Miłego czytania!
Rozdział 14
- Niklaus...! - Stanęłam jak wryta, kiedy tak patrzyłam na boisko rozciągające się przed moimi oczyma.
Klaus odwrócił się gwałtownie i spojrzał na mnie pytająco.
Zignorowałam świadomość, że prezentuje się dzisiaj świetnie. W czarnym płaszczu, w białej koszuli pod spodem i zwykłych dżinsach z tymi włosami, rozwianymi przez wiatr. Chyba nigdy się nie przyzwyczaję, że on zawsze musi wyglądać dobrze.
Ugh, koga ja oszukuję, wyglądać obłędnie.
- Co? - Zniecierpliwiony, przekrzywił głowę.
Wskazałam ręką boisko przed sobą. Przed obiadem, Klaus postanowił mnie wyratować od swojej matki, bo znajdowałam się w krzyżowym ogniu pytań, więc poszliśmy na spacer po ogrodzie.
I było pięknie, naprawdę. Póki nie zobaczyłam tego.
I stało się jeszcze piękniej.
- To! - Wyminęłam go szybko, po czym zaczęłam biec przed siebie. Bonnie mi powtarza, że biegam, jak Jack Sparrow, więc próbowałam się nieco uspokoić, ale nie wychodziło mi to zbyt dobrze. Klaus śledził mnie wzrokiem, z jedną brwią uniesioną do góry, jakby chciał się dowiedzieć, czy aby ze mną nadal wszystko w porządku.
Odwróciłam się do niego, będąc już na idealnie zielonej trawie.
- Boisko do futbolu! - Rozpięłam ręce na całą szerokość, śmiejąc się głośno. - Macie własne boisko! Do futbolu! I jest ogromne!
Zmrużył oczy, nadal stojąc parę metrów ode mnie. Chyba bał się teraz do mnie podejść.
Ale to nie moja wina. Ja po prostu kochałam futbol. A ten tutaj miał własne boisko do grania.
Klaus nadal się nie odzywał, tylko patrzył na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
Oczywiście, bogaty dzieciak, mający wszystko. Dla mnie coś dziwnego, dla niego to normalność.
Wzruszyłam ramionami, zakładając ręce na biodra.
- Zawsze marzyłam o graniu w drużynie futbolu.
Przez moment, jego wyraz twarzy w ogóle się nie zmienił. A potem się roześmiał.
Powoli, skrócił dystans między nami, nadal śmiejąc się dźwięcznie.
- Ty? Dziewczyna?
Wytrzeszczyłam oczy.
- Że niby co?! Dziewczyna nie może?!
Stanął przede mną, nachylając się bliżej.
- Oczywiście, że może. - Mruknął ironicznie.
Zapowietrzyłam się.
- Cham z ciebie. - Syknęłam.
- W twoich ustach brzmi to, jak komplement. Po raz drugi.
Nie miałam argumentów. Pozostało mi tylko to, co zawsze robiłam swojemu bratu.
Walnęłam go mocno w brzuch.
- Ał! - Krzyknęłam, patrząc na swoją rękę zwiniętą w pięść. To bolało! Spojrzałam gniewnie na jego tors. - Co ty tam masz? Kaloryfer?
Uśmiechnął się zuchwale.
- Szczerze mówiąc, tak.- Odpowiedział z mrugnięciem oka.
Przewróciłam oczyma, odwracając się od niego i skierowałam się po piłkę, która leżała na środku pola.
- Skromny to ty nie jesteś, Mikaelson.
Szybko zrównał ze mną krok.
- No dobra, już. Przestałem. Tylko się przekomarzałem. - Prychnęłam głośno. – Caroline... - Zacisnęłam usta. Nie uda mu się tym razem.
Boże, był taki denerwujący. Najpierw sprawiał, że nie mogłam od niego oderwać wzroku, a potem potrafił mi tylko psuć krew.
Podniosłam piłkę do góry, uśmiechając się złośliwie.
