A/U:

Bardzo przepraszam za ponad dwumiesięczną przerwę w pisaniu. Mam mnóstwo nauki, projektów i tekstów, które muszę pisać na zajęcia. Postaram się dodawać rozdziały szybciej, tym bardziej, że mam teraz dłuższą przerwę i mogę pozwolić sobie na troszeńkę więcej wolnego czasu. Dziękuję za kudoski i przy okazji proszę Was o kilka słów na temat przeczytanego rozdziału lub w ogóle tej historii. Dużo to dla mnie znaczy i chciałabym się dowiedzieć, co sądzicie o mojej pracy.
PS. Biorę wszelką odpowiedzialność za błędy, które się tutaj pojawiły, aczkolwiek moja beta jest na tzw. holidays i tymczasowo korektoruję tekst sama i staram się robić to skrupulatnie, ale zawsze mi coś umknie. Więc z góry przepraszam.


Rozdział 4

11 kwiecień 1912 r.

Nazajutrz rankiem zdecydowałem się nie marnować choćby jednej setnej sekundy mojego dnia. Od zawsze byłem rannym ptaszkiem, a świadomość, że obudziłem się na największym statku świata od razu pobudziła mnie do działania. Poczułem rosnące podniecenie wschodzącego dnia i zsunąłem się z łóżka wciągając na siebie tabaczkowe, wełniane spodnie posiadające elastyczne szelki przypinane do rozmieszczonych guzików oraz brązową koszulę. Przeczesałem palcami włosy, w pośpiechu założyłem buty i chwyciłem do ręki ołówek oraz notes. Zerknąłem do góry, lecz Greg gdzieś zniknął.

Wychodząc z kabiny spostrzegłem jak wiele ludzi traci swój cenny czas na spaniu. Powinni wstawać! Żyć! Egzystować! Owszem, przychodzą czasem dni kiedy nic nie ma sensu, kiedy nie chce nam się wstać z łóżka… Ale to właśnie wtedy powinniśmy wyjść z podniesioną głową. Nasze życie jest pełne niespodzianek, a nadzieja powinna umierać ostatnia. Zacisnąłem palce mocniej na notesie i wbiegłem na pokład widokowy wdychając czyste powietrze głęboko do płuc. Uśmiechnąłem się szeroko widząc mojego przyjaciela kokietującego jakąś młodą kobietę. Cały Greg – kokietował całym sobą: uśmiechem, głosem, ruchami ciała, a przede wszystkim kokietował wszędzie: na sali w kawiarni, w bufecie i nawet na korytarzu.

- Zostaw trochę dla mnie. – Klepnąłem przyjaciela w plecy, a ten wyszczerzył się i odwrócił do mnie twarzą.

- Przedstawiam ci pannę Hooper. – Skłonił się nonszalancko w stronę kobiety, a jej policzki pokryły delikatne rumieńce. Zdziwiłem się, ponieważ zazwyczaj Greg wolał kobiety bardziej pewne siebie, a czasem nawet z nutą kontrowersji w sobie. Mimo to uśmiechnąłem się uprzejmie i pocałowałem jej filigranową dłoń.

- John Watson. Miło mi poznać.

Usadowiłem się na podłodze i otworzyłem notatnik zerkając w ostatnie zapiski. Kochałem pisać. Dzięki temu zarabiałem na życie, choć nie pisałem dla samych pieniędzy. Pisarz to nie zawód. Tu nie ma żadnych reguł. Pisanie jest chorobą, czymś co można nazwać infekcją lub grypą duszy i co w związku z tym może dotknąć każdego z nas w każdej chwili. Młodych i starych, silnych i słabych, pijanych i trzeźwych, zdrowych i chorych psychicznie.*

- Uwierzysz, że taka na oko niepozorna kobietka jak ona przeżyła katastrofę morską „Olimpica"? Jest pielęgniarką.

Uniosłem głowę na słowa Grega.

- Molly Hooper – wyjaśnił. - Powiedziała, że statek zderzył się z krążownikiem marynarki wojennej HMS "Hawke". Ona pracowała do końca jego służby.

Pokiwałem głową z uznaniem. Mój wzrok zawędrował na dwójkę osób stojących obok nas. Ojciec, sądząc po stanie jego ubrań pasażer trzeciej klasy, obejmował w pasie małego chłopca, który wychylał się przez barierkę z rozpostartymi ramionami i szerokim uśmiechu na twarzy. Zadziwiła mnie tylko pustka w jego oczach. Czaiła się w nich niewinność, bezbronność i smutek. Za bardzo przypominał mi siebie. Zapragnąłem znów spojrzeć na świat oczami dziecka.

Zmarszczyłem brwi odrywając wzrok od chłopca. Przede mną przebiegły trzy psy prowadzone na smyczy przez wysokiego kamerdynera.

- Cudownie – mruknął Greg. – Psy z pierwszej klasy przyszły tu na kupkę.

- Wiemy za co nas mają – odpowiedziałem z uśmiechem.

- Co nie znaczy, że muszą nam przypominać.

Westchnąłem spoglądając na przyjaciela.

- Masz ty coś z tego pisania, stary? – spytał i wziął z moich rąk notes, a ja oddałem mu go nie mając nic przeciwko. Ponieważ w jednej chwili wszystko zniknęło. Nie było ludzi. Nie było statku, chmur, powietrza, głosów, szumów, wody… Był on. Wysoki i czarnowłosy. Jego wzrok, daleki, lecz czujny, utkwiony był gdzieś w oddali. Uniesiony kołnierz długiego czarnego płaszcza uwydatniał ostro zarysowane kości policzkowe, a promienie słońca odbiły bladość jego skóry.

- John?

Przekrzywiłem głowę i zamrugałem wiele razy nie mogąc odwrócić wzroku. On był inny. Nieznany. Obcy. Odległy. Nieprawdziwy. Zjawiskowy.

- Czyś ty postradał zmysły? Ten facet zaraz cię oskarży o molestowanie go wzrokiem. Prędzej ci anioł z tyłka wyfrunie niż taki na ciebie zwróci uwagę.

W tym momencie mężczyzna skierował na mnie swój zimny, skupiony wzrok. Dwie sekundy, a moje serce podskoczyło jakby pragnęło wysadzić klatkę piersiową. Kim on był? Jego płaszcz powiewał na wietrze czyniąc go jeszcze bardziej mrocznym, a aura jego tajemniczości obudziła we mnie nieznane mi dotąd pożądanie. Poczułem na ramieniu dłoń przyjaciela, jednak bałem się nawet mrugnąć myśląc, że mężczyzna zniknie. Ten zdawał się wnikać we mnie coraz bardziej, a ja siedziałem i dałem z siebie czytać jak z otwartej księgi. Poczułem się jak małe ziarnko piasku na pustyni. Mogłem tylko patrzeć i podziwiać. Mój cud.

Mężczyzna odsunął się od barierki i do samego końca nie odwrócił wzroku. Kilka sekund później zniknął mi z pola widzenia całkowicie. Mój cud.


Wieczorem urządziliśmy zawody. Szczeniacka, głupia gra, a Greg pociągał kolejne łyki piwa nadąsany za każdym razem, gdy przegrywał pojedynek na rękę. Poklepałem przyjaciela po plecach, a ten tylko burknął coś pod nosem o cholernych Włochach.

- Hola, dziadek by ci złoił dupsko za te słowa. – Wyszczerzyłem się do niego. Chwyciłem do ręki butelkę i otworzyłem piwo sącząc je z uśmiechem na ustach. Roześmiałem się widząc jak przyjaciel odnalazł ukojenie w poznanej dziś rano niejakiej Molly Hooper. Pokręciłem głową i uniosłem butelkę, gdy nagle jakaś silna, blada dłoń wyrwała mi ją z ręki, a chwilę później ta sama osoba potknęła się o jedną ze stojących butelek.

- Patrz jak łazisz, ślicznotko! – krzyknął mój przyjaciel, a ja poderwałem głowę do góry. Ujrzałem tylko oddalający się czarny płaszcz, a moje serce zdawało się rozpoznać niemalże od razu uciekającą postać. Zerwałem się na równe nogi czując jak każda część ciała rwała się w stronę mężczyzny. Co się ze mną działo? Serce rozrywało mi klatkę piersiową jak wściekły pies, który właśnie dostrzegł wroga na swoim terytorium. Nie myślałem. Działałem instynktownie.

- Daj spokój, John. Jak chcesz mogę ci dać moje – rzekł obok mnie Greg i wyciągnął do mnie rękę z otwartą butelką piwa. W tym samym momencie, w którym zrobiłem kilka kroków do przodu. Postać zniknęła mi z oczu, a ja zmarszczyłem brwi. Chwilę później biegłem już nie myśląc o niczym innym niż o odkrytym rano cudzie.

- John!

Na moment zniknął mi z oczu, ale usłyszałem odgłos zamykanych drzwi. Pędem ruszyłem w tamtą stronę. Czułem jak krew pulsuje mi w żyłach. Pchnąłem drzwi i rozejrzałem się dookoła. Gdzie on się podział? Znalazłem się w ciasnym pomieszczeniu, w którym znajdowała się para białych drzwi. Odetchnąłem głęboko i otworzyłem te pierwsze. Wszedłem do środka. Cholera. Znalazłem się na pokładzie A, na którym znajdowały się pomieszczenia wspólnego użytku pierwszej klasy. Nie powinno mnie tu być. Burżuazja byłaby zniesmaczona, gdyby mnie tu zobaczyła. Wycofałem się i pchnąłem drugie drzwi. Ciasne, białe pomieszczenie. Zmarszczyłem brwi i położyłem dłonie na uszach, by choć trochę przytłumić ogarniający mnie z każdej strony hałas. Zaraz… Z mojej prawej strony ujrzałem schody. Wbiegłem na nie i popędziłem w dół czując jak moje ubranie z chwili na chwilę przyklejało się do skóry. Uczucie gorąca buchnęło mi w twarz sprawiając, że przez dłuższą chwilę miałem problem z oddychaniem. Może i była to najgłupsza rzecz jaką robiłem, ale uczucie szaleńczej determinacji wniknęło po same komórki mojego organizmu, w całe ciało wypełniając je podwójną dawką adrenaliny. Ryzykowałem pójście do paki dla człowieka, którego nie znałem, o którym nie miałem pojęcia kim był, co robił, dlaczego wyglądał jak jakiś pieprzony grecki bóg. Nie miałem zielonego pojęcia, a z jakiegoś powodu brnąłem w to dziwne coś dalej. Tak jakby niewidzialna otchłań ciągnęła mnie do siebie, a ja bez żadnego oporu jej się poddawałem.

Schody się skończyły, a ja poczułem jak moja koszula i spodnie przykleiły się do spoconego ciała. Wytarłem czoło wierzchem dłoni i zdałem sobie sprawę, że znalazłem się w kotłowni. Znalazłem się w cholernej kotłowni dzięki mojej własnej głupocie. Po raz kolejny zakryłem uszy dłońmi i skrzywiłem się za dźwięki dochodzące z maszyn. Rozejrzałam się dookoła i ruszyłem do przodu. Nie mogłem go zgubić. On zdecydowanie pobiegł tą drogą.

- Czy pan postradał zmysły? – Za moimi plecami rozległ się czyjś głos. Odwróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z palaczem.* – Co pan tutaj robi?

Zerknąłem na łopatę, którą mężczyzna trzymał w prawej ręce i nie czekałem ani chwili dłużej.

- Tu jest niebezpiecznie!

Miałem to gdzieś. Ruszyłem do przodu mijając po drodze pracowników kotłowni i raz niemalże potykając się o węgiel.

- Nie przejmujcie się mną! Pracujcie dalej! Znakomicie dajecie sobie radę! – krzyknąłem do mężczyzn, a ci spojrzeli na mnie marszcząc brwi. Zaśmiałem się pod nosem i przyspieszyłem kroku. Zdawało mi się, że usłyszałem moje imię wśród gwaru i szumu maszyn. Zerknąłem prędko przez ramię, lecz nie zauważyłem nikogo ani niczego wśród chmury buchającej z pieców pary. Na końcu pomieszczenia znalazłem drzwi, które pchnąłem i wślizgnąłem się do środka. Spadek temperatury nastąpił nagle, a ja poczułem jak zimno przeniknęło przez moją skórę i wysłało iskry po całym ciele niemal po same końce włosków. Zrobiłem kilka kroków do przodu, gdy za drzwiami rozległo się dudnienie. Nie zdążyłem się ukryć i poczułem jak silna dłoń dotknęła mojego ramienia.

- Chryste, John – wysapał mężczyzna, a ja uśmiechnąłem się do siebie rozpoznając głos przyjaciela. – Skąd ty bierzesz tyle werwy? – Greg położył obie ręce na biodrach i odchylił głowę do tyłu oddychając głęboko. – Jesteś kretynem. Jesteś kompletnym kretynem. To jest najdurniejsza rzecz jaką w życiu zrobiłeś.

- Przypominam ci, że najechałem Afganistan.

- I to wszystko dla tego pedancika w płaszczu? Co z tobą nie tak, stary?

Zmarszczyłem brwi i odwróciłem się tyłem ruszając do przodu.

- Chcę odzyskać moje piwo.

Wzdrygnąłem się czując jak mokre rzeczy stały się teraz zimne i nieprzyjemnie ocierały się o skórę.

- Piwo – powtórzył niedowierzając Greg. – Chcesz odzyskać piwo i dlatego lecisz jak idiota za facetem, którego nie znasz i narażasz się złapaniem i wsadzeniem za kratki.

- Zrobiłeś to samo biegnąc za mną – odparłem zatrzymując się obok czarno-białego samochodu. – Gdzie my jesteśmy?

- Zrobiłem to, bo biegłem za popieprzonym przyjacielem wiedząc, że pakuje się w jakieś gówno – mruknął mężczyzna i rozejrzał się dookoła drapiąc się po głowie. – To ładownia – odpowiedział po chwili.

Skinąłem głową i obszedłem kilka pojazdów zerkając przez szyby do środka, lecz nie było tam żywej duszy. Mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię! Zazgrzytałem zębami i uderzyłem pięścią w maskę jednego z samochodów. W tym momencie usłyszałem odgłos butelki uderzającej o ziemię, a potem czyjś jęk. Poderwałem głowę nasłuchując. Zrobiłem kilka ostrożnych kroków do przodu widząc jak parę metrów ode mnie Greg również zakradał się między pojazdami. Po mojej lewej stronie z niebieskiego Forda wydostał się kolejny jęk. Podszedłem do drzwiczek i jednym, płynnym ruchem szarpnąłem je otwierając na całą szerokość.

- Kurwa – wyszeptałem.

Na tylnym siedzeniu leżało ciało, którym targały silne konwulsje. Ujrzałem bladą, spoconą twarz mężczyzny ledwo przypominającą greckiego boga, którego widziałem rano w świetle promieni słonecznych.

- Znalazłem go! – krzyknąłem do przyjaciela i pochyliłem się do ciała chwytając w dłoń jego nadgarstek. Jego puls był tak szybki, że bałem się iż rozsadzi jego nieskalaną, porcelanową skórę.

- Błagam…

Poczułem jak coś ścisnęło mnie w klatce słysząc jego jęk. Mój cud… Zauważyłem leżącą na podłodze samochodu strzykawkę i przekląłem głośno. Natychmiast chwyciłem go za kostkę i wyciągnąłem z pojazdu kładąc ostrożnie na ziemi.

- Hej, nie zamykaj oczu, jasne? – Poklepałem mężczyznę parę razy ostro po policzku. – Posłuchaj mnie! Wsłuchaj się w mój głos. Co zażyłeś? Hej! Nie zasypiaj! – Położyłem obie dłonie na jego policzkach bojąc się ich niezwykłej gładkości, piękna i delikatności. Zauważyłem jak policzki zapadły się na moment, a mężczyzna zaczął wymiotować. Przewróciłem go na bok cały czas trzymając dłoń na jednym z policzków.

- Ja pierdolę – odezwał się nagle obok mnie przyjaciel.

