Rozdział 2
10 kwiecień 1912r.
Patrzyłem na swoje życie, jakby było już za mną. Na nieustającą paradę zabaw, kotylionów, regat i rozgrywek polo. Ta sama wąska grupka ludzi, ten sam bezmyślny gwar. Obowiązywała wśród nich tylko jedna zasada: Masz pieniądze, jesteś jednym z nas. Nie masz nic, jesteś nikim. Chorobliwa potrzeba szufladkowania ludzi. A ja nie lubiłem szufladkowania. Człowiek to człowiek. Jeden głupszy od drugiego. To przykre, że tak niewielu potrafi w całej okazałości używać swojego rozumu. To logiczne, że nie urodziliśmy się z mózgiem tylko po to, by w ciągu kilkunastu lat przyswoić dany zakres wiedzy, wyuczyć się na pamięć kilku najważniejszych regułek, a jedyne co z tego wszystkiego nam pozostanie to siedzenie na tyłku, przeliczanie pieniędzy i organizowanie bankietów. Trzeba myśleć! Myśleć! Nie na darmo pod tą twardą czaszką wsadzono nam kawałek około dwumetrowej tkanki, by wiedza, którą możemy przysporzyć ot tak się zmarnowała. Ludzie, do których obecności na co dzień byłem zmuszony ani trochę nie dorównywali mi swoim intelektem. Irytujący politycy, inżynierowie, urzędnicy, biznesmani… Banda idiotów dbających tylko o to, by ich majątki powiększały się z dnia na dzień, a akcje sprzedawały się z zaspokajającym ich własną chciwość zyskiem.
- Na litość boską, ocknij się w końcu!
Westchnąłem w duchu powoli zamykając drzwi do mojego Pałacu i uchyliłem powieki, by wzdrygnąć się z obrzydzeniem na widok zbyt blisko przysuniętej twarzy mojego brata. Dostrzegłem w jego oczach poirytowanie i cisnące się na usta słowa nagany. Uniknąłem ich wyskakując z samochodu i rozglądając się dookoła. Przede mną znajdował się słynny statek pasażerski, na którego widok przewróciłem tylko oczami i parsknąłem cicho. Miałem po dziurki w nosie wysłuchiwania o „Niezatapialnym cudzie", dziele mojego brata.
- Savoir-vivre, Sherlocku – odezwała się matka wbijając we mnie surowe spojrzenie zimnych niczym stal oczu. – Pamiętaj.
- Osobiście go przypilnuję. – U mojego boku pojawił się Mycroft uraczając matkę uśmiechem pełnym wymuszenia. Zrobiłby wszystko, by udobruchać naszą Mamusię. Żałosne.
- Zastanawiam się co jest gorsze – odezwałem się, gdy kobieta oddaliła się na bezpieczną odległość. – Ty, wchodzący naszej matce na okrągło w tyłek, czy ty rzeczywiście podejmujący próbę ujarzmienia swojego młodszego braciszka. – Uśmiechnąłem się drwiąco. - Doprawdy żal mi pobieranej ilości tlenu do twoich płuc w celu zużycia go tylko do coraz to nowych, nasączonych jadem kłamstw.
Odwróciłem się, by stanąć twarzą w twarz z bratem. Wiele razy zastanawiałem się co tak naprawdę kryje się pod jego maską. Zdawałem sobie sprawę z potęgi jego intelektu. Był równie uzdolniony jak ja, z tym, że on wolał go używać w kontekstach jedynie biznesowych, by kreować coraz to nowe wartości. Jego zdolności, kompetencje, kolektywna wiedza i doświadczenie - wszystkie te rzeczy wykorzystywał tylko i wyłącznie w celach zawodowych. Idiotyzm! Czasem nawet było mi go żal. Czasem.
- Nie trzeba mówić, by kłamać.* - Na twarzy Mycrofta pojawił się uśmiech, którego nazwałem „martwym uśmiechem". Unoszenie kącików ust, podczas gdy oczy pozostają puste. – Staram się tylko naprawić twoją już i tak wiszącą na włosku reputację.
- Nie jestem dzieckiem – syknąłem przez zęby.
Zacisnąłem usta, gdy tamten roześmiał się głośno. Teraz zdecydowanie nie było mi go żal.
- Potencjalnie nie. Sherlocku.
