Rozdział drugi. Zmiany zaczynają się na Camden.
.
Mijał tydzień od czasu, gdy dziewczęta pojawiły się w Londynie. Hippolita i Katiusza od rana ciężko pracowały na warsztatach w Globe, zaś popołudniami odbywały próby w Drama Centre. W międzyczasie miały chwilę na jedzenie i spacer po mieście. Nieubłaganie zbliżał się czas wystawienia 'Snu nocy letniej'. Blondynka, która grała pierwszoplanową rolę, była przejęta czwartkową próbą generalną i piątkową premierą, zaś wieczorami na zmianę, starali się zwrócić jej uwagę Shaun i Arnold. Natomiast szatynka siłą rzeczy była bardziej zaangażowana w przedstawienie uliczne, gdzie łącznie z Martinem miała najwięcej tekstu do opanowania ponadto jej partner sceniczny uznał, że koniecznie musi przerobić dodatkowe ćwiczenia. Chłopak chciał, by praktykowała na ulicy, angażował ją w drobne scenki uliczne, a ona miała czerpać doświadczenie z tego, jak reagują na nią ludzie. Minusem tej sytuacji było to, że przyjaciółki nawet wspólnie mieszkając i jedząc posiłki bardziej mijały się niż spędzały czas razem.
Dość sprytnie Pola połączyła ćwiczenia uliczne z wątkiem poszukiwania dalszej gałęzi rodziny, o której wiedziała jedynie z opisu, gdzie się może znajdować ich dom. Martin nie dawał jej dużych szans na powodzenie, pomimo tego wciągnął w poszukiwania również Beatrice.
Młoda czarownica od przyjazdu zdążyła jeszcze dwukrotnie wstąpić na ulicę Pokątną, a prawie codziennie, w towarzystwie jednego z rodzeństwa Duff, próbowała dokonać niemożliwego - dopasować wskazówki mające ją doprowadzić do domu rodziny ojca. Kierując się słowami Violi: 'W centrum, ale nie tym najstarszym. Z trzech stron szpalery budynków otacza park zieleni, z czwartej zaś urząd. Czarna linia przebiega pod nim. Budynki wysokie, acz wąskie, bardzo stylowe. Szukany będzie ukryty, lecz tobie będzie widoczny ' Tylko w tak wielkim mieście, nieokreślonej wielkości parków, w nie najstarszym, ale centrum było mnóstwo. Galernicza robota, Pomyślała.
-.-
Severus Snape, szpieg zakonu feniksa i jego naczelny złośliwiec wchodząc do kwatery głównej dokładnie wytarł buty i rozpostarł parasol. Na zewnątrz szalała ulewa. Na koniec dosuszył dyskretnie nogawki zaklęciem i z godnością przeszedł do salonu. Do rozpoczęcia spotkania miał jeszcze kwadrans. Tymczasem samozwańcza gospodyni, Pani Weasley częstowała herbatą i domowymi, maślanymi ciasteczkami. Cóż wolałby whiskey i korzenne przegryzki, ale jak się nie ma co się lubi… Acha, jest szansa podyskutować na poziomie – po tej szybkiej myśli podszedł do Andromedy, z domu Black.
- Dawno niewiedziana córa znakomitego roku.
- Dżentelmen jak zawsze – Pani Tonks uśmiechnęła się do niego z godnością – Jak twoje dokonania naukowe Severusie?
- Pracuję nad tym, dziękuję. Jeśli kolejnym razem poprzesz moje pretensje do zmniejszenia roli w zakonie, moje starania nabiorą nowego oddechu.
Tym razem jedynie odpowiedziała mu delikatnym uśmiechem i półdygnięciem, jakby doceniła poziom jego odpowiedzi, nie zniżając się do obrzucania się uszczypliwościami. Kobieta z klasą. Snape się rozmarzył: Szkoda, że córka nie odziedziczyła po niej wrodzonej gracji i manier. A właśnie, córka.
- Zdaje się, że widziałem dziś Nimfadorę jak kręciła się bezsensu po okolicach Granville Squere. Zmieniła włosy na podobieństwo twoich i w pierwszym odruchu bym pomyślał, że widzę Ciebie, po użyciu zaklęcia odmładzającego.
