Rozdział czwarty. Rozgrywki.
.
Margaret poza wtorkową premierą wstępnie zaplanowała sześć przedstawień. W grę wchodziły jedynie wieczory i to nie wszystkie. Z uwagi na rozpiskę warsztatów w Globe odpadły obie soboty, poniedziałek oraz drugi piątek. Nie było wskazane, by wszystkie pokazy odbyły się w tym samym miejscu, ponadto przyjezdnym dziewczętom warto byłoby pokazać trochę więcej miasta. Wstępnie zakreśliła położone na West Endzie: Hyde Park, Soho Squere; w London City: Trinity Square Gardens/ Finsbury Circus/ Festival Gardens przy katedrze św. Pawła; na Docklands: plac budynku Metropolitan Uniwersytetu na Commercial Road oraz po drugiej stronie rzeki zaprzyjaźniony z nią Greenwith Theatre. Jako ewentualne zaznaczyła place w bardziej odległych dzielnicach jak Stratford, Croydon, . Natomiast odnośnie niedzieli zaplanowała niespodziankę. Reżyserka miała serdeczną przyjaciółkę mieszkającą i prowadzącą zajęcia teatralne dla młodzieży w Brighton. Wycieczka nad kanał La Manche powinna ucieszyć młodzież.
Na pierwsze miejsce wytypowano Hyde Park. Młodzi aktorzy mieli się zbierać na tyle szybko, na ile mogą, reżyserka jako dodatkową zachętę zobowiązała się przygotować przekąski.
Pola z Katiuszą oraz rodzeństwem Duff i Bernardem zjawili się pierwsi. Jeszcze w mieszkaniu Martin wydał dziewczętom przygotowane zwiewne, stylizowane na początek XXw suknie, zaś pani Duff zapakowała przygotowany prowiant. Na miejscu rozłożyli się pod drzewem, Martin symbolicznie 'ogrodził' kwadrat terenu kolorowymi wstążkami, rozdał pasujące nakrycia głowy i z tajemniczym uśmiechem zniknął. Najwyraźniej Beatrice była wprowadzona w temat, bo się jedynie roześmiała.
- Spędził dziś cały ranek w mamy magazynie, znosił różne starocie i oznajmił, że będziemy 'żywym obrazem'
- Do „śniadania na trawie"? – odezwała się Katia wskazując na otoczenie – wiem, że był taki obraz. Staram się wierzyć, że wie, co robi – roześmiała się również - mamy się jakoś przygotować?
- Poczekaj, aż doniosą resztę sprzętów. – odpowiedziała Beatrice i tajemniczo się uśmiechnęła – Bernard przygotował trzy kartony ze scenkami. ńie będziemy bazować na znanych obrazach. To znaczy, taki był pierwszy pomysł, ale Martinowi zależało na odtworzeniu z najdrobniejszymi szczegółami i jakimś cudem udało mu się skłonić Bernadra do intensywnej pracy.
- Wszystko namalował dziś?
- Wczoraj i dziś. – potaknęła – Trochę mogę powiedzieć. Na pierwszym siedzimy we trzy i piejemy herbatkę z fikuśnych filiżanek. Na kolejnym, zdaje się, Bernard kręci korbką gramofonu, a my Katiu tańczymy na trawie, zaś w ostatniej Martin stojąc czyta siedzącej na kocu Poli poezję. Po czym powtarzamy jeszcze raz pierwszą. Oprawę narratorską, spontaniczną oczywiście zapewniają osoby nie biorące w tym udziału. Myślę, że szybko złapiecie o co chodzi.
- Jestem podekscytowana – rzekła uniesionym szeptem Katia – Brzmi, jakby miało szansę na powodzenie.
- Próbowałam coś podobnego z Martinem wcześniej – dodała Pola – ale wtedy bazowaliśmy na znanych portretach. Dość długo ćwiczyliśmy, by w odpowiednim czasie, jednocześnie przybrać pozę z obrazu.
- Pamiętam – dopowiedziała Beatrice – Teraz ma być bardziej swobodnie, mamy być ciągle w ruchu. Tylko musicie pamiętać, by nie wychodzić ze swoich roli, narrator może zaczepiać, spróbować wytrącić z koncentracji. Będzie jeden gwizdek na rozpoczęcie i dwa na zakończenie, pierwszą scenkę gramy tak długo, aż się nie zejdzie odpowiednia ilość ludzi, kolejne mają być maksymalnie po dziesięć minut. I tyle.
- A w międzyczasie zapraszamy na wieczorne przedstawienie – dorzuciła Pola
- Dokładnie. Powiadomiliśmy o tym jedynie Margaret, więc jeśli dostrzeżecie któregoś z chłopców w tłumie, być może będzie trzeba ich powstrzymać przed wtargnięciem. Ogólnie jakby ktoś inny również próbował wtargnąć w naszą przestrzeń, to narratorzy muszą go koniecznie powstrzymać.
W końcu przyszli chłopcy z resztą rzeczy. Wśród nich znalazł się parawan, którego Bernard sprytnie umieścił na każdym z obrazków oraz kilka innych koniecznie niezbędnych rekwizytów, typu składany stojak do rozpięcia kartonów czy gramofon na korbkę.
'Żywe obrazy' zamknęły się w nieco ponad godzinę, po której młodzi zebrali brawa, Bernard i Martin nawet znaczne napiwki do kapelusza, a co najważniejsze kilkanaście osób wyraziło zainteresowanie wieczornym pokazem. Zgodnie zdecydowali uznać przedsięwzięcie za sukces. W międzyczasie zjawiła się również Margaret z prowiantem.
-.-
Katiusza oparła plecy o drzewo, przymknęła oczy i wyrecytowała:
.
My love is as a fever, longing still
For that which longer nurseth the disease,
Feeding on that which doth preserve the ill,
The uncertain sickly appetite to please.
My reason, the physician to my love,
Angry that his prescriptions are not kept,
Hath left me, and I desperate now approve
Desire is death, which physic did except.
Past cure I am, now reason is past care,
And frantic-mad with evermore unrest;
My thoughts and my discourse as madmen's are,
At random from the truth vainly express'd;
For I have sworn thee fair and thought thee bright,
Who art as black as hell, as dark as night.[1]
.
- Wciąż czytasz te wiersze – powiedziała Pola
- Przemawiają do mnie. I mam dylemat.
- Jaki?
- Jutro mają ogłosić czy kontuzja jednej z tancerek do tego sonetu jest na tyle poważna, że będą szukali zastępstwa.
- Chyba sobie żartujesz? – Pola była zaskoczona, że scenariusz zbliżenia jej do czarnego kota może się spełnić nawet bez ingerencji czarownic. Przecież to przeznaczenie, dodała w myśli – Już teraz ledwo masz czas na sen i jedzenie. Pamiętasz, że w założeniu mieliśmy trzy tygodnie zwiedzać i imprezować?
- Tak – roześmiała się – Dlatego być może zrezygnuje z jednego lub dwóch wieczornych przedstawień
Tego było już pannie Nostromo za wiele
- Ty egoistko! – syknęła – Naprawdę jesteś gotowa poświęcić pracę nas wszystkich, by zagrać u modnego reżysera?
- Przecież to szansa. Kolejna taka może mi się nie trafić.
Hippolita poczuła jak buzuje jej krew w żyłach. Spokojnie, uciszała sama siebie, w gruncie rzeczy to zgodne z naszym planem oraz założeniem, że ten fatalny romans musi się odbyć, by dopełniło się przeznaczenie. Chłodna kalkulacja to jedno, ale żal do przyjaciółki był silniejszy
- Jeśli dla kaprysu zawalisz tydzień ciężkiej pracy ośmiu osób przestanę się do ciebie odzywać.
- Polu, to tylko luźna dywagacja – szybko powiedziała blondynka – przecież nie jest powiedziane, że, bym została wybrana.
