Miłego czytania!
Rozdział 8
Wypadłam z windy i skierowałam się w prawo, tak, jak poinstruowała nas wcześniej pielęgniarka.
Słyszałam kroki Bonnie. Szła tuż za mną.
To wszystko jeszcze do mnie nie dochodziło.
Elena była w jednym z najlepszych szpitali w Nowym Jorku. Prywatnym szpitalu. Nawet Oliver nie ma takich pieniędzy, pozostaje tylko...
Mikaelson. To on do mnie zadzwonił. Skąd wiedział to wszystko?
Wyszłam zza rogu i zobaczywszy skuloną postać na krześle, stanęłam wmurowana i nieco oszołomiona.
Oliver, opierając głowę o ścianę siedział na jednym z krzeseł w poczekalni. Jego marynarka leżała obok. Wydawał się obcy i nie reagował na nic z zewnątrz.
Zwróciłam uwagę na wysoką postać, podpierającą się o ścianę. Znałam ten profil nazbyt dobrze.
Niklaus odwrócił głowę w moją stronę po paru sekundach, jakby doskonale wyczuł moją obecność.
Wymruczał szybkie pożegnanie do telefonu i nadal patrząc na mnie odetchnął z ulga.
Martwił się o mnie?
Podeszłam bliżej, ale nie zbyt blisko. Bonnie wyminęła nas pospiesznie i przysiadła obok zmarnowanego Olivera.
Zmarszczyłam brwi, mierząc go od góry do dołu. Był w garniturze i białej koszuli. Jakim cudem znalazł się tutaj? Chyba, że był na tym samym przyjęciu co Elena i Oliver. To by wiele wyjaśniało. Chociaż nikt nie kazał mu przywozić Elenę do tak ekskluzywnego szpitalu.
Cieszyłam się ogromnie, bo będzie miała tutaj świetną opiekę.
Jednak patrząc na Mikaelsona i jego nieco współczujące spojrzenie, wiedziałam, że wszystko w życiu ma swoją cenę.
- Nie wyglądasz zbyt dobrze. - Stwierdził cicho.
- Co ty nie powiesz, Sherlocku? – Chciałam, aby mój głos był nieco niemiły, jednak, jak zwykle, moje oczekiwania były zbyt duże.
Zamiast tego, na ostatnim słowie, ochrypłam i wciągnęłam nosem nieładnie. Mikaelson spojrzał na mnie poważnie. Chyba myślał, że się rozpłaczę.
- Powinnaś być w domu. - Zmrużyłam oczy.- Bezpieczna. - Dodał ostro.
- Jestem dużą dziewczynka. Co z Eleną?
Potrząsnął głową.
- Nic nie wiadomo. Przyjechałaś tu niepotrzebnie.
Zacisnęłam pięści.
- Przestań mi rozkazywać. To moja przyjaciółka. Jest w szpitalu. Ciebie nawet nie zna, a o dziwo, jesteś tutaj, co z kolei przypomina mi, co tutaj do cholery robisz?
Uśmiechnął się gorzko na mój ostry ton głosu.
- Zawiozłem Elenę i Olivera do szpitalu. W taką pogodę karetka przyjechałaby z opóźnieniem.
Prychnęłam.
- Ach! I mam wierzyć, że zrobiłeś to bezinteresownie? - Założyłam ręce na biodra i nachyliłam się do przodu.
Przechylił głowę na bok. Patrzył na mnie intensywnie. Może trochę przegięłam.
- Jestem oschły, Caroline, ale nie obojętny.
- Możesz sobie być kim chcesz, ale rachunki za ten szpital same się nie zapłacą. - Dlaczego? Dlaczego miałam taki niewyparzony język?
- Zajmę się wszystkim. - Mruknął lakonicznie.
Wyrzuciłam ręce do góry.
- Boże! Nie chodziło mi o to, abyś płacił za ten szpital! Po prostu...
Uśmiechnął się pod nosem, jednak w jego oczach nadal widziałam chłód.
Westchnęłam. Sama nie wiedziałam, o co mi chodziło. Mikaelson bezinteresownie zabiera Elenę do szpitala. Na przyjęciu było setki ludzi.
Mężczyzna, który pomaga jest najbogatszym kawalerem w Nowym Jorku. I tak się idealnie składa, że tydzień wcześniej złożył jej przyjaciółce niecodzienną propozycję.
No dobra, mógł sfinansować pobyt w tym szpitalu. Proszę bardzo, przecież i tak nigdy w życiu nie wyda tych pieniędzy, co ma na koncie.
Ale, po, co przesiadywał tutaj? Stał w korytarzu, jakby to jego przyjaciel był w szpitalu a nie osoba, którą kompletnie nie zna.
I gdzieś tam głęboko wiedziałam, dlaczego to wszystko robi, ale próbowałam zapomnieć. Próbowałam wytłumaczyć to jakoś inaczej, jednak...
Uwielbiam być kotem, Caroline.
I odgrywał swoją role doskonale.
Zza drzwi, tuż za nami wyłonił się lekarz. Niczym gepard dopadłam do niego.
- Elena Gilbert. Co z nią?
Młody lekarz o bystrych piwnych oczach, zmierzył mnie. Potem spojrzał na Klausa, który zmaterializował się u mojego boku.
- Pan Mikaelson? - Spytał grzecznie.
Przytaknął szybko.
- Jeśli mogę prosić na bok. - Lekarz wymownie spojrzał na mnie.
Co? Będzie dzielił informacje na temat Eleny Klausowi, a mi nie?
Sapnęłam z oburzenia.
- Nie! - Spojrzałam groźnie na Klausa i uszczypnęłam go w ramie. - Nawet nie waż mi się tego robić!
- Proszę pani, pan Mikaelson zapłacił za hospitalizacje panny Gilbert i to on ma pełne prawo do informacji na jej temat. Takie są zasady.
Skrzywiłam się. Od kiedy? Rozejrzałam się naokoło. Prywatny szpital, idiotko.
Patrzyłam na Klausa wymownie. Zerknął na mnie, przez moment analizował mój humor, a zauważywszy, że nie jest najlepiej, posłał mi uspokajający uśmiech.
Szczery, piękny i delikatny uśmiech. Po czym spojrzał na doktora, a cała jego poprzednia łagodność zmieniła się w surowość.
- Mam gdzieś wasze zasady. Reguły są proste: dopóki to ja płacę, dopóty będziecie robić to, co mówię. Co z Eleną?
Gdybym nie była przejęta jej stanem zdrowia, to chyba uśmiechnęłabym się z satysfakcją.
Spojrzałam na minę lekarza. Wyglądał, jak zbity pies. Odchrząknął speszony stalowym i nietolerującym sprzeciwu spojrzeniem Klausa.
Szybko odwrócił wzrok.
- Panna Gilbert ma jedynie anemie, jednak znacznie zaawansowaną. Ubytek krwi szacujemy na dwa litry, więc za dwie godziny zaczniemy transfuzje.
- Dwie godziny? – Klaus spytał groźnie.
Jeju, jaki on władczy. Doktor zaczął strzelać palcami ze zdenerwowania. Zaczynało mi się go robić żal. Pewnie się go bał.
- Za godzinę. - Mruknął pod nosem.
Przymknęłam oczy z ulga. Anemia. To tylko anemia.
Klaus powiedział szorstkie "Dziękuje", kiedy usłyszałam oddalające się kroki, najwyraźniej wystraszonego lekarza.
Nie miałam siły już rozmawiać. Wyciągnęłam rękę, aby ścisnąć Klausa za ramię. Zwykły odruch. Zrobiłabym tak każdemu, kto mi pomógł i chciałam okazać swoją wdzięczność, kiedy słowa nie wydawały się wystarczające.
Jednak, kiedy zauważyłam jego potargane blond włosy, niebieskie oczy patrzące na mnie czujnie i zmarszczone czoło, uświadomiłam sobie, że on nie jest zwykły.
I chyba to nie pozwalało mi o nim zapomnieć.
Więc uśmiechnęłam się tylko i opadłam na krzesło obok Bonnie.
- Naprawdę napędziłaś nam stracha, Elena.
Elena roześmiała się cicho.
- I za to mnie kochacie. - Przewróciłam oczyma. - Poza tym...- Zaczęła.-…to nie tak, że ty też sobie nie skorzystałaś.
Kiwnęła głową na drzwi. Przez szybę widać było Klausa. Znów rozmawiał z kimś przez komórkę.
- Błagam, tylko nie zaczynaj tworzyć dziwnych historii.
Wzruszyła ramionami niewinnie. Kwadrans temu zaczęto transfuzje. Już teraz wyglądała o wiele lepiej.
- Zresztą, zemdlałam. I Oliver mnie złapał.
Zaśmiałam się głośno.
- Powinnaś chyba spać, bo gadasz nie od rzeczy.
Wstałam z wygodnego siedziska, zbudziłam Bonnie leżącą na jednym z foteli w sali i pomachawszy Elenie wyszłyśmy na jasną poczekalnie. Odmachała nam energicznie, po czym wykrzyknęła "Bawcie się dobrze!".
Przewróciłam oczyma. Bawić się dobrze? W szpitalu? Ta.
Stanęłam na środku poczekalni oddychając równomiernie. Ledwo, co słaniałam nogami.
- Powinnaś pojechać do domu.
Zaskoczona, spojrzała na Klausa. Stał parę kroków ode mnie, taksując mnie w ten charakterystyczny sposób. Nawet teraz, wymęczona do granic możliwości, czułam się niezręcznie.
- Nie zostawię Eleny.
- Care...- Spojrzałam groźnie na Bonnie. Tylko spróbuj, Judaszu.- Powinnaś naprawdę jechać. Ja nie jestem tak zmęczona. Cały dzień odpoczywałam, a ty byłaś jeszcze w pracy. Jest już szósta nad ranem. Jedź do domu. Ja zostanę. Zostanę z Oliverem.
Zerknęłam na niego. Spał, podpierając jedną ręką głowę. Tak, Oliver chyba nigdzie się nie wybierał.
- Jak tam chcesz. - Mruknęłam do niej. Poklepałam się po kieszeniach swoich dżinsów.- Masz kluczyki od samochodu?
- Nie będą ci potrzebne.
Spojrzałam na uśmiechniętego Klausa. Znów wyglądał pewnie siebie i, jakby kontrolował cały świat wokół. I chyba było mu z tym dobrze.
- Co?
Roześmiał się cicho, jakby słuchał wypocin jakieś głupiutkiej nastolatki.
- Naprawdę sadziłaś, że puszczę cię w taką śnieżyce tą twoją kupą złomu?
Wybałuszyłam oczy. Nie wiedziałam czy mam bronić swojego ukochanego auta czy mojej samodzielności.
- Już to przerabialiśmy, Mikaelson. Nie dam sobą pomiatać.
Jego brwi wygięły się do góry, a usta złożył uwodzicielsko w dzióbek. Wyglądał na rozbawionego.
Jakim cudem mógł wyglądać tak dobrze o szóstej rano?
- Zaproponowałem ci tylko podwiezienie, Caroline.
Zaczerwieniłam się lekko. No dobra, fakt. Ale on mi się dziwił? Przecież to nie ja zaproponowałam mu układ, w którym miałam być jego dziwką!
Kątem oka zobaczyłam minę Bonnie. Chyba zgadzała się z Mikaelsonem w tej kwestii.
Tupnęłam nogą niczym małe dziecko. Klaus Mikaelson uśmiechnął się oszałamiająco z wyraźnym zadowoleniem. I nie było w tym uśmiechu nic miłego.
Wyminął mnie powoli, po czym zaczął iść korytarzem, do wind. Odwrócił się parę metrów dalej, kiedy zauważył, że nadal stoję w tym samym miejscu.
Wsunął ręce w kieszeń i z młodzieńczym błyskiem w oku spytał:
- Chcesz żebym czekał na ciebie wieczność?
Jęknęłam w duchu. Był zbyt idealny. Tak bardzo, że patrzenie na niego bolało, a co powiedzieć przebywanie w tym samym samochodzie dłużej niż minutę.
Za jakie grzechy?
Z góry przepraszam, że rozdział jest taki krótki i, że długo nie dodawałam nic nowego, ale ostatnio mam urwanie głowy ;) Tak czy inaczej, mam nadzieję, że się podobało i dziękuję za wszystkie poprzednie komentarze :)
