Rozdział 6

Z satysfakcją przyglądałam się swojemu odbiciu w szybie sklepu z jakimiś drogimi ciuchami.

Tym razem miałam spotkać Mikaelsona i choć raz dla odmiany wyglądałam dobrze. Jasne włosy nie puszyły się zbytnio, rzęsy miałam pociągnięte mascarą, a usta świeciły się błyszczykiem. Do tego kremowy płaszcz sprawiał, że miałam większą talie niż zazwyczaj.

Było dobrze. Odwróciłam się, chcąc ogarnąć MikaelsonCentral od góry do dołu. Sapnęłam z wrażenia.

Wieżowiec MikaelsonCentral. Zadzierając głowę do góry, próbowałam dostrzec w którym miejscu dach budynku przecinał się z chmurami.

Patrząc na ten w pełni oszklony wieżowiec, zaczynało do mnie dopiero docierać, jak bardzo Mikaelson jest bogaty.

Niepewnie weszłam do środka, a moje zszokowanie się zwiększyło.

Cholera. Podłoga była chyba z marmuru. Rozglądnęłam się wkoło. Nie cierpiałam pomieszczeń, gdzie kasa praktycznie wylewa się drzwiami i oknami, ale tutaj wszystko w jakiś dziwny sposób było przyjemne.

Podeszłam do młodej recepcjonistki. Uśmiechała się kwaśno, zerkając na mnie zawistnie. Chyba nie lubiła swojej pracy.

Uśmiechnęłam się sztucznie. Musiałam przynajmniej stwarzać pozory miłej.

- Tak? - Spytała niecierpliwie.

Zmrużyłam oczy. Miałam ochotę ją nauczyć, jak recepcjonistka powinna przyjmować gości. Zacisnęłam szczękę.

- Jestem umówiona na spotkanie z panem Mikaelsonem.

Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem, po czym uśmiechnęła się kpiąco.

Czy to była aluzja, żmijo?

- Już sprawdzam. - Postukała swoim wytipsowanym palcem w klawiaturę i nagle zatrzymała się. Po chwili przełknęła ślinę niepewnie i spojrzała na mnie czujnie.

- Jak się pani nazywa?

- Caroline Forbes.

Zerwała się z miejsca jak oparzona, w między czasie przybierając najsłodszy uśmiech świata.

- Panno Forbes, pan Mikaelson oczekuje pani.

Uśmiechnęłam się złośliwie, choć byłam ciekawa, co takiego pisało w komputerze, że jej nastawienie zmieniło się o 180°.

Wyszła zza swojego siedziska i skierowała mnie do windy. Weszłam do niej.

- Piętro 32, ostatnie, panno Forbes. Tam, ktoś zapewne będzie pani już oczekiwał.

Kiwnęłam głową zanim drzwi się zasunęły. Od razu moja cała poprzednia pewność siebie zniknęła i malała coraz bardziej im bliżej byłam piętra trzydzieści dwa.

Zanim się obejrzałam drzwi windy rozsunęły się ponownie. Wyszłam na cichy hol, kiedy u mojego boku, nagle pojawiła się uśmiechnięta od ucha do ucha kobieta. Miała około 50 lat. Była zadbana, a z niebieskich oczu biła bystrość.

- Panna Forbes. Proszę za mną.

Uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Ta kobieta nie wydawała się być tak sztuczna, jak ta trzydzieści dwa piętra niżej.

Kierowała mnie korytarzem, aż w końcu stanęliśmy przed drzwiami z tabliczką z wyrytym imieniem Klaus Mikaelson

Odetchnęłam głęboko. Przedstawienie czas zacząć.

Zapukałam i otworzyłam drzwi, robiąc parę kroków do przodu. Gdybym była wśród mojej rodziny i zobaczyłabym takie coś, najprawdopodobniej zaczęłabym piszczeć z wrażenia.

Czułam, jak kolory odchodzą mi z twarzy. Z zafascynowaniem patrzyłam przed siebie.

Gabinet był wielki, urządzony nowocześnie i piękny, ale nie to zrobiło na mnie największe wrażenie.

Miał najpiękniejszy widok na świecie. Przez szybę widziałam całą panoramę Nowego Jorku, inne wieżowce przypominały zwykłe domki z zapałek.

Szczęściarz.

Usłyszałam głośne chrząkniecie. Spojrzałam w bok. Patrzyłam na niego, próbując z całych sił nie ujawnić, jak bardzo wygląda seksownie i mi się podoba.

Dzisiaj był ubrany cały na czarno. Czarny garnitur i czarna koszula. I wyglądał nadzwyczajnie dobrze.

Stał, z komórką w dłoni przy jednej z szafek. Obdarzył mnie uśmiechem, przez który zapomniałam, że mam język w gębie.

Głupia, ja. Jak mogłam choć przez chwile pomyśleć, że te całe spotkanie będzie czymś łatwym?

Powolnym, tygrysim krokiem stanął za swoim biurkiem. Oparł o nie ręce i przyglądał mi się z zainteresowaniem.

- Przyszłaś. - Mruknął, z nutką zaskoczenia w głosie.

Przekrzywiłam głowę na bok.