A ja wiem, że jeśli dojdzie do poszukiwań zastępstwa, to wybiorą właśnie ciebie. I nie bez ciężkiego serca podjęła decyzję. Westchnęła.
- Kiedy będą ewentualne przesłuchania?
- Jutro wieczorem.
- Ale zdążysz na nasze przedstawienie?
- Nie wiem. – Katia zagryzła wargę – to nie jest dla mnie łatwa decyzja. Tylko coś mi wewnętrznie mówi, że powinnam to zrobić. Nigdy mnie intuicja do tej pory nie zawiodła.
Jesteś samolubną, zapatrzoną w siebie jedynaczką, która właśnie ma popełnić olbrzymi błąd. Pomyślała brunetka, a na głos powiedziała.
- Pomogę ci, choć jestem wściekła na ciebie. Ale musisz mi coś obiecać – nastała chwila ciszy – nie zrezygnujesz z żadnego wieczornego przedstawienia.
- Przecież to niewykonalne. Bernard Ramos jest bardzo wymagający. By opanować taniec do takiego poziomu, jaki oczekuje powinnam ćwiczyć dłużej niż tydzień, którego nawet nie mam.
- Powiedzmy, że zasabotujemy zmniejszenie ilości arturiańskich przedstawień o jedno.
- Ha! Minimum dwa. I nie wiem, jak na te pozostałe się wyrwę.
- Jedno, Katiu. I mogę ci pomóc ze wcześniejszymi wyjściami z teatru.
- Niby jak?
- Przecież nie będzie prowadził próby przy np. przerwach w dostawie prądu. Zapomniałaś chyba o moich dodatkowych zdolnościach.
- Proszę, proszę. – blondynka była podirytowana - Czemu od razu nie zasugerowałaś, że jak wystąpię, to w wyniku nieszczęśliwego wypadku połamię obie nogi?
Twarz Hippolity nie ukrywała rozczarowania. Na co te wszystkie ustępstwa, skoro dziewczynę zaślepiło.
- W takim razie idę oświadczyć Margaret, że musimy szykować Beatrice do roli Ginevry. Wiele prób widziała, że nie powinno być to problemem.
- Poczekaj! – w głosie blondynki zabrzmiała panika – Mogę spróbować to pogodzić.
Pola nie słuchając wstała i wyraźnie szła w kierunku reżyserki, ale przyjaciółka ją dogoniła i przytrzymała.
- Przepraszam, nie powinnam tak myśleć. Za dużo włożyliśmy wszyscy pracy w przygotowania, masz rację, jestem egoistką. Nie pójdę na te przesłuchania.
Czarownica się gorzko uśmiechnęła w duchu. Powinnam ci przyznać rację, ale show must go on. I przeznaczenie musi się dopełnić.
- Jesteś egoistką. Ale najwyraźniej czymś zasłużyłaś na to, że dalej jestem ci gotowa pomóc w pogodzeniu tego wszystkiego. - Obróciła się twarzą do przyjaciółki, a ta rzuciła jej się w ramiona.
- Chwilę temu przez własną głupotę prawie nie zniszczyłam naszej przyjaźni. Przepraszam. – rzuciła cicho blondynka.
-.-
Po zakończonym przedstawieniu wszyscy aktorzy mieli rozdać wśród zgromadzonych ulotki z odręcznie wypisanymi datami kolejnych występów w Londynie. Sabotaż przebiegł wyjątkowo pomyślnie, gdyż chłopcy również uznali, że dodatkowy wolny wieczór przed finalnymi występami na warsztatach, to konieczność. Więc miały odbyć się jeszcze cztery przedstawienia, z czego ostatnie w środę na camden. Niedzielna całodniowa niespodzianka spotkała się z całkowitą akceptacją, zaś na najbliższe spotkanie wybrano park przy katedrze św Pawła, oddalony o piętnaście minut pieszo od Globe Theatre.
Hippolicie w drodze powrotnej towarzyszył Eoin.
