Miłego czytania!


Rozdział 15

- Grecki bóg się niecierpliwi.

Roześmