Rozdział 7

- Kancelaria Bowman&Company, słucham. - Mruknęłam leniwie, odchyliwszy się na krześle ze słuchawką przy uchu.

- Doprawdy, cukiereczku, zawsze witasz mnie tak samo, choć doskonale wiesz, kto dzwoni.

Westchnęłam przeciągle usłyszawszy karcący ton mojej matki.

- Mamo...- Czasami czułam się, jakbym znów była w liceum. -...dzwonisz do mojej pracy. Jak inaczej mam cię witać?

- Och, no nie wiem, ale skoro już pytasz, to...- Zrobiła przerwę i ciągnęła dalej innym głosem.-... Och, mamo, jak miło słyszeć twój głos! Dlaczego nie wpadniecie do mnie? Dawno was u mnie nie było.

Spojrzałam w górę, oczekując pomocy z niebios.

- Świetnie. Ile nad tym myślałaś? Dzień?

Cmoknęła głośno.

- Niepotrzebne są złośliwości, cukiereczku.

- Nie cierpisz do mnie przychodzić. – Odpowiedziałam na wcześniejszy przytyk.

- Kto ci tak powiedział?

- Twoja zgorszona mina z chwilą, kiedy wchodziłaś do mojego salonu.

Prychnęła głośno.

- To przez te okropne fioletowe rzeczy. Ileż razy ci mówiłam, abyś pomalowała ściany na brzoskwiniowy.

Boże.

- Nie, dzięki, mamo. Wystarczy mi brzoskwiniowego w naszym całym domu do końca życia.

- Nie masz gustu. - Mruknęła złośliwie.

- Poza tym, boisz się, że jak tylko usiądziesz na mojej kanapie to kurz zje cię żywcem.

- Nie moja wina, że, jak tylko weszła to moja alergia wróciła! – Zignorowałam te kłamstwo. Mama nigdy w życiu nie miała żadnej alergii.

- Mamo, po coś zadzwoniłaś, więc powiedz, o co chodzi zanim się rozłączę.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Po chwili usłyszałam, jak zaczyna chrupać swoje orzeszki solone, od których jest uzależniona.

- Ostatnio oglądałam bardzo mądry program i...

- Jerry Springer? - Przerwałam jej wrednie. Westchnęła przeciągle. Pod tym względem byłyśmy podobne.

- Sama go oglądasz.

- Kiedy nie ma już nic innego w telewizji. - Małe kłamstewko.

- Czyli przez większość czasu.

- Mów za siebie, mamo. Z niektórych seriali można się wiele dowiedzieć. - Mruknęłam.

- Ach, tak, cukiereczku?

- jest kopalnią wiedzy.

- Nie lubię tego gościa. - Prychnęłam na jej zniesmaczony ton głosu.

- Zanim zaczniesz obrażać mojego doktora Housa i rozpętasz wojnę, może kontynuuj, to, co zaczęłaś.

Uwielbiałam się z nią drażnić.

- Ach, no. O czym to ja mówiłam? Program? Więc oglądałam to i tam mówili, że...eee...- Gryzienie orzeszków nasiliło się. - Zima jest bardzo niebezpiecznym okresem w Nowym Jorku.

Zmrużyłam oczy. Że co?

- Mamo, Nowy Jork jest niebezpieczny cały rok. To twoje słowa.

- Po prostu ci przypominam.

- Mieszkam tu pięć lat. Nagle ci się coś przypomniało? Za dużo CSI.

- Och, wczoraj był świetny odcinek. Zabito, o ironio, prawniczkę.

Roześmiałam się głośno.

- Powiedziałaś to tak, jakby szykowano na mnie zamach.

- Cukiereczku, nigdy nic nie wiadomo.

Odchrząknęłam, marszcząc brwi.

- No dobra, a teraz tak na poważnie. Dlaczego dzwonisz?

Mama wydała z siebie okrzyk oburzenia.

- Czy to takie dziwne, że dzwonie do własnej córki?

- Nie. Jednak nazywasz mnie "Cukiereczku". Zawsze do mnie tak mówisz, kiedy coś ode mnie chcesz. A więc?

Wrzuciła do buzi kolejną porcję orzeszków.

- Oglądam właśnie bardzo poważną gazetę.

- Czyli jakiś tabloid.

- Jak tam chcesz. - Syknęła. - Jest reportaż o Balu Charytatywnym. I tak sobie oglądałam zdjęcia tych przystojnych mężczyzn, patrzyłam na kobiety u ich boku i im zazdrościłam, kiedy nagle zobaczyłam go.

Spojrzałam na zegarek. Jeszcze tylko trzy minuty do lunchu.

- Go?

- Klausa Mikaelsona. - Przestałam nerwowo tupać nogą. O cholera. - A u jego boku stałaś ty.

Przeklęłam w myślach. Mama miała już ten ton głosu. Za każdym razem tak mówiła, kiedy Stefan przyprowadzał nową dziewczynę do domu i miała nadzieje, że się w końcu ustatkuje. A teraz przyszła pora na mnie.

- Ach, tak. Rozmawialiśmy o pracy.

- Nie wygląda na to.

Przewróciłam oczyma.

- Mamo, jego firma podpisuje kontrakt z moją. To wszystko.

- Tak, tak, oczywiście, cukiereczku. Nie robię ci żadnych aluzji, nie ma to nawet związku z tym, że masz już 27 lat i nie masz żadnego porządnego chłopaka i...

- Mamo, właśnie robisz aluzje.

- Tak? Ach, przecież wiesz, że nigdy nie byłam dobra z gramatyki. Chcę ci po prostu uświadomić, że życie starej panny wcale nie jest wspaniałe.

- Singielki, jeśli już.

- Boże, jak ja tęsknie za dawnymi czasami. Rzeczy nazywało się po imieniu.

Przekrzywiłam głowę na bok. Irytacja wzięła górę.

- Mam jeszcze sporo czasu.

- Nie za dużo.

- Według mnie sporo. - Warknęłam przez zaciśnięte usta.

- Nie byłabym tego taka pewna.

- Mamo, rozłączam się.

- Po prostu pamiętaj, że z matką możesz porozmawiać na każdy temat.

Ha! Dobre sobie.

- Pa, mamo.

- Pa. Ach, cukiereczku, zapomniałabym...

Odłożyłam słuchawkę na widełki bez żadnych wyrzutów sumienia. Ten lunch na, który umówiłam się z Bonnie był mi naprawdę potrzebny.


Włączyłam guzik przy windzie i spoglądnęłam na swoje nowe, czarne szpilki. Elena uważała mnie po części za dziwaka, za to, że już nie cierpię łazić po sklepach, ale ja naprawdę miałam na to alergie.

Jednak od czasu Mikaelsona, zakupy stały się miłą odskocznia. Minął tydzień od naszego ostatniego spotkania i z każdym dniem sądziłam, że będzie łatwiej. Że obraz tych niebieskich, uwodzicielskich i zarazem samotnych oczu z czasem wyblaknie i najzwyczajniej w świecie zapomnę.

Ale w tym przypadku, czas nie pomagał. A więc ruszyłam na zakupy. I przez moment, buszując w sklepie, znalazłam wytchnienie.

Zero myśli, martwienia się, tylko po prostu cieszenie się wolną chwilą. A więc kupiłam te szpilki, które sprawiały, że byłam wyższa o dwanaście centymetrów. I, faktycznie, przez godzinę miałam lepszy humor. A potem uświadomiłam sobie, że jestem uboższa o całe 200 dolców. I już nie byłam taka radosna.

Drzwi windy rozsunęły się. Podniosłam głowę i już miałam robić krok do przodu, kiedy znieruchomiałam na widok przed sobą.

Przez moment rozważałam opcje ucieczki. Zawrócić i udać, że zapomniałam czegoś w biurze. Lub czekać, aż winda się zamknie i wejść do drugiej.

Ale Niklaus Mikaelson obdarzył mnie magnetyzującym spojrzeniem. Zmierzył mnie od nóg do głów i przez moment znów cieszyłam się, że miałam na sobie te wysokie obcasy. Przełknęłam ślinę, kiedy zauważyłam w jego wzroku coś jeszcze.

Niezadowolenie, zawiedzenie, rozczarowanie. Zmarszczyłam brwi.

No dobra, odrzuciłam go. Nie zgodziłam się na ten chory układ, jednak nie byłam przygotowana na to, że może być tak nieprzystępny i zimny.

A przede wszystkim, że będzie niezadowolony, dlatego, że mnie widzi.

Podniosłam głowę do góry i zrobiłam krok do przodu. Stanęłam obok niego, naprzeciwko drzwi.

- Sądziłem, że będziesz już na lunchu. - Stwierdził chłodno.

Spojrzałam na zegarek na moim lewym nadgarstku. Już od piętnastu minut mam przerwę. Zegar w moim biurze musiał źle działać.

Wzruszyłam ramionami, czując jego spojrzenie na sobie. Próbowałam uspokoić oddech. Przesiadywanie z nim w jednej windzie było naprawdę niebezpieczne.

- A ty, co tutaj robisz? - Mruknęłam grzecznie.

- Spotkanie biznesowe.

Przytaknęłam.

- Nigdy cię nie widziałam tutaj. Nie obchodzi cię twoja firma? Bo, jakby nie patrzeć, 51% należy do ciebie.

Wlepiłam wzrok przed siebie i nie miałam zamiaru patrzeć mu w oczy.

- Mam od tego ludzi, Caroline. - Mruknął rozbawiony.

Caroline. Przymknęłam oczy, czując jednocześnie, jak w dolnej części mojego brzucha pojawia się przyjemne mrowienie.

- No tak. Jednak jesteś dzisiaj tutaj.

Mierzył mnie wzrokiem, czułam to aż nazbyt dobrze.

- Nie musisz się martwić, na pewno nie z twojego powodu.

Ał, Niklaus. To zabolało. Uśmiechnęłam się gorzko, nie dając po sobie poznać, że jest coś nie tak.

- No cóż, najwyraźniej jednak masz jakiś problem z przyjęciem do świadomości odmowy, bo nie możesz o tym zapomnieć. - Zapadła cisza. - Nie patrz się tak na mnie. Sam zacząłeś. - Syknęłam.

- Lubisz bawić się w kotka i myszkę, co, Caroline? - Spytał cicho.

Machinalnie spojrzałam w lewo, na jego twarz. Pierwsze, co zanotowałam było zmęczenie bijące z jego oczu.

Swój wzrok dłużej zatrzymał na moich ustach, a potem spojrzał w moje oczy. Wydusił z siebie coś podobnego do jęku, patrząc na mnie błagalnie.

Nadal był przystojny, seksowny i groźny. Z zaciśniętymi ustami, zmarszczonymi brwiami i niebieskimi oczyma, które jakby właśnie próbowały mnie za coś przeprosić nie przypominał istoty ludzkiej.

Zwilżyłam wargi. Nie mogłam wytrzymać tego napięcia, które rosło z każdą sekundą. I nagle, w chwilę, znalazłam się na jednej ze ścian w windzie, a ciało Klausa przyciskało mnie mocno i uniemożliwiło drogę ucieczki.

Nie żebym chciała uciekać. Jeszcze.

Gwałtownie położył dwie dłonie po obu stronach mojej głowy i pochyliwszy się nade mną, nasze nosy niemal się stykały.

Wdychałam jego zapach, od którego zakręciło mi się głowie. Pachniał świeżo i wspaniałymi perfumami.