Andromeda Tonks w odpowiedzi zadała mu dość zagadkowe pytanie
- A pamiętasz jakieś szczegóły ubioru, nakrycie głowy, torebkę?
- Nic charakterystycznego: ciemny dół, ciemna góra, ciemna torebka. Notes w ręku.
Kobieta zmełła papierek w palcach i utkwiła spojrzenie w swoim rozmówcy.
- Nimfadora od kilku dni przebywa poza miastem – nie wywarło to wrażenia na mistrzu eliksirów, bo był świadkiem różnych sytuacji – Ja również miałam wrażenie, że ją widziałam. Miało to miejsce na pokątnej, dwa dni temu. Wychodziłam z kawiarni, kiedy ją dojrzałam i zawołałam, ale się nie odwróciła. W domu skontaktowałam się z córką. Nie było jej Londynie. Obawiam się, że ktoś się pod nią podszywa.
- Tak, jest to możliwe. – mężczyzna zamyślił się – trzeba zwiększyć zabezpieczenia kwatery oraz ostrzec wszystkich, by nikt się nie pomylił i czasem jej tu nie przyprowadził.
Po chwili przyszła mu jeszcze jedna odpowiedz do głowy.
- Pogadaj z kuzynem, czy czasem jednej z byłych narzeczonych bękarta nie przyprawił.
- Nie ma takiej możliwości. – głos Andromedy był silny i wyniosły – W momencie narodzin pojawiłaby się na naszym drzewie rodowym.
-.-
Katiusza z kłopotami budziła się w sobotni poranek. Miał to być pierwszy i na długi czas jedyny wolny dzień, wolny przynajmniej w połowie. Jęknęła. Głowa ją łupała, nogi po wysiłku miała drewniane, prawdopodobnie plecy nie lepsze. Jakoś by zniosła popołudniową próbę, bo chłopcy w gorszym od niej stanie dzień wcześniej kończyli. Ale w szczycie głupoty obiecała Poli spędzić z nią wieczór na Camden. Jęknęła dwukrotnie. Głowa jak huta w szczycie, nogi nie od pary, mięśnie bolące nawet pod paznokciami…pomocy..
- Wołałaś? – Na sąsiednim łóżku znad książki wychyliła się ciemna głowa Poli.
- Bądź tak dobra…proszę..
Katia dostała wody i środki przeciwbólowe, a szatynka ponownie zagłębiła się w lekturze. Blondynka przeczytała tytuł z uśmieszkiem. O tak, zna je dobrze. Jej mama przedkładała czytanie ulubionej poezji, nad bajki na dobranoc. Nawet jeden sonet by idealnie pasował…
.
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
To make me give the lie to my true sight,
And swear that brightness doth not grace the day?
Whence hast thou this becoming of things ill,
That in the very refuse of thy deeds
There is such strength and warrantise of skill,
That, in my mind, thy worst all best exceeds?
Who taught thee how to make me love thee more,
The more I hear and see just cause of hate?
O! though I love what others do abhor,
With others thou shouldst not abhor my state:
If thy unworthiness raised love in me,
More worthy I to be beloved of thee.[1]
.
- Recytujesz Szekspira? – Zapytała zdumiona szatynka
- Próbuję ci powiedzieć, że wieczorne wyjście jest ponad moje siły. Skąd masz tyle energii?
Szatynka uśmiechnęła się tajemniczo. Cóż, nie tańczyłam do rana.
- A, jeśli obiecam, że pokochasz to miejsce?
- Będę zbyt zmęczona, by na cokolwiek zwrócić uwagę… - ziewała Katia
- To najbardziej kolorowa i artystyczna dzielnica Londynu. Ma być koncert nad kanałem, w każdy weekend się roi od ulicznych artystów..
Blondynka mruczała, przewracała oczami, ale w końcu się zgodziła. Takiej ciekawskiej osóbki jak ona, atrakcje tak łatwo nie omijają.