- Wyzywam cię na pojedynek.- Cholera, cała ja. Najpierw mówiłam, a potem myślałam.
Klaus zmrużył oczy, patrząc na mnie poważnie. Po chwili uśmiechnął się z satysfakcją. Przyjął wyzwanie.
- Wiedz, że grałem w drużynie w liceum.
Czyż nie mógł być bardziej idealny?
Zignorowałam cichy głosik Eleny w głowie i skrzywiłam się.
- Stajesz równolegle ze mną, w ten sposób będziemy w tej samej odległości do punktu przyłożenia. Ja będę z piłką. Kiedy powiem start, zaczynamy biec. Zobaczymy czy zdołasz mi odebrać piłkę zanim przyłożę.
Roześmiał się pod nosem, wzruszając ramionami. Patrzyłam, jak oddala się na swoją stronę.
Automatycznie, mina mi zrzedła. Przegram. Był facetem, był szybszy. Cholera, ale wstyd.
- Gotowa? - Krzyknął. Zmrużyłam oczy. Przytaknęłam. - Na trzy. - Chyba, że go oszukam. No, to nie jest tak, że on nie oszukuje. Przecież ma dłuższe nogi. – Raz, d...HEJ!
Próbując się nie roześmiać, skupiłam się na drodze przed sobą. Biegłam przed siebie, wiedząc, że zostawiłam zaskoczonego Klausa za sobą.
Nie grałam fair, okej. Ale musiałam bronić swojego honoru.
- Oszukujesz!
O cholera. Był tuż za mną. Dobry był. Jeszcze tylko dwa metry. Jeden i...
- Ałłłł!
Klaus przygwoździł mnie swoim ciałem. W końcu, wylądowałam na plecach, z Klausem na sobie.
Sapnęłam. Wypuściłam piłkę z ręki, uśmiechając się szeroko.
- Przyłożenie. - Szepnęłam, patrząc w jego niebieskie oczy.
Uśmiechał się wesoło, w oczach widziałam błysk rozbawienia
- Oszukiwałaś. – Zarzucił mi.
Puściłam te bezpodstawne oskarżenie mimo uszu.
- Mówiłam, Niklaus. Nie lekceważ mnie. - Uśmiechnęłam się złośliwie.
- I tak dałbym ci wygrać. - Wzruszyłam ramionami. Teraz nie było to ważne. Wygrałam.
- Jednak twoja mina była bezcenna. - Zachichotałam, zakrywając buzie ręką.
Klaus zabrał ją i ścisnął.
- Dlaczego się zasłaniasz, jak chichoczesz? – Spytał cicho.
Otworzyłam buzie zaskoczona.
Zaczęło mi się robić gorąco, orientując się, że on nadal leży na mnie i nie zapowiadało się na to, aby miał zejść.
- Ja nie chichocze, Niklaus. Ja rechocze, jak świnia.
Zmrużył oczy, drugą dłonią, dotykając lekko mojego policzka. Był delikatny. Uśmiechnął się, jego dołeczki znów się pojawiły, dodając mu uroku.
- Lubię, kiedy chichoczesz. - Mówił z dziecinną szczerością, patrząc na mnie zafascynowany. - I lubię, kiedy się rumienisz. - Dodał po chwili, z łobuzerskim uśmiechem.
- Ja się nie rumienię! - Przytaknął pobłażliwie; i tak nie zmienię jego zdania. Wbiłam palec w jego dołeczki. Zdziwiony zmarszczył czoło.
- A ja lubię twoje dołeczki.
- Nie mam dołeczków.
- Masz. Czasami, kiedy się uśmiechasz do mnie.
- Ach. Te dołeczki są zarezerwowane specjalnie dla ciebie.
- Miałam taką nadzieje. - Odparłam szybko.
Patrzyłam na niego, zastanawiając się, jakim cudem potrafi mieć tak dwie odrębne twarze.
Czasami był oziębły i niemiły, a teraz...
Teraz był czymś więcej. O wiele więcej niż kiedykolwiek marzyłam.
- Obiad!
Przewrócił oczyma, kiedy usłyszeliśmy jego matkę w oddali. Zachichotałam, tym razem także się zasłaniając, na co uśmiechnął się pod nosem w odpowiedzi.
- Jesteś zmęczona?
Oderwałam wzrok od radia, gdzie szukałam jakieś fajnej piosenki. Klaus zatrzymał się na czerwonym świetle i spojrzał na mnie uważnie.
Uśmiechnęłam się uspokajająco.
- Nie. Oczywiście, że nie. Było świetnie, naprawdę.
- Mogłem bardziej przyprowadzić Kola do porządku.
Westchnęłam głośno.
- Zbeształeś go przy wszystkich za to, że podawał mi pieprz. Większego rygoru nigdzie nie widziałam. - Burknęłam, wracając do radia.
- To Kol. Za parę lat zrozumiesz.
Za parę lat? Czyli... Cholera, on naprawdę traktował mnie poważnie.
Albo po prostu tak mu się powiedziało.
- Zawieź mnie pod moje mieszkanie. Mam dużo roboty.
- Nie.
Zmierzyłam go wzrokiem, zdziwiona.
- Musze jutro iść do pracy, Niklaus.
- Najpierw kolacja u mnie.
Tak, kolacja byłaby wspaniała, ale to nie zmieniało faktu, że nie szanował mojej decyzji. Zacisnęłam szczękę, mrużąc oczy.
- Nie cierpię, kiedy tak robisz. - Warknęłam.- Mam swoje życie i nie jesteśmy małżeństwem, abyś mnie tak kontrolował.
Westchnął głęboko. Próbowałam go zrozumieć, naprawdę. Ale nie ułatwiał sprawy.
- Próbuję być inny przy tobie, mniej kontrolujący, ale… - Zerknął na mnie na chwilę bezradnie, po czym dodał. - Próbuję, Caroline.
Przytaknęłam. To leżało gdzieś w nim, jakiś sekret, coś, co go zmusiło do bycia takim, jaki jest.
Miał trudne dzieciństwo.
Nie patrzył na mnie.
- Zawieź mnie do mojego mieszkania. - Dotknęłam jego szyi, napierając palcami, zmuszając go, aby na mnie spojrzał. – Proszę.
Popatrzył na mnie ze zrezygnowaniem i jednocześnie ze zrozumieniem. Powoli, zmusił się do przytaknięcia. Odetchnęłam cicho. Ugiął się. Było trudno, ale to pierwszy krok ku zwycięstwie.
W radio zaczęła lecieć piosenka All I Want For Christmas Is You.
Uśmiechnęłam się szeroko, szczypiąc Klausa w ramie.
- Niklaus, uśmiechnij się. - Byłam upierdliwa, jak Mia, Bonnie i Elena razem wzięte i wiedziałam o tym. Sama nie wiem, jak ze mną wytrzymywał.
Ja bym ze sobą nie mogła.
Patrzył przed siebie tępo.
No dobra, czas na cięższą artylerie.
Zaczęłam głośno śpiewać do głosu Mariah Carey, po chwili wczułam się i było słychać już tylko mnie.
Przegryzł wargę, a po chwili wyszczerzył się szeroko, choć nadal był zdystansowany.
No tak, ten dzień był zbyt idealny, aby był prawdziwy.
Ale i tak świetnie się bawiłam. Z radosnym Klausem, tak rzadkim widokiem.
Zafałszowałam po raz ostatni, kiedy podjechał pod sklepy naprzeciwko mojej kamienicy.
Spojrzałam na zegarek. Dziewiąta wieczorem. Mogłabym go zaprosić na... kawę? Nie. Lepiej będzie, jeśli tego nie zrobię.
Odpięłam szybko pas i nachyliłam się do niego.
Nie myśląc wiele, musnęłam go w usta i mruknęłam:
- Do zobaczenia.
I ewakuowałam się w szybkim tempie, ignorując zaskoczenie na jego twarzy przeplatane ze zdziwieniem.
Uśmiechnęłam się, kiedy przechodziłam przez ulice czując jego wzrok na sobie.
- Dolać ci wina?
Uśmiechnęłam się złośliwie w stronę Eleny.
- Nie uda ci się mnie upić, moja droga.- Mruknęłam z satysfakcją. Miałam mocną głowę.
Elena przewróciła oczyma.
- Ty już byłaś upojona, kiedy tutaj wchodziłaś. Upojona szczęściem.
Zmarszczyłam czoło.
- Bonnie, czy istnieje takie powiedzenie, jak: upojona szczęściem?
Bonnie roześmiała się pod nosem, ale Elena nie pozwoliła jej odpowiedzieć.
- W moim słowniku istnieje.
Prychnęłam.
Spojrzałam na Bonnie, siedziałyśmy naprzeciwko siebie na kanapie, ja na jednym końcu, ona na drugim, z Eleną rozłożoną na podłodze.
Oczywiście, była już nieco wstawiona.
- Maglujemy cię już trzy godziny, a ty zamknęłaś się, jak jakiś cholerny sezam. Co działo się przez tą całą niedziele? - Bonnie uniosła brwi do góry, uśmiechając się szatańsko.
- Co tam niedziela, opowiedz nam o nocy. Robiliście to? - Elena podniosła się i usiadła po turecku, patrząc na mnie wyczekująco.
- Elena... - Bonnie mruknęła z dezaprobatą.
- Zabrał mnie do domu jego matki. Jedliśmy obiad z całą jego rodziną.
Bonnie uśmiechnęła się szeroko, tłumiąc piszczenie. Podniosła poduszkę do swojej twarzy.
- Jakie to romantyczne! - Szepnęła.
Roześmiałam się głośno.
- Nudy. - Syknęła Elena z dołu. - Powiedz lepiej, czy to robiliście.
Spojrzałam na nią ostro.
- Nie mam zamiaru odpowiadać na te pytanie. - Mruknęłam.
- Czyli robiliście. Był dobry? - Rzuciłam w nią poduszką. - No tak, po co ja w ogóle pytam. Pewnie był świetny. Ach, sex z takim bogiem. Powinnaś to napisać w swoim CV.
O boże.
- Nie wszystko kręci się wokół łóżka.- Bonnie burknęła, patrząc na nią łagodnie.
Klasnęłam w ręce, ciesząc się, że mam sojusznika.
Elena uniosła dwie brwi do góry, po czym uśmiechnęła się arogancko.
- Uwierzcie mi, w dzisiejszym świecie chodzi tylko o sex.
Bonnie złapała się za głowę z bezradnością.
- Elena! Nie! Gdzie się podział romantyzm?!
- W telewizorze. - Elena odpowiedziała ze smutkiem.
- A co z Brigdet Jones?! Niby taka pulchna, a dwóch facetów ją chciało.
Roześmiałam się, Bonnie spojrzała na mnie zdziwiona.
- Bonnie, ale Bridget Jones to fikcja. - Stwierdziłam.
Patrzyła na mnie ze szczerym zaskoczeniem.
- Wiem, że jest, ale... Ale ona symbolizuje nas wszystkich! Zagubionych dziewczyn w wielkim mieście, tak naprawdę szukających tylko miłości.
Elena zmrużyła oczy.
- Dziewczyny, czy to dziwne, że uważam Brigdet Jones za własną siostrę?
Spojrzałam na nią uśmiechnięta.
- Jesteś naprawdę pijana.
Zachichotała po pijacku, a potem czknęła.
- Lubię być pijana. Wtedy nie myślę o Oliverze.
Wymieniłam spojrzenia z Bonnie.
- A z nim, co znowu? Koleś naprawdę zaczyna mnie wkurzać. - Mruknęła, spoglądając na Elenę.
Elena wzruszyła ramionami.
- Nic, po prostu... Chyba nic z tego nie wyjdzie.
Przewróciłam oczyma.
