Rozdział 1

10 kwiecień 1912r.

Skupienie. Cisza. Wymienianie nerwowych spojrzeń. Zapach dymu nikotynowego. Pot na plecach dwóch mężczyzn siedzących naprzeciwko mnie. Wyczułem ich strach, gdy tylko sięgnąłem po karty. Greg wwiercał się we mnie wzrokiem, który mówił jedno – wystarczy. Ale ja wcale nie miałem dość! Chciałem więcej i więcej, aż tym sukinsynom opadłyby szczęki widząc nasze zwycięstwo. Zaufaj mi – to mówił mój wzrok. Opracowałem idealną strategię i za nic w życiu nie mogłem się wycofać.

- Jesteś idiotą, John! – syknął mi do ucha Greg i wykrzywił się patrząc na naszych przeciwników. – Postawiłeś nasz cały majątek!

Westchnąłem. Oderwałem wzrok od mężczyzn powoli wypuszczając dym z płuc i spojrzałem na przyjaciela. Był mieszanką poirytowania, niepewności i podminowania. Nachyliłem się do niego bardzo blisko.

- Kto nie ma nic, nie ma nic do stracenia – odparłem półgębkiem. – Mam idealnie obmyśloną strategię, Greg. Uwierz w nas! Przypomnij sobie słowa naszego półkownika. Przypomnij!

- Jeśli znasz siebie i swego wroga,…

- … przetrwasz pomyślnie sto bitew* – dokończyłem i poczułem gdzieś głęboko we mnie rosnące podniecenie. – Jesteś żołnierzem, do cholery, czy żołnierzykiem?!

Greg wziął głęboki wdech i skinął mi krótko głową. W duchu uśmiechnąłem się szeroko. Mamy to! Wziąłem do ust papierosa i wyprostowałem się na krześle. Mój wzrok znów padł na naszego przeciwnika. Skupiłem na nim całą uwagę, bo to on był teraz moim największym rywalem. Wpadł w zbudowaną przeze zasadzkę już na samym początku. Dobry pokerzysta analizuje podejmowane decyzje, wpływa na nie i steruje zachowaniem przeciwników, by być coraz bliżej celu. Nie jestem ekspertem, ale jest to moja zasada, dzięki, której wśród dużego grona przyjaciół stałem się niepokonany. Poker to niebezpieczna gra. W niektórych przypadkach, lub nawet w większości, wszystko zależy od fartu. Albo go masz albo nie.

Spojrzałem na swoje karty ani trochę nie zmieniając wyrazu twarzy odetchnąłem głęboko. To mój ostatni ruch. A potem… Wszystko się okaże. Sięgnąłem po kartę i wymieniłem ją na inną z mojego zestawu.

- Panowie – odezwałem się patrząc na moich graczy. – Czyjeś życie za chwilę się odmieni. Greg? - zwróciłem się do przyjaciela przygryzając zębami palącego się papierosa.

Tamten spojrzał na mnie, a ja już widziałem czającą się w jego oczach wściekłość. Zamaszystym ruchem rzucił karty na stół, a ja zagwizdałem cicho.

- Nic. – Skrzywiłem się odrobinę.

- Nic – powtórzył mój przyjaciel i skrzyżował ramiona na piersi.

- Olaf? – Mój wzrok zawędrował na mężczyznę, który ze złością ścisnął karty i rzucił je na stół. Pokręciłem głową z udawanym smutkiem i z westchnieniem spojrzałem na gracza siedzącego po mojej prawej stronie, Svena. Odchylił się do tyłu i pocierając rękawem spocone czoło położył na stole karty. Nic. Miałem ochotę wstać i zacząć tańczyć ze szczęścia. Gdybym tylko mógł przewróciłbym ten cholerny stół, by… Nie! Nie przewróciłbym, lecz wskoczyłbym na niego i zaczął wydawać z siebie dzikie odgłosy szczęścia. – Coż… Dwie pary – mruknąłem widząc karty, które położył przed chwilą na stole nasz rywal. Wypuściłem z powietrze z ust i potargałem włosy. – Przykro mi. – Uniosłem głowę, by spojrzeć na przyjaciela.

- Co? Czy tobie do reszty odbiło, John?! Mówiłem ci! Cholera, mówiłem, żebyśmy przestali grać w odpowiednim momencie, a tobie zachciało się odgrywać jakiegoś pieprzonego macho!...

- Przykro mi, – przerwałem mu ten absurdalny potok słów i powoli moje kąciki ust uniosły się ku górze – ale na jakiś czas znów będziesz musiał rozstać się z żoną, bo płyniemy do Ameryki, Greg. Full, panowie!*

Uderzyłem pięścią w stół i zręcznym, pewnym ruchem położyłem na stole karty ukazując trójkę i parę w swoim zestawie. Greg nadal niedowierzając pochylił się bliżej mnie, by spojrzeć czy mówiłem prawdę. Ujrzałem jak powoli dociera do niego informacja, że zostawiamy Anglię, a bilety oraz wszystkie rzeczy i pieniądze leżące na stole należą do nas. Roześmiałem się, gdy chwycił banknoty i przyłożył je do twarzy wąchając ich zapach. W jednym momencie poczułem jak ktoś pociągnął mnie ku górze za koszulę i stanąłem twarzą twarz z Olafem.

- Ty sukinsynie – warknął i uniósł pięść. Napiąłem mięśnie czekając na cios, jednak ku mojemu zaskoczeniu ominął mnie, a został wycelowany w Svena. Mężczyzna puścił mnie, a ja, szczęśliwy jak dzieciak, któremu rodzice dali upragniony prezent pod choinkę, chwyciłem ze stołu bilety i ucałowałem je szczerząc się jak idiota.

- Płyniemy do Ameryki! – krzyknął mi wprost do ucha Greg. – Stary, zawsze w ciebie wierzyłem!

- No jasne – mruknąłem, ale mój uśmiech nie zniknął z twarzy.

-Nie, kolego – odezwał się nagle zza lady Angelo, mój stary znajomy, który wiele razy uratował mi dupsko w trudnych sytuacjach. Obaj z przyjacielem odwróciliśmy się do niego unosząc pytająco brwi. – Titanic płynie do Ameryki. Za pięć minut!

Jak na komendę nasz wzrok powędrował na zegar.

- Cholera! – krzyknąłem i chwyciłem do ręki torbę, którą wcześniej położyłem przy swoim krześle. Zgarnąłem ze stołu wszystkie banknoty, monety, a nawet zegarek, który biedny Sven oddał w ramach naszej gry i obaj z Gregiem wybiegliśmy z pubu pędząc co sił w nogach w stronę przycumowanego (jeszcze!) w porcie statku.

- Podróż Titanikiem! – krzyknąłem do biegnącego za mną przyjaciela. – Dwóch nadzianych gości!

- To moje przeznaczenie! Płynę do Ameryki, by zostać milionerem, John!

Parsknąłem śmiechem i omal nie wpadłem na ludzi z „wyższych rzędów". Arystokracja. Zawsze mam ochotę splunąć wypowiadając na głos to słowo. Mają się za lepszych, mądrzejszych, a co najważniejsze bardziej uprzywilejowanych społecznie. W państwie, na przykład takim jak Anglia, odgrywają tam role zarządców własności prywatnych i państwowych, inżynierów, artystów, urzędników, etc. Niedobrze mi się robi na samą myśl o tym za jak wielkich panów świata się mają.

Odwróciłem się i splunąłem jednemu z nich pod nogi. Zaniosłem się szaleńczym śmiechem i popędziłem do przodu.

- Jesteś idiotą, John!

- Możliwe, ale to ja mam bilety!... Nie nadążasz? Ruszaj tyłek, Lestrade, bo inaczej nasz parowóz marzeń odpłynie bez najważniejszych osobistości!

