Nic nie pomagało. Zimny prysznic nie zmył poczucia winy, koszykówka nie wygrała z wyrzutami sumienia, a paczka lodów nie osłodziła gorzkiej rzeczywistości. Nic nie było w stanie podnieść na nogi zdezorientowanego, skacowanego moralnie Kagamiego. Poprzedni ranek odcisnął się ciemnymi worami pod jego oczami i rozdygotał dłonie. Wszystko poszło nie tak. Wygonił Kuroko, jakby się nim brzydził, jakby go znienawidził i obwiniał, co nie było prawdą. Szczerze mówiąc, nie miałby nic przeciwko tej sytuacji, gdyby nie była taka... podejrzana. Bo wielka, biała plama w pamięci ma pełne prawo niepokoić. Ta dezorientacja i przerażenie pokierowały nim, definitywnie przekreślając szanse na "coś więcej" z Tetsuyą, a nawet stawiając ich przyjaźń pod wielkim znakiem zapytania.
Po zachowaniu swojego cienia widział, że nic nie stało się wbrew jego woli, ale czy mógł to samo powiedzieć o sobie? Może był pijany, odurzony lub w inny sposób pozbawiony wolnej woli? Schował twarz w dłoniach, wiedząc, że jeśli to szybko się nie wyjaśni, stanie się jednym, wielkim, zdezorientowanym kłębkiem nerwów.
Jednak jego rozmyślania nie mogły trwać wiecznie. Zatroszczył się o to dzwonek, czy raczej osoba, która znęcała się nad nim z wielką nienawiścią. Podniósł się powoli i, ignorując pospieszający sygnał, równie powolnym krokiem udał się w stronę drzwi. Być może ktoś przyszedł mu coś wyjaśnić? Kiedy nacisnął klamkę i ujrzał kto stoi na jego wycieraczce, jego oczy rozszerzyły się, a szczęka opadła prawie do podłogi. W końcu nie codziennie na twoim ganku stoi tęczowy, legendarny pierwszy skład Teiko. Którego to członkowie już nie grają w tej szkole, lecz wciąż budzą wielki respekt. Kagami poczuł to po raz pierwszy. Nigdy nie bał się, ani nie odczuwał wielkiego szacunku do poszczególnych graczy, ale teraz, kiedy widział ich wszystkich razem, wpatrzonych w niego z nienawiścią, poczuł prawdziwą potęgę Pokolenia Cudów.
- Czym... mogę służyć? - wydukał powoli, ważąc słowa i licząc się z tym, że jego goście nie mają dobrych zamiarów. Jednak zamknięcie teraz drzwi mogłoby być ostatnią czynnością w jego życiu.
- Kaga-chin zranił Kuro-china, my zranimy Kaga-china - rzekł Murasakibara, przekraczając próg. Okruszki chrupka, którego zgniótł w dłoni, wylądowały na nieskazitelnie czystej podłodze.
- Kuroko... on się wam skarżył? - zapytał chłopak z niedowierzaniem. To w ogóle nie było w jego stylu.
- Oczywiście, że nie, Taiga - Słysząc swoje imię w ustach samego kapitana, przełknął ślinę. - Nie musiał. Mamy swoje sposoby.
Nie wiedząc, co odpowiedzieć, zwrócił się do Midorimy z lekką obawą w głosie:
- Emmm... Po co ci ten nóż?
- Lucky Item - Lakoniczna odpowiedź i ten stanowczy błysk w oku strzelca Pokolenia, upewniły Kagamiego, że ten nie żartuje, a osoby piszące horoskop Oha-Asy też życzą mu szybkiej śmierci.
- Posłuchajcie, ja... nie mam pojęcia co się stało i gdybyście mogli...
- Starczy tego gadania! - przerwał mu Aomine i zamachnął się swoją umięśnioną ręką. Gracz Seirin zacisnął powieki w oczekiwaniu na cios, a kiedy ten nie nastąpił, lekko je uchylił. Zobaczył Kise, przytrzymującego rękę bruneta. Uśmiechnął się do niego delikatnie myśląc, że ma chociaż jednego sojusznika.
- Aominecchi! Nie możesz! - krzyknął blondyn. - Pamiętasz, co mówił Akashicchi? Powoli i boleśnie. Jak ty się niego weźmiesz, to dla mnie nic nie zostanie. Też chcę mu przetrącić tę krzywą buźkę-ssu!
- Posłuchaj, czterobrwiowy sukinsynie - Twarz Daikiego niebezpiecznie zbliżyła się do Taigi. - Skrzywdziłeś Tetsu. Nie wybaczę ci tego.
- I kto to mówi - odważył się wtrącić czerwonowłosy. I to był błąd. Tym razem ciemna pięść wylądowała na jego jasnym policzku. Poczuł przenikliwy ból, a do oczu mimowolnie napłynęło kilka łez.
- Jak z tobą skończę... - szepnął Aomine. - Nie będą mieli czego włożyć do trumny.
- Jeżeli chcecie dokonywać morderstwa, rozsądniej byłyby zamknąć drzwi. - Odezwał się beznamiętny głos gdzieć z tyłu. Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Przed drzwiami stał Kuroko.
- Kuro-chin? Nie mieliśmy tego załatwić w tajemnicy...? - mruknął w zamyśleniu Atsushi.
- Kise-kun napisał do mnie "Kurokocchi, idziemy obić Kagamicchiemu ten krzywy ryj, zrobi ci się lepiej, jak przyjdziesz popatrzeć".
- Ryouta - Groźny ton w głosie Akashiego przyprawił wszystkich o gęsią skórkę. - Czy nie mówiłem, że Tetsuya ma się nie dowiedzieć?
- Akashi-kun, w porządku. Możecie nas zostawić?
- Ale...
- Akashi-kun, on już dostał za swoje - wskazał na fioletowego siniaka rozlewającego się na policzku Kagamiego.
Chwilę walczyli spojrzeniami, wreszcie kapitan skinął głową, odwrócił się, a za nim podążyła reszta Pokolenia. Zatrzasnęli drzwi, a w środku zrobiło się bardzo, bardzo cicho. Nie mieli pojęcia, co powiedzieć. Tetsuya, zmierzając do domu Taigi i dobrze znając swoich byłych współzawodników, spodziewał się tylko mokrej plamy na podłodze, z którą nie będzie musiał rozmawiać. Jednak przyszedł za szybko i materiał na przyszłą plamę wciąż był zdolny do mówienia co znacznie komplikowało sytuację.
- Kuroko, ja...
- Kagami-kun, ja... - zaczęli jednocześnie i jednocześnie przestali, zawstydzeni.
- Przepraszam - powiedział Taiga.
- Za co mnie przepraszasz?
- ... Nie wiem. - Chłopak podrapał się po karku, lekko się rumieniąc. Niebieskowłosy uśmiechnął się szeroko, widząc ten gest. Tak bardzo mu go brakowało.
- Co teraz z nami będzie? - zapytał niepewnie, rumieniąc się jeszcze bardziej.
- A czego byś chciał? - odpowiedział pytaniem, delikatnie sunąc palcem po fioletowym symbolu troski starych przyjaciół. Spojrzenie, jakie posłał swojemu światłu było nad wyraz jednoznaczne. Taiga pochylił się i agresywnie zaatakował jego usta, jak na tygrysa przystało.

"Ja pokochałem cię w tydzień. To oczywiste, że on też cię kocha."