- Ogarnij się, Elena. Nie zorientujesz się, kiedy będzie wasz ślub.- Powiedziałam.
No dobra, może trochę przesadziłam, ale jutro pewnie nie będzie nic pamiętała.
Elena skrzywiła się.
- Prędzej spotkasz miliardera niż...- Przerwała nagle, uświadamiając sobie nagle, że, faktycznie, spotkałam.
Puściłam do niej oczko.
- Dzwoni telefon. – Bonnie wymruczała, wgłębiając się w kanapę.- Ja nie idę.
Elena leżała na podłodze, kiedy podniosła rękę do góry i krzyknęła:
- Ja też nie!
Westchnęłam głośno, wstając.
Kiedy już znalazłam telefon w stercie naszych bluz, nadusiłam zieloną słuchawkę. Może faktycznie mama miała racje, że jest u nas syf.
- Halo? - Odpowiedziała mi cisza. - Halo? - Spytałam ponownie.
- Pożałujesz.
Zmrużyłam oczy, wsłuchując się w głos po drugiej stronie.
Pożałuję? Pożałuję, czego?
- Przepraszam? - Mruknęłam cicho.
Ale nikt mnie już nie słuchał, bo ktoś zdążył odłożyć słuchawkę.
Powoli odłożyłam telefon na półkę.
Nie znałam tego głosu.
Może to była pomyłka.
Może...
Cholera, przecież byłam prawnikiem, to...
- Care? Kto to był?
Przełknęłam ślinę. Miałam przeczucie.
To nie był przypadek.
Odwróciłam się do dziewczyn ze słabym uśmiechem. Bonnie ledwo, co na mnie patrzyła, oczy jej się same zamykały, a Elena chyba zaczęła właśnie chrapać.
- Pomyłka. To tylko pomyłka.
- Co się stało po tym, jak wyszliście z baru? - Spytałam łagodnie.
April podniosła na mnie swoje oczy. Ze strachem, szybko je spuściła i znów spojrzała na swoje ręce. Powoli, rozłożyła je na naszym stole w kuchni.
Odetchnęła głęboko, poprawiając swoje czarne włosy.
- Szukałam Liama, mojego brata, pamiętasz go... - Przytaknęłam szybko. - Liam zazwyczaj przesiadywał tam, grając w bilard. Ale nie było go tam tamtego wieczoru. Więc…
Przerwała nagle, zamykając oczy.
Zerknęłam na nią z troską. Dziewczyna była na skraju załamania.
- Spokojnie, mamy czas. - Powiedziałam cicho.
Potrząsnęła głową gwałtownie.
- Tak, tylko chcę mieć to za sobą. - Uśmiechnęłam się krzepiąco. - I był tam... ten chłopak. Znałam go z widzenia. Powiedział, że wie gdzie jest Liam. I, że mnie do niego zaprowadzi.
Przegryzłam wargę.
- Więc z nim wyszłaś. - Mruknęłam.
- Zaprowadził mnie na tyły, cały czas zapewniając mnie, że Liam tam jest, że niby z kimś gra w karty w garażu obok. Nie miałam powodu nie uwierzyć, Liam często grał. Ale nie wiedzieć kiedy, on... on przyparł mnie do muru i... i...
Jej ramiona zaczęły się trząść, a z twarzy odpłynęły wszystkie kolory.
Westchnęłam cicho, rozglądnąwszy się po kuchni.
Mama z grobowym tonem głosu kazała mi natychmiastowo przyjechać. Więc przyjechałam. I okazało się, że w naszej kuchni siedzi wyczerpana psychicznie April, dziewczyna z mojego liceum.
April, która została zgwałcona.
Zawsze uśmiechnięta, myśląca o przyszłości w świetlanych kolorach, teraz rozglądała się nerwowo.
Mama zdążyła mi tylko powiedzieć, że jestem prawnikiem, więc wiem co powinnam zrobić. A potem zamknęłam jej drzwi przed nosem i zostawiłam ją ze zrozpaczoną matką April.