- Wsłuchaj się w mój głos, jasne? – Przyklęknąłem na jedno kolano pochylając się bliżej mężczyzny. Uniosłem jego powiekę widząc jak rozszerzona źrenica przysłoniła prawie całą tęczówkę oka. – Wyrzuć z siebie to cholerstwo! Słyszysz? Musisz wyrzygać całe cholerstwo, które sobie wstrzyknąłeś. Kurwa… - Spojrzałem na Grega. – Leć po moją apteczkę… Albo nie. Czekaj! – Mój wzrok znów zawędrował na bruneta leżącego na ziemi. – Greg, podnieś go odrobinę. Muszę zmusić go do wymiotów.

- Postradałeś do reszty zmysły?

- Wiem, co robię! I proszę, posłuchaj mnie, to jedyne wyjście. Nie mamy apteczki, nikt nas nawet nie usłyszy, a za nim zjawi się tu jakakolwiek pomoc on będzie dawno martwy. Rób, co mówię – podnieś go za ramiona. Greg!

Przyjaciel zacisnął zęby, ale przyklęknął po drugiej stronie mężczyzny. Podwinąłem rękawy i skinąłem głową, gdy byłem gotowy.

- Cholera by cię wzięła, John – mruknął Greg i chwycił bruneta za ramiona unosząc go do góry. Ująłem jego głowę, która opadła bezwiednie na klatkę piersiową i uniosłem jego podbródek. Nacisnąłem mocno jego szczękę, na co ten jęknął głośno, a ja wykorzystałem okazję wsuwając mu głęboko dwa palce do gardła. Jego twarz pobladła, policzki znów opadły i po chwili uniósł głowę w nadchodzącej fali wymiotów. Wysunąłem z niego rękę i przytrzymałem głowę, gdy wymiotował.

- Zostań ze mną, okej? Wyrzuć z siebie to wszystko i nie odpływaj. Słyszysz? Hej, słyszysz mnie?

- Coś nie tak? – spytał Greg marszcząc brwi na widok wymiocin.

- Szlag! – warknąłem. – Stracił przytomność. Połóż go. Powoli. – Nachyliłem się do mężczyzny sprawdzając jego puls. – Oddycha. Nie doszło do zapaści, ale trzeba go stąd zabrać.

- Nie jestem geniuszem, ale wydaje mi się, że nie przemkniemy nie zauważeni obok tych gości, przed którymi przed chwilą uciekliśmy zwłaszcza niosąc na rękach arystokratycznego pedancika.

Zignorowałem uwagę przyjaciela i rozejrzałem się dookoła. Nie mieliśmy dużo czasu.

- Jest stąd jakieś inne wyjście? – spytałem wycierając palce o materiał spodni.

- Naprzeciwko drzwi, z których wyszliśmy. Te metalowe, widzisz? Nie wiem, dokąd prowadzą, ale to jedyne, które zauważyłem.

- Ściągaj kurtkę – rozkazałem i przewróciłem leżącego mężczyznę na plecy.

Greg spojrzał na mnie nie rozumiejąc.

- Musimy go stąd wyciągnąć. Zostawienie go nie wchodzi w grę, a jeśli weźmiemy go w tym burżuazyjnym stroju ktoś zgłosi nas za napaść na niego i obaj trafimy za kratki. Wiesz, że nasza wersja wydarzeń i tak nie miałaby sensu, gdybyśmy mieli się tłumaczyć. – Spojrzałem na przyjaciela. – Posłuchaj, przebierzemy go za jednego z nas, rozumiesz? Tak, żeby wyglądał jak pasażer trzeciej klasy. Wsadzimy mu do kieszeni tą butelkę, która jest w samochodzie i jeśli ktoś nas zatrzyma powiemy, że kolega spił się, a my jesteśmy na tyle zajebistymi kompanami, że odprowadzamy go do kabiny. Wszystko jasne?

Greg wpatrywał się we mnie przez kilka sekund, a ja niemalże widziałem jak trybiki w jego głowie pracowały próbując przyjąć do wiadomości, co właśnie powiedziałem.

- Jak słońce – odparł po chwili. – Ale nadal uważam, że jesteś kretynem.

- Vice versa. Bierzmy się do pracy. Nie mamy dużo czasu.


* Paul Auster "Szaleństwa Brooklynu"

* palacz - osoba pracująca w kotłowni