Tales from Angels Sky...


Disclaimer: Nie posiadam praw autorskich do prac, które zainspirowały to opowiadanie.
B
ohaterowie, etc. należą do L.J. Smith i do Producentów serialu "Vampire Diaries" - "Pamiętniki Wampirów"

Jestem jedynie autorką swoich własnych, oryginalnych bohaterów.


Rozdział 2

Abby tak jak obiecała, tym razem nie uciekła. Co nie znaczyło, że nie miała wielkiej ochoty czmychnąć z domu i znaleźć się daleko, daleko stąd – najlepiej w swoim gabinecie w londyńskim apartamencie, gdzie mogła spędzać setki godzin nad stertami materiałów i papierów, które miały ją doprowadzić do napisania kolejnej pracy naukowej.

Jej rodzice i Jane z samego rana wyjechali do Ennis, skąd mieli polecieć do Seattle. W domu brakowało wielu niezbędnych unowocześnień, które mieli zamówić i wrócić dopiero następnego dnia. Abby właściwie wypchnęła ich za drzwi, ponieważ miała świadomość, że gdyby zostali w domu, jej rozmowa z Damonem byłaby przez nich bez przerwy podsłuchiwana.

W oczekiwaniu na jego przyjazd, dziewczyna jeszcze raz przeszła przez wszystkie pokoje, starając się ze wszystkich sił zwalczyć wspomnienia, które przypływały całymi falami, a wiązały się z jej ostatnim pobytem w Angels Sky dwadzieścia lat temu. Szerokim łukiem mijała tylko drzwi na strych, ponieważ doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co tam znajdzie.

Wróciła na parter i czując nagle silne pragnienie skierowała się do spiżarni, skąd z jednej z zamykanych kodem lodówek wyciągnęła torebkę krwi. Wypiła całą jej zawartość jednym haustem, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to po prostu reakcja na silny stres. Gdy skończyła, wróciła do salonu i starała się nie myśleć o nieuchronnym. Musiała raz po raz przypominać sama sobie, że to ona domagała się spotkania i nie mogła się teraz wycofać.


Damon, jak zwykle, pojawił się wtedy, kiedy to on miał na to ochotę. Oczywiście wyczuła jego obecność, ale widział, że starała się tego nie okazać do momentu, kiedy stanął na wprost niej, leniwie opierając się w framugę drzwi.

Od razu zauważył duże zmiany, jakie w niej zaszły od momentu ich ostatniego spotkania. Oczywiście, nie w sensie fizycznym – mimo ukończenia niedawno stu sześćdziesięciu pięciu lat, Abbey wciąż wyglądała tak, jak w momencie przemiany – jak dwudziestoletnia, ciemnowłosa, smukła piękność z Południa. To się nie zmieniło przez ostatnie dwadzieścia lat, odkąd ją poznał. Jednak w pamięci miał obraz dziewczyny, która jakby zupełnie nie pasowała do epoki, w której żyła – po stu dwudziestu pięciu latach od przemiany wciąż przypominała pensjonarkę i dokładnie jak na pensjonarkę przystało się ubierała – zawsze sukienka lub spódnica za kolano, bluzka z kołnierzykiem zapinana po samą szyję, na wierzch sweterek. Wyglądała wtedy jak bibliotekarka, tylko nie w tym podniecającym sensie. Ten styl nie zmienił się nawet w trakcie ich romansu.

Jednak przez minione dwie dekady coś spowodowało metamorfozę. Kiedyś nieustannie związywała włosy w warkocz – od czego jedynym odstępstwem były chwile ich wspólnego zapomnienia. Zamiast tego teraz jej modnie ostrzyżone włosy były elegancko ułożone i rozpuszczone, sięgając do połowy pleców. Miejsce ugrzecznionych sukienek i sweterków zajęły seksownie opinające jej kształty jeansy rurki, kozaki na wysokich obcasach oraz ciasny sweter i golf, pod którym, jak mógł się założyć, miała jedynie bieliznę.

Najbardziej dręczyła go natomiast myśl o tym, że już dawniej, tak samo jak i teraz, doskonale wiedział, jak Abbey świetnie wyglądała w ogóle bez ubrania. Zamiast jednak się nad tym zastanawiać i pozwolić sobie na utratę panowania nad sobą, z uznaniem obserwował jej nowe stylowe ja i, przywołując na twarz swój krzywy uśmieszek, odezwał się do niej.


- Wezwałaś mnie i oto jestem.

Jego niski, seksownie brzmiący głos odciągnął ją od niebezpiecznych myśli. Nie zmienił się ani odrobinę. Ta sama czarna skórzana kurtka. To samo wyczucie stylu. Ta sama seksowna męskość rysów. Ten sam leniwy, krzywy uśmieszek i ciemne włosy, które budziły wewnętrzną potrzebę przygładzenia ich odrobinę. Te same, przeszywające, błekitnoszare oczy, które częściej pojawiały się w jej koszmarach niż w marzeniach sennych.

Abby zaczęła się wewnętrznie poważnie zastanawiać, co teraz powiedzieć. Walić prosto z mostu, dać mu przewagę? Co to, to na pewno nie! Podeszła do ławy, na której od zawsze stała kryształowa karafka z najlepszym bourbonem.

- Masz ochotę? – Spytała obojętnym tonem i zerknęła na niego zza ramienia. Ona miała ochotę. I to bardzo.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Waszego bourbona? Zawsze!

Milczeli oboje, kiedy nalewała alkohol do szklanek i jedną podała jemu, a drugą wzięła dla siebie.

Starała się przybrać swobodną pozę i oparła się o ławę, kiedy uniósł szklankę w toaście.

- Za nowe początki. – Nie odpowiedziała. Stuknęła tylko swoją szklanką o jego i jednym haustem wypiła połowę jej zawartości.


Damon, rozbawiony jej postawą, postanowił trochę ją podrażnić. Chciał znów zobaczyć płomień w jej orzechowych oczach – ten płomień, który nie pozwolił mu o niej zapomnieć nawet wtedy, gdy był przekonany o swojej głębokiej miłości do Eleny.

- A może wolałabyś toast za stare dobre czasy?

Abbey wreszcie podniosła na niego wzrok.

- Staram się w ogóle ich nie wspominać. – Odpowiedziała pozornie obojętnym tonem.

- Naprawdę, Abbey? – Udał zdziwionego. Nachylił się ku niej tak, by ich twarze były na tej samej wysokości. – Czyli teraz na przykład nie dręczy cię myśl o tym, jak ostatnim razem po późnym obiedzie kochaliśmy się na tej ławie?

Prawie zachłysnęła się alkoholem i natychmiast stanęła na baczność, przeszywając go wzrokiem. Prawie widział, jak w jej głowie przewracają się trybiki, by znaleźć odpowiednią ripostę.

W końcu na jej twarzy pojawił się lekko lekceważący uśmieszek.

- A odkąd to używasz tak archaicznych określeń zamiast nazywać rzeczy po imieniu? Z tego, co ja pamiętam, to po prostu uprawialiśmy tu seks…

Damon uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, że trafił w jej czuły punkt. To ona zaczęła kiedyś upierać się przy tym, by używać tak archaicznego nazewnictwa dla tego, co ich łączyło. Nie było w tym z resztą nic dziwnego, bo przyznała mu się wtedy także do swego braku doświadczenia.

Znów nachylił się nad nią tak, że musiała podświadomie ponownie oprzeć się o ławę. Oparł dłonie na blacie po obu jej stronach i przybliżył swoją twarz do niej. Ich usta dzieliły zaledwie centymetry, a Damon nigdy nie tracił okazji, by dla swych celów wykorzystywać swój zwierzęcy magnetyzm.

- Jakkolwiek byś tego nie nazwała, mówiąc ze swoim nowym, równie seksownym, brytyjskim akcentem, założę się, że nie miałabyś nic przeciwko powtórce…

Wstrzymała oddech. Zauważył i tę zmianę – kiedyś mówiła z silnym południowoamerykańskim akcentem, a teraz brzmiała jak na tą, kim teraz była, przystało – wysoko wykształconą panią doktor na Oxfordzie. Nie zmieniało to oczywiście ani odrobinę jej reakcji na niego i w tym momencie wiedział, że udało mu się przebić przez jej mur obojętności, lekceważenia i wściekłości. Był głęboko przekonany o tym, że zaraz za nim kryło się silne podniecenie... Z ogromną satysfakcją przysunął się jeszcze bliżej, by dać jej dokładnie to, na co czekała…


Soundtrack:

Glee Cast/Michael Jackson – P.Y.T. (Pretty Young Thing)


A/N: Bardzo dziękuję kochanej Krucyfiks za komentarze!:)
Spotkanie po latach uznaję za otwarte!:)

Tę historię aż do rozdziału 15 włącznie już dziś udało mi się całkiem przeredagować,
co oznacza, że mogę obiecać, że kolejne części będą pojawiać się jak na razie dosyć często:)

Do kolejnego rozdziału!:)

VeraDeDiamant