszę. I tak w połowie kwietnia 1995 roku zjawiły się na dworcu.

Dziewczyny były jak dzień i noc. Katia to słowiańska, złotowłosa, zielonooka i długonoga bogini, natomiast Pola, mimo iż wyższa od przyjaciółki, była cieniem tamtej, sprawiała wrażenie zbyt bladej, chudej i zimnej. Miała jasną karnację, brunatne o chłodnym połysku włosy oraz szare oczy. Pierwszej przypadła pierwszoplanowa rola Hero, natomiast drugiej mniej znacząca Margaret, w wystawianej przez nich na studenckich prezentacjach 'Wiele hałasu o nic'.

Hippolita wieczór przed wyjazdem dostała dodatkowe wytyczne od Violi: miała chronić ich przyjaciółkę przed 'czarnym kotem' oraz dostała kilka wskazówek, jak znaleźć rodzinny dom swojego ojca. A to nie miało być proste. Ale na chwilę obecną zostały zakwaterowane w skromnym pensjonacie i wybrały się na zwiedzanie miasta.

Katiusza kolorowa jak zawsze, bez problemu wtopiła się w barwny tłum. Od pierwszego wejrzenia pokochała to miejsce. Przy sztywnym Wiedniu, panujący tu luz i różnorodność, zachwyciły ją. Natomiast Hippolita poczuła się lekko zagubiona, nie była równie przebojowa i otwarta, jak przyjaciółka, przewijające się centrum tłumy męczyły ją, więc dość szybko poprosiła o odpoczynek w parku.

Dziewczyny wracając zgubiły drogę. W pewnym, nie widziany wcześniej miejscu Pola opierając się o mur poczuła magiczne wibracje. Tchnięta przeczuciem dotykała wibrujących cegieł na niskim murze. Dziwne, pomyślała, te cegły wibrują.

Odezwało się za nią chrząknięcie. Pola obróciła się. Jakiś niski człowiek z zakłopotaniem patrzył w jej stronę.

- Jesteście tu pierwszy raz?

- Tak jakby. – Pola nie lubiła się tłumaczyć przed obcymi

- Pomogę wam przejść. – po czym nacisnął kilka cegieł i przed dziewczynami otworzyło się przejście i szarmanckim gestem skierował się do nich – Zapraszam miłe Panie na ulicę Pokątną.

Katia z wielką gracją ruszyła przodem, rozglądały się. Pola zmarszczyła brwi. Bez wątpienia była to magiczna ulica, ale jakże inna od Wiedeńskiej. Tam była jedną z wielu podobnych uliczek, w najstarszej części miasta, gdzie roiło się od sklepów z ciągle tym samym asortymentem na wystawach a magiczne towary sprzedawano spod lady. Klient niezorientowany, wchodził i wychodził zdziwiony jakim cudem kolejny sklep z kilkoma nieciekawymi rzeczami się utrzymuje. Tymczasem tutaj ulica była magicznie schowana przed przypadkowymi przechodniami. Inna mentalność, pomyślała.

Jednak jeszcze coś różniło ta ulicę. Zawsze idąc z Katiuszą, to Ukrainka przyciągała spojrzenia. Tu było inaczej. Ciekawskie, ukradkowe co chwila kierowały się w jej stronę.

- Zaobserwowałaś, że mi się przyglądają?

- Hmm, co? – odpowiedziała oderwana od oglądania wystaw przyjaciółka, jedynie po to by po chwili potwierdzić – Masz rację. Twój ojciec musi być tu znany, a ty naprawdę do niego podobna.

- Katia, to nie są miłe spojrzenia. – wyszeptała ciemnowłosa

- Niedobrze. – cmoknęła jej przyjaciółka - Najlepiej, jak zejdziemy z widoku.

I wchodziły do kilku kolejnych sklepów, dłużej siedząc jedynie w księgarni. W odzieżowym wytrzymały jedynie chwilę, bowiem Katia głośno rozwodziła się nad przestarzałą modą. Zwiedzanie chciały zakończyć w ciastkarni, gdzie zgodnie ze zwyczajem niedoszłej baletnicy chciały poprosić o coś niskokalorycznego. Dociekliwe pytania blondynki spowodowały wybuch złości u cukiernika. Jak ona śmiała go obrażać, pytając, czy stosuje cukier i tłuszcz! A niby z czego ma robić ciastka?

- Co za dziwaczne miejsce! – syczała Katia – ci ludzie zatrzymali się w czasie na początku dziewiętnastego wieku! Nie myślałam, że kiedykolwiek powiem coś dobrego na tą zapyziałą dzielnicę w Wiedniu, gdzie zwykle robisz zakupy, ale tamci choć potrafią się zintegrować ze społeczeństwem. Uch!

- Moim zdaniem przesadzasz. Oni po prostu żyją po swojemu.

- Ale kiedyś może im przyjść do głowy oderwać się, od normalnej części. Zobaczysz, że wiem, co mówię. Nie można bezkonfliktowo kilkadziesiąt lat żyć obok siebie. Prawdopodobnie kiedyś tą ulicę wchłonie miasto, a ci dziwacy wylądują w zamkniętych..

- Katia! – Pola się zdenerwowała na te słowa – To nie są nieszkodliwi dziwacy, jak ci się wydaje! Gdyby chcieli przejąć władzę, to wierz mi, cała armia świata by ich nie powstrzymała.

Blondynka jedynie prychnęła.

- Nie masz pojęcia, co można dokonać magią. – mruknęła bardziej do siebie Pola. Czasem nie rozumiała przyjaciółki. Viola żywiła znacznie większy respekt dla czarodziei.

-.-

Kolejne dni upływały na próbach, warsztatach oraz międzynarodowej integracji. Katiusza była jedną z najjaśniejszych gwiazd, od dziecka niesamowicie samodzielna i odważna, wiedziała jak skupić na sobie uwagę. Zawsze, jak cień towarzyszyła jej ciemnowłosa przyjaciółka.

Trzeciego wieczora od przyjazdu siedziały w parku w otoczeniu pięciu młodych mężczyzn: Anglika Arnolda, Walijczyka Shauna, dwóch Irlandczyków, braci: Colina i Eoina oraz Hiszpana, Santiago. Wszyscy w tym roku kończą jedną z tutejszych szkół teatralnych, Drama Centre. Shaun oraz Arnold prześcigali się w próbach zwrócenia na siebie uwagi Katiuszy, pozostali robili sobie z nich żarty. Poli wpadł w oko starszy z Irlandczyków, niestety ten był szczęśliwie zakochany i zaręczony. Wieczór upływał leniwie do czasu, gdy bracia zaproponowali, by przygotować sztukę uliczną opartą na legendach Arturiańskich. Pomysł spotkał się z entuzjazmem. Jednogłośnie ustalono, że blondynka znakomicie nadaje się na niewinną Ginevrę, natomiast ciemna szatynka na Morganę. Ich cechy fizyczne znakomicie pasowały do charakteru odgrywanej postaci. Problemy zaczęły się przy ustalaniu głównych męskich ról, każdy chciał być Arturem, ew. innym rycerzem, ale kto miał się przebrać za starca, Merlina? Hippolita powstrzymała wewnętrzny śmiech, na myśl, że w magicznym gronie nikt nie biłby się o rolę zakutego w zbroję i nie posiadającego mocy osiłka. Tymczasem pewna dwójka zażarcie się pokłóciła, o to, kto ma grać przyszłego króla.

- Przestańcie. – krzyknęła Katia – będziemy losować. – tu wyjęła dwie monety: angielską oraz austriacką – Szyling oznacza Króla Artura, funt hmmm

- Lancelota – dopowiedziała Pola

- Oczywiście! – ponownie krzyknęła blondynka – jak mogłam zapomnieć. Panowie.

Szylinga wylosował Walijczyk.

- Funt powinien oznaczać Artura – zbuntował się Arnold – Przecież był Brytyjczykiem!

- Ale to ja określiłam reguły, sir Lancelocie! – odcięła się Katia

Najbardziej skorzy do żartów Irlandczycy, udając straż boczną powstrzymali dalsze wybuchy anglika. Po czym wzięli go pod ręce, zapowiadając zatopienie smutków w pobliskim barze.

-.-

Blondynka i szatynka zameldowały się o umówionej godzinie w teatralnej wypożyczalni strojów. Siedział tam starsza, bardzo pulchna kobieta, Maria Weronika Hopper. Szefowa garderobianych i złota rączka do poprawek krawieckich.

- Mogłybyście grać dzień i noc. – kobieta wstała i zarecytowała:

.

When most I wink, then do mine eyes best see,

For all the day they view things unrespected;

But when I sleep, in dreams they look on thee,

And darkly bright are bright in dark directed.

Then thou, whose s' hadow shadows doth make bright,

How would thy shadow's form form happy show

To the clear day with thy much clearer light,

When to unseeing eyes thy shade shines so!

