Miłego czytania!
Rozdział 10
Stanęłam przed głównymi drzwiami od mojego wieżowca. Były przeszklone, więc doskonale widziałam, jak śnieg znów zaczyna przysypywać ulice.
Skrzywiłam się, obserwując zamotanych ludzi. Musiało być naprawdę zimno. A mój samochód, a konkretnie silnik, nie lubił zimna. Nie sądzę, żebym nawet odpaliła, ale zawsze warto próbować.
Niedbale zarzuciłam kremowy szalik na szyje i wyszłam na mroźne, grudniowe powietrze. Wsunęłam rękę do torby, szukając kluczyków.
Cholera, gdzie one są? Stanęłam na środku chodniku, koncentrując się na poszukiwaniach.
W końcu znalazłam je, a jakże, na samym dnie torby. Kiedy zakładałam torbę na ramie, pęk kluczy wymsknął mi się z palców.
Przez moment patrzyłam na nie nienawistnie, tak, jakby samoistnie miałyby mi wrócić do ręki. Powoli, schyliłam się po nie.
Wyciągałam już rękę, kiedy ktoś mnie uprzedził.
Otworzyłam buzie z zaskoczenia.
Przez moment chciałam krzyczeć "Złodziej", tak długo aż ktoś rzuci się za nim w pogoń, ale po chwili zorientowałam się, że ten ktoś nadal stoi nade mną.
I ma włoskie buty. Drogie.
Zmarszczyłam czoło, czując, jak moje serce zaczyna galopować.
Przybrałam beznamiętny wyraz twarzy i wstałam z kucków.
Tuż przed moim nosem stał Niklaus Mikaelson, uśmiechając się uroczo. W czarnej, skórzanej kurtce i z rozwianymi włosami nie przypominał tego samego władczego Mikaelsona.
Wyglądał młodo i radośnie, chociaż raz dla odmiany.
- Nie myślałam, że cię jeszcze zobaczę.
Przekrzywił głowę, świdrując mnie tymi niesamowitymi niebieskimi oczyma.
- Nie rzucam słów na wiatr, Caroline.
Prychnęłam rozbawiona. No tak. Powiedział: Do zobaczenia.
Skinęłam głową na budynek za mną.
- Więc, co tu robisz? Przyszedłeś do swojej firmy?
Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Przyszedłem po ciebie. - Powiedział to tak, jakby to było najzwyczajniejszą rzeczą na świecie.
Po mnie?
- Nie rozumiem. - Mruknęłam.
- Porywam cię. - Wymruczał uwodzicielsko.
O boże. Chyba straciłam oddech.
- Gdzie? - Mruknęłam.
- Niespodzianka.
Zmrużyłam oczy.
- Zabierasz mnie na randkę? - Spytałam zszokowana.
Wygiął usta niezadowolony.
- Nie cierpię tego słowa. - Burknął.
Zachichotałam. Wyglądał jak małe, rozwydrzone dziecko. Tylko, że bardzo przystojne.
- Powiedziałeś, że lubisz negocjować. - Przypomniałam mu.
Przytaknął, nachylając się do mnie.
- I właśnie, dlatego tu jestem. - Szepnął.
- Ja...
- Bez zobowiązań, Caroline. Jedynie rozmowa.
Uśmiechnęłam się słabo. Był zbyt blisko mnie.
Nagle, odwrócił się do mnie bokiem i wystawił swój lewy łokieć w moją stronę, tak, że mogłam wsadzić swoją dłoń pod jego pachę.
- A więc?
Widziałam, jak dobry humor przeplata się z nadzieją w jego oczach. I ten szeroki uśmiech był przeznaczony dla mnie. Jak mogłabym mu odmówić?
Odwzajemniłam uśmiech, robiąc krok w jego stronę i uwieszając się na jego ramieniu.
Ścisnął moją rękę mocno i ruszyliśmy przed siebie.
- Zabrałeś mnie do Central Parku?
