Dzięki za wszystkie wejścia i przeczytanie mojej pracy! Jestem bardzo wdzięczna, tak czy inaczej, oto drugi rozdział. Powoli, wszystko nabiera tempa. I pojawia się Klaus. Miłego czytania :)

Rozdział 2

- Wiem, że jesteś świetnym prawnikiem, Care, ale dziesiątego z rzędu spóźnienia chyba nie powinni tolerować, co?

Otworzyłam oczy, jednak szybko znów je zamknęłam. Było stanowczo zbyt jasno i stanowczo zbyt wcześnie. Elena zerwała ze mnie kołdrę.

Ugh.

- Eleeena! - Pisnęłam. Zbyt zimno.

Mrużąc oczy oparłam się na łokciach i na wpół siedząc, a na wpół leżąc, zerknęłam w stronę okna. Znów padało. Przez ostatnie tygodnie pogoda była okropna.

- Wywalą cię z pracy, Care.

Zerknęłam na nią z pogardą. Ta zołza mnie obudziła. Skrzywiłam się po raz kolejny, kiedy zauważyłam jak wspaniale wygląda o tak wczesnej porze. Czarne spodnie i zwykła czarna bluzka. To jej w zupełności wystarczało.

Westchnęłam ciężko.

- Jakim cudem wyglądasz tak dobrze, skoro wczoraj, a tak naprawdę to dzisiaj, do drugiej nad ranem piłyśmy wino?

Posłała mi szeroki, współczujący uśmiech. Wzruszyła ramionami.

- Nie wyglądasz najgorzej, Care. - Zgromiłam ją wzrokiem. - Będzie o wiele gorzej, jak znów się spóźnisz do biura.

- Boże, przecież jest dopiero... - Spojrzałam na zegarek z niechęcią. -... ósma piętnaście.

Jej spojrzenie mówiło "No właśnie, idiotko." Dopiero po chwili mój mózg przyjął tę informację.

Wybałuszyłam oczy, wyskoczyłam z łóżka i potykając się o własne nogi pobiegłam do łazienki.

- Cholera, spóźnię się!

Elena najzwyczajniej w świecie się roześmiała.

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

- Dzięki. - Mruknęłam biorąc opakowanie pączków od miłej sprzedawczyni. W kancelarii pracowałam od sześciu miesięcy i zdążyłam zauważyć, że pączki z czekoladową polewą zawsze potrafiły udobruchać Olivera, mojego przełożonego.

Lubiłam swoją pracę. Byłam dobra w tym co robię, a Oliver był konkretnym i przyjemnym człowiekiem. Poza tym dobrze zarabiałam, a widok z mojego gabinetu, który dzieliłam z dwoma innymi osobami był przepiękny. I nie chciałam stracić tej pracy z tak błahego powodu jak spóźnienie. Spieprzenie jakichś spraw, zawalenie jakiegoś terminu, to rozumiem. Ale nie spóźnienie.

Z drugiej strony, żaden budzik na mnie nie działał. Nie pomagał mi nawet dźwięk karabinu maszynowego. Bonnie próbowała. Podobnież, przewróciłam się na drugi bok i spałam dalej.

Wydostałam się na zatłoczoną ulicę. Naprzeciwko znajdował się wieżowiec, w którym pracowałam. Całe szczęście, że cukiernia była tak blisko.

Poczułam dreszcze, kiedy chłodny wiatr rozwiał mi włosy. Zganiłam samą siebie za zostawienie płaszcza w samochodzie. Zatrzymałam się przy krawężniku, aby przyjrzeć się swojemu odbiciu w szybie jednej z taksówek.

Jasnym włosom pozwoliłam swobodnie opaść na ramiona, z niebieskich oczu biło zmęczenie, a zmarszczone brwi nie dodawały mi uroku.

Do tego ta ołówkowa, kremowa spódnica, która sprawiała, że moja pupa wyglądała, jak szafa trzydrzwiowa. No dobra, przesadzam, ale nadal... Jedynie biała koszula podkreślała moje piersi. Chociaż to.

Spochmurniałam jeszcze bardziej. Za jakie grzechy, spytałam w myślach spoglądając w górę.

No dobra, powiedzmy, że z moją twarzą nie było tak źle. Zebrałam się w sobie i ruszyłam przez ulicę do budynku.

Odwróciłam głowę, kiedy jakiś kierowca zatrąbił na drugiego, a tamten w odpowiedzi wystawił mu palec przez okno. To chyba była już tradycja na tej ruchliwej ulicy.

Byłam już na chodniku, kiedy spojrzałam w stronę obrotowych drzwi wejściowych, tylko, że, cholera, ich nie widziałam.

Wszystko zasłaniał mi wysoki mężczyzna idący wprost na mnie. Patrzył się w bok, całkiem nieświadomy, co zaraz się stanie. Byliśmy zbyt blisko, nie miałam szans uniknąć zderzenia, więc nawet nie zdążyłam się na nie przygotować, kiedy metr osiemdziesiąt żywego, wysportowanego i twardego ciała uderzyło we mnie.

Zrobiłam krok do tyłu, chwiejąc się lekko. Nieznajomy szybko złapał mnie za łokieć.

Cholera. To naprawdę zabolało, musiał dużo ćwiczyć, bo poczułam się jakbym znów miała piętnaście lat i spadła na podłogę w sali gimnastycznej z wysokości dwóch metrów z drabinek. Wtedy na parę dłuższych sekund straciłam oddech.

Zignorowałam lekki dreszczyk, zdając sobie sprawę z tego, że przez jego nieuwagę moje spóźnienie było coraz większe. Wkurzona, spojrzałam nieco w górę, na jego twarz.

I dopiero wtedy miałam coś, co w fachowym języku określa się, jako bezdech. Niebieskie oczy patrzyły na mnie uważnie. Miał ciemne blond włosy, złotawą opaleniznę, prosty nos i ostre rysy. Był... inny. Nie był piękny w sposób, jaki byli ci plastikowi chłopcy z uśmiechem wartym milion dolarów.

Ten tutaj, miał w sobie coś innego. Coś pociągającego. Bonnie widząc takich aktorów w serialach mówiła po prostu "Ma w sobie to coś.".

Jednak nieznajomy był na całkowicie innym poziomie, jeśli chodzi o jakąś bliżej niezidentyfikowaną cechę za, którą szalały kobiety.

Bo szalały, byłam tego pewna. Nie mogłam nie zauważyć, że nadal trzyma swoją dłoń na moim łokciu, chociaż stałam prosto, jak struna.

Ja patrzyłam na niego, a on na mnie z czymś nieprzeniknionym w swoim spojrzeniu. Pewnie nigdy więcej go już nie zobaczę, ale te oczy będą mi się śnić po nocach przez dłuższy okres czasu.

Odchrząknęłam, kiedy jego wzrok nie stawał się choć ciupienkę lżejszy. Twardo patrzył na mnie, badając każdą rysę mojej twarzy. Czułam się, jakbym zaraz miała zapaść się pod ziemię. Nikt, nigdy nie obserwował mnie z taką intensywnością. Całe szczęście, rzadko się rumieniłam.

W końcu, leniwie spojrzał na mój brzuch.

Dopiero wtedy poczułam coś ciepłego na żebrach i dekolcie. Spoglądnęłam w dół. Sapnęłam z wściekłością.

Miałam wielką czarną plamę na koszulce. Kawa! Czy ten dzień nie mógł być gorszy? Całe szczęście, że nie była gorąca.

W jedną sekundę zapomniałam, o tej całej więzi, która nas połączyła i przez, którą patrzeliśmy się na siebie jak zaczarowani.

Do akcji wróciłam ja, niewyparzona gęba.

- Coś ty zrobił, facet? - Syknęłam. Teatralnie wskazałam na swoją koszulkę i znów spojrzałam na niego.

Zaraz, czy on był rozbawiony? Jedną brew podniósł do góry, w ten niesamowicie seksowny sposób, a kąciki ust minimalnie drgnęły w górę.

- Ciekawa jestem, komu byłoby do śmiechu, gdyby to pańska koszula została potraktowana taką kawą.

Spoważniał, choć w jego oczach nadal spostrzegłam cień rozbawienia.

- To Armani. - Powiedział, jakby to wszystko wyjaśniało.

Ach, jego głos. Czego miałam się spodziewać? Zachrypniętego, obleśnego, pijackiego głosu? Wiadome było, że ten mężczyzna ma cały pakiet.

Pieniądze, wygląd i inteligencje. Szczęściarz.

Zmrużyłam oczy.

- I? Moja koszula jest z Macy's i kosztowała mnie 40 dolarów. A Armani jest przereklamowany. – Tym razem uniósł do góry dwie idealne brwi, najwyraźniej zainteresowany moim wyznaniem. Przez moment wyglądał tak, jakbym obraziła jego matkę.

- Powinna pani była...

Przerwałam mu głośnym prychnięciem. Nie spuszczał ze mnie wzroku.

- Będzie mnie pan teraz pouczać? - Zaczynałam gestykulować, jak zawsze, kiedy coś mnie irytowało. – Księciuniu, to ty nie patrzyłeś gdzie leziesz! I to ja jestem tutaj poszkodowana. Może twoja ładna buźka w połączeniu z portfelem działa na innych ludzi, ale mnie od tego daleko.

Nic nie mogłam poradzić na to, że w głowie słyszałam pełen dezaprobaty głos mojej mamy. Gdyby to ona zobaczyła takiego faceta, pewnie zapomniałaby o całym świecie.

- To miał być komplement? – Spytał, o dziwo, szczerze. - Jeśli tak, to dziękuje. – Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Ciekawe, czy kiedykolwiek się uśmiecha. Tak szeroko, radośnie, szczerze. I ciekawe, jak wtedy wygląda.

- Przez pana spóźnię się do pracy! – Warknęłam.

- To dobrze. – Mruknął, drażniąc mnie tym tonem głosu, tak, jakby naprawdę chciał powiedzieć Wiem-Coś-Czego-Ty-Nie.

Serio? Jaja sobie robił? Jak można być tak pewnym siebie? Szczeknęłam zębami ze zdenerwowania.

Spoglądnęłam na swój łokieć. Jego ręka nadal tam spoczywała, jakby znalazła idealne miejsce dla siebie. Wyglądało to tak naturalnie i czułam się z tym tak dobrze, że aż mnie to irytowało. Wyrwałam się, na co zareagował sarkastycznym uśmiechem.

- Widać, że pieniądze nie zawsze współgrają z kulturą. Rada na przyszłość... - Wyminąwszy go, syknęłam mu do ucha. -... uważaj gdzie pan leziesz.

Zero skruchy. Nic a nic. Wydawał się nawet zadowolony z siebie. Z ukosa spojrzałam na niego jeszcze raz. Niemożliwie przystojna twarz odwróciła się w moją stronę. Podążał za mną wzrokiem, kiedy pokręciłam głową z niedowierzaniem.

Wtedy poczułam lekkie muśnięcie na prawym policzku. Tyler Lockwood uśmiechał się do mnie ciepło, z niepokojem spoglądając na moją bluzkę.

- Wszystko dobrze, Care? - Szepnął. Poczułam ulgę.

To był facet dla mnie. Brązowe oczy tryskały humorem, czarne włosy opadały na czoło. Był zabawny, miły i kulturalny. I był mną zainteresowany. Jednak to przy tamtym facecie miałam dreszcz podniecenia.

Odwróciłam się po raz ostatni. Nieznajomy nadal stał na chodniku, spoglądając w moją stronę z wyczuwalną irytacją. Co się stało, że nagle jego wcześniejsze rozbawienie prysło jak bańka mydlana? Porównanie go do chmury gradowej było sporym niedopowiedzeniem..

Uspokoiłam oddech i uśmiechnęłam się sztucznie do Tylera, po czym pociągnęłam go w stronę drzwi.

- Ta, wszystko w jak najlepszym porządku.

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX XXXXXXXXXXXXXXX

Następnego dnia obudziłam się o siódmej. Bardziej chciałam wierzyć w to, że po prostu się wyspałam, po tym, jak poszłam spać około dwudziestej drugiej, a nie dlatego, że niebieskie oczy nawiedzały mnie w snach.

Sny same w sobie były przyjemne, ale świadomość, że śnią mi się po nocach jego oczy? Już nie.

Za swoim biurkiem zasiadłam jeszcze przed dziewiątą, czując się trochę, jak zdrajca. Co prawda, Oliver nie robił mi żadnych zarzutów po tym jak przyszłam do pracy dopiero o dziesiątej. Najpierw musiałam przebrać bluzkę, dzięki bogu, miałam zapasową w swoim samochodzie, a potem porozmawiałam, a tak naprawdę poflirtowałam z Tylerem i dopiero wtedy udałam się na swoje piętro, gdzie mieścił się mój dział.

Tak naprawdę, Oliver nawet nie zauważył, że mnie nie ma tak samo, jak nie zauważył, że przyszłam. Całe piętro wydawało się dziwne. W holu słyszałam nieustające szepty, a powietrze było okropnie ciężkie. Z ulgą spostrzegłam, że klimatyzacja zaczyna działać na pełnych parach.

Wszyscy byli podekscytowani, a Oliver, mój szef jak i zarówno całego działu, nie przejmował się niczym, co nie znajdowało się w jego gabinecie. Zazwyczaj było inaczej. Wychodził, rozmawiał, kazał coś zrobić. Jednak wczoraj w powietrzu unosiło się coś innego. Może gdybym się nie spóźniła, wiedziałabym. Mogłam też spytać o co chodzi pozostałych, ale oni sami wyglądali jak tykające bomby. Wszyscy albo roztrzęsieni, albo zbytnio podekscytowani.

Dzisiaj było spokojniej. Przy recepcji Kelly powitała mnie uśmiechem, a przez nos wdychałam świeże powietrze.

- Tak wcześnie?

Oliver otworzył przeszklone drzwi, które prowadziły do mojego biura i uśmiechał się ciepło.

Wzruszyłam ramionami. No co? Na pewno nie przyznam mu się, że wczoraj się spóźniłam o całą godzinę. Ruszył do mojego biurka i usiadł naprzeciwko na krześle.

Miał około trzydziestu lat. Miał blond włosy i zielone oczy z plamkami koloru bursztynowego, z których biło ciepło. Zawsze czułam się z nim swobodnie. Był przystojny. Wiele razy widziałam, jak różne kobiety go podrywały, ale każdą kulturalnie odrzucał.

Może był gejem?

Ach, byłby to niemal grzech z tą nieskazitelną cerą i dobrze zbudowanym ciałem. Nie żebym kiedykolwiek je widziała, ale wydawał się być niezłej budowy.

- Ostatnio dużo pracujesz. Doceniam to, Caroline.

Ta. Posłałam mu lekko oszołomiony uśmiech. Nie miałam zamiaru wyprowadzać go z błędu.

- Pewnie ta cała sytuacja, też cię stresuje, jak nas wszystkich.

Przegryzłam wargę, próbując nie spytać się, co to właśnie za sytuacja. Ale wtedy dowiedziałby się, a ja, no cóż… premia na moim koncie jest mile widziana.

- Aaa, no, eee... Powiedzmy. - Uszczypnęłam się w kolano pod stołem. Nie tego uczyli mnie na retoryce.

- No dobrze, przejdźmy do sedna. W środę jest wielki Bal Charytatywny. Wiesz, niby wszystko dla dzieci czy na jakiś szczytny cel i nie mówię, że tak nie jest, jednak prawda jest taka, że cała śmietanka towarzyska spotyka się tam, aby zobaczyć, co, kto, gdzie, i z kim. A więc nasz dział także dostał parę zaproszeń i pomyślałem sobie, że... no wiesz...

Uśmiechnęłam się pod nosem. Oliver był świetnym prawnikiem. Był pewny siebie, oczytany, inteligentny, przystojny i miły. Ale jeśli coś dotyczyło jego życia prywatnego, to zmieniał się w ofiarę losu. Robił się tak nieporadny, że było to nawet słodkie.

- Eee...Chcesz zaproszenie? - Chyba zauważył moje zaskoczenie. - Możesz przyjść z Eleną.

Dodał szybko. Za szybko. Miałam ochotę klasnąć w dłonie z radości i wykonać taniec lambady na środku pokoju.

Oliver czuł mięte do Eleny. Do Eleny.

W myślach zaczęłam już śpiewać dziecięcą rymowankę.

Oliver i Elena zakochana para. Elena się ubiera, a Oliver ją rozbiera.

Co prawda, spotkali się raz czy dwa na jakieś imprezie, ale byłam tam ja i masa innych ludzi.

A teraz teoretycznie zapraszał ją na randkę. Znaczy się... ech, wiecie o co mi chodzi. To był jasny znak, że nie jest obojętny na jej perlisty śmiech.

Uśmiechnęłam się szeroko.

- Pomyślę nad tym. - Wyraźnie się zrelaksował. Chyba cieszył się, że już miał to za sobą.

- Daj mi znać jeszcze dziś, dobrze? Bal jest już jutro wieczorem.

Przytaknęłam, nadal szczerząc się głupio.

W końcu wyswatam Elenę z kimś dobrym, z kimś, kto był jej wart. Wyszedł z mojego gabinetu w dobrym humorze, a ja zajęłam się pracą. Dzień stawał się coraz lepszy.

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

- Caroline, przestań. - Zdezorientowana otworzyłam buzię. Zaraz. Co on właśnie powiedział?

Ze zmarszczonymi brwiami wyjęłam rękę spod marynarki Tylera i stanęłam tuż obok niego przy ekspresie od kawy. Leniwie oparłam ręce o blat.

- Co jest? - Spytałam. Był jakiś dziwny. Napięty, roztargniony, cały czas unikał mojego wzroku.

- Jesteśmy w pracy.

Moje brwi powędrowały do góry.

- Ach, jakoś ci to nie przeszkadzało poprzednim razem. - Zauważyłam złośliwie.

Wzruszył ramionami. Zacisnęłam zęby.

Znowu trafiłam na jakiegoś dziwaka, który wydaje się świetny, a po paru tygodniach czar pryska. Na faceta, który ma gorsze humorki od kobiety w ciąży.

- Nie wciskaj mi kitu, Tyler. Nie ze mną takie numery. - Syknęłam.

Westchnął przeciągle.

- Po prostu, ja...- Spojrzał na mnie błagalnie. Machnęłam ręką, ponaglając go.- Ja nie zasługuje na ciebie.

Przewróciłam oczyma. To był ten rodzaj facetów. Cóż, nie mam zamiaru się z takim zadawać. Taki związek nigdy nie kończy się dobrze.

Obrzuciłam go szybkim spojrzeniem. Czarne włosy, błyszczące brązowe oczy i świetne ciało. No cóż, pomyślałam, krzywiąc się, mogłam sobie tylko przypomnieć trafne powiedzenie mojego taty.

Żegnaj gienia, świat się zmienia.

- I właśnie, dlatego kończysz to... - Naburmuszyłam się. -... cokolwiek to było między nami?

Upewniłam się.

Powoli przytaknął, nadal nie patrząc mi w oczy.

Kłamał. Tutaj chodziło o coś zupełnie innego.

Zbliżyłam się do niego i nachyliłam do ucha.

- Wiesz co, Tyler? Masz rację, nie zasługujesz na mnie. Zawsze nie cierpiałam kłamców.

Odwróciłam się na pięcie, zadowolona z siebie, zauważając na odchodne jego zdziwienie.

O dziwo, czułam się wspaniale.

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX XXXXXXXXXXXXXX

Parę godzin później, kiedy zaczynałam rozumieć, że moja kolejna znajomość, która miała być czymś więcej, znów nie wypaliła, mój humor uległ znacznemu pogorszeniu.

Moja przygoda z takimi facetami zaczęła się w collegu. Najpierw randki, motyle w brzuchu, pożądanie, a potem... no cóż. Nic. Koniec wielkiej przygody. Zazwyczaj tym końcem był tekst " Nie jestem ciebie wart." Boże, czy nie mogą być mniej oryginalni? Tak trudno powiedzieć prawdę prosto w oczy? Najwyraźniej tak.

Dzisiaj miałam 27 lat, ale w kwestii wiedzy w praktyce o związkach nadal byłam poniżej przeciętnej.

Z ulgą zorientowałam się, że jest już po piątej. Jak dobrze.

Spakowałam się, pożegnałam z resztą i ruszyłam do wind.

- Caroline!

- Cholera. - Sapnęłam przegryzając wargę. Spojrzałam w bok. Oliver szedł do mnie sprężystym krokiem. Czego on jeszcze chce?

- Zapomniałaś o czymś?

Spytał rozbawiony. Świetnie, Ollie, chociaż ty jesteś w dobrym humorze. Przybrałam znudzony wyraz twarzy.

- Nie za bardzo...

- Bal. - Przypomniał ochoczo.

Przymknęłam oczy. Na śmierć zapomniałam o tym cholernym balu. Głowa mnie bolała nawet na myśl o tym przepychu i sztucznych uśmiechach.

- No właśnie. Bal. Wiesz, Oliver... - Wiedział już, co chcę mu powiedzieć. Na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka, a uśmiech stopniowo malał.

- Nic nie mów. Dzisiaj był ciężki dzień. Masz tu te dwa zaproszenia. - Praktycznie wepchnął mi dwie koperty do torby. - Będziesz chciała, to przyjdziesz.- Uśmiechnął się słabo. - A jak nie, to trudno. Będę musiał przejść przez ten koszmar sam.

Poczułam do niego nagłą sympatię. Przecież chciałam go wyswatać z Eleną, a teraz go wystawiałam do wiatru. Z drugiej strony, nie miałam najmniejszej ochoty na uczestniczenie w jakimś nudnym przyjęciu.

Puściłam mu oczko, wchodząc do windy.

- Nie zaprzeczam, nie potwierdzam.

Uśmiech, jakim mnie obdarzył, mówił sam za siebie. Powiedzmy, że jeszcze nigdy tak się nie szczerzył.

Wyczerpana, oparłam się o tylną ścianę windy. W myślach cały czas tłukło mi się jedno słowo.

Dom.

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

- Zlituj się.

Elena udawała, że nie usłyszała mojego jęku. Z radością dziecka, które dowiaduje się, że dostanie prezent, przybiegła do kuchni z naręczem sukienek przewieszonych na ręce. Znad zupy pomidorowej posłałam jej błagalne spojrzenie.

- Obstawiam tę czarną. Ostatnio przytyłam, a czarny wyszczupla. Poza tym ma ten seksowny dekolt. Nie! A może ta czerwona, co? Cholera! Wyglądam w niej zdzirowato. A co z tą zieloną? Będzie podkreślała moje oczy. Bonnie, co sądzisz?

Przewróciłam oczyma.

- Nigdzie nie idziemy, Eleno. – Mój głos był zbyt bardzo podobny do głosu mojej mamy, kiedy za każdym razem jak wracałyśmy w niedzielę z kościoła, oznajmiała mi, że jednak nie idziemy na lody czekoladowe.

- Nie gadaj głupot, Caro. Dostałaś dwa zaproszenia, a ja nie jestem w aż takiej depresji, aby nie skorzystać z okazji i poznać jakiegoś bogacza.

Skrzywiłam się.

- Ty nie masz żadnej depresji.

- Caroline! Idziemy na ten bal i koniec rozmowy.

Oderwałam się od zupy i założyłam ręce na klatkę piersiową.

- To idziesz sama.

Zerknęła na mnie ze strachem w oczach.

- Nie! Jak to będzie wyglądać? Błagam cię. Razem będzie nam raźniej.

- Nie musi nam być w ogóle raźniej, jeśli zostaniemy w domu i będziemy oglądać jakąś komedię romantyczną zajadając się pizzą.

Elena zmarszczyła brwi.

- Kuszące, jednak mniej niż bal. Tylko sobie wyobraź, te wszystkie piękne suknie, przepych, jedzenie, sale! To będzie niemal, jak bajka.

Właśnie. Właśnie, dlatego nie chciałam nigdzie iść. Nie cierpiałam takiego tłumu.

Chyba robiłam się stara.

- Jesteś samolubna. Bonnie tak po prostu zostawimy na pastwę losu? – Mruknęłam, machnąwszy ręką w jej stronę. Siedziała przy blacie kuchennym i rysowała coś, co chwile spoglądając na nas ze zmarszczonym nosem.

Wyglądało to nieco komicznie, jednak byłam zmęczona pracą i Eleną. W większości Eleną.

Bonnie odwróciła się i posłała mi wesoły uśmiech. Brązowe włosy zawiązała w kitki, zielone oczy patrzyły na mnie z lekkim współczuciem. Wyglądała, jak nastolatka, choć psychicznie była o wiele doroślejsza od nas.

Czasami. Zazwyczaj była po prostu szalona. Jednak od paru dni była zamknięta w sobie, co znaczyło jedno. Znalazła nowe natchnienie i cały czas rysowała.

Poczułam dumę. Bonnie rysowała od kiedy pamiętam, jednak nigdy nie wiązała tego ze swoją przyszłością. Nagabywałam ją tak długo, że dla świętego spokoju musiała zrobić wystawę. Okazała się wielkim sukcesem i od tamtej pory rysuje dla przyjemności, ale i zarazem dobrze zarabia.

- O mnie się nie martwcie. Szczerze mówiąc, przyda mi się trochę spokoju.

Zmierzyłam ją zirytowanym spojrzeniem. Phi, umywa ręce. Tak najlepiej.

- Widzisz? Caroline, ten ostatni raz. – Przegryzła wargę. – Potrzebuję tego. Muszę zapomnieć o Terrym, to… to mi pomoże.

Odwróciła wzrok. Oczywiście, że kłamała. Kłamała, wiedząc, że mam zbyt miękkie serce dla niej.

- To cios poniżej pasa.

- Do cholery jasnej! – Rzuciła we mnie swoją czerwoną suknią. – Czy ty nawet zdajesz sobie sprawę ile tam będzie ludzi? Ludzi, których warto poznać? Jestem dziennikarką, a ty prawnikiem. Kto wie, kiedy jakaś znajomość nam się przyda, co? Na pewno nie będziemy zbytnio znane przesiadując każdy wieczór w domu!

Nabrałam powietrza głośno przez nos. Akurat z tym miała rację, jednak nadal się nie poddam.

- Och, i tylko dlatego chcesz pójść na tą imprezę. – Stwierdziłam ironicznie.

Wciągnęła nosem.

- Powiedzmy. – Mruknęła złośliwie. Założyła ręce na biodra i stanęła naprzeciwko mnie bojowo. – Masz pojęcie jak wielkie te wydarzenie jest? Od paru lat czytam o nim w gazetach a teraz mam możliwość uczestniczenia w nim! Myślisz, że zrezygnuję? Będzie tam Barbara Ward! Wyobrażasz sobie? Mam szansę, że mnie zauważy! Od małego marzyłam pracować w jej gazecie!

Zobaczyłam w jej oczach błaganie. Błaganie i nadzieję. Pamiętam. Od kiedy zaczęła czytać, co tydzień przynosiła do szkoły gazetę Barbary Ward. Uwielbiała czytać o modzie i różnych nowinkach. I przez jeden głupi wieczór, jej marzenie mogło się spełnić.

Zacisnęłam pięści. Elena zawsze była przy mnie. Musiałam jej się odwdzięczyć.

Skrzywiłam się.

- Jak tam chcesz. – Szepnęłam, znów zajmując się swoją zupą.

Elena podbiegła do mnie i przytuliła mnie z całych sił, przy okazji piszcząc mi do ucha.

- Ach, dziękuje, Caro! Uwielbiam cię! Obiecuję, nie będziesz żałować.

Uśmiechnęłam się krzywo.

Ta.