Rozdział 3
11 kwiecień 1912 r.
- „Titanic" to największy ruchomy obiekt stworzony ludzką ręką w dziejach świata.
Uniosłem wzrok, by spojrzeć na naszego rozmówcę. Bruce Ismay – dyrektor zarządzający linią żeglugową White Star Line. Jeden z „przyjaciół" rodziny, na którego sam widok robiło mi się niedobrze. Oddałbym wszystko, by akurat w tym momencie do jadalni podrzucono bombę. Przynajmniej większość ludzi z tej otaczającej mnie bandy idiotów choć trochę by się rozerwała. Westchnąłem teatralnie, czując na sobie surowe spojrzenie brata, i wyjąłem z małej kieszonki garnituru papierosa, którego zapaliłem i zaciągnąłem się głęboko.
- Wszelkie zasługi jego powstania możemy zawdzięczać tylko jednej osobie, – ciągnął dalej Bruce i spojrzał na mojego brata – naszemu projektantowi statku - panu Holmesowi.
Widziałem jak ojciec uśmiechnął się dumnie klepiąc syna po plecach. Wzdrygnąłem się na samą myśl o tym, gdybym to ja bym na jego miejscu. Nienawidziłem dotyku ojca. Nienawidziłem niczyjego dotyku. Za wyjątkiem matki i pani Hudson, których dotyk jako jedyny był dla mnie kojący.
- Nie wszystkie zasługi należą do mnie – odparł skromnie Mycroft biorąc łyk wina. – Nadałem mu tylko kształt bazując na pańskim pomyśle, panie Ismay. Wizji parowca tak wielkiego i luksusowego, że nic innego nie będzie mogło się z nim równać. I – Mężczyzna spojrzał na wszystkich. – oto on. Urzeczywistniony.
- Niesamowite – odezwała się obok mnie Irene. – Zdaję się, że nawet sam Chrystus nie zdoła go zatopić, panie Holmes.
Wypuściłem dym z ust prosto w stronę mojego brata i uśmiechnąłem się drwiąco.
- Prasa zna już rozmiary „Titanica". – Kobieta oparła podbródek na zgiętych palcach i odgarnęła kilka pasemek włosów eksponując swoją bladą szyję i głęboki dekolt. – Chcę, by doznała zdumienia jego prędkością. Musimy im dać jakiś temat do opisania. Dziewiczy rejs Titanica musi trafić na czołówki gazet. Jestem pewna, że tak dostojnym mężczyznom zależy na publicznym uznaniu. Prawda?
Trafiony zatopiony. Kolejny ruch manipulantki. Drobny komplement w stronę mężczyzn zaowocował nieukrywanym zadowoleniem. Prychnąłem i odwróciłem głowę do Bruce'a.
- Na pokładzie statku znajduje się dwa tysiące dwieście osiem pasażerów – odezwałem się. – Policzyłem szalupy. Ich liczba jest zdecydowanie niewystarczająca, co oznacza, że środki ostrożności nie są zachowane w pełni. W razie zatonięcia większość pasażerów nie ma szans przeżycia.
Bruce Ismay odwzajemnił moje spojrzenie i widziałem jak jego dolna warga drgnęła nerwowo. Uniosłem podbródek czekając na odpowiedź, a mężczyzna po chwili roześmiał się kiwając głową.
- Jest pan doprawdy niezwykle… Spostrzegawczy – odparł po chwili ocierając kąciki ust białą chustką. – Nic nie ujdzie pańskiej uwadze.
- To tylko czysta obserwacja. – Zmrużyłem oczy. – A pan nadal nie odpowiedział na moje pytanie: Dlaczego nie zostały zachowane wszystkie środki ostrożności?
- Ponieważ takowe nie będą nam potrzebne, Sherlocku – wtrącił się Mycroft mierząc mnie spojrzeniem. – Zamierzaliśmy wstawić tutaj więcej szalup, lecz z przyczyn estetycznych podjęto decyzję o zdemontowaniu ich po części, gdyż niepotrzebnie tylko zajmowały powierzchnię pokładu.
- Niepotrzebnie? – prychnąłem. – Zatem jeśli statek pójdzie na dno…
- Jest niezatapialny – wszedł mi w słowo brat unosząc głos o oktawę.
- Oh, no tak. Wiara ludzi w niezatapialność tej jednostki… Egozim.
- Sherlock.
Zacisnąłem usta wciąż się uśmiechając. To było godne pożałowania. To, jak wielka potrafiła być naiwność ludzi. Zgasiłem papierosa o talerz. Przy stole zapadła niekomfortowa cisza, do której doprowadziłem ja. Punkt dla mnie. Usłyszałem chrząknięcie mojej matki i już wiedziałem, że zaraz zacznie próbować ratować sytuację.
Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie tylko sploty rozmów, dziesiątki biegających nerwowo kelnerów, brzdęki sztućców, odgłosy wznoszenia toastów. Innymi słowy tak właśnie wyglądała jadalnia pierwszej klasy, której wnętrze odzwierciedlać miało standardy paryskich i londyńskich restauracji. Jego zadaniem było zapewnienie gościom intymności, a oświetlenie dawać miało odpowiedni nastrój. Nienawidziłem tutaj każdej najdrobniejszej rzeczy. Dusiłem się.
- Kto wymyślił nazwę „Titanic"? – spytała matka i uśmiechnęła się do Bruce'a. – Czyżby pan?
- W rzeczy samej. – Mężczyzna odwzajemnił uśmiech. – Chciałem, by kojarzyła się z ogromem. A ogrom to stabilność luksusu, a przede wszystkim wytrzymałość.
Ogrom? Doprawdy żenujące.
- Czy zna pan doktora Freuda? – spytałem, a on spojrzał na mnie z wymuszonym zainteresowaniem. Widziałem jak w jego oczach czai się irytacja. Uśmiechnął się do siebie i kontynuowałem: - Głosi ciekawe poglądy na temat męskiej fascynacji rozmiarami. Gdyby był pan zainteresowany opublikował on w 1905 roku „Trzy rozprawy z teorii seksualnej".
- Co cię opętało? – warknął ojciec przez zęby. – Najmocniej przepraszam, panie Ismack. Jak pan wie, w rodzinie zawsze znajdzie się ktoś, kto jest inny niż pozostali.
Odwróciłem głowę przełykając ciężko ślinę. Poczułem satysfakcję, ale po słowach ojca niewidzialna pętla zaciskała się na mojej szyi coraz mocniej.
- Doktor Freud głosi poglądy seksualne, bracie – odezwał się Mycroft z politowaniem. – To chyba temat dla dorosłych, nieprawdaż?
- Żaden temat nie stanowi dla mnie problemu. Nawet seks. – Spojrzałem zimno na brata i zacisnąłem zęby.
- Skąd możesz wiedzieć?
Przez długi moment wpatrywałem się tylko w mężczyznę odwzajemniając jego pełne rozbawienia spojrzenie. Poczułem na sobie wzrok wszystkich zebranych przy stole ludzi i przekląłem w duchu czując jak na moich policzkach wykwitły rumieńce. Podniosłem się odsuwając głośno krzesło, chwyciłem płaszcz i opuściłem jadalnię. Wiele razy byłem poniżany i wyzywany od wariatów, świrów czy prawiczków, lecz nigdy Mycroft nie zrobił tego publicznie. Zamrugałem szybko, by nie pozwolić łzom popłynąć po policzkach. Nie zniżyłbym się do takiego poziomu. Wydostałem się na pokład widokowy i nawet nie spostrzegłem kiedy zacząłem biec. Po drodze minąłem grupę pasażerów trzeciej klasy, która wybuchła śmiechem, gdy przemknąłem obok nich. W głowie miałem pustkę. I tylko jeden cel. Skończyć ze sobą.
Założyłem płaszcz i zatrzymałem się słysząc podniesione krzyki mężczyzn. Odwróciłem się i podszedłem do rozbawionej i mocno nietrzeźwej już grupy. Podszedłem do leżącego pasażera wyrywając mu z dłoni piwo i oddaliłem się ignorując ich wulgarne ostrzeżenia. Skierowałem się w stronę maszynowni, do magazynu. Zwolniłem. Zacisnąłem palce na butelce i uniosłem ją biorąc łyk piwa. Skrzywiłem się czując w ustach gorzki smak.
Dotarłszy do maszynowni musiałem działać szybko i czym prędzej przedostać się przez pomieszczenia, w których żar od rozgrzanych pieców palił mnie w skórę i sprawiał, że płaszcz niemalże się do niej przykleił. Miałem szczęście. Zwróciłem na siebie sporą uwagę, jednak nikt nie kłopotał się, by mnie zatrzymać.
Nie raz włamałem się do biura Mycrofta i dokładnie przeanalizowałem całą budowę Titanica. Znałem na pamięć cały jego plan i rozmieszczenie poszczególnych pomieszczeń i największych zakamarków. Magazyn, do którego się kierowałem był idealnym miejscem na samobójstwo. Nikt nie odnajdzie ciała w przeciągu kilku dni, gdy wstrzyknę sobie narkotyk zasypiając w jednym z samochodów. Miałem doprawdy duży wybór na miejsce mojej śmierci. Uwielbiałem dramatyzować, dlatego zdecydowałem się wsiąść do samochodu Mycrofta. Niech się braciszek ucieszy, że został tym ukochanym jedynakiem.
Powoli opadłem na tylne siedzenie i zamknąłem oczy. Próbowałem uspokoić walące w piersi serce i zacząłem liczyć oddechy. Nie musiałem się spieszyć. Tutaj nikt nie mógł mnie znaleźć. Za sobą miałem już dwie próby samobójcze, więc teraz wiedziałem jakiej dawki użyć. Uśmiechnąłem się do siebie widząc jak moje dłonie drżą, gdy sięgałem nimi do kieszeni płaszcza. Wyjąłem strzykawkę i odmierzyłem ustaloną ilość morfiny. Odłożyłem na siedzenie narkotyk i zdjąłem z siebie marynarkę siadając. Podwinąłem prawy rękaw koszuli do przedramienia i chwyciłem strzykawkę. Moje ciało zdawało się być przyzwyczajone do moich „zabiegów". Wbiłem igłę w żyłę. Tym razem ręka nie drżała. Usłyszałem kroki. Zamarłem. Skuliłem się niżej na siedzeniu i zamknąłem oczy. Wstrzyknąłem całą zawartość strzykawki i wyjąłem igłę odrzucając ją na siedzenie.
Po co istnieć, skoro nikt cię nie potrzebuje? Tu nie chodzi o żadną łaskę, ponieważ o takową nigdy w życiu nie zniżyłbym się, żeby prosić. Istniałem tylko dla samego siebie. Przez większość życia mi to odpowiadało. Nie przejmowałem się innymi, ponieważ każdy człowiek potrafił tylko ranić. Nauczyłem się wyłączać emocje, a narkotyki były dla mnie zawsze wybawieniem. Każdy przeżywa jakąś prywatną tragedię. Mamy to już we krwi - nieszczęście, nudę, smutek, samobójstwo.*
Chwyciłem butelkę piwa i wypiłem je duszkiem krzywiąc się po raz drugi. Poczułem jak moje ciało osłabło, a z mojej ręki wyślizgnęła się butelka uderzając głośno o podłogę. Wziąłem głęboki wdech i zamrugałem wiele razy czując jak oczy zaszły mi łzami. Coś nowego. Wzdrygnąłem się i spostrzegłem na skórze gęsią skórkę. Miałem ochotę się roześmiać, lecz z moich ust wydobyła się tylko krótka sylaba „a", która rozeszła się echem po pogrążonym w ciszy magazynie. Opadłem na siedzenie wpatrując się w jeden punkt. Czułem, że się uśmiecham. Szkoda, że nie będzie mi dane zobaczyć min ludzi, którzy mnie znajdą, a przede wszystkim Mycrofta. Oddałbym wszystko za ten bezcenny widok.
Zgiąłem się w pół czując silny skurcz w brzuchu. Jęknąłem cicho zaciskając powieki. Tylko chwila. To potrwa zaledwie parę minut i zaraz się skończy. Nie mogłem pomylić dawki. Ta zdecydowanie była odpowiednią, by doszło do zapaści. Skórcz nie ustępował, a ja podkurczyłem nogi słysząc swój głos. Majaczyłem. Zacisnąłem zęby i drżącą dłonią sięgnąłem po płaszcz, by okryć się nim szczelnie. Zarzuciłem go na siebie, ale ten wylądował na podłodze. Nie miałem siły. Poczułem jak moje ciało drży i oblewa się zimnym potem.
Bum. Bum. Bum.
Jęknąłem. Słyszałem dudnienie, które rozbrzmiało w mojej głowie niczym tysiące dzwonów. Z trudem uniosłem dłonie, by przycisnąć je do uszu.
- Przestań…
Nie miałem pojęcia ile to już trwało, ale było to zdecydowanie za długo. Ucisk w brzuchu wzrósł na sile. Moje ciało drżało, nie mogłem podkurczyć nóg, by zmniejszyć bólu, poczułem jak koszula przesiąkła potem, serce waliło mi jak oszalałe, a za chwilę spowolniło bicie. Na kilka, długich sekund zamilkło i, gdy myślałem, że to już koniec usłyszałem głośne BUM! Nadal walczyło w mojej piersi.
Poczułem ucisk. Kolejny… Na nodze… Szarpnięcie… Głęboki wdech… Zachłyśnięcie… Jęk… Rozżarzony metalowy drąg wbijający się w mój żołądek… Dudnienie… Głos… Głęboki wdech… Jęk… Wymioty… Oplułem swoją twarz i koszulę.
- Błagam…
Szarpnięcie… Ucisk na nodze… Nie… Dotyk… Ktoś mnie dotknął. Wszystko zawirowało. Znalazłem się na podłodze. Jak wydostałem się z samochodu?
-… na mnie! Słyszysz mnie?... Patrz na mnie! Nie zasypiaj.
Głos… Znów ten głos… Przed oczami zamajaczył mi jakiś cień… Osoby… Jęknąłem, gdy znów zrobiło mi się niedobrze. Ktoś przewrócił mnie na bok. Zwymiotowałem. Ktoś przytrzymał mi głowę.
-… w mój głos. Wyrzuć z siebie to cholerstwo. Słyszysz? Kurwa… Greg! Leć po moją apteczkę. Teraz!... A ty zostań ze mną, słyszysz? Nie odpływaj, jasne? Coś ty wziął za gówno?...
Zostaw mnie, do jasnej cholery! Chciałem wyrwać się spod dotyku mężczyzny, lecz moje ciało mi się sprzeniewierzyło. Owładnęła mną ciemność i poczułem jak moja głowa powoli opadła, a otchłań porwała mnie z potężną siłą ciągnąć w dół, w dół, w dół, w dół, w dół. Do pustki. Do nicości.
* „(…)Każdy przeżywa jakąś prywatną tragedię. Mamy to już we krwi - nieszczęście, nudę, smutek, samobójstwo." – Henry Miller „Zwrotnik Raka"