How would, I say, mine eyes be blessed made

By looking on thee in the living day,

When in dead night thy fair imperfect shade

Through heavy sleep on sightless eyes doth stay!

All days are nights to see till I see thee,

And nights bright days when dreams do show thee me.'[1]

.

- Piękne! – krzyknęła Hippolita, a szefowa garderobianych wykonała elegancki ukłon.

- W końcu to Szekspir, a my jesteśmy w Globe Theatre!

Obie studentki uśmiechnęły się.

- To, która jest Ginevrą? - Zawołała wesoło garderobiana

Katiusza wystąpiła naprzód.

- Tak. Rozmiar 10-12? – blondynka potwierdziła głową – Będę miała pięć sukienek do wyboru. Podaj kochanie nazwisko.

Kiedy Katia poszła do przymierzalni nadeszła kolej szatynki. Starsza kobieta przyjrzał jej się uważnie.

- Ja bym cię ubrała w głęboki fiolet albo granat. Na czerń jesteś za młoda, szary czy brąz sprawi, że kompletnie znikniesz. Jak się nazywasz, Morgano?

- Hippolita Lyra Nostromo

Starsza kobieta zatrzymała się przed wpisaniem nazwiska w rubrykę.

- Pochodzisz z Rumunii?

- Moja rodzina mieszka w Austrii. Choć istotnie, nasze korzenie sięgają Rumunii. – Pola była uprzejma jak zawsze, pomimo iż mogła spodziewać się dalszych, niewygodnych pytań. – Zna pani kogoś z nich?

- Nie. Ale w pewnych kręgach są znani. – Starsza kobieta mówiąc to uważniej przyjrzała się dziewczynie.

Gdy nie uzyskała żadnego potwierdzenia swoich podejrzeń skierowała się w kierunku magazynu. Wróciła stamtąd z trzema rzeczami. Fioletową, mieniącą się na załamaniach tkaniny suknią, grantową z aksamitu ze srebrnymi wstawkami oraz jakiś ciemnoszary łachman.

- Jesteś bardzo szczupła i wysoka. Dobrze, że znalazłam choć dwie propozycje. – Powiedziała to kładąc bogate suknie na stole. Po czym kontynuowała – A to kostium mary nocnej. Załóż go najpierw, działałam kierowana impulsem.

- Tak? – Hippolita była zaintrygowana. Czyżby jak zwykle pojawi się stwierdzenie, że będę idealna do obsadzenia ciemnego charakteru.

- Nie obraź się, ale widziałabym ciebie, jak tańczysz do sonetu 43.

Dziewczyna była poniekąd zaskoczona.

- Nie jestem tak dobra, jak Katiusza. – skinęła głową w kierunku przebieralni – Moja przyjaciółka od dziecka ćwiczyła balet.

- Być może, a ty potrafisz tańczyć?

Pola skinęła twierdząco głową i sierowała się w kierunku przymierzalni. Jak zawsze w towarzystwie energicznych, dominujących osób ulegała ich woli.

– Więc przebierz się, a ja kogoś zawołam. – po czym garderobiana w pospiechu wyszła

Pola najpierw przyjrzała się sukniom. Obie wyglądały dobrze. Fioletowa była cieńsza, bardziej odpowiednia na tą porę roku, więc wstępnie postawiła na nią. Następnie obejrzała zszywany z kawałków kostium z każdej strony, był z grubo tkanej bawełny, może lnu, zakładany kopertowo, z regulacją ramiączek. Westchnęła. Nie pierwszy raz tańczyła jako noc, mara, czy zła wiedźma. Obróciła się do lustra. Kostium pokazywał bardzo dużo. Za dużo, pomyślała. Boki stroju schodziły się z jednej strony jedynie na krótkim odcinku, w efekcie jej lewa noga była widoczna powyżej linii bielizny, zaś głęboki, nieregularny dekolt kończył się nisko na prawej piersi. Nie wyglądała jak mara senna, lecz ofiara gwałtu w poszarpanych resztkach sukni.

- Pani Hopper?

- Założyłaś?

- Ten kostium jest za mały.

- Mogę cię zobaczyć?

Po potwierdzeniu przez Polę garderobiana weszła do kabiny, by przyznać dziewczynie rację. Tymczasem za kotarą niecierpliwił się reżyser jednego z festiwalowych przedstawień.

- Drogie Panie, nie mam dużo czasu.

