Miłego czytania!


Rozdział 12

Wytarłam spocone dłonie o dół sukienki. Czułam, jak mój żołądek zmienia się w mały supełek.

Wdech, wydech, dokładnie tak, jak mówiła Bonnie. Cholera, to nic nie pomagało.

- Chodźmy.

Podskoczyłam przestraszona. Wielkimi oczyma spojrzałam na Klausa. Patrzył na mnie ze skupieniem w niebieskich oczach.

Odwróciłam od niego wzrok i spojrzałam przed siebie, na dworek zbudowany w stylu elżbietańskim. Po co się zgodziłam? Mogłam ukryć się w domu i nigdzie nie iść. Chyba nie wyłamałby drzwi, prawda?

Ale nie zrobiłam nic. No i jestem teraz tutaj, w tej pięknej, obcisłej czarnej sukience, która była stanowczo o dwa rozmiary za mała (według Eleny podkreślała moją pupę), stojąc przed budynkiem w, którym właśnie odbywało się przyjęcie u boku niewyobrażalnie przystojnego, bogatego i czarującego mężczyzny, przy którym czułam się nadzwyczaj nieswojo.

- Caroline...- Mruknął ostrzegawczo. Jęknęłam i spojrzałam na niego. Wyglądał perfekcyjnie w czarnym garniturze i bez krawatu.

- Powiedz mi.

Przymknęłam oczy, usłyszawszy jego natarczywy ton.

- Czuję się... niezręcznie.- Szepnęłam.

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

- Dlaczego? - Bardziej rozkazał niż spytał.

- W ogóle się nie znamy.

- To się poznamy. - Machnęłam ręką. Dla niego wszystko było takie proste. - A więc? O co chodzi?

- I mam poznać twoją matkę. - Zmarszczył czoło. - To tak, jakby to wszystko było na poważnie.

- A nie jest? - Spytał cicho.

Nie to miałam na myśli.

- Po prostu...- Stanęłam naprzeciwko niego, kładąc ręce na jego piersi i obdarzając go smutnym uśmiechem. - Oboje wiemy, jaki jesteś. Wiesz, o co mi chodzi. Nie angażujesz się w związku. A jednak, poznajesz mnie z twoją matką. Po prostu będę się dziwnie czuć.

Patrzył na mnie uważnie, a ja nie mogłam rozczytać jego emocji. Żadna nowość.

- Już ci mówiłem, Caroline. Jeśli chodzi o ciebie to jestem skłonny do negocjacji.

Co? Co ma przez to na myśli?

Wyciągnął rękę w moją stronę, był poważny.

- Nie puszczę cię. - Zapewnił mnie stanowczo. Ze słabym uśmiechem ścisnęłam jego dłoń. - Obiecuję.


- Wstyd, synu. Nie tak cię wychowałam.

Uśmiechnęłam się pod nosem, obserwując, jak matka Klausa daje mu reprymendę. Wyglądało to przekomicznie.

On, metr osiemdziesiąt wzrostu i kobietka, która najwyżej mierzyła metr siedemdziesiąt, nieźle dająca popalić człowiekowi, który zawsze wydawał się taki chłodny i obojętny na innych.

Teraz, patrzył na swoją matkę pobłażliwie, jednak widziałam, że jej zdanie jest dla niego ważne.

- Nie mam zamiaru znów z tobą o tym rozmawiać, mamo. - Stwierdził stanowczo, patrząc na nią z góry.

Energicznie machnęła ręką i przeniosła swój wzrok na mnie.

- Caroline, może ty mu przetłumaczysz do rozumu. - Zagryzłam wargę, próbując nie prychnąć. Z nim nawet negocjacje przypominały zgodę na wszystko, co on zaproponuje.

- Nie wciągaj w to Caroline. – Mruknął.

Wzruszyła ramionami naburmuszona. Spojrzawszy na mnie, uśmiechnęła się szeroko i czule.

Miałam przeczucie, że go nie posłucha.

Barbara Ward. To było nazwisko, którym posługiwała się w świecie biznesu. Naprawdę nazywała się Esther Mikaelson. Do tej pory znałam ją tylko z opowieści Bonnie i Eleny. Według nich i gazet, które przeczytały, Esther odziedziczyła wielką fortunę i będąc bystrą młodą dziewczyną, wykorzystała te pieniądze perfekcyjnie. Pod koniec lat osiemdziesiątych założyła ekskluzywną gazetę dla kobiet robiących sukces w dużych miastach i był to strzał w dziesiątkę. Od tamtej pory minęło wiele lat, ale nadal była na topie.

I okazało się, że była naprawdę świetną kobietą. Oczywiście, trochę wścibską, złośliwą i nieuznającą prywatności swojego dziecka, ale wydawała się także kochającą, przyjazną i radosną. I była tak podobna do Klausa, a zarazem inna.

Niebieskie oczy były nieco jaśniejsze i spokojniejsze niż u jej syna. Mały nos, podłużna twarz i nieco zmarszczek, a ciemne blond włosy pasowały jej idealnie.

- Całą rodziną wyjeżdżamy na Barbados i nijak nie mogę go przekonać, aby jechał z nami. Na miłość boską, przecież nie zostawię mojego jedynego syna na pastwę losu, z odgrzewaną pizzą na kolacje wigilijną!

- Uwierz mi, na wigilie będę miał nieco bardziej wykwintniejszy smak.

- Nie wydaje mi się. To, co, pójdziesz do jakieś restauracji? - Wzdrygnęła się. - W wigilie? Kto tak robi?

- Ja. - Odpowiedział szybko.

Nagle, uśmiechnęła się słodko i spojrzała na mnie.

- A ty, jak spędzasz święta, Caroline?

Podniosłam brwi do góry.

- Eeeem...

- Bo mogłabyś pojechać na Barbados z nami. Ach, cóż za wspaniały pomysł! - Zignorowała moje zaskoczenie i spojrzała na Klausa dumnie. - Główka pracuje, synu. Och, byłoby wspaniale.- Nagle, jej oczy zaszły mgłą. Wyglądała, jakby odleciała do swoich myśli. - Będę musiała zarezerwować skutery. W takim okresie jest to niewyobrażalnie trudne. Ale ja potrafię wszystko załatwić. Nie to, co moje dzieci. Kochaniutka, zginęłyby beze mnie. Ach! I oczywiście jeszcze zamówię ten apartament dla was na ostatnim piętrze. Widok z niego jest przepiękny. Będzie...

- Nie. – Niklaus niemal warknął.

Patrzyli na siebie przez chwile, obdarzając się spojrzeniami, które zazwyczaj wymienia miedzy sobą matka i dziecko. Spojrzenia, które nikt inny nie zrozumie oprócz nich samych.

Odchrząknęłam.

- Obawiam się, że i tak nic by z tego nie wyszło. Na święta jadę do rodzinnego domu. - Mruknęłam.

- Ach, rozumiem. - Roześmiała się, mrugając do mnie okiem. - Ale następnym razem się nie wymigasz.

Przytaknęłam. Otwierała już buzie ponownie, ale nagle, Klaus pociągnął mnie w tył, w stronę parkietu.

- Zabieram ją na parkiet, mamo. Z dala od ciebie.

Prychnęła głośno, jednak zaraz na jej twarz wypłynął czuły uśmiech. Uśmiechnęłam się grzecznie i skupiłam na próbowaniu nadążenia za krokiem Klausa.

Stanęliśmy gdzieś w środku, pary tańczyły obok nas. Zmrużył oczy, rozbawiony.

- Będziemy tańczyć? - Spytałam cicho.

Jego dolna warga drgnęła. Wałczył z roześmianiem się mi w twarz.

W odpowiedzi jedną rękę położył mi pewnie na plecach, a drugą wsunął w moją dłoń i zaczął ruszać się do rytmu piosenki.

Cholera, leciała jakaś powolna, smutna piosenka o nieudanych związkach.

- Tym razem mi nie uciekniesz. - Szepnął mi do ucha. Podniosłam wzrok.

Patrzył na mnie pociemniałymi oczyma od pożądania. Włoski na szyi stanęły mi dęba.

- Uwierz mi, to ostatnia rzecz, o której teraz myślę.

Roześmiał się cicho.

- Cieszę się.

Prychnęłam. Przypomniałam sobie o naszym pierwszym, nieszczęsnym spotkaniu, kiedy to wylał na mnie kawę. Powiedziałam mu, że przez niego spóźnię się do pracy, a on odpowiedział właśnie tak.

"Cieszę się."

Pora wykorzystać jego dobry humor.

- Co miałeś wtedy na myśli?

- Hmm?

- Wtedy, przed moim wieżowcem, kiedy wylałeś na mnie kawę i powiedziałam ci, że przez ciebie spóźnię się do pracy, a ty odpowiedziałeś "Cieszę się".

- Ach. - Uśmiechnął się pod nosem do własnych wspomnień. - Wtedy, kiedy miałaś tak ślicznie potargane włosy i zaróżowione policzki od deszczu i wiatru?

Naprawdę tak o mnie wtedy pomyślał? Wzruszyłam ramionami.

Ścisnął moją rękę mocniej.

- Spotkałem ciebie, bo się spóźniłaś. A potem, wylałem na ciebie moją kawę, przez co rozmawialiśmy ze sobą. No cóż, nie można tego nazwać rozmową, ale to zawsze coś na początek, prawda?

- Czyli nie cieszyłeś się, że się spóźnię? Bo pomyślałam sobie, że jesteś świnią.

- Cieszyłem się, że się spóźniłaś. - Skrzywiłam się, na co roześmiany pokręcił głową. - Bo miałem możliwość spotkania ciebie.

- Jak na faceta, który nie chodzi na randki, to potrafisz być bardzo romantyczny.- Mruknęłam

- Robię, co mogę, Caroline. - Oznajmił czarująco.

- Dlaczego?

- Dlaczego, co?

- Dlaczego cieszyłeś się, że mnie poznałeś?

Zmrużył oczy. Chyba próbował się rozeznać czy pytam poważnie.

Przekrzywił głowę na bok.

- Byłaś jedyną osobą, która nie bacząc na to, kim jestem nie bała się mi powiedzieć prawdy. - Zmarszczyłam czoło. - Nie masz pojęcia, jak trudno znaleźć takiego człowieka w dzisiejszym świecie będąc mną. - Dodał ciszej, z lekkim smutkiem.

Przegryzłam wargę.

- Ale ja naprawdę nie wiedziałam kim byłeś.

Uśmiechnął się szybko, odpędzając swoje myśli.

- Ale wiesz kim jestem teraz. I to nadal nie powstrzymuje cię przed powiedzeniem mi: nie.

Prychnęłam.

- Żebyś potem nie udawał, że nie wiedziałeś: sprawiasz, że jest to cholernie trudne.

- Cały mój urok. - Oznajmił, obdarzając mnie onieśmielającym uśmiechem.

- Och, bez przesady, jest jeszcze twój uśmiech z dołeczkami. On także działa cuda.

- Kolejna rzecz, którą muszę zapamiętać.

Zachichotałam.

Oparłam czoło o jego ramie i pozwoliłam się prowadzić w tym tańcu. No cóż, to tak naprawdę nie był taniec, tylko dyndanie to w prawo to w lewo, ale tak naprawdę muzyka nam na nic więcej nie pozwalała.

Przymknęłam oczy, z rozmarzonym uśmiechem. Wdychałam jego zapach.

Boże, sprawiał, że raz doprowadzał mnie do szewskiej pasji, a kiedy indziej, nie mogłam się od niego oderwać i czułam się przy nim bezpiecznie.

- Mógłbym tak stać wieczność, naprawdę nie mam nic przeciwko, ale mój znajomy macha do mnie. A jak on macha, a jest największym luzakiem świata, to coś musi się dziać.

Odsunęłam się od niego, orientując się, że piosenka już dawno temu się skończyła, a ludzie wokół nas zaczęli tańczyć tango. No cóż, przynajmniej próbowali.

Przytaknęłam szybko.

- Idź, idź.

Zerknął w stronę swojego znajomego, po czym uśmiechnął się do mnie przepraszająco.

- Przyniosę lampkę szampana. Poczekasz tu na mnie?

Uśmiechnęłam się zalotnie.

- Oczywiście.

Obdarzył mnie tym wyjątkowym uśmiechem, tym z dołeczkami. Obserwowałam jego plecy, kiedy oddalał się.

- Caroline... - Przestraszona, spojrzałam w prawo. Esther trzymała mnie za moje ramie, z przejęciem patrząc w miejsce gdzie Klaus wmieszał się w tłum. Spojrzała na mnie w szoku. - Coś ty z nim zrobiła?

- Nie rozumiem.

- Ostatnim razem, kiedy tak się uśmiechał, pobił mojego ochroniarza, który nas okradał.

Uśmiechnęłam się głupkowato, spoglądając w dal, wzrokiem poszukując Klausa. Stał obok starszego mężczyzny i uśmiechnięty rozmawiał z kimś. Przytulił jakąś kobietę na powitanie i...

Zaraz, zaraz. Ta kobieta stanowczo zbyt długo szeptała mu coś do ucha. A on uśmiechał się zbyt szeroko.

Zmrużyłam oczy.

Nie jestem zazdrośnicą, naprawdę. Ale fakt, że ta kobieta miała metr osiemdziesiąt, wymiary 80-60-80, idealne piersi, pupę, długie kasztanowe włosy opadające kaskadą na plecy i piękny, perlisty uśmiech wcale, a wcale nie pomagał.

- Tylko nie to.

Spojrzałam na matkę Klausa.

No i jeszcze do tego wszystkiego Esther.

Musiała znać tą kobietę, bo nie wyglądała na zbyt zadowoloną. Zerknęła na mnie niezręcznie.

Odchrząknęłam.

Ja także znałam tą kobietę. Z gazet Eleny. Tatia Petrova, piękna Bułgarka, znana z tego, że była w bardzo długim związku z milionerem. W tym przypadku, z Klausem.

Zerwali ze sobą cztery lata temu, Tatia wyjechała, a Klaus został. Według Eleny, nigdy więcej się nie spotykali.

I nagle, dziwnym trafem losu, pojawia się akurat dziś, łasząc się do Klausa, jak kotka na rozgrzanym blaszanym daszku.

Zerknęli w moją stronę szybko. Boże, rozmawiali o mnie? Wyglądałam okropnie z tym marsem na twarzy.

Całe moje szczęście.

Przełknęłam ślinę, zauważając, jakim uśmiechem Klaus obdarzył Tatie.

Szybko odwróciłam wzrok, czując, jak zaciska mi się supeł w żołądku.

Uśmiech z dołeczkami.

A najgorsze było to, że do tej pory myślałam, że ten uśmiech był zarezerwowany tylko dla mnie.


Zignorowałam dreszcz zimna i bez najmniejszego ruchu, nadal wpatrywałam się w niebo.

Esther naprawdę wybrała piękne miejsce na te przyjęcie. W oddali od centrum Nowego Jorku było cicho i spokojnie, a powietrze było czyste, przez co obserwowanie gwiazd nagle stało się łatwe.

W oddali krzątali się robotnicy, przygotowujący pokaz fajerwerków.

Odetchnęłam głęboko, o dziwo, byłam spokojna. Zerknęłam na budynek, w którym zabawa trwała w najlepsze. Powinnam wrócić, ale z drugiej strony chyba nikt nie zauważył mojego wykradnięcia się na ogród.

A w szczególności Niklaus.

Prychnęłam do własnych myśli.

Przyznaję, jestem zazdrośnicą. Do takiego stopnia, że dziewczynę mojego brata traktuję, jak Voldemort Harrego Pottera. Jednak to nie moja wina, że jest ona rudowłosą, dwulicową, wredną lisicą. W innym przypadku byłabym bardzo tolerancyjna.

A więc, kiedy zauważyłam dawną miłość Klausa u jego boku, nie będę kłamać, zakuło mnie coś. Jednak musimy zachowywać się, jak na dorosłych przystało, choć Klaus czasami przypomina dużego dzieciaka.

Ze stoickim spokojem wypiłam jednego drinka z Esther, potem drugiego, trzeciego...czwartego i...

Nie pamiętam.

Spojrzałam na zegarek, obdarzając go gniewnym spojrzeniem, tak, jakby to on był winny mojego paskudnego humoru.

Dwie godziny. Już od piętnastu minut stoję tutaj, a godzinę i czterdzieści pięć minut stałam, jak ta kłoda gdzieś na sali, próbując się za bardzo nie rzucać w oczy, jednocześnie widząc, jak Klaus przez ten cały czas przyjemnie spędza czas z, argh, Tatią.

Chyba nie ma takiej kobiety na świecie, która nie byłaby zazdrosna w takiej sytuacji. Ba, dam sobie rękę uciąć, że każda byłaby wściekła, ale ja, jakoś opadłam z sił. Byłam tylko ciekawa, jak zareaguje Niklaus, kiedy w końcu się skapnie, że wyszłam z sali.

O ile w ogóle się zorientuje.

- Będziesz chora.

O wilku mowa.

Uśmiechnęłam się gorzko na szorstki ton głosu Klausa. Poczułam, jak kładzie na moich ramionach swoją marynarkę.

Spojrzałam na niego. Nie wyglądał na radosnego.

- Nie twoja sprawa. - Syknęłam. Zmrużył oczy, uśmiechając się ironicznie.

- Przerabialiśmy już to. - Stwierdził stanowczo. Westchnęłam.

Ta, bla, bla, bla, gadaj zdrów, a głupiemu radość.

- Co tutaj robisz? - Spytałam, mając nadzieje, że wyczuje ironie.

Tym razem, jego oczy zmieniły się w szparki.

- Zniknęłaś, więc zacząłem cię szukać.

Udałam dziecięce zaskoczenie, wybałuszając oczy.

- Co ty nie powiesz? Zniknęęęłłaaaam? Coś podobnego.

Roześmiał się, choć wcale nie widziałam radości w jego oczach. Nagle, ta cisza i spokój stały się krępujące.

- Dlaczego wyszłaś? - Przyzwyczajona, dostrzegłam, że on nie pyta. On po prostu żąda odpowiedzi.

Czy to nie oczywiste? Zobaczył tylko swoją dawną miłość i zapomniał o mnie na półtora godziny!

- Zgadnij. - Mruknęłam, odwracając wzrok od jego penetrującego spojrzenia.

- Zachowujesz się niedorzecznie.

- Nie bardziej niż ty.

Jęknął bezradnie. Stanął w ramie w ramie ze mną, także spoglądając w gwiazdy i zakładając ręce na piersi.

- Będziemy tak tu stać i marznąć?

Wzruszyłam ramionami.

- Nie zatrzymuję cię.

- Irytujesz mnie. - Sapnął.

Spojrzałam na niego ze słodkim uśmieszkiem.

- Jak dobrze wiedzieć. I vice versa.

Pokręcił bezradnie głową, patrząc na mnie błagalnie. Przegryzłam wargę.

Czy to było naprawdę możliwe, że nie zrobił tego z premedytacją? Czy on naprawdę był taki zielony w tych sprawach?

On szczerze nie wiedział, co zrobił źle.

Uśmiechnęłam się słabo, chłód wobec niego nagle zmalał, kiedy obserwowałam jego zmęczone oczy.

Był taki doświadczony i niewinny zarazem.

- Nie składaj przysiąg, których nie jesteś w stanie dotrzymać.

Przekrzywił głowę na bok, zaciskając usta w cienką kreskę. Odezwał się po chwili ciszy.

- Nie rozumiem.

I szczerze mówiąc, nie miałam mu nawet tego za złe. On naprawdę mnie nie rozumiał.

Westchnęłam, nadal obdarzając go tym protekcjonalnym uśmiechem. Znałam już go parę tygodni, ale nadal za każdym razem patrzyłam na niego z zachwytem.

I uświadamiało mi to, że nie pasowaliśmy do siebie. Najzwyczajniej w świecie, byliśmy po prostu zbyt rożni. Oczywiście, moi rodzice są świetnym małżeństwem, a mają dwa odmienne charaktery, jednak ja i Klaus to zupełnie inne... dwa światy.

Potrzebował takiej kobiety, jak Tatia. Takiej, która przyciąga uwagę innych, piękną i zaradną kobietę.

Nie Caroline Forbes, zwykłej prawniczki, która uwielbia oglądać komedie romantyczne i kryminały, zajadając lody czekoladowe i każdego nowego roku postanawiającej się odchudzić, co zawsze kończy się tak samo.

Na jednym dniu głodówki, a potem wielkie zakupy w Walmarcie, gromadząc zapasy, na co najmniej tydzień, które pożrę w dwa dni.

Byłam zbyt zwykła, a on zbyt nierealny. Nierealny dla mnie.

- To nie ma sensu, Niklaus. - Kiwnął głową, sygnalizując, że nadal nie ma pojęcia o co mi chodzi. - Nie pasujemy do siebie. - Spuściłam wzrok, próbując nie zwracać uwagi, jak jego figura automatycznie ulega zmianie.

Spięty, pozwolił opaść swoim rękom wzdłuż tułowia. Stanął prosto i chyba czekał na wytłumaczenie.

- Po prostu, nie ma sensu tego ciągnąć. Tak czy inaczej, jedno z nas skończy skrzywdzone, a tego oboje nie chcemy, więc...

- Więc...? - Warknął.

Odchrząknęłam.

- Więc powinniśmy skończyć to, jak najszybciej. Póki się nie przywiążemy.

- To przez Tatie? - Przewróciłam oczyma. - Na miłość boską, przyjechała się ze mną pożegnać, za parę dni wychodzi za mąż i wybiera się w podroż dookoła świata. Nic do niej nie czuję.

Westchnęłam. No dobra, nie powiem, że nie poczułam się lepiej, bo, wstyd przyznać, ale tak było.

Jednak Tatia tylko pomogła uświadomić mi parę spraw.

- Tu nie chodzi o Tatie. Chodzi o ciebie i mnie.

Nachylił się do mnie, ciskając na mnie gromy.

- O nas?

Wytrzymałam jego stalowe spojrzenie, nie będąc tak naprawdę pewna, jak.

- Nie ma nas, Niklaus.

- To ty mówiłaś, że warto. Warto próbować, a jeśli nie, przekonujesz się, że wyszedłeś z tego silniejszy.

Prychnęłam.

- Kłamałam. Tak się nie dzieje, kiedy tracisz rozum. Stajesz się maszyną, która nie myśli racjonalnie i jedyne, co dla niej się liczy jest ta druga osoba. To nie jest zdrowe. To nie jest zdrowe, kiedy uczucie cię całkowicie pochłania.

Przełknął ślinę nerwowo. Otworzył buzie, by znów ją zamknąć. Walczył ze sobą. Przymknął oczy, unosząc w górę głowę. Nagle, otworzył je gwałtownie i spojrzał na mnie zaciekle.

- No to mamy problem, moja droga. Bo przy tobie tracę rozum.

Otworzyłam buzie, zaskoczona tym wyznaniem z jego strony. Dlaczego? Dlaczego on tak wszystko utrudniał?

Zdjęłam szybko jego marynarkę i wcisnęłam mu ją w rękę, wyminąwszy go.

- Idę się napić. - Mruknęłam. Zrozumiał aluzje doskonale. Nie szłam do środka, aby się napić, tak naprawdę szłam, aby być z daleka od niego.

A on został.


- Wynocha.

Nawet nie byłam zaskoczona, naprawdę.

Peter Jakiś-Tam, spojrzał w prawo. Ni skąd ni zowąd, Niklaus pojawił się u mojego boku, patrząc groźnie na Petera.