- W Irlandii zieleń jest inna. – na twarzy mężczyzny pojawił się mały uśmiech - Pochodzę z okolicy słynnej z sadów jabłkowych – po chwili dodał - oraz cydru. To znaczy, oczywiście że mamy wypielęgnowane parki, ale nieporównywanie piękniejsze są te dzikie.
- I mówisz to mnie, mieszkance Wiednia? – roześmiała się – Może i w moim mieście najbardziej znane parki są ze strzyżoną zielenią, ale uwierz, bez kłopotu zaprowadziłabym cię do porośniętymi bluszczem zabytkowych gmachów, czy skwerów z prawie leśną roślinnością.
- Och. Nie o to mi chodziło. Przyznaję, jestem lokalnym patriotą. Pomyślałem sobie, że jeśli odpowiednio pozachwalam moje okolice, to dałabyś się skusić na wycieczkę.
Dziewczyna aż się zatrzymała z wrażenia. Obróciła twarz w kierunku Irlandczyka
- Oooo. Zaskoczyłeś mnie. Tak się składa, że również jestem fanem mojego miasta i, jeśli byś wyraził ochotę je poznać, ż przyjemnością cię oprowadzę.
Wielki uśmiech zagościł na twarzy chłopaka, niby przypadkiem szczelniej otulając Polę szalem, delikatnie objął ją i poprowadził, jednocześnie zniżając głos, gdyż jego usta znalazły się blisko jej ucha.
- Twoja rodzina mieszka tam od pokoleń?
- Hmmm – zamyśliła się, nie zauważając intymności sytuacji – trudno odpowiedzieć na to pytanie. Mój prapradziadek ze strony mamy przeniósł się do stolicy Austrii z terenów obecnej Rumunii za czasów, gdy Siedmiogród znajdował się pod panowaniem Cesarstwa. Nie wiem czy moja rodzina czuje się z Austrią emocjonalnie związana, mama wspominała, że utrzymywali bliskie kontakty z rodziną zza granicy. A jak jest u ciebie?
- Od pokoleń. – wciąż ją delikatnie przytulał - Mieszkamy w starym domu z dziadkami, w domu obok mieszka brat ojca. Poza bratem mam jeszcze siostrę, Eloise, ma piętnaście lat. Zawsze myślałem, że przejmę kiedyś rolę gospodarza, mamy całkiem pokaźny sad. Rodzicom nie było w smak, że obaj wybraliśmy teatr, co prawda w pobliskim mieście jest jedna placówka, ale wiesz jak to jest, jeśli zaczynasz w mało znanym miejscu to każdy myśli, ze jesteś słaby i nie stać cię na nic lepszego.
- Ech stały dylemat.
- Nie wyobrażam sobie życia w takim Londynie, jednocześnie nie chcę się zamknąć na prowincji. Za rok kończę, myślę podjąć się pięć-osiem lat stażu na kontraktach jak się uda zagranicznych, ale ostatecznie wrócić do domu.
- Brzmi jak niezły plan na życie – uśmiechnęła się Hippolita – Jeśli opanujesz niemiecki i wyrazisz odpowiednie zainteresowanie praktyką w Wiedniu, zobowiązuję się do pokazania ci absolutnie unikatowych miejsc w moim mieście. Będziesz zachwycony.
I tak Eoin nie oderwał się od czarnowłosej do końca wieczora, co nie uszło uwadze jego brata.
-.-
Tymczasem bardziej znaczące spotkanie miało miejsce na Camden. Bernard i Martin przenosili sprzęty z samochodu do mieszkania, gdy ten drugi został wywołany. Młodzieniec obrócił się i spostrzegł swojego kolegę z dzieciństwa, Fillipa Stuarta.
- Och, witaj! – zakrzyknął do niego – rzadko cię tutaj widuję.
- Tak – odpowiedział tamten, był wyraźnie spięty – obserwowałem jak przedpołudniem wynosiliście sprzęty, teraz wnosicie. Była z wami pewna wysoka brunetka.
Młody Duff był zaskoczony, że wspomina Hippolitę w sytuacji, gdy się kręciła Katiusza w pobliżu. Widocznie takie ma preferencje, uśmiechnął się szeroko.
