Miłego czytania!


Rozdział 8

Z grymasem na buzi otworzyłam oczy z zamiarem dowiedzenia się, czy aby nie przespałam całego dnia. W moim przypadku było to bardzo prawdopodobne. Wykrzywiając głowę spojrzałam w prawo na szafkę nocną, ale nie było na niej zegarka. Ani mojego wisiorka i ramki ze zdjęciem mnie, Eleny i Bonnie z ukończenia liceum.

Bo to nie była moja szafka, a ja nie spałam w swoim łóżku.

Sapnęłam, zakrywając usta ręką.

Cholera. Po co ja zostałam w sypialni Klausa? Było po drugiej w nocy i było jasne, że szybko zasnę, a, jak ja zasypiam, to nic mnie nie dobudzi. I w dodatku teraz leżałam w jego łóżku. Całe szczęście, że nie spał tuż obok.

Rozejrzałam się ostrożnie po pokoju, przypominając sobie szczegóły wczorajszej nocy.

Ciemne ściany i dębowa podłoga. Było tu ponuro i... obco. Chyba nikt nie chciałby mieć takiej sypialni.

I właśnie, dlatego wiedziałam, że to sypialnia Klausa.

Wstałam powoli, było pewnie jeszcze wcześnie i gdybym była u siebie to leżałabym do góry brzuchem do drugiej po południu, oglądając jakiś film albo bym po prostu nie wychodziła z łóżka, ale byłam u Klausa. U Klausa Mikaelsona.

I sytuacja wymagała szpiegowania.

Znaczy się, nie jestem taka, naprawdę. Ale Elena i Bonnie nigdy by mi nie wybaczyły gdybym nie sprawdziła za ile ma kupioną garderobę.

Nie, żebym sprawdzała, ale...

No dobra, to nie wina moich psychicznych przyjaciółek, to cała ja. Po prostu ciekawość mnie zżerała.

I wstyd.

Bo jeszcze dwanaście godzin wcześniej kłóciłam się z nim, a godzinę później chciałam pójść z nim do łóżka.

Zaintrygowałam Klausa tym, że byłam nieodparta na jego urok, a teraz...

O mały włos nie dostał tego, czego chciał. Koniec wielkiego snu z bogatym księciem w roli głównej. Dokładnie, tak jak przypuszczałam.

Zmrużyłam oczy.

Ale to nie przeszkadzało mi trochę powęszyć.

Zsunęłam się z ogromnego łóżka, w którym można się nawzajem szukać i rozglądnęłam się w poszukiwaniu szafy. Nie miał jej. Ale za to były trzy drzwi. Jedne prowadziły na korytarz, drugie do łazienki i trzecie do...

Cholera. On miał garderobę.

Przegryzłam wargę.

Pewnie miał w niej setki koszul od Armaniego.

Spojrzałam w dół. Miałam na sobie koszule. Koszule Klausa.

Uśmiechnęłam się z nostalgią. Trudno, nie mam zamiaru się na razie ubierać w suknie z poprzedniego wieczoru.

Powoli, otworzyłam drzwi, bojąc się, że zaskrzypią, ale kiedy odpowiedziała mi cisza zorientowałam się szybko, że to przecież apartament. Tu pewnie nic nie skrzypiało i wszystko było ultra nowoczesne.

Korytarz prowadził w dwie strony, ale poszłam w lewo. Tam, na końcu znajdował się salon łączony z kuchnią.

Z bosymi stopami zmierzałam przed siebie, kiedy usłyszałam dobrze mi znany głęboki głos.

Zamarłam z ręką przy ścianie, przed uchylonymi drzwiami.

- Nie, Betty. Wiem, że zawsze mam spotkania zawodowe w niedziele, nie musisz mi przypominać. Tak, jak mówiłem, wszystko odwołaj.

Ucichł, wsłuchując się w słowa swojej rozmówczyni.

Stanęłam w drzwiach, kiedy już kątem oka zobaczyłam, że stoi plecami do drzwi. Rozmawiał z kimś przez telefon.

Z ręką w kieszeni od czarnych dżinsów, spoglądał na widoki, które rozciągały się za oknem.

Ten facet miał najlepszy gust, jeśli chodziło o wybór najpiękniejszych miejsc do pracy i zamieszkania.

- Wszystko odwołaj. Dzisiaj mam ważniejsze rzeczy do roboty.

Oparłam się o framugę, wyczekując, aż zauważy moją obecność.

Nie musiałam długo czekać. Odwrócił się i automatycznie jego wzrok padł na mnie. Uśmiechnął się chłopięco, wesoło i uroczo, mierząc mnie od góry do dołu. Odłożył telefon na biurko, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Przegryzłam wargę.

Nie miałam pojęcia, czy lubiłam to spojrzenie. Z jednej strony, czułam się specjalnie. Tak, jak marzyłam całe życie. Patrzył tak, jakbyśmy istnieli tylko my. Z drugiej strony, jego spojrzenie, aż paliło. I chyba zaczynałam się rumienić.

- Ważniejsze rzeczy? - Spytałam szybko, aby te napięcie między nami zelżało. - Czyli, jakie?

Zmrużył oczy, przechylając głowę na bok.

- Ty.

Rozchyliłam wargi, zdziwiona patrząc na Klausa. Nie przestawał mnie szokować. Z jednej strony, sądziłam, że nie potrafi się zaangażować i nie chciałam pchać się w jego ramiona, ale wtedy sprawiał, że zaczynałam myśleć, że mu naprawdę zależy. I leciałam do niego, jak ćma do ognia.

- Mógłbym się przyzwyczaić do tego widoku. Ty, w mojej koszuli, rano, w moim gabinecie.

Parsknęłam, patrząc, jak uśmiecha się drapieżnie i puszcza mi oczko.

- Jesteś zbereźny. - Mruknęłam, z udawanym oburzeniem.

Wzruszył ramionami.

- Jestem szczery. Nie to, co wy kobiety.

Wiedziałam, że powiedział to specjalnie. Uwielbiał się ze mną sprzeczać i mogłam to poznać po jego podniesionych brwiach. Czekał na moją reakcje.

Prychnęłam.

- My? Kobiety? Nie jesteśmy szczere? - Pokręcił głową, mrużąc oczy. Uśmiechnęłam się szeroko. - Powiedzieć ci coś szczerego? No dobra. Zawsze marzyłam to zrobić na biurku. - Cholera. Dlaczego to powiedziałam?! Ciocia całe życie mi powtarzała, żeby nie okazywać przywiązania. Wtedy oddajesz kontrolę.

Moja parszywa buzia.

Jednak Klaus roześmiał się dźwięcznie. Radośnie i... wolno. Odchylił głowę do tyłu i po postu roześmiał się. Nie ze mnie, byłam tego pewna. Po prostu cieszył się.

I było to naprawdę piękne uczucie. Wiedzieć, że to ja sprawiłam, że na jego twarzy gości uśmiech. Tak rzadki w jego przypadku.

- Przykro mi, ale dzisiaj nic z tego. - Dzisiaj? Czyli myślał poważnie o tej ofercie seksu na biurku? Spojrzał na mnie z rozbawieniem i błyszczącymi oczyma. - I kto tu jest zbereźny, Caroline?

Jak miło było usłyszeć moje imię z tak rana z jego ust. Wzruszyłam ramionami.

- Uczę się od najlepszych.

Elena dałaby mi za to Oscara.

- Chodźmy się ogarnąć, bo zaraz musimy wyjeżdżać.

Zmarszczyłam czoło, patrząc jak zwinnie zbliża się do mnie.

- Nie mam ciuchów.

- Dam ci dres. – Uniosłam brwi do góry, krzywiąc się.

Dres?

- Gdzie jedziemy?

Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę korytarzu.

- Niespodzianka.

Westchnęłam głęboko, na co odpowiedział mi kolejnym uśmiechem. No cóż, widać, że niedziela mu służyła.


Było już po dwunastej, jechaliśmy samochodem Klausa niezliczoną ilością uliczek, a ja nadal nie mogłam się nadziwić, że jest w tak dobrym humorze. Ale nie narzekałam. Był prawdziwym ideałem, kiedy nie rozkazywał.

- Zapomniałem ci powiedzieć; na twoje konto wpłynęły wszystkie pieniądze.

Zmarszczyłam nos, obserwując jego zadowolony uśmieszek.

- Co? - Burknęłam.

Jakie pieniądze?

- Pieniądze, które podstępem przesłałaś na moje konto, za prywatny szpital Eleny.

Zacisnęłam usta, próbując nie wybuchnąć.

Będę spokojna. Tym razem, będę ostoją spokoju.

- Bo to twoje pieniądze! - Krzyknęłam. No dobrze, byłam w gorącej wodzie kąpana.

Spojrzał na mnie na sekundę; z podniesionymi brwiami i aroganckim uśmiechem dał mi perfekcyjnie do zrozumienia, że ma gdzieś moje zdanie.

I moje pieniądze.

Sapnęłam, zakładając ręce na pierś.

- Nawet nie pozwolę ci zepsuć mojego humoru.- Mruknęłam pod nosem. Automatycznie, jego uśmiech się powiększył. - Ale wrócimy do tego. - Dodałam szybko, choć wiedziałam, że z nim nie wygram.

I kiedy tak spoglądałam na niego wkurzona, zauważyłam, że wjeżdżamy na wielki podjazd. Powoli, przed moimi oczyma wyrosła wielka willa.

Patrzyłam na piękne kolumny, zdobienia i wielkość budynku w oniemieniu.

Nawet nie zauważyłam, kiedy Klaus wyszedł z auta i otworzył drzwi po mojej stronie.

Wygramoliłam się z samochodu i stanęłam przy jego boku.

- Chodźmy.

W końcu, spojrzałam na niego. Obserwował mnie uważnie, wskazując dom.

- Gdzie jesteśmy? - Szepnęłam.

Uśmiechnął się powoli.

- Czekają na nas. Rebekah z chęcią cię pozna.

Uniosłam brwi do góry.

- Rebekah?

- Moja siostra.

Zaraz miałam poznać jego siostrę?

Całe szczęście, „dres" okazał się zwykłymi kobiecymi jeansami i koszulą. Kiedy spytałam go, jakim cudem ma takie ciuchy w domu, odparł, że jego gosposia trzyma zapasy. Były sporo za duże, ale było to zawsze lepsze niż koszula Klausa.

Klaus był już parę kroków przede mną, niemal przed drzwiami, za to ja nadal stałam jak wryta na podjeździe.

Odwrócił się, obdarzając mnie pobłażliwym spojrzeniem.

- Caroline...

Zrobiłam głęboki wdech. No dobra. Miał racje. Nie mogliśmy tak tu stać wiecznie. Przytaknęłam i ruszyłam do niego.

Otworzył drzwi, a ja weszłam do zupełnie magicznego świata.

No dobra, nie było tu żadnej magii tylko ogromna ilość kasy, ale prawda była taka, że takie rezydencje widziałam tylko w telewizorze.

Przede mną rozciągały się szerokie schody prowadzące na pierwsze piętro, a naokoło znajdowało się parę drzwi i dwa korytarze.

I chociaż był to jedynie hol, to i tak można się było domyśleć, jakie cuda czekają tuż za którymiś drzwiami w tym domu.

- To twój dom? Znaczy się, willa?

Klaus zamknął drzwi i stanął naprzeciw mnie.

- To dom mojej matki. Czyli, tak, mój także. Wychowałem się tutaj. - Odkaszlnęłam głośno, próbując ukryć zdumienie.

No dobra, nie byłam i nie jestem biedna, ale myśl, że w takim bogactwie wychowało się jakieś dziecko zadziwiała mnie.

- Zaraz wracam. Poczekaj tu.

Przytaknęłam. Klaus zmrużył oczy, tak jakby chciał się dowiedzieć czy, aby może nie ucieknę gdzie pieprz rośnie.

Uśmiechnęłam się uspokajająco.

- Idź.

Patrzyłam, jak oddalał się w korytarzu po mojej prawej. Szedł z lekkością i pewnością siebie. Co znów przypominało mi, jak bardzo się różniliśmy. Jedyne, co robiłam z lekkością, to potykanie się o swoje własne nogi.

Rozejrzałam się wkoło.

A więc byłam w jego rodzinnym domu. Byłam pierwszą, którą tu przyprowadził? A jeśli tak, to...

To jest to naprawdę coś ważnego. Bo na przekór wszystkiego, byliśmy tutaj, w jego domu. Razem. I wyglądało na to, że nie mogłam się bardziej mylić, co do niego. Co prawda, czasami był okropny, ale...