Z niedowierzaniem spojrzałam na jego dumny wyraz twarzy. Nie, żebym narzekała, park wyglądał przepięknie, jednak to nie pasowało do niego.
Robił to tylko dla mnie.
Nagle, zatrzymał mnie, kładąc ręce na mojej tali. Przełknęłam ślinę.
- Zaczekaj tutaj, dobra? Ja zaraz wracam.
Boże, był taki podekscytowany.
- No dobra. - Mruknęłam niepewnie.
- Nie uciekniesz? - Spytał rozbawiony.
Udałam, że się zastanawiam, a kiedy zauważyłam, że zaczyna się już niecierpliwić, podniosłam ręce do góry.
- Nigdy.
Kiwnął głową, po czym oddalił się energicznie. Odetchnęłam głęboko, patrząc na ludzi przechodzących obok mnie.
Byłam na randce z Klausem Mikaelsonem. Dziewczyny mi nie uwierzą. Ha! Nawet lepiej, zakrztuszą się z wrażenia.
Z drugiej strony, co ja tutaj robiłam? Przecież to był ten sam Mikaelson. Ten, który zaproponował mi układ. Był tą samą osobą, a zarazem inną.
Był taki radosny. Tak nierealnie podekscytowany i zrelaksowany, że zapominałam, że jest multimilionerem i każdego dnia kieruje firmami i tysiącami pracowników.
A ja chyba coraz bardziej zaczynałam go lubić.
Argh.
- Milion za twoje myśli.
Odwróciłam się. Z zaróżowionymi policzkami i z nieco szybszym oddechem, stanął naprzeciwko mnie. Jakby nigdy nic stał swobodnie, posyłając mi uwodzicielskie spojrzenie.
- Już raz to mi kiedyś powiedziałeś. I niczego nie wyjawiłam.
Wzruszył ramionami.
- Bo chyba zapomniałaś o fakcie, że w przeciwieństwie do większości ludzi, którzy tak mówią, ja faktycznie mam miliony.
Otworzyłam buzię. O cholera. Nie pomyślałam.
- Niklaus, to takie powiedzenie. Wszystko bierzesz dosłownie? - Zamiast odpowiedzieć, uniósł brwi wysoko. - Gdzie byłeś?
I wtedy zauważyłam, że coś trzyma za plecami. W obu dłoniach.
- Tu i owdzie.
- Co masz za plecami? - Włączył mi się mój szósty zmysł szpiega.
Zrobiłam krok do przodu, on do tyłu. Zrobiłam kolejny, on także. Stanęłam, zaintrygowana.
Posłał mi usatysfakcjonowany uśmiech.
- Chodź w pewne miejsce. - Powiedział.
Prychnęłam.
- Ty pierwszy.
Spojrzał na mnie pobłażliwie. Na moment wrócił chłodny Mikaelson.
- Panie przodem. - Burknął.
Ruszył przed siebie, jednocześnie uważając abym nie zobaczyła, co trzyma za plecami. No, więc ruszyliśmy, ramię w ramię, ja, lekko obrażona i on, uśmiechnięty do swoich własnych myśli.
Szłam prosto, próbując się nie przejmować wścibskimi spojrzeniami ludzi. No dobra, przyznaje, nie byłam, aż tak pewna siebie przy nim, a wszyscy naokoło mi nie pomagali. Kiedy tak patrzyli na mnie i zastanawiali się, co taki mężczyzna robi spacerując z taką kobietą, ja myślałam o tym samym.
Co on we mnie widział? O ile w ogóle. Może to był jego plan. Chciał dowieść, że jednak ma uczucia, a potem, będąc już kompletnie w nim zadurzona, zgodzę się na układ. Co z kolei przypomina mi, że tak czy inaczej z pierwszego momentu zainteresował się mną. Zaproponował mi ten układ. Więc jednak coś we mnie zobaczył.
Tylko, co?
Zatrzymaliśmy się na Gabstury Bridge. Nie wiem, dlaczego tak bardzo uwielbiałam ten most. Może z sentymentu. Kiedy byłam mniejsza i zbliżały się święta, zawsze oglądałam ze Stefanem "Kevina w Nowym Jorku". I patrzyłam, jak piękny Nowy Jork jest podczas świat i, że chciałabym tam kiedyś pojechać.
A więc, kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy na studia, to pierwsze, co zrobiłam było przyjście tutaj, na Gabstury Bridge.
Uśmiechnęłam się z nostalgią, opierając dłonie na barierce. Odwróciłam wzrok od drzew pokrytych śniegiem i spojrzałam na Klausa, a uściślając na jego rękę, wystawioną w moją stronę.
A w ręce trzymał lody czekoladowe w gałkach.
Ojej.
Zszokowana i jednocześnie uradowana spojrzałam na jego twarz. Patrzył na mnie z oczekiwaniem, chłonąc moją reakcję.
Uśmiechnęłam się szeroko, biorąc z jego dłoni loda. Zaczął jeść swojego, a dumny z siebie uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Przyniósł dla mnie lody czekoladowe. I jedliśmy je w Central Parku, na Gatsbury Bridge. I byliśmy na randce.
Cholera. Właśnie o tym mu powiedziałam. Wtedy, w biurze, czego tak naprawdę pragnę. On mnie naprawdę słuchał.
Zerknęłam na niego z ukosa, korzystając z okazji, kiedy obserwował gołębie. Zazwyczaj ostre rysy twarzy, teraz były łagodne, a niegdyś zaciśnięte usta uśmiechały się zmysłowo. I stał tu, tuż obok mnie, w najnormalniejszej czarnej skórze, jakby nigdy nic. Tak, jakby to było jego miejsce. Obok mnie.
Niespodziewanie parsknęłam śmiechem. Spojrzał na mnie zaintrygowany.
- Kto by pomyślał, że taki z ciebie romantyk? – Spytałam ironicznie.
Celowo przegryzł dolną wargę dłużej niż powinien.
- Jestem jeszcze wieloma innymi rzeczami.
- Jezu, nie wierzę, że to robię.
Klaus roześmiał się głośno.
- To tylko lód, Caroline. - Wydawał się rozbawiony moim wahaniem.
Spojrzałam niepewnie na lodowisko przede mną. Rockafeller Center. Uwielbiałam te lodowisko, naprawdę. Ale patrzeć na nie zza bandy a nie być na nim. Od małego nie cierpiałam niczego, co było niestabilne, a w tym przypadku były to łyżwy.
Przełknęłam ślinę.
- Ale jest chyba za dużo ludzi, nie sądzisz? - Spytałam z nadzieją.
Stanął za moimi plecami. Czułam jego oddech na mojej odsłoniętej szyi. Było mi gorąco od tego nadmiaru wrażeń.
Oboje mieliśmy już na sobie łyżwy i staliśmy przy bandzie, jeszcze na ziemi, ale czas wejścia na lodowisko niechybnie się zbliżał.
- Dasz radę. - Mruknął. - Najwyżej się przewrócisz.
Super, dzięki za pocieszenie, Niklaus, naprawdę.
Spojrzałam na niego ostro przez ramię. Zaciskał zęby, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
- Słuchaj, Mikaelson, a czy ty przypadkiem nie masz firm do prowadzenia i w ogóle rożnych spraw? Zamiast tego szlajasz się po lodowiskach z jakąś dziewczyną!
Zmarszczył czoło.
- Nie z jakąś, tylko z tobą.
Prychnęłam, choć poczułam się nieco lepiej. Potrafił być taki słodki i chyba sam o tym nie wiedział, a ja mu o tym nie powiem. Chyba uważałby to za obrazę, znając jego oziębłość wobec innych ludzi.
Nagle, popchnął mnie do przodu. Zaparłam się z całych sił, choć wiedziałam, że to i tak nic nie pomoże. Jednak Klaus zatrzymał się. Poczułam, jak nachyla się do mojego ucha.
- Zaufaj mi. - Szepnął.
Przymknęłam oczy, czując dreszcz przechodzący przez moje plecy. No dobra, Forbes. Pokaż, na co cię stać.
Przytaknęłam, powoli wystawiając nogę na lód, w międzyczasie łapiąc się kurczowo za bandę. Po chwili położyłam drugą nogę na lodzie.
Boże. Co za paskudne uczucie. Wszystko jest takie... niestabilne.
Przypomniałam sobie o świecie, kiedy poczułam, jak ktoś odrywa moją rękę od bandy i ściska ją mocno.
Spojrzałam nieco w górę. Klaus stał tuż obok mnie, uśmiechając się z dołeczkami. To był ten jego niesamowity uśmiech, którym obdarzał mnie tylko czasami. Nie miałam pojęcia, od czego to zależy.
Pociągnął mnie w stronę środka. Niechętnie, musiałam puścić bandę. Czując, jak zaczynam tracić równowagę, praktycznie uwiesiłam się na jego ramieniu.
Roześmiał się pod nosem.
- Czego rżysz, świnio? - Syknęłam.
Parsknął śmiechem jeszcze głośniej.
- Caroline. - Zatrzymał mnie, wykonał sprawny obrót, co wyglądało, jak czary mary i nagle znalazł się tuż przede mną, trzymając mnie za dwie dłonie. - Poczuj to. Poczuj święta. Ten nastrój, tą radość. Nic ci się nie stanie, obiecuję. Po prostu ciesz się chwilą.- Patrzył na mnie w ciszy przez dłuższy moment, po czym dodał: - Tak, jak ja to robię teraz.
Teraz. Tak. Klaus Mikaelson nie pozwalał sobie na takie szaleństwo każdego dnia. Co uświadamiało mi, co takiego się stało, że to wszystko dzisiaj się dzieję naprawdę?
Przytaknęłam, uśmiechając się słabo.
- To nie ten twój piękny, radosny uśmiech, ale liczą się chęci. - Mruknął, śmiejąc się ze mnie.
Piękny? Uważał, że pięknie się uśmiecham?
Znów stanął po mojej lewej stronie, tak, że mogliśmy jechać w ramię w ramię.
Koncentrując się na swoich łyżwach, zrobiliśmy parę ruchów naprzód. A kiedy podniosłam głowę, zobaczyłam, jak powoli wyrywa się z mojej dłoni i jedzie do przodu sam.
Automatycznie zaczęłam machać rękoma na każdą stronę. Co?! Przecież zaraz się wywrócę!
Kątem oka zobaczyłam, jak zatrzymuje jakąś starszą panią i o czymś rozmawiają. Kobieta jeździła lepiej ode mnie, co było lekko dołujące.
Zanim się obejrzałam wrócił do mnie z rozbawieniem na twarzy. Kobieta stała parę metrów przed nami i dopiero teraz zauważyłam, ze trzyma w dłoni komórkę. I to chyba była komórka Klausa.
Zerknęłam na niego gardząco, kiedy znów złapał mnie za dłoń.
- Ta kobieta będzie robić nam zdjęcia? Kurde, wyglądam okropnie.
Ustawił się, uśmiechając się szeroko.
- Jesteś gderliwa. - Mruknął przez zaciśnięte zęby, nadal szczerząc się.
- No dobra, konsensus. Wykasujesz zdjęcie, jak powiem, że wyszłam brzydko.
Przytaknął lekko, choć wiedziałam, że tego nie zrobi. Zawsze warto próbować.
- Uśmiechnij się w końcu. Jak masz takiego marsa na twarzy to przypominasz Kirka ze Star Treka.
Że, co? A czy on nawet wiedział, jak wygląda Kirk? Odchyliłam się wkurzona, próbując obrzucić go oskarżycielskim spojrzeniem, jednak z fizyki nigdy nie byłam dobra. Odchyliłam się za bardzo i już po chwili straciłam równowagę.
I wylądowałam na tyłku na lodzie. Przez moment patrzyłam przed siebie z niedowierzaniem.
Upadłam. I wcale tak bardzo nie bolało. Spojrzałam w górę, Klaus po dżentelmeńsku postanowił zacisnąć szczękę i nie śmiać się ze mnie, choć za bardzo mu to nie wychodziło.
Kucnął przede mną. Jak można kucać mając łyżwy na nogach?!
- Rozumiem jeździć i się przewrócić, jednak stać i się przewrócić to już inny rodzaj talentu.
Zmrużyłam oczy, prychając na jego cwaniakowaty ton głosu. Odepchnęłam jego dłoń i wstałam, z pewnymi problemami, ale sama.
W między czasie, Klaus odebrał już swoją komórkę od miłej pani, która ze śmiechu miała czerwone policzki i stanął u mojego boku.
Popatrzyłam niepewnie w dół. Byłam na niego obrażona, ale z drugiej strony nie chciałam znowu upaść.
Więc złapałam mocno jego dłoń i powoli ruszyliśmy do przodu. Znaczy się, Klaus ruszył, bo po prostu ciągnął mnie za sobą.
- Nigdy więcej. - Mruknęłam do siebie.
- Mogę cię poprowadzić, jeśli chcesz. Ja będę jechać tyłem i będę trzymać cię od...
- Po prostu... - Przerwałam mu, ignorując jego pomysł. Praktycznie zmiażdżyłam mu dłoń jeszcze bardziej i dokończyłam.-... po prostu nie puszczaj mnie.
Spojrzał na mnie z góry, jego oczy pociemniały, a zmysłowo wygięte usta niemal zachęcały do wypróbowania ich.
- O to się nie martw.
- Coś się stało?
Niklaus, spojrzał na mnie w zamyśleniu. Pokręcił głową i znów stał się nieobecny, jak przed chwilą.
Wzruszyłam ramionami do samej siebie. Szliśmy ulicami Nowego Jorku. Jeszcze jedna ulica i będziemy pod moim blokiem.
Trudno było mi to przyznać, ale było nadzwyczajnie świetnie. Nawet lodowisko. Po paru okrążeniach, kiedy już zdążyłam zauważyć, że ramie Klausa jest niemalże stalowe, nieco się rozluźniłam i wykonałam nawet parę ruchów, a Niklaus wydawał się być...
Był inny. Zachowywał się, jak młody student, który chce zatracić się w chwili. Zresztą, sam to potwierdził.
I był tak zmienny. Jeszcze przed chwilą z zapałem opowiadał mi o koszykówce i wydawał się być wniebowzięty, że wiem, co nieco o niektórych drużynach. A teraz...
Spojrzałam na niego uważnie. Ściągnięte brwi, zaciśnięte usta i pochmurny wyraz oczu.
A teraz był już całkowicie inną osobą.
O czym tak myślał?
- Milion za twoje myśli. - Mruknęłam, stając przy starej kamienicy. Za parę metrów zaczynała się już moja.
Uśmiechnął się cynicznie.
- Nie jesteś w stanie zapłacić mi miliona. - Powiedział prosto. Przewróciłam oczyma. Jak zwykle, wszystko brał dosłownie.
- No dobra, tak czy inaczej, dojdę już sama. Dziękuje za wspaniałą ran...eee, wspaniały wieczór. - Poprawiłam się szybko.
- Odprowadzę cię.
Uśmiechnęłam się ironicznie.
- Negocjacje, pamiętasz? - Stwierdziłam słodko.
Zbliżył się do mnie, nagle znów był uroczym i charyzmatycznym Mikaelsonem. Tym, przez, którego tracę oddech.
Nachylił się powoli, patrząc na mnie spod długich rzęs.
- Nie taki rodzaj negocjacji miałem na myśli. - Uśmiechnął się sprośnie.
Zwilżyłam wargę, Klaus machinalnie podążył tam wzrokiem.
Wpuścił powietrze przez zaciśnięte zęby.
Wiedziałam co się szykuje, ale nawet wtedy nie byłam przygotowana, że jedną ręką popchnie mnie do tyłu, a drugą złapie mocno za talie.
Nagle, znaleźliśmy się w obskurnej, ciemnej uliczce, która prowadziła donikąd, a Niklaus przypierał mnie swoim całym ciałem do muru.
Patrzył na mnie z oczyma pociemniałymi od żądzy. Czułam, jak jego klatka piersiowa opada i wznosi się szybko, jak jego oddech przyspieszył. Nie miałam pojęcia, na co czeka.
Zerknęłam na jego otwarte, pełne usta. I wtedy znów spojrzałam w jego oczy.
On walczył sam ze sobą. Chciał mnie pocałować, ale próbował z tym walczyć. Dlaczego, do cholery?
Sapnęłam z frustracji.
Nachyliłam się w jego stronę i wpiłam się w jego usta. Złapałam za jego kurtkę i przyciągnęłam go jeszcze bliżej do siebie.
Jego jedna ręka nadal znajdowała się na moich plecach, a druga wplątała się w moje włosy.
Oderwał się od moich ust i zaczął całować mnie po szyi.
Ugryzłam go za ucho. Westchnął głośno. Gwałtownie, zaczął suwać rękoma po moim całym ciele, jednocześnie obdarzając moją szyję pocałunkami.
Po moim ciele przebiegł dreszcz podniecenia.
- O...
Spojrzałam w lewo, w stronę śmietników. Jakiś bezdomny uśmiechał się do mnie bezczelnie, puszczając mi oczko.
- Hej...- Szepnęłam cicho w stronę ucha Klausa. Nadal znajdował się w amoku i przez moment poczułam dumę, że był w takim stanie z mojego powodu. - Niklaus. - Syknęłam i dopiero to pomogło.
Spojrzał na mnie zaskoczony i jednocześnie zły, że przerywam mu.
Spojrzał tam, gdzie ja. Bezdomny, zauważywszy zimne spojrzenie Klausa, szybko nas wyminął i po chwili znów byliśmy już sami. Ale nie było mowy o ponownym kizi-mizi.
Byliśmy na ulicy, na miłość boską. Nie mam zamiaru robić takich rzeczy w takim miejscu.
Obserwował mnie po raz kolejnym z rosnącym pożądaniem. Pokręciłam głową. Westchnął głośno i oparł swoje czoło o moje.
- Nie odzywam się do ciebie. - Mruknęłam po minucie, na moment zaspokojona tym zadziwiająco bliskim aktem z jego strony.
Nie usłyszałam żadnego śmiechu, jednak jego klatka piersiowa poruszyła się nieco.
- A to, dlaczego? Chyba nie powiesz, że nie umiem całować, co?
Prychnęłam, wyrywając się z jego objęć. Skierowałam się na główną ulice, z której jakimś cudem znaleźliśmy się tutaj.
- Bo miałeś zamiar mnie wykorzystać. - Burknęłam.
- Ale tego nie zrobiłem. - Odpowiedział, dogoniwszy mnie szybko. – Poza tym, nie narzekałaś.
Uśmiechnęłam się krzywo.
- Chyba nie sądzisz, że którakolwiek by narzekała, co? - Spytałam retorycznie.
Wzruszył ramionami, najwyraźniej z siebie zadowolony.
Byłam wściekła na siebie. Zatraciłam się w nim, a on by to wykorzystał. Wzdrygnęłam się. To była moja wina, to prawda, ale to nie znaczyło, że nie mogę go trochę powyzywać.
Stanęłam przed wejściem do mojego bloku i założywszy ręce na biodra, burknęłam:
- Jesteś zbyt pewnym siebie chamem.
Jedną brew wygiął do góry, obserwując mnie z zaciekawieniem.
- Jak mnie nazwałaś? Z inną kobietą, która tak by powiedziała, już dawno zerwałbym wszystkie kontakty.
Zmrużyłam oczy.
- Z inną kobietą nie poszedłbyś na randkę. - Mruknęłam kąśliwie, po czym ugryzłam się w język.
Cholera, to chyba było za dużo. Klaus spoważniał i patrzył na mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Znów miał na sobie maskę, a swoje emocje tłumił gdzieś głęboko.
- Racja. - Powiedział cicho i na jakiś dziwny sposób z pewnym smutkiem.
Westchnęłam głośno. Klaus Mikaelson był naprawdę ciekawym człowiekiem, ale na dzisiaj wystarczyło mi ekscytacji.
- To ja już sobie pójdę. - Stwierdziłam. Uśmiechnęłam się szeroko, próbując go nieco rozweselić. - I dziękuje za wspaniały w...
- Wspaniałą randkę. - Przerwał mi z łobuzerskim uśmiechem.
Patrzyłam na niego w szoku. No i właśnie o to mi chodziło! Nie mogłam za nim nadążyć!
Mimo to, roześmiałam się.
- Możesz już iść. Dotrę sama.
Stanęłam przy drzwiach, odwróciłam się, aby zobaczyć to co sądziłam, że zobaczę. Niklaus stał z rękoma w kieszeniach przy krawężniku, obserwując, jak pokonuję drogę.
- Niklaus...- Powiedziałam ostrzegawczo.
Puścił mi oczko.
- Odejdę, jak zapalisz światło w salonie.
Wybałuszyłam oczy, a on... Cholera.
Uśmiechnął. Się. Z. Cholernymi. Dołeczkami. Przez. Które. Miękły. Mi. Kolana.
- Negocjacje, Caroline, pamiętasz?
Machnęłam ręką lekceważąco, jednocześnie niezdarnie machając mu na pożegnanie.
Szybciej niż zazwyczaj, pokonując po dwa stopnie na schodach wbiegłam na trzecie piętro.
Błyskawicznie otworzyłam drzwi i już chciałam zapalić światło, kiedy uświadomiłam sobie, że to będzie głupio wyglądało.
Jeszcze sobie pomyśli, że specjalnie tak szybko wbiegłam dla niego. Phi.
Ha. Dobre sobie. Więc odetchnęłam przez moment i odliczyłam do dziesięciu.
- Care?! Co robisz po ciemku? - Zignorowałam pytanie Bonnie, które dobiegło z łazienki i zapaliłam światło w salonie, po czym pobiegłam do okna. Ukryłam się za firankami i obserwowałam z góry, jak na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
Rozbawiony, pokręcił głową, po czym przeszedł przez ulice i w końcu zniknął mi z pola widzenia.
Cholera. Widział mnie przez firankę?
Dłuższy niż zazwyczaj, mam nadzwyczaj dobry humor po wczorajszym odcinku :) Co prawda, Klaroline, jako przyjaciele nie satysfakcjonują mnie, jednak wierzę, że jest to początek pięknej przygody :D Nadzieja umiera ostatnia, nie? O boziu, chciałabym znów podziękować za taki świetny odzew po ostatnim rozdziale, nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy. To, że ktoś docenia moje pisanie :) I czytając wasze komentarze, opinie czy też reviews, jak zwał tak zwał, po prostu czuję, że niektórym z Was muszę odpowiedzieć, a że nie każdy z Was ma konto, więc nie mogę wysłać Wam prywatnej wiadomości, więc zrobię to tu :) Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi tego za złe :)
ChastityCass - Mam nadzieję, że ten rozdział także Ci się spodoba i lepiej trzymaj się mocno siedzenia, w końcu musimy dbać o twoje zdrowie :D Zrozumiałam twój komentarz w stu procentach i dziękuję za tak miłe słowa :)
Ashara - Boże, DZIĘKUJĘ, naprawdę. Uwielbiam tak długie komentarze, praktycznie rozłożyłaś to wszystko na czynniki pierwsze i napisałaś co Ci się podoba, a co ewentualnie muszę poprawić. Naprawdę, minęło dość sporo czasu, ale nadal, jak sobie tylko przypomnę twój komentarz, to mam szerokiego banana na buzi. Co do treści twojego komentarza: tak, Nowy Jork to moje młodzieńcze lata spędzone wraz z Plotkarą :) Zawsze będzie to jeden z moich ulubionych seriali. Bardzo się cieszę, że rozumiesz, jak chciałam przedstawić tą książkę. Nie chciałam pisać o samej akcji już od pierwszego rozdziału. Po pierwsze, najpierw chciałam przedstawić Caroline i świat w, którym żyje. Ahaha, tak, czytając Pięćdziesiąt Twarzy Greya, będę szczera, podobała mi się ta książka, ale moja frustracja była ogromna, przede wszystkim czytając, jak Ana się zachowuje. Normalnie miałam ochotę dać jej porządnie w twarz, aby się obudziła. I nawet nie wiedziałam, kiedy, ale w mojej głowie powoli zaczął pojawiać się pomysł na te opowiadanie. Z chłodnym, nie wpuszczającym nikogo do środka Klausem, i zdecydowaną, lecz czasami zagubioną w swoich uczuciach Caroline. I wiedziałam, że moja bohaterka na pewno nie będzie tak niepewną siebie osóbką, jaką jest Ana. Przynajmniej taka jest moja opinia ;) Co do matki Caroline, wstyd przyznać (albo i nie), ale pisząc ich rozmowę, sugerowałam się moją własną mamą :D Taka ciekawostka :D I cieszę się z rezultatu, jaki uzyskałam :) Co do przeszłości Klausa, tak, w późniejszych częściach będzie to główny wątek :) Wrócą demony przeszłości i oboje będą próbowali się z tym uporać. A z akcją? No cóż, w tym rozdziale się pocałowali, ale nie martw się :D Jeszcze wiele razy będą się kłócić i godzić :) Moim zdaniem, na tym polega dobre opowiadanie :D Wręcz nienawidzę książek, gdzie po stu stronach bohaterowie żyją długo i szczęśliwie i cud, miód i orzeszki. Ugh :D Wiadomo, będą rozdziały gdzie uczucie Klausa i Caroline będzie w centrum uwagi tzn. będzie trochę "sweet", ale też nie będzie to kuło w oczy za bardzo :) Przynajmniej mam taką nadzieję :) No dobrze, to już chyba wszystko. Dziękuję jeszcze raz i mam nadzieję, że kolejne rozdziały także przeczytasz z chęcią.
Gosiaczek - Ojej, dziękuję :D Wiem, że się powtarzam, jak stara babcia ze sklerozą ( A co tam, skleroza nie boli :D ), ale nawet nie wiesz, jak wiele to dla mnie znaczy :) I nie chcę być powodem, przez który nie zaliczysz anatomii czy też patologii :) Życzę powodzenia na studiach i trzymaj się, bo wywnioskowałam, że prawdopodobnie jesteś na medycynie, a wiadomo, jak bardzo trzeba tam zakuwać, także, powodzenia jeszcze raz i trzymam za kciuki, że będziemy mieli o jednego fajnego lekarza więcej ;) (A jeśli nie studiujesz medycyny, to popełniłam okropną gafę :D)
OginalBS - Dziękuję, że tak wierzysz w moje opowiadanie, boże, nie wiem czy mam się cieszyć, bo jest to ogromna odpowiedzialność :) Tak czy inaczej, mam nadzieję, że wczorajszy odcinek zaspokoił twoją żądzę, a jeśli nie, to być może zrobił to mój dzisiejszy rozdział :) I dłuższy rozdział, specjalnie na życzenie. Ach, i jeśli nadal chcesz pogadać czy cokolwiek, to jest mój twitter: mac_adriane I nie rezygnuj ze spin-offu, kto wie, co może się zdarzyć :D W końcu to Julie Plec, ta kobieta jest niezrównoważona :D
Dziękuję wszystkim jeszcze raz i pamiętajcie, że jeśli macie jakiekolwiek pytania czy po prostu chcecie pogadać, to proszę bardzo :) Jestem miłą (mam nadzieję) osobą i nieco szaloną, przede wszystkim zawsze uśmiechniętą :D Także, w razie co, jestem tutaj i śmiało, bo uwielbiam poznawać nowych ludzi ;)