Petera, który był naprawdę miłym gościem. I był przystojny. Jeszcze parę miesięcy temu skakałabym z radości, ale teraz, znając Klausa Mikaelsona, każdy mężczyzna wydawał się mikrym substytutem. I nawet nie flirtowaliśmy.

Peter wyglądał na nieco przerażonego, a ja ze stoickim spokojem spojrzałam na Klausa.

On także wydawał się spokojny. Jednak jedno słowo robi wielką różnice. Był w furii, zorientowałam się po jego charakterystycznej, jak to moja mama mówi 'koguciej postawie' i drgającym mięśniu na szczęce.

- Klaus, spokojnie...

Uniosłam brwi do góry. Peter znał Klausa.

- Ja się nie powtarzam, Peter. Zjeżdżaj.

Przełknęłam ślinę, rozglądając się ukradkiem wokół. Dzięki bogu, większość ludzi było już nieco wstawionych i tańczyli na parkiecie, a barek, przy którym siedziałam z Peterem zrobił się pusty, oprócz, oczywiście, barmana.

Zresztą, on też się ulotnił, kiedy tylko zobaczył Klausa w takim stanie. Innego by wyprosił, ale... no, to był przecież Klaus Mikaelson.

Peter spojrzał na mnie porozumiewawczo.

- Caroline, jeśli chcesz mogę cię stąd...

Nie zdążyłam nawet odmówić, kiedy uprzedził mnie cichy, podsiany groźbą głos Klausa.

- Zniszczę cię, jeśli nie usuniesz się stąd w przeciągu trzech sekund.

Po dwóch sekundach, po Peterze nie było śladu. Został tylko po nim niedokończony drink.

Prychnęłam.

- Jesteś okropny. - Stwierdziłam, patrząc na mroczny półuśmiech Klausa.

- A ty odkrywcza. - Spojrzał na mojego drinka, a potem powoli przeniósł wzrok na mnie. - Idziemy. - Mruknął stanowczo.

Chapnął mnie za nadgarstek i lekko popchnął do przodu. Nie był niedelikatny, ale miły także nie.

Szliśmy przez sale pełną pijanych i szczęśliwych ludzi, kierując się do wyjścia, a ja nawet nie miałam mu jak uciec, bo stalowa ręka, w której trzymał moją dłoń, nie pozwalała mi się oddalić od niego nawet na pół metra.

Z oddali pewnie wyglądaliśmy, jak zmęczona para, która wychodzi z przyjęcia. Boże, jak czasami pozory myliły.

Nie zostało mi nic, jak nawiązanie rozmowy.

- Kim on był? Peter?

Nie obdarzając mnie spojrzeniem, odpowiedział:

- Jednym z moich partnerów biznesowych.

Odkaszlnęłam.

- I tak go potraktowałeś?

Roześmiał się szyderczo.

- Jest nikim. Gdyby nie ja, skończyłby, jako narkoman gdzieś na Brooklynie.

Wzdrygnęłam się. Młody chłopak otworzył nam drzwi i w szybkim tempie znaleźliśmy się na parkingu, przy luksusowym aucie Klausa.

- Gdzie jedziemy?

Otworzył mi drzwi, patrząc na mnie nalegająco, kiedy stanęłam, jak wryta i nie chciałam wejść do jego samochodu.

- Do domu. - Burknął.

- Mojego?

Zmrużył oczy.

- Nie. Mojego.

- Możesz mnie po prostu zawieźć do mojego mieszkania. - Mruknęłam cicho.

Uśmiechnął się drapieżnie, opierając się nonszalancko o drzwi.

- Nie skorzystam, mam inne plany.

Poczułam dreszcz na plecach, zmrużyłam oczy.

- Jakie... plany?

- Dobrze wiesz, jakie.

Sapnęłam. Boże, on naprawdę miał to na myśli. I nie wiem, czy to przez alkohol, czy może po prostu dlatego, że byłam tak napalona, uznałam, że to idealny pomysł.

Obdarzyłam go chłodnym spojrzeniem.

- Mam zamiar się opierać. - W miarę możliwości, oczywiście.

Przegryzł wargę.

- Mam taką nadzieje.

I wsiadłam. Wsiadłam, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że zawieram pakt z diabłem.


- Boże... – Mruknęłam w jego ucho, kiedy gwałtownie całował moją szyję. Oddychałam głęboko i szybko, jakbym co najmniej przebiegła maraton.

Gwałtownym ruchem zdjął z siebie marynarkę, po czym znów jedną dłonią złapał mnie za talię, a drugą włożył w moje rozpuszczone włosy, jakby bał się, że gdzieś ucieknę.

Nagle, spojrzał na mnie z lekko otwartą buzią i oczyma trzeźwo patrzącymi na mnie.

- Bóg tu nie pomoże, Caroline. – Przełknęłam ślinę, a mój wzrok powędrował do jego ust. I stało się.

Wbiłam się w jego usta i popchnęłam na ścianę, zakładając ręce na jego szyję. Czułam, jak Klaus rozpina moją sukienkę, więc zajęłam się jego koszulą. Był już bez niej, kiedy oderwałam się od jego ust.

Patrzył na mnie w bezruchu z oczyma pociemniałymi żądzą.

Jego klatka piersiowa wznosiła się i opadała gwałtownie. Delikatnie położyłam dłoń na jego torsie, na co wstrzymał oddech.

Uśmiechnęłam się zawadiacko z szelmowskim błyskiem w oku. Byłam jego słabością.

Zmrużył oczy i napiął mięśnie, ale sądziłam, że po prostu znów się nachyli w moją stronę i nastąpi część dalsza tego wieczoru, jednak zamiast tego pocałował mnie namiętnie, łapiąc mnie za pośladki i podnosząc do góry. Nagle, to ja znalazłam się pod ścianą, więc owinęłam swoje nogi wokół jego tułowia.

Jego usta schodziły coraz niżej, a ręce badały każdy skrawek mojego ciała.

Jęknęłam głośno, opierając głowę o ścianę i zerkając w bok.

Byliśmy w apartamencie Klausa. Apartamencie, który widziałam po raz pierwszy. I był urządzony zupełnie inaczej niż sądziłam. Zamiast sterylnych pomieszczeń, pustych i nowoczesnych, było tutaj przytulnie. Czułam się, jakbym oglądała serial z lat pięćdziesiątych; skóra, drewno i jeszcze raz skóra. I mimo tego, że zazwyczaj takie domy mnie przytłaczały, tutaj wszystko do siebie idealnie pasowało. Brakowało tylko stołu do bilardu na środku. No dobra, to był sarkazm. Jeszcze czego. Mój wzrok powędrował do kominka, oczywiście, obudowanego czymś, co imitowało drewno i zauważyłam jedno zdjęcie. Duże, oprawione w jasną ramkę, co pewnie było prezentem, skoro Klaus nie lubuje się w takich rzeczach.

Na zdjęciu były trzy osoby. W środku znajdowała się naburmuszona blondynka, choć w jej oczach widać było ten błysk, błysk, który ja także miałam, kiedy przebywałam ze Stefanem. Pomimo tego, że mnie denerwował, to zawsze uwielbiałam z nim przebywać. Z jednej strony pewien brunet przybliżył swoją głowę do jej, uśmiechając się uroczo. Z prawej strony stał uśmiechnięty Klaus, rozluźniony, w zwykłej granatowej bluzie i z ręką zawieszoną na jej ramieniu. Byli chyba rodzeństwem.

A ja kompletnie nie miałam pojęcia, że on ma brata i siostrę.

Bo ja w ogóle go nie znałam.

Co się ze mną działo, na miłość boską? Tak, czasami lubię zaszaleć, przespać się z chłopakiem, którego znam od kilku tygodni. Ale to były studia. Okres, kiedy każdego chłopaka, który na mnie spojrzał, traktowałam, jako potencjalnego przyszłego męża.

I popatrzcie gdzie teraz jestem. Jako samotna pani prawnik, nadal panna. Boże, nawet nie mówię już singielka, pranie mózgu mojej matki robi swoje.

I życie nauczyło mnie, że czasami trzeba iść na całość, ale są takie sytuacje, kiedy…

Kiedy po prostu nie możesz. Coś w środku ci nie pozwala.

- Nie. – Powiedziałam głośno, zaciskając zęby i łapiąc rękę Klausa. Spojrzał na mnie, z pytającym wyrazem twarzy i przekrzywiając głowę.

- Coś się stało? – Spytał cicho.

Spojrzałam prosto w jego niebieskie oczy, które teraz patrzyły na mnie z troską. Pokręciłam przecząco głową.

- Nie jestem gotowa. Nie teraz. – Szepnęłam cicho. Boże, dałam facetowi nadzieje, a teraz się wycofywałam. Uniósł brwi do góry. Skubaniec doskonale wiedział, że chodzi mi o co innego. Westchnęłam, puszczając jego rękę i odpychając go lekko. – Nie znamy się! Wszystko, zawsze sprowadza się do jednej rzeczy; nie znamy się i nie mam zamiaru iść do łóżka z facetem, o którym nawet nie wiedziałam, że ma rodzeństwo.

Odetchnął głęboko, zakładając ręce do tyłu. Po chwili, przytaknął.

- Rozumiem. – Mruknął.

Co?

No dobra, miło wiedzieć, że jest prawdziwym gentlemanem, ale szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tego.

- Okej. – Odpowiedziałam, rozglądając się nerwowo.

Niezręcznie, to niedopowiedzenie roku, jeśli chodzi o to, abym określiła, jaka teraz panowała atmosfera między nami.

- Zostaniesz na noc? – Spiorunowałam go wzrokiem, kiedy uśmiechnął się uspokajająco. – W pokoju gościnnym. Jest już dawno po północy, nie będziesz się tłukła po Nowym Jorku o tej porze, co?