Ale jego zamiary wobec mnie wydawały się naprawdę szczere.

- Ach, czyż moje oczy mnie nie mylą? - Odwróciłam się gwałtownie, patrząc jak z innego korytarza wychodzi przystojny brunet. Mrużąc oczy, z zaciekawionym uśmiechem patrzył na mnie. - Cóż taka piękna istota robi w moim domu?

Stanął przede mną, przekrzywiając głowę.

Uśmiechnęłam się szeroko, zauważając podobiznę.

Być może nie w wyglądzie, ale na pewno w zachowaniu. Ten uśmiech, arogancja, pewność siebie i sposób mówienia.

Ten chłopak był bratem Klausa. I to jego zdjęcie widziałam w wczoraj w apartamencie.

- Caroline Forbes. - Przedstawiłam się.

Jego usta ułożyły się w literę O, jednak po paru sekundach uśmiechnął się czarująco.

- To ty.

- Czyli, kto?

Roześmiał się głośno.

- Matka mi o tobie opowiadała. Nik zabrał cię na bal. Zadziwiające.

Zmrużyłam oczy. Nik? Nazywał go Nik? Zagryzłam wargę, próbując się nie roześmiać.

- Czy to takie dziwne?

Wzruszył ramionami.

- Być może. Jeśli chodzi o Nika, nic nie jest pewne.

Przytaknęłam, kiedy po pomieszczeniu poniósł się władczy, kobiecy głos:

- Wara, Kol!

Spojrzałam w górę. Wysoka blondynka schodziła do nas z chłodnym uśmiechem. Stanęła przed Kolem, jak mniemam, zasłaniając mnie swoim ramieniem.

- Spokojnie, siostrzyczko. Poznawałem tylko naszą Caroline. Trochę kultury nie zaszkodzi, sama tak mówiłaś.

Zmrużyła oczy złowrogo.

- Szkoda, że przypominasz sobie o kulturze, kiedy tylko sobie zachciewasz. Tak, jak mówiłam, Kol. Z dala od nas. Nie dla psa kiełbasa.

Uśmiechnęłam się szeroko. Boże, byli zupełnie jak ja i Stefan. Mierzyli się wzrokiem, po czym Kol spojrzał na mnie.

- Nie przedstawiłem się. Kol Mikaelson.

Uśmiechnęłam się miło. Kobieciarz. Był nawet gorszy od Klausa i Stefana razem wziętych.

Kol przewrócił oczyma na swoją siostrę i odwrócił się powoli. Z gracją zniknął za jednymi z drzwi.

Blondynka odwróciła się do mnie z pewnym rodzaju zdegustowaniem na twarzy. Przyjrzałam się jej uważnie. Niebieskie oczy, blond, proste włosy i jasna cera. Nie była pięknością, jednak na pewno miała w sobie jakiś urok. To coś, co nie pozwala ci przejść obok takiej dziewczyny obojętnie.

I była ostatnią osobą, którą widziałam na zdjęciu.

- Przepraszam za niego, ale... to Kol. Nie da się tego wytłumaczyć.

Parsknęłam, przytakując.

- Rozumiem. Bracia.- Mruknęłam.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi.

- Rebekah, siostra Nika.

Ścisnęłam jej dłoń.

- Caroline. Niklaus mi o tobie mówił.

Uniosła brwi do góry.

- Same kłamstwa. Nie cierpi swojej młodszej, upierdliwej siostrzyczki. Nie, żebym była upierdliwa. – Przewróciła oczyma, obserwując mnie. Nagle, podniosła dłoń, wskazując na drzwi. - Chodźmy do ogrodu, oprowadzę cię.

Spojrzałam nerwowo w stronę, gdzie jeszcze niedawno zniknął Klaus. Zerknęłam na Rebekah. Uśmiechała się szczerze, czekając na moją reakcje.

Wydawała się naprawdę świetną dziewczyną.

- Miałam tutaj poczekać na Klausa.

Roześmiała się.

- Od kiedy jego się słuchasz? - Spytała retorycznie. Przegryzłam wargę. Już ją polubiłam.

- Prowadź.

Mrugnęła do mnie okiem.

- Tak trzymać.


- Nie odbierzesz? - Spytałam.

Bujałyśmy się na drewnianej ławeczce, spoglądając przed siebie na drzewa, przyprószone śniegiem.