- Mówił, że wie. Że wie, że tego chce, że... - Z lewego oka poleciała jej jedna samotna łza.
Najwyraźniej nie miała już sił na płacz.
- Wystarczy. - Szepnęłam. - Musisz pójść z tym na policje.
Spojrzała na mnie z bólem.
- Nie. Nie mogę. Uznają, że kłamię. I, że sama tego chciałam. Tak zawsze jest.
Pokręciłam głową, nachylając się przez stół w jej stronę.
- Nie, April. Pomogą ci. Te bydle nie może chodzić na wolności.
- Nikomu nie powiedziałam szczegółów. Tylko tobie, Care. Tylko.
- Posłuchaj, znam wielu wspaniałych prawników, zajmujących się takimi sprawami. Wygrasz tą sprawę.
- Nie. Nie mogłabym opowiedzieć tego komuś. Znowu. Komuś zupełnie nieznajomemu.
Zmrużyłam oczy, wzdychając.
- Nie zapomnisz. Bo właśnie na to liczysz, prawda? - Odwróciła wzrok. - Że zapomnisz i zaczniesz od nowa. Że koszmary pewnego dnia się skończą i, że znajdziesz szczęście u boku jakieś osoby. Nie będzie tak, April. - Próbowałam nie patrzeć na strach, ból i rozżalenie w jej oczach. Potem będzie mi dziękować. - Będziesz cały czas żyć w strachu. Że powróci. Może, że ze szczęściem stworzysz, jakąś rodzinę. Ale jaka to będzie rodzina zbudowana na strachu i smutku? Jedynym sposobem jest wsadzenie go do paki.
Spojrzała na mnie ostro.
- Na ile? Osiem lat?
Westchnęłam.
- Kto to był?
Uśmiechnęła się gorzko.
- Jack Montgomery.
Prychnęłam.
- Z jego kartoteką można nawet wywalczyć dwadzieścia lat. Musisz tylko zgłosić to na policję i zeznać w sadzie. Prawnika załatwię ja.
- Chcę ciebie.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
- Jest wiele rodzajów prawników. Ja nie zajmuję się takim czymś. Jestem od umów.
Spojrzała na mnie błagalnie.
- Poradziłabyś sobie.
Skrzywiłam się.
- Nie znam żadnych praw!
- Jesteś prawniczką. - Mruknęła.
Machnęłam ręka.
- Tak, ale nigdy nie prowadziłam sprawy, w sądzie. Jestem od umów! Siedzę sobie w ciepłym pomieszczeniu z kodeksem praw przy sobie!
- To, jak zdałaś prawo? - Spytała, nagle ciekawa.
Westchnęłam.
- Wtedy wszystko wykułam. Ale minęło trochę czasu. - Podniosła brwi do góry. - No, co? Mam słabą pamięć.
Zacisnęłam usta z frustracją
Ugh. Znałam tą dziewczynę od małego. Wychowałyśmy się na tej samej ulicy. Nie byłyśmy blisko, ale znałam ją.
I nie mogłam jej odmówić. Nie mogłam powiedzieć nie, kiedy patrzyłam w jej oczy, wyprute ze wszystkich emocji i zmęczone.
Była cieniem człowieka.
Ale bardziej martwiłam się o to, czy sobie poradzę.
Uśmiechnęłam się słabo.
- Dobrze, ale łatwo nie będzie. - Przytaknęła, na jej twarzy pojawił się nawet cień uśmiechu. - Ale udupimy tego drania.
Jest! Trochę Klaroline, trochę przyjaźni dziewczyn w moim wykonaniu (bo w serialu Eleny i Bonnie nie trawię :D) i nowy wątek z April ;) Co do odcinka "Pierwotnych", bo po prostu muszę to skomentować; Hayley w ciąży? Na serio? No dobra, nie będę się denerwować, bo to niezdrowe, tak czy inaczej, mam nadzieję, że moje następne rozdziały Was nie zawiodą i, że będziecie czytać moje "wypociny" z przyjemnością :)
Do napisania!