Westchnęłam. Miał rację i wiedziałam o tym, ale i tak trudno przejdzie mi to przez gardło.

- Dobrze.


Warknęłam, kiedy jakieś krzyki obudziły mnie. Automatycznie pomyślałam sobie, że pewnie znów dziewczyny postanowiły zabawić w nocy i wypiły nieco więcej wina niż powinny były. I nadal nie otwierając oczu, miałam zamiar im odkrzyknąć, aby łaskawie zamknęły swoje jadaczki. Zazwyczaj to nie pomagało, ale zawsze uwielbiałam się na nie wydrzeć.

Ale wtedy zorientowałam się, że to nie były kobiece krzyki i, że nie jestem w swoim łóżku.

I sobie przypomniałam. Wszystko.

Och, boże.

Dla upewnienia, najpierw otworzyłam jedno oko. W egipskich ciemnościach zauważyłam zarys pokoju, który na pewno nie był moim. Potem przyszła pora na drugie oko.

- Nie. Nie mogę. - Niklaus Mikaelson krzyknął, kiedy już zaczynałam myśleć, że to był tylko sen.

Zmrużyłam oczy, wytężając słuch i spoglądając w stronę uchylonych drzwi do korytarzu.

Wstałam z łóżka i spoglądnęłam w dół na swoje ubranie. Dał mi swój dres, przez co wyglądałam, jakbym miała ciuchy starszego brata. Z drugiej strony, kto mnie widzi.

Wyszłam na cichy korytarz i pchnęłam otwarte drzwi do pokoju Klausa. Miał koszmar, a ja nie mam zamiaru wsłuchiwać się w jego krzyki całą noc, szczególnie, kiedy padam z nóg. Wtedy nie jestem zbyt miłym człowiekiem.

Gadał przez sen. I chyba nie śnił o Karaibach. Stanęłam nad nim i patrzyłam, jak mocno zacisnął powieki i otworzył usta szeroko, łapiąc łapczywie powietrze. Już miałam go obudzić, kiedy zatrzymało mnie jego warknięcie.

- Skrzywdzę ją.

Wiem, byłam okropna, ale przez myśl przeszedł mi pomyśl, aby może go nie obudzić i wtedy dowiedziałabym się czegoś więcej z jego jęków. I szybko uświadomiłam sobie, że nie mogłabym patrzeć, jak cierpi. Bo on naprawdę miał koszmar.

Wysunęłam rękę i potrząsnęłam jego gołe ramię. Szybko otworzył oczy i zaspany, podniósł nieco głowę, patrząc na mnie pytająco.

- Miałeś zły sen. - Szepnęłam. Nie wyglądał na zdziwionego. Albo po prostu był śpiochem i nie był zbyt komunikatywny w środku nocy. Parsknęłam cicho, patrząc na jego rozczochrane włosy i zdezorientowaną minę. Wyglądał słodko, że aż było to dziwne. Uśmiechnęłam się lekko. – To ja już pójdę.

Odwracałam się, kiedy złapał mnie za dłoń.

- Zostaniesz? - Wychrypiał. Spojrzałam na wygodny fotel stojący w rogu, tuż przy łóżku Klausa. O co mu chodziło?

No dobra, jeśli chce, to mogę trochę posiedzieć. Jak tylko uśnie to wracam do łóżka.

Usiadłam, rozkładając się wygodnie w głębokim fotelu i spoglądając na niego. Z tajemniczym uśmiechem przypatrywał się mi. Przewróciłam oczyma.

- Śpij. – Mruknęłam.

I chyba po raz pierwszy w życiu, posłuchał się mnie. Obrócił się w moją stronę, położył głowę na poduszce i wtulił się w nią.

Poczułam jego wzrok na sobie, więc zerknęłam na niego. Z jednym otwartym okiem patrzył na mnie, uśmiechając się leniwie. Podniosłam brwi do góry, pytająco.

- Nic. - Mruknął, zamknąwszy oczy z tym słodkim, spełnionym uśmiechem.

Ugh, to był ten uśmiech. Ten łobuzerki i zwiastujący kłopoty.

Położyłam głowę na zagłówku, przymykając oczy. Tylko minutka i zaraz wrócę do siebie.

Tylko minuta.


Dłuuuuuugi rozdział :D Może to nie był typowy bal i pewnie nie taki, jak sobie wyobrażaliście, ale już od dawna w głowie miałam plan tego rozdziału ;) Dajcie znać, czy się spodobał :) Dziękuję za poprzednie komentarze!

PS: Ach i spodziewajcie się wspaniałych Pierwotnych w następnym rozdziale :D Mam nadzieję, że uda mi się ich napisać tak dobrze, aby oddawali ten cały swój urok, za który tak bardzo ich uwielbiam ;)

Do napisania!