Przykryłyśmy się kocem i rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym.

I Rebekah okazała się o wiele mniej skomplikowaną istotą niż jej brat. Przede wszystkim była dziewczyną i uwielbiała Sherlocka Holmesa.

I jak ja miałam jej nie lubić?

Rebekah odrzuciła połączenie i schowała swoją komórkę do kieszeni.

- Nie mam zamiaru użerać się z dupkami.

Ze zmarszczonym czołem patrzyła przed siebie.

- Dupek? – Spytałam.

Roześmiała się ironicznie, prychając głośno.

- Przespał się ze mną i nagle mu się wzięło na zwierzenia, że na jednej świat się nie kończy.

Skrzywiłam się.

- To faktycznie dupek. - Mruknęłam.

Rebekah zerknęła na mnie, mrużąc oczy.

- Jesteś pierwszą dziewczyną, którą Nik przywiózł na nasz rodzinny obiad w niedziele. A musisz wiedzieć, to tradycja w naszej rodzinie.

O cholera. Wiedziałam, co to znaczy tradycja w rodzinie.

Mija trzydzieści lat, a mężczyźni w mojej całej rodzinie nadal nigdy nie pójdą na mecz z kobietą.

Jedynym wyjątkiem byłam ja. Choć to się nie liczy, bo do pewnego wieku zachowywałam się bardziej, jak chłopak niż dziewczyna. Ale co innego miałam zrobić?

Wychowałam się w rodzinie pełnej facetów. Musiałam się przystosować.

- To dobra czy zła rzecz?

Złożyła usta w dzióbek, szczerze zastanawiając się nad moim pytaniem.

- Nie wiem. Ale tak czy inaczej...- Westchnęła, rozbawienie z jej oczu szybko zniknęło i zastąpiła je troska. - Nie zrań go.

Mrugnęłam parę razy.

- Nie mam takiego zamiaru. - Stwierdziłam cicho.

Rebekah uśmiechnęła się z ulgą.

- Ale, jeśli Klaus cię skrzywdzi, masz mi powiedzieć. Skopię mu tyłek. - Dodała z zawadiackim uśmiechem. Roześmiałam się głośno. Trudno było mi wyobrazić Klausa, besztanego przez Rebekah. Kuksnęła mnie łokciem w żebro. - Hej, dziewczyny muszą się trzymać razem, prawda?

Uśmiechnęłam się szeroko.

- Amen. - Zmrużyłam oczy. Zerknęłam na nią z ukosa. Przymknęła oczy, wystawiając twarz na słońce. - Jesteś całkowicie inna niż twoi bracia.

Otworzyła oczy, uśmiechając się smutno.

- Nik nie miał łatwego dzieciństwa. Ja byłam zbyt mała, aby pamiętać. On... jest trudny. Wszystko chowa pod swoją maską, ale w gruncie rzeczy szuka tego, co my wszyscy. Zrozumienia, swojego miejsca na ziemi i osoby, z którą te miejsce mógłby dzielić.

Nik nie miał łatwego dzieciństwa.

Uniosłam brwi do góry. Co to miało znaczyć?

- Tu jesteście! - Usłyszałam głos Esther za nami.

Zanim się odwróciłam, spojrzałam na Rebekah.

Przewróciła oczyma.

- I oto nadchodzi wścibska kobieta. - Burknęła, choć widziałam cień rozbawienia w jej oczach. Roześmiała się. - Nie żartuję. Będziesz się u niej czuła, jak agent 007 schwytany przez chiński wywiad.

Przełknęłam ślinę. No dobra. Wystarczająco Bondów się naoglądałam, żeby wiedzieć, że taka sytuacja jest bardzo niekorzystna.

Patrzyłam, jak Rebekah wstaje i kiwa głową, abyśmy ruszyły do Esther, która czekała na nas kilkanaście metrów dalej.

Uśmiechnęłam się przyjaźnie.

Nie może być tak źle, co?


Szczerze? Nie podoba mi się :) Jednak jestem zawalona robotą i wychodzę z założenia, że nie każdy rozdział musi być idealny. Mam nadzieję, że chociaż w małym stopniu podobało się Wam :D I obiecuję, że dam z siebie wszystko w kolejnym. Do napisania ;)