Westchnąłem teatralnie wywracając oczami i odwróciłem się. Uniosłem wzrok raz jeszcze na statek i poczułem wsuwającą się pod moje ramię dłoń. Drgnąłem niezauważalnie. Kątem oka ujrzałem pełen uznania uśmiech na twarzy Tej Kobiety. Jej wzrok utkwiony był w naszym punkcie centralnym.
- Do teraz nie pojmuję o co tyle szumu. Titanic niczym w porównaniu do Galeonu – burknąłem próbując cofnąć się od parzącego moją skórę dotyku.
- Gorszy od jakiegoś statku pirackiego?– prychnęła Irene.
- To nie był jakiś tam statek piracki! – oburzyłem się, dzięki czemu udało mi się cofnąć o parę kroków. - To wyspecjalizowany okręt wojenny, odzwierciedlenie piękna i zarazem prawdziwego buntu na oceanie. A to posklejane z kilku kawałków metalowe Scheiße* naprzeciwko nas jest…
- Czyżby przemawiała przez pana zazdrość, panie Holmes? – wtrąciła się kobieta unosząc z ironią brew. – Braterska rywalizacja. Doprawdy? – Zrobiła kilka kroków do przodu z gracją odgarniając pukiel blond włosów do tyłu. – Mam nadzieję, że do wieczora uda mi się ciebie udobruchać.
Spojrzałem na nią spode łba i ruszyłem do przodu. Była nietypową kobietą. Nadzwyczajna, kontrowersyjna, pewna siebie, bezwstydna, samodzielna, wyrachowana. (Trzeba dodać, że posiadała również zadatki na konfidenta.) Nie chciała być przez nikogo uwiązana, pragnęła podążać swoją drogą. Dla mnie zawsze była Tą Kobietą. Nigdy nie Irene, bądź panną Adler. Wyróżniała się niezwykłym taktem, inteligencją i talentem obserwacji. Nie przepadałem za jej towarzystwem, lecz ceniłem jej osobę. Ponieważ była inna.
Ubrałem mój płaszcz i okryłem się nim szczelnie, choć pogoda wcale tego nie wymagała. Usłyszałem jak za plecami Mycroft odezwał się, że już czas i ujrzałem go kierującego się w stronę trapu wraz z moim ojcem. Za nimi podążyła matka wraz z Tą Kobietą, która zerknęła na mnie unosząc delikatnie kącik ust. Zrobiłem krok, gdy nagle poczułem szarpnięcie, a przed moimi oczami przebiegła dwójka mężczyzn pędzących w stronę Titanica. Jeden z nich splunął pod nogi mojemu ojcu. Niski, krótkie blond włosy, uśmiechnięty od ucha do ucha. (Pasażer trzeciej klasy..) Postawiłem kołnierz do góry i ruszyłem w stronę trapu.
Wszyscy w Titanicu widzieli statek marzeń. Dla mnie był tylko statkiem niewolników, którym płynąłem do Ameryki zakuty w łańcuchy. Wszyscy oczekiwali, że jako Holmes okażę się kolejnym „Srebrnym językiem" naszej rodziny. Jak bardzo się mylili. Za nim w życiu nie chciałem grać chłopczyka z dobrego domu, ponieważ już i tak byłem jego czarną owcą.
Eleganckie sufity, podłogi wyścielone wykładziną, ściany z boazerią i jedwabną tapicerką, estetyczniejsze umeblowanie, olbrzymie salony, szerokie kory tarze i bogato zdobione klatki schodowe – tak wyglądało wnętrze statku. Kabiny, apartamenty, a także salony pierwszej klasy usytuowano na najwyższych pokładach, pomieszczenia drugiej klasy – w środkowej części parowca, a dla pasażerów trzeciej klasy przeznaczono pokłady najniższe oraz część rufową i dziobową. Pokład A, zwany spacerowym – „promenade deck", był niewątpliwie najelegantszym i najwykwintniej urzą dzonym pokładem na całym statku. Znajdowała się tutaj palarnia pierwszej klasy, weranda i „palm court" – palmiarnia, salon, czytelnia i niektóre apartamenty pierwszej klasy. Nasze znajdowały się pod numerem B52, 54 i 56. Wszedłem do środka i z niesmakiem objąłem wzrokiem wnętrze apartamentu. Kamerdyner ostrożnie odłożył na stolik mój futerał ze skrzypcami, a ja podniosłem z podłogi jeden z zakupionych przeze mnie obrazów, które przyniosła służba.
- Trzeba ożywić to wnętrze – mruknąłem wpatrując się z szacunkiem w twarz kilkusetnego muzyka.
- Tymi bohomazami? – odezwał się nad moim ramieniem Mycroft wskazując szklanką brandy na obraz. – Wyrzucone pieniądze.
- Właśnie dlatego różnimy się smakiem – odparłem. – Ja go mam.
Postawiłem obraz na szezlongu i wyprostowałem plecy wzdychając głęboko. To będzie zdecydowanie długi rejs.
Nazajutrz pozostawiliśmy za sobą wybrzeże irlandzkie, a przed nami rozciągał się jedynie ocean. Z samego rana udałem się na spacer kierując się na pokład widokowy. Wychodząc znalazłem się pod obstrzałem setek spojrzeń, które zignorowałam i przemknąłem wprost do windy zjeżdżając w dół. Wsunąłem ręce do kieszeni i przymknąłem powieki pragnąć uwolnić się od otaczającego mnie gwaru. Niczym burza wypadłem z windy i niemalże wpadłem na starszą kobietę.
- Pani Hudson – przywitałem się. Była cudowną kobietą i jedyną, do której żywiłem jakiekolwiek uczucia. Nigdy mnie nie osądzała, nie baczyła na to kim byłem i skąd pochodziłem. Kochała ludzi za to, jacy byli naprawdę. Choć na Titanicu była jedną z najsłynniejszych pasażerek i kobietą rozporządzającą jednym z największych majątków na statku, niewielu ludzi darzyło ją sympatią. W tym także moja rodzina
- Sherlocku, mój drogi.
Pocałowała mnie przelotnie w policzek i kciukiem zmazała pozostawioną szminkę. Uśmiechnąłem się unosząc kącik ust i oddaliłem się prędko, by końcu znaleźć się na pokładzie widokowym i odetchnąć świeżym powietrzem. Wbiegłem po schodach czując jak mój płaszcz falował z każdym moim ruchem i wziąłem głęboki wdech. Stanąłem na nadbudówce i podszedłem do barierek obejmując wzrokiem dziób i pokład statku. Kobiety i mężczyźni, dzieci i starzy, biedni i bogaci, mądrzy i głupi – tysiące ludzi zebranych w zasadzie tak niewielkim miejscu. Oparłem łokcie na barierce i złożyłem ręce jak do modlitwy dotykając czubkami palców podbródka. Przymknąłem powieki i wsłuchałem się w szum wody, która otaczała mnie z każdej strony. Zmarszczyłem brwi. Otworzyłem oczy i wyprostowałem się. Poczułem na sobie czyjś wzrok. Zerknąłem w dół. Matka z dzieckiem – trzecia klasa, kamerdyner wyprowadzający na spacer psa jednego z arystokratów, grupka mężczyzn z trzeciej klasy opowiadających nawzajem beznadziejne dowcipy i mnóstwo, mnóstwo innych nic nieznaczących osób. Westchnąłem głęboko. Czułem jak nuda powoli wnika w moje ciało i zaczyna wsiąkać w skórę. Chciałem się odwrócić, gdy napotkałem wzrok mężczyzny. Ponownie zmarszczyłem brwi. Znałem tą twarz. Blond włosy, niewysoki, tym razem bez uśmiechu. To mężczyzna, który przemknął obok mnie zanim wsiadłem na pokład Titanica. Przystanąłem w pół kroku twardo odwzajemniając spojrzenie. Przez głowę przemknęły mi już skrawki informacji o danym osobniku. Kariera wojskowa, postrzelony, częsty podróżnik, szczęśliwie zdobyte bilety na statek, pisarz (?)… Nuda.
Dlaczego więc nadal stałem i wpatrywałem się w tego oto małego człowieczka? Zamrugałem kilka razy i zmusiłem się do odwrócenia wzroku. Znów wsunąłem dłonie do kieszeni i zbiegłem ze schodów. Potrzebowałem czegoś mocniejszego. Czegoś o siedem procent mocniejszego.
* Nie trzeba mówić, by kłamać. – Isabel Abedi
* Scheiße – j. niem. - Gówno