- Wpadła ci w oko nasza Morgana, co?
- Czyli tak ma na imię?
- Nie, nie. Chwilę, gdzieś tu mam ulotki – wyciągnął z torby kilka papierków – Naprawdę na imię ma Pola, jest częścią naszej grupy teatralnej, - Martin plótł jak zwykle - spontanicznej trzeba przyznać. Jest podobnie jak ta druga, co u mnie była, blondynka studentką aktorstwa z Europy Środkowej, niedługo wyjeżdżają, więc masz niewiele szans, by ją zobaczyć w akcji.
- Tak. Kogoś mi przypominała, ale skoro jest z Europy, musiałem się pomylić.
- Ach, po świecie krąży pełno sobowtórów – roześmiał się blondyn – Fil, gorąco cię zapraszam na spektakl. Przyjdziesz, rozerwiesz się, pogadamy. Może nawet uda ci się zamienić kilka słów z Polą. A nóż okaże się, że znasz kogoś z jej rodziny, bo wspominała, że mieszkają w Londynie.
Czyli jednak coś w tym może być, starszy chłopak się wyraźnie zastanawiał.
- Skoro tak namawiasz – powiedział – zawsze lubiłem legendy arturiańskie.
I zniknął w ciemności bramy swojej kamienicy. Musiał rozważyć, czy zapowiedzieć ewentualny temat w pracy, czy najpierw dokonać wizji lokalnej. Był zaledwie gońcem w proroku wieczornym i dobry temat mógłby przysłużyć się jego karierze. Jak na przykład odnaleziona nieznana dotąd latorośl Balcków, która najwyraźniej jest charłakiem.
-.-
Starsza pani Carrow wzdychała bezgłośnie, bo z pomocą silencio, za każdym razem, gdy tancerze wykonali bardziej skomplikowaną figurę. Była tak zauroczona, że nie rejestrowała dyskusji siedzących obok niej Hippolity oraz Violetty. Zbliżała się godzina siedemnasta trzydzieści, do rozpoczęcia przedstawienia w parku przed Katedrą, pozostały ponad dwie godziny, a Katiusza wciąż nie miała okazji się pokazać.
- Błagam, przyśpiesz to! – jęknęła Romka
- Ba! Nie mam pomysłu jak. On się chyba uparł przeprowadzić te przesłuchania po północy.
- Mówiłam, ci, byś uszkadzała kolejnych solistów, wtedy nie będzie mógł ciągną powtórek w nieskończoność.
- I w efekcie ta primadonna odwoła przedstawienie? – odpowiedziała Pola mając na myśli oczywiście Czarnego Kota
- Seria niefortunnych zdarzeń – zasugerowała Viola – tu rąbek sukni, tam problem z głosem, obluzowany element stroju.
- Ty chcesz ich pozabijać?
- No wiesz co? Miałam na myśli tak nieszkodliwie. – Mrugnęła - Oooo dla przykładu tej znudzonej laluni podrzuć natrętne muchy.
Pola przewróciła oczyma, ale wykonała.
- Mówisz, masz. - wyszeptała.
Ku zaskoczeniu czarownicy podstęp się powiódł. Zdenerwowany reżyser wyrzucił szamocącą się solistkę, następnie zaatakowane przez mrówki tancerki. Był kompletnie zdegustowany ich brakiem profesjonalizmu, przecież, czy w słońcu, czy deszczu powinny odegrać swoją rolę bez zarzutu. Syknął jedynie, jak następna w kolejności osoba zgłosiła brak prawej baletki, ale już niesforna fryzura kolejnego solisty wprawiła go we wściekłość.