Zrezygnowana Pola kolejny raz uległa presji. Westchnęła, ścisnęła materiał w strategicznych miejscach dłońmi i wyszła. Przed nią stał Czarny Kot. Była tego pewna. Ciemna karnacja, czarne, błyszczące włosy, połyskujące oczy. Do tego fantazyjnie skręcone wąsy i uśmiech najedzonego kocura.

- Aktorki nie powinny być wstydliwe – mruknął, ale jego oczy błyszczały z zadowoleniem – Tańczysz?

- Tak – powiedziała zaskoczona Pola

- Sprawdzimy. Chce cię widzieć jutro o 7 rano na scenie. Weź body do tańca, buty nie są wymagane. – kolejny raz błysnął uśmiechem.

Po tym krótkim poleceniu wyszedł, nie czekając na jej odpowiedź. W samą porę, bo w momencie zamknięcia drzwi dobiegł je głos Katiuszy.

- Chcę tą.

Oczy kobiet zwróciły się w jej stronę. Miała na sobie połyskującą kremowo-błękitną suknię. Do tego upięła pleciony warkocz w koronę wkoło głowy. Urodzona Ginevra. Garderobiana podeszła ocenić dopasowanie stroju, zaś Pola przebrać się w fioletową suknię. Żadna z nich nie wspomniała o Czarnym Kocie.

- Ładnie ci w fiolecie – stwierdziła blondynka, gdy czarnowłosa wyszła – Powinnaś częściej kupować kolorowe ubrania.

- Zdecydowanie – poparła ją pani Hopper – A teraz znajdziemy dodatki.

I wyjęła z kasetki kilka bogato zdobionych i błyszczących. Pola na pierwszy rzut oka wiedziała, że są nieodpowiednie dla czarodziejki. Nie było w nich magii.

- Są… - jakby to ładnie powiedzieć - zbyt bogate, za mało w nich.. magii

Starsza kobieta znów spojrzała na nią 'tym wzrokiem'. Ona wie, z jakiej jestem rodziny, pomyślała panna Nostromo.

- Może nasz stolarz wykona dla ciebie odpowiedni wisior? – garderobiana wciąż patrzyła na nią znacząco – jest utalentowanym rzeźbiarzem.

Czyżby znał się na rzeczy? pomyślała Pola zanim się zgodziła.

-.-

Jedna z charakterystycznych, czerwonych londyńskich budek telefonicznych znajdowała się w pobliżu taniej, popularnej jadłodajni. Hippolita nerwowo wykręciła numer przyjaciółki, dopiero po trzecim sygnale po drugiej stronie odezwał się głos zasapanej Violi.

- Hallo?

- Jak się cieszę, że cię zastałam. Spotkałam Czarnego Kota.

- Oooo, szybko. Jak zareagowała na niego Katiusza? – odezwał się urywany ale radosny głos po drugiej stronie

- Nie widziała go, na szczęście. Ale nie wiem, co robić. Zaproponował mi jutro przesłuchania.

- To proste. Nie bież ze sobą Kati.

- Jak? Skoro mam być o 7 rano. Będzie widziała, że wychodzę.

- I znając ją, będzie chciała dołączyć, by wyszarpać rolę dla siebie.

- Viola!

- No co, przecież zawsze musi być w centrum.

- Powiedz lepiej co mam zrobić?

- To dla ciebie ogromna szansa, co?

- Nie wiem. Nie wzbudził mojej sympatii.

- To nie idź. Proste. Jeśli cię kiedyś spyta dlaczego, to coś wymyślisz: Inne zobowiązania, czy coś.

- Masz rację. – Pola prawie roześmiała się w słuchawkę. Jakie proste rozwiązanie!

- Pola. Postaraj się trzymać Naszą Gwiazdę z daleka od Kota. Karty wskazują jednoznacznie.

- Ok. Tak zrobię.


[1]William Shakespeare, sonet 43 (tł. Juliusz Żuławski)

Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,

Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;

Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie

I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.

Więc jakże cień twój, co rozjaśnia cienie,

Mógłby swym cieniem w dzień jasny i biały

Zajaśnieć jeszcze jaśniejszym promieniem,

Jeśli w snach oczom daje blask swój cały!

I jakże mówię wzrok mam zaspokoić

Widzeniem twojej postaci na jawie,

Jeśli w noc głucha twój cień we śnie stoi

Tak piękny oczom, że aż obcy prawie!

Dzień, to noc ślepa, która cię zaćmiła,

Noc to dzień jasny, gdy sen ciebie zsyła.