-.-
Beatrice siedziała na trawniku łapiąc na twarz promienie kwietniowego słońca. Była młodsza od Martina o dwa lata i pomimo ogólnego podobieństwa, odmienna. Bardziej słuchacz niż gaduła, jej ekscentryzm kończył się na włosach, ostrożniej podchodziła do ludzi. Pomiędzy równie jasnymi jak brat blond włosami miała różowe pasemka. Tego dnia zaplotła po bokach głowy dobierane warkocze, zaś po środku nastroszyła włosy na kształt małego irokeza. Na nogach miała dopasowane zielone dżinsy, na górze asymetryczną, patchworkową bluzę oraz wełnianą chustę-szal. Całości dopełniała materiałowa torba i klasyczne półbuty. W stanie zamyślenia odnalazły ją dziewczyny. Katiusza wciąż przeżywała premierę, rozwodziła się nad potknięciami oraz czy komisja była zadowolona. Pola potakiwała, ale miała nadzieję na chwile wolnego od rozmyślania o teatrze.
Panna Duff, interesująca się historią oraz naukami z pogranicza socjologii i kultury już wczesniej obiecała podróż najciekawszymi, najbardziej godnymi obejrzenia miejscami. Po chwili stękania Katia musiała pochwalić pomysł, podobało się jej wszystko: od starych budynków i barek na kanale po nowoczesne budynki oraz oczywiście targowisko! Było tam wszystko, od jedzenia z całego świata po najbardziej wymyślną odzież jaką mogłaby sobie wyobrazić. W tym kosmiczne buty na niebotycznych obcasach. Dziewczyny obiecały wracać tu, jak tylko znajdą dłuższą wolną chwilę, tym razem jedynie zaopatrując się w dodatki: Katia kolorową, pojemną torbę, Pola czarne, długie, gotyckie rękawiczki oraz również gotycki krótki i szeroki naszyjnik z kameą. Beatrice spojrzała na nią z błyskiem w oku, jako córka kostiumografki intuicyjnie widziała szatynkę w ostrym makijażu i natapirowanych włosach. Miała idealną urodę do mrocznych stylizacji. Po trzygodzinnym zwiedzaniu najmłodsza z dziewcząt bez problemu namówiła przyjaciółki na krótki odpoczynek u nich w domu.
Katiusza z entuzjazmem nawiązała rozmowę o strojach scenicznych z panią domu, natomiast Beatrice jakimś cudem udało się namówić Polę na drobną metamorfozę. Pierwszy w nowej odsłonie zobaczył ją Martin. Był w stanie wydać z siebie jedynie krótkie 'wooow', na co jego siostra nie mogła opanować śmiechu. Pierwszy raz w życiu zabrakło mu słów. Następnie wbiegła do pokoju zaniepokojona dziwnymi dźwiękami Sophie, a wraz z nią Katia. Ta ostatnia jako jedyna nie była zaskoczona wyglądem przyjaciółki, tylko faktem, że się na to zgodziła. Pamiętała jej smutek, za każdym razem, gdy dostawała w przedstawieniu rolę wiedźmy. Ale bez wątpienia Beatrice miała rękę do makijażu. Blondynka głośno gwizdnęła.
- Pola wyglądasz pięknie. Faceci będą tracili głowy i języki, chcąc do ciebie zagadać.
- Niewątpliwie. – stwierdzenie blondynki odmurowało gospodynię – Polu, twój nowy look zapiera dech. Najlepiej o tym świadczy stan mojego biednego syna.
Na to hasło roześmiały się wszystkie. A rozzłoszczony Martin, wciąż bez słowa wymaszerował z pokoju. A trzy młode kobiety jeszcze długo zamierzały mu docinać.
-.-
Zjawiskowo piękna szatynka w ciemnofioletowej krótkiej sukience na tiulowej podszewce siedziała na tarasie baru na Camden, przesuwając ubraną w długie, czarne rękawiczki dłonią po szklance zimnego napoju. Naprzeciw niej siedziała bardzo ładna o pszenicznym odcieniu włosów blondynka w jasnej, długiej i falbaniastej sukni. Były pogrążone w rozmowie, co chwila wybuchały śmiechem. Każdy, kto spojrzał chwile dłużej miał wrażenie, że dwa anioły: światłości i zbuntowany, spotkały się na przyjacielskiej pogawędce. Znaczna większość męskich spojrzeń kierowała się w ich stronę, omiatała ich sylwetki i żaden z nich nie decydował się podejść. Być może onieśmielała ich myśl, że mogliby przerwać rozmowę wyższych stworzeń.
W tym samym czasie Beatrice w zielonej, połyskującej sukni oraz różowym jak pasmo włosów sweterku i z przewieszonym przez ramię aparacie fotograficznym wesoło żartując pomagała bratu rozstawić przedmioty pomocne w ich małym występie. Martin i Bernard – młody chudzielec i starszy grubasek mieli zaprezentować swój popisowy numer 'bracia'. Blondwłosy niespodziewanie zrzucił z siebie kaftan i stojąc groźne miny przemieszczał się pomiędzy ludźmi w kierunku 'brata', ten piszcząc i chowając się za przechodniami przed nim umykał. Gag trwał nieco ponad dwadzieścia minut, mężczyźni zgrabnie włączyli w niego przechodniów – adwokatów, świadków, mających pośredniczyć w wyimaginowanym sporze. Na koniec uczestnicy z tłumu zostali wyściskani (Bernard) i z odpowiednimi efektami dźwiękowymi (Martin) oraz efektownymi śladami (Beatrice) wycałowani.
Pola i Katiusza przywitały aktorów gromkimi brawami i zgodnie ucałowały chłopaków. Niespodziewanie na stolik wtoczył się dzban soku zamówiony przez siedzącą przy sąsiednim stoliku rodzinę, grupa chłopców z naprzeciwka dorzuciła kilka monet do kapelusza Bernarda, zaraz po nich również wychodząca z lokalu para.
Martin upił duży łuk soku i zakąsił przyniesionymi z baru przekąskami.
- Dziewczyny. Mam propozycję. Wiem, że ten występ miał należeć do nas, Droga Morgano – po czym skłonił się w stronę Hipolity – Ale grzechem byłoby nie wykorzystać sytuacji posiadania przy sobie dwóch aniołów.
Pola miała niepewną minę. Na co szybko zareagowała Katiusza:
- Nie zgadzam się. To wasze przedstawienie. Razem się możemy wystąpić przy innej okazji.
Przy stoliku nastała cisza. Którą przerwał blondyn.
- Możecie zagrać wbrew uwarunkowaniom. Ty – wskazała głową na Katię – upadłego anioła, zaś ty – tym razem kiwnął Poli – boskiego.
- Ludzie tego nie kupią. Mam naturalne warunki do grania wiedźm, czarownic i wszelkiego rodzaju zła – z goryczą w głosie powiedziała Pola.
- Skoro tak myślisz o sobie, to ludzie faktycznie tego nie kupią – rzucił Martin – dziś byłem bardzo zaskoczony, bo przez te kilka dni, kiedy miałem okazję ciebie poznać, nigdy nie przyszło by mi przez myśl obsadzić cię jako złą wiedźmę. Masz delikatną naturę. Twoje zachowanie jest pozbawione wyrachowania, nie widziałem, byś się kiedyś złościła. Choć dałem ci kilka powodów.
- To może być ciekawe doświadczenie – zgodziła się Beatrice – Jeśli dzięki temu będziesz się czuła swobodniej, to zrobię ci delikatny makijaż. Byłabyś udanym czarnym aniołem o jasnej duszy
- A ja w końcu zagram czarny charakter – dopowiedziała Katiusza
-.-
Wieczór zakończył się późno i znakomitej atmosferze. Poza jednym małym wyjątkiem. Napięte mięśnie Hippolity oraz jej magiczny instynkt krzyczały, że ona, Katia oraz odprowadzający je Martin byli śledzeni. Obracała się kilkukrotnie, ale nikogo w ciemnościach nie wypatrzyła.
[1] William Shakespeare, sonet 150 ( tł. Stanisław Barańczyk)
O, skąd się w tobie ona siła bierze,
Sercem mym władniesz i władniesz mym wzrokiem,
Czynię, co każesz, i oczom nie wierzę,
I światło dnia, gdy chcesz, nazywam mrokiem.
Skąd grzechów twych, o czarna pani, siła,
Cokolwiek czynisz, czemu w grzech się mieni?
Czemu ma myśl cnotami pogardziła
I grzechy twoje ma w największej cenie?
Czym mnie niewolisz, co mą miłość budzi
I kochać mam, gdy ini nienawidzą?
Nie sądź mnie źle, choć źle mnie sądzą ludzie,
Bo kocham to, czym ludzie się tu brzydzą.
Gdyś, o niegodna, wzięła mnie w okowy,
Godnym, by los mój nie był zbyt surowy.