- Amatroszczyzna! – grzmiał – odwołam to nędzne widowisko! Nie będę pracował z takimi kretynami! - skierował się w kierunku tancerza, przy którym przebrała się miarka - Czemu, mając takie włosy nie nosisz stale ze sobą wosku! Czepek pływacki noś na próby, jeśli oszczędzasz na brylantynie! Czy ty wiesz, że w moim teatrze, po takim numerze byś dostał wilczy bilet? – nagle obrócił głowę o dziewięćdziesiąt stopni, dostrzegając coś niedopuszczalnego w tłumie tancerzy - Czego się szczerzysz kretynie! - jefo poddenerwowanie sięgnęło zenitu - Wszyscy won! Won!
Chwila ciszy, po czym reżyser odezwał się prawie szeptem z dramatyzmem załamując ręce.
- Marlene. – odezwał się do swojej asystentki - Jutro rano obwieścisz dyrektorowi tego… - w geście rozpaczy wskazał na budynek - ...że żadnego przedstawienia nie będzie.
- Ależ sir – odezwała się obecna na próbie aktorka teatru, a prywatnie żona dyrektora The Globe – nie może się pan teraz wycofać. Zaproszeni goście już otrzymali program gali. Wsród nich są sponsorzy, władze miasta, przedstawiciele uczelni, media.
- Thhh – prychnął reżyser – a z kim mam pracować? Nie będę szkalował swojego nazwiska!
- To są szkolne prezentacje. Bardzo doceniamy pańskie starania, wiem, że młodzież również, mamy świadomość ile czasu i energii pan poświęca temu przedstawianiu. – zawahała się na moment – dziś to pewnie kwestia skoku ciśnienia, w taki dzień wszyscy jesteśmy odrobinę nieuważni, jestem pewna, że…
- Wypraszam sobie! – Czarny Kot zdawał się być urażony – Profesjonalista nie może sobie pozwolić na zły dzień!
- Ma pan rację, panie Ramos. Ale to są studenci, proszę być dla nich wyrozumiały.
- Ja nie uznaję taryfy ulgowej – odpowiedział dumnie, po czym zwrócił się do młodzieży – Kto uważa, że za dużo wymagam może w tym momencie opuścić salę.
Zgodnie z przewidywaniem nikt się nie ruszył. Reżyser kontynuował.
- W takim razie proszę się rozejść. Na jutro ogłaszam dodatkową próbę, po której stwierdzę, co dalej.
W Sali rozległ się szum, który uciszył ruchem dłoni.
- Próba jest o siódmej, jeśli się postaracie skończymy przed dziewiątą. Nie powinno to znacznie kolidować z waszymi planami. – na tym uciął dyskusję i skierował się w kierunku sześciu czekających na wakat tancerek – Dajcie mi pięć minut.
Pięć minut przerodziło się w dwadzieścia, a czas się skurczył do godziny i piętnastu minut. A wtedy poszło nadspodziewanie gładko. Czarny Kot wskazał jako pierwszą Katiuszę i po jej występie podziękował za czekanie pozostałym. Tancerka idealna poprawiła jego nadszarpnięte nerwy na tyle, że zaproponował jej lampkę wina na osobności, za co Katiusza grzecznie podziękowała wymigując się przygotowaniami do dnia jutrzejszego. Bernard Ramos nawinął wąs na palec i posłał jej wiele obiecujące spojrzenie.
.
[1] William Shakespeare, sonet 147 przełożył Stanisław Barańczak
Miłość mnie jak gorączka rozszalała trawi,
Łaknąc czegoś, co jeszcze przedłuży chorobę,
Karmiąc się tym, co opór zdrowia we mnie dławi,
Sycąc dziki apetyt swój wszelkim sposobem.
Lekarz – rozsądek – dawno porzucił pacjenta,
Gniewny, że każdą z recept mam w tak niskiej cenie,
I dzisiaj sam w rozpaczy widzę, że zawzięta
Żądza woli już raczej śmierć niż wyleczenie.
Za późno na kurację zresztą; medykament
Żaden tu nie pomoże, gdy w myśli i mowie
Nic jeno ciemność, obłęd i rosnący zamęt;
A prawda, którą z rzadka sobie uzmysłowię,
Dobija mnie: rzekomo tak promienna pani
Mego serca jest mroczna niby dno otchłani.