Usłyszałem za plecami śmiech przyjaciela. Minąłem po drodze setki, może nawet tysiące, ludzi! Wszyscy przybyli do portu, by zobaczyć słynny statek pasażerski, który dzisiaj miał odpłynąć w swój dziewiczy rejs. Należał do liniowców klasy Olimpic, której armatorem był White Star Line. Rok temu, w 1910r., pierwszy statek z tej linii parowców, Olimpic, odbył swój udany rejs na szlaku północnoatlantyckim. Jego kapitanem był wtedy Edward John Smith, wieloletni pracownik tego armatora, który został uhonorowany przez White Star Line przeniesieniem na Titanica. Gazety wydawały bardzo pochlebne opinie na jego temat. Był wysoko cenionym i bardzo dobrze znanym kapitanem. Nie trzeba było się czego obawiać. W wielu gazetach przeczytałem o zapewnieniach dotyczących niezatapialności tego statku. Gigant nad giganty. Skoro taki sztab ludzi pracował przy jego budowie i nadzorował ją, nic nie mogło sprawić, by Titanic poszedł na dno… Ha! Brzmi to paradoksalnie! Tak wielki statek miałby polec? Nie bez przyczyny zwany był Niezatapialnym.

- Chwila! Proszę poczekać! – krzyknąłem. Wraz z Gregiem wbiegliśmy na trap dysząc ciężko. Podałem bilety marynarzowi, a on łypnął na nas podejrzliwie.

- Przeszliście badania? – zapytał zerkając na świstki papieru, które mu wręczyłem.

- Oczywiście. Zapewniam, że żaden z nas nie ma wszy. Jesteśmy Anglikami z krwi i kości!

Wpatrywałem się w napięciu w marynarza, gdy po chwili ten uniósł głowę i skinął nam.

- Wskakujcie.

Wyszczerzyliśmy się z Gregiem jak szczeniaki i już po chwili znaleźliśmy się w środku najbardziej ekskluzywnego statku na świecie. Popędziliśmy do kabin przeznaczonych dla pasażerów trzeciej klasy i odnalazłem nasz pokój z numerem G 60. Mój przyjaciel popchnął mnie i wskoczył na dwupiętrowe łóżko zajmując sobie górę. Szturchnąłem go w ramię i wrzuciłem na niego torbę. Uśmiechnąłem się szeroko do naszych współlokatorów.

- Miło mi poznać. John Watson, a to mój przyjaciel, Gregory Lestrade.

Mężczyźni popatrzyli na nas zdziwieni, a my wybuchliśmy śmiechem, ponieważ na miejscu ich znajomych, Svena i Olafa, mieli teraz nas.

- Titanic odpływa! Czas pożegnać się z szarą Anglią, Johnny!

Uśmiechnąłem się do przyjaciela i razem wylecieliśmy jak szaleni z naszej kabiny. Zachowywaliśmy się jak dwójka roztrzepanych nastolatków, mimo iż na karku miałem już dwadzieścia sześć lat, a Greg trzydzieści jeden. Jednak udało się! Jesteśmy pieprzonymi farciarzami! Wybiegliśmy na pokład widokowy i razem z Gregiem wspięliśmy się na barierkę. Usłyszałem potrójny sygnał i statek uruchomił ogromne turbiny. Moje policzki bolały mnie już od ciągłego śmiania się, ale nie mogłem powstrzymać tryskającej ze mnie radości.

- Znasz kogoś? – zapytał mnie Greg, gdy poszedłem w ślad za innymi pasażerami i zacząłem kiwać do ludzi.

- Pewnie, że nie! I o to chodzi!

Mężczyzna zaśmiał się i pokiwał głową, by po chwili i tak dołączyć do mnie. Spojrzałem na tłoczące się na porcie tłumy ludzi, którzy przyszli nas pożegnać. W głowie już widziałem nagłówki gazet. Widziałem jak będą nas opisywać, gdy tylko nasz rejs się zakończy. Niezatapialne cudo dobiło do portu! Udany rejs „Statku marzeń"! Och, tak. Westchnąłem głęboko spoglądając na oddalającą się Anglię. Bilety na Titanica to największy skarb jaki otrzymałem od życia.


* „Jeśli znasz siebie i swego wroga, przetrwasz pomyślnie sto bitew. Jeśli nie poznasz swego wroga, lecz poznasz siebie, jedną bitwę wygrasz, a drugą przegrasz. Jeśli nie znasz ni siebie, ni wroga, każda potyczka będzie dla Ciebie zagrożeniem." – Sun Zi

* Full – (w pokerze) - trzy karty o takiej samej wartości i dwie karty o innej takiej samej wartości (trójka i para). Jeśli wystąpi więcej niż jeden ful, wygrywa układ z wyższymi kartami tworzącymi trójkę