- Dlaczego miałabym nie przyjść? - Spytałam zaciekawiona.

Wzruszył ramionami. Czuł się w swoim ciele tak swobodnie, że przez chwile mu tego zazdrościłam.

- Pomyślmy. Hmmm...- Stwierdził ironicznie, wydymając usta, przez co wyglądał jeszcze lepiej o ile to możliwe. - Ostatnim razem jak się widzieliśmy, byłem mokry. Z twojego powodu.

Zaczerwieniłam się lekko. Boże, czy tylko ja słyszałam w tym podtekst?

Puściłam mu oczko.

- Miło mi to słyszeć.

Zmrużył oczy, jego uśmiech stał się nagle mroczniejszy niż przedtem.

- Ciągle mnie zadziwiasz, Caroline.

Spoważniałam. Wydawał się mówić szczerze.

- Więc, o co chodzi? - Spytałam szybko.

- Nie rozumiem.

- Chyba nie kazałeś mi biegać przez połowę Manhattanu w tę pogodę tylko dla twojej zachcianki, prawda? - Wyrzuciłam z siebie.

Zmarszczył brwi.

- Coś się stało? - Spytał machinalnie. Zmrużyłam oczy. Chyba usłyszałam prawdziwą troskę w jego głosie.

I nie podobało mi się to. Im więcej czasu z nim przebywałam, tym dłużej nie mogłam o nim zapomnieć. To było niezdrowe.

- Wkurzył mnie tylko mój szef, bo nie potrafi się postawić milionerom, którzy zawsze muszą postawić na swoim. - Syknęłam.

- Mam go wyrzucić?

Chyba nie zrozumiał aluzji. Zaraz...

- Co? - Wysapałam, wytrzeszczając oczy.

Patrzyłam na niego i miałam nadzieje, że żartuje. Jednak im dłużej patrzyłam, tym bardziej nie mogłam oderwać od niego wzroku. Jego spojrzenie było magnetyzuje, blond włosy, jak zwykle idealnie potargane, usta uwodzicielsko ułożone w szatański uśmiech.

- Czy mam go wyrzucić? - Powtórzył, tym razem głośniej.

Machnęłam ręką z niecierpliwością.

- Nie! Nie chodzi mi o to! Czy ty w ogóle tak możesz? Ja, boże... eee...

- Oczywiście, że mogę. 51% firmy, w której pracujesz należy do mnie.

Wytrzeszcz moich oczu był porównywalny do stanu oczu żab.

- Nie! - Krzyknęłam, orientując się, że byłby w stanie wyrzucić Olivera z pracy i to przy kiwnięciu jednym palcem. Spojrzał na mnie, szczerze zaskoczony. Czy on w ogóle wiedział, co to znaczy empatia? - Nie, nieważne. Po prostu zapomnij. A więc, co tutaj robię?

Uśmiechnął się dziecinnie i tak bardzo niewinnie.

- Rozmawiasz ze mną.

Przewróciłam oczyma.

- Nie chodziło mi o to, Niklaus.

Zaalarmowany podniósł jedną brew do góry. O dziwo, nie skomentował tego.

- No dobrze, skoro tak chcesz. Przejdę do konkretów. - Wyprostował się, zakładając ręce do tyłu. - Mam dla ciebie bardzo... ciekawą propozycje.

Uśmiechnęłam się cynicznie.

- Pozwól, że ja ocenie.

Zacisnął szczękę. Przez ułamek sekundy w jego oczach zauważyłam wahanie. Wahanie i coś jeszcze.

Przegryzłam wargę.

- Układ. Proponuję ci układ. - Szepnął cicho.

Zaschło mi w gardle. Boże, to naprawdę nie szło w dobrą stronę.

- Układ?

- Podaruję ci wszystko. Cokolwiek będziesz chciała... - Machnął ręką na widok za jego plecami. - Dam ci o wiele więcej niż to.

Nie wierzyłam, że to słyszę. Zmarszczyłam czoło.

- W zamian za co? - W wyobraźni walnęłam się głową o ścianę. Po co ja brnęłam w to wszystko? No po, co?

Uśmiechnął się bezczelnie, jednak tym razem zauważyłam, ze jest to maska. Maska, którą przyodziewa w chwilach wątpliwości.

- Będziemy się nawzajem zadowalać.

Odrętwiała, stałam wpatrując się w jego oczy, teraz już niewyrażające żadnych emocji. Ukrywanie ich w chwilach, kiedy nie chciał, aby ktoś wiedział, co czuje, opanował do perfekcji.

To był strach. Wahanie i to coś, czego nie mogłam wcześniej rozgryźć. To był najzwyklejszy w życiu strach przed odrzuceniem. Nawet Klaus Mikaelson był człowiekiem i powoli zaczynałam to rozumieć. A, uwierzcie mi, uroda greckiego boga w ogóle mi nie pomagała w tej czynności.

W głowie, jak echo powtarzało mi się te jedno zdanie.

Będziemy się nawzajem zadowalać.

Zadowalać.

Otworzyłam usta, ale nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. Klaus obserwował mnie z tym aroganckim uśmiechem i oczyma, patrzącymi na mnie z obietnicą pięknej przygody.

- Zadowalać?

- W łóżku. - Powiedział pewnie, po czym uniósł jedną brew wyżej od drugiej i dodał cicho. - I poza nim.

- I będziesz mnie utrzymywał? - Przytaknął z dzikim uśmiechem. - Czyli, mówiąc prosto, będę twoją ekskluzywną dziwką.

Mina mu zrzedła. Zmarszczył brwi.

- To nie musi być tak. Oczywiście, mogłabyś pracować, jednak...

- Jak miło z twojej strony. - Przerwałam mu syknięciem. - Czy ty zdajesz sobie sprawę, że właśnie zmieszałeś mnie z błotem?

Praktycznie wypluwałam każde słowo. Zionęłam. Naprawdę. Jak on śmiał zaproponować mi coś takiego?!

Pokręcił głową ze zniesmaczoną miną.

- Nie sądziłem, że...

- Jeśli inne kobiety godzą się na to już po pierwszej minucie spędzonej z tobą, to nie znaczy, że ja tak zrobię!

Wydobył z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk i wściekły, spojrzał na mnie.

- Nie lubię, kiedy ktoś mi przerywa. - Warknął.

Odchrząknęłam, wyprostowując się. Okazało się, że przypominałam nastroszonego koguta. Zacisnęłam ręce w pieść, oddychając głęboko.

- Nie jestem tym typem dziewczyny, Niklaus. - Powiedziałam najspokojniej, jak potrafiłam w takiej sytuacji.

- Tym? - Spytał z dziecięcą ciekawością.

Uśmiechnęłam się pobłażliwie. Moja złość zaczynała się ulatniać, kiedy patrzył na mnie z zainteresowaniem, próbując jednocześnie zrozumieć mój punkt widzenia.

Wyrzuciłam ręce w powietrze z bezsilnością.

- Jestem normalna, Niklaus! Moim największym marzeniem jest poznanie faceta, który po prostu mnie pokocha. Chodzić na zwykłe randki do Central Parku na Gapstow Bridge, zajadając się w międzyczasie lodami czekoladowymi i spędzając razem świetnie czas. Czy chcę tak dużo?

Przekrzywił głowę na bok.

- Randki? - Spytał powoli, jakby testował te słowo w swojej buzi.

- Tak.

- O tym marzą wszystkie kobiety? O miłości?

Przez moment się zawahałam. Pytał poważnie. Wzruszyłam ramionami.

- Nie, nie wszystkie. Jednak gdzieś tam głęboko, siedzi w nas to od zawsze. - Skrzywił się. Roześmiałam się cicho. - Kobiety są trudne. Czasami nawet ja ich nie rozumiem.

Patrzył na mnie w ciszy. Ani przez moment nie spuszczał ze mnie wzroku. Westchnęłam.

- Dam ci kolejną rade, Mikaelson. Czasami wystarcza kogoś tylko wpuścić. Wpuścić do środka i poczuć. A z upływem czasu dowiadujemy się, czy się opłacało.

- A co jeśli nie? - Wypalił szybko. Podeszłam powoli do jego biurka. Położyłam teczkę z umową na jego biurku.

Zerknęłam na jego zbolały wyraz twarzy, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do drzwi.

- Caroline? - Przypomniał o sobie.

Spojrzałam na niego przy samym wyjściu. Obdarzyłam go pożegnalnym uśmiechem.

Był przedziwnym mężczyzna i nadal nie mogłam się zdecydować czy w dobrym, czy złym sensie. Wzbudził we mnie tyle przeróżnych uczuć, że najprawdopodobniej nie zapomnę go do końca życia.

Spojrzałam prosto w jego błękitne oczy. Nigdy nie zapomnę tych oczu.

- Wychodzisz z tego silniejszy. Dowidzenia, Niklaus.


- Caroline!

Spojrzałam na Olivera niechętnie. To był ciężki dzień, a mi marzyły się jedynie pierogi Bonnie i ciepłe mieszkanie.

Szedł w moją stronę z lampką szampana.

Szampan. Hmm, wspomnienia.

- Nie mam pojęcia, co świętujecie i nie chcę wiedzieć. Idę do domu. - Mruknęłam.

Uśmiechnął się promiennie.

- Nie mam pojęcia co nagadałaś Mikaelsonowi, ale póki efekty będą takie jakie są, to rób to częściej.

Zarzuciłam na siebie płaszcz.

- Nie rozumiem.

- Mikaelson jeszcze dzisiaj rano chciał zrezygnować z kontraktu. Po twojej wizycie zmienił zdanie.

Znieruchomiałam na chwile, zakładając rękawiczki.

A to ciekawe.

- Nic mnie to nie obchodzi, Oliver. Nawet nie rozumiem o co chodzi w tej waszej umowie. Do jutra. - Uśmiechając się, pomachałam mu na pożegnanie, aby nie pomyślał, że jestem obrażona. Byłam po prostu zmęczona.

To był długi dzień.


Mam nadzieję, że się podoba. Na razie jego propozycja może wydawać się dziwna, jednak to wszystko wkrótce się wyjaśni :)