- Miało cię tu nie być. - Szepnął cicho. Zauważyłam, że mówił bardziej do siebie niż do mnie.

- Zostaw mnie.

Przekrzywił głowę na bok. Patrzył na mnie uważnie, a po chwili zrozumiał. No cóż, nie musiał być geniuszem, aby zdać sobie sprawę z tego, że proponując mi, cokolwiek to było, przekroczył linię.

Posłał mi smutny uśmiech.

- Nie lubię się otwierać. Związek, który ci zaproponowałem… tylko tak czuję się bezpiecznie. Nie jestem gotów na… miłość. – Wzdrygnął się nieznacznie. - Zazwyczaj taka relacja sprawdzała się, ale ty jesteś inna.

Otworzyłam buzie. Nie próbowałam pytać, o co mu chodziło, bo większą uwagę zwróciła na mnie mi jego dłoń, która powoli zbliżała się do mojego policzka.

Wypuściłam powietrze przez zęby. Zatrzymał rękę tuż przed moją skórą.

- Mogę cię dotknąć?- Ledwo, co go usłyszałam. Patrzył na mnie pytająco, zarazem z niemą prośbą.

- Hmm?

Uśmiechnął się szelmowsko. Znów zaczął przypominać tego zwariowanego Mikaelsona z tysiącami pomysłów.

- Powinnaś być zadowolona. Zazwyczaj nie pytam o pozwolenie.

- Nie?

- Nie.

No, oczywiście. Przecież to wielki Mikaelson, multimilioner. On nie oczekuje zgody.

Delikatnie dotknął mojego policzka, nie odrywając wzroku od moich oczu.

- Uwielbiam, kiedy zwilżasz wargi.

Mrugnęłam zaskoczona. Nawet nie zorientowałam się, że tak robię.

Nachylił się do mojego ucha i tym samym uwodzicielskim szeptem, powiedział:

- Uwielbiam być kotem, Caroline.

Drzwi rozsunęły się. Chłodny wiatr owionął moje rozgrzane ciało. Zaczęłam znów myśleć.

Mikaelson spoglądał na mnie spod długich rzęs, obdarzając mnie jego charakterystycznym spojrzeniem. Tym, które wieńczyło kłopoty.

Odchrząknęłam, kiedy zorientowałam się, że zjechaliśmy aż do podziemi.

Nagle poczułam się skrępowana w nietypowym uścisku Mikaelsona.

Roześmiał się, zauważając to. Zrobił krok do tyłu, wciskając ręce do kieszeni i nie spuszczając ze mnie wzroku.

Tak, uwielbiał być kotem.

Obrzuciłam go gniewnym spojrzeniem i czym prędzej wyszłam na parking pełen samochodów. Trudno, zrobię sobie wycieczkę schodami na parter.

Poczułam się lepiej, kiedy zauważyłam parę osób. Mikaelson nie wyglądał na zabójcę, jednak moja wyobraźnia działała już na pełnych obrotach.

Boże, co za idiotka ze mnie. Miałam na niego nie patrzeć.

I, według jego słów, miało mnie tu nie być.

O co mu chodziło?

Pokręciłam głową, na wspomnienie jego dotyku. Był aż nadto delikatny, jakby z całych sił nie chciał mnie wystraszyć.

Rozbolała mnie głowa od tego wszystkiego. Mikaelson był nie lada twardym orzechem do zgryzienia.


- O boże, może on ma rozdwojenie jaźni?

Uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc na Elenę. Stała przy małym lusterku w kuchni zakładając kolczyki.

- Mikaelson? Nie sądzę.

- Tylko pomyśl. Te rożne nastroje i inne osobowości.

- Może po prostu ma humorki, Elena. Poza tym, nie myśl sobie, że zapomnimy o głównym temacie naszej rozmowy, czyli...

- Okropnie wyglądasz, Elena. - Dokończyła za mnie Bonnie.

Siedziała na dywanie z rozłożonymi nogami przed sobą. Obie spoglądałyśmy na Elene ze zmartwieniem.

Roześmiała się perliście, ale i sztucznie.

- Dziewczyny, przestańcie.

- Jesteś blada i ledwo, co chodzisz.

Stanęła przed nami w całej okazałości, w małej czarnej i czerwonych szpilkach. Wygląda pięknie i przypominała trupa.

- Popatrzcie no tylko. Wszystko ze mną dobrze, jak nigdy wcześniej.

Westchnęłam. Szła już na kolejną randkę z Oliverem, tylko, że tym razem zabierał ją oficjalnie na jakieś przyjęcie, jako osobę towarzysząca. Elena uważała to za wielki krok w ich związku.

- Od paru dni jest coraz gorzej. - Mruknęłam.

Elena machnęła ręką.

- Elena...- Bonnie syknęła. - Ja rozumiem, że te przyjęcie jest dla ciebie ważne, ale co jeśli zemdlejesz?

Nagle, Elena uśmiechnęła się słodko.

- To Oliver mnie złapie. Boże, to byłoby takie romantyczne.

Pokręciłam głową. Jasne było, że nie przetłumaczymy Elenie do rozumu. Trudno. Odwróciła się do nas tyłem.

- Jak tam mój tyłek, dziewczyny?

Roześmiałam się.

- Jak zwykle, wielki i tłusty.

Przybiłam piątkę Bonnie.

Elena wystawiła nam język i z lekkim uśmiechem ruszyła do drzwi.

- Nie czekajcie na mnie!

Wyszła, a ja spojrzałam na Bonnie z psotnym uśmiechem.

- No to, co? Wieczór z Bridget Jones?- Spytałam.

Bonnie roześmiała się.

- Jones nigdy się nie nudzi.


- Ej, no!

- No mówię, że dzwoni telefon, muszę odebrać! – Syknęłam.

Bonnie naburmuszyła się. Patrzyła na mnie gniewnie, kiedy zatrzymałam film na momencie, kiedy Brigdet przyszła na przyjęcie w przebraniu królika, a teraz z ciekawością zaglądała mi przez ramie do komórki.

- Kto to?

- Nieznany numer. - Mruknęłam. Nacisnęłam zieloną słuchawkę.

- Halo?

- Caroline?

Zmarszczyłam czoło. Wszędzie poznałabym ten głos.

- Coś się stało?

No, bo niby skąd Niklaus Mikaelson miałby mój numer telefonu?

- Elena jest w szpitalu. - Powiedział głośno.

Ścisnęłam telefon mocniej. No tak, on nie owija w bawełnę.

- Zemdlała? - Spytałam szybko.

- Nie. - Zawahał się na chwilę, po czym dokończył ciszej. - Nie wiadomo, co to jest, ale to coś poważniejszego.

Później będę zadawać pytania. Na przykład, jakim cudem ma mój numer, albo, jak znalazł się przy Elenie. Teraz interesowała mnie tylko jedna rzecz.

- W którym szpitalu leży?

- Nie sądzę, że powinnaś prowadzić w takim stanie i w taką pogodę.

Wydałam z siebie dziwny dźwięk, coś pokroju warknięcia.

- W jakim szpitalu, Niklaus?

Zapadła długa cisza.

- Copernicus Mercy.


Do wszystkich tych, którzy sądzą, że wszystko potoczy się, jak w książcę 50 twarzy Greya. Tak, ta książka dała mi pewien pomysł, ale nigdy w życiu nie pozwolę, aby Caroline była tak niepewną siebie osóbką, która nie potrafi walczyć o swoje, tak, jak jest to w przypadku Greya. W moim opowiadaniu, być może początek nieco przypomina tą sławną serię, ale na tym się kończy ;) No cóż, zostaje mi tylko powiedzieć, że sami będziecie się mogli przekonać, czytając kolejne rozdziały :D Tak czy inaczej, mam nadzieję, że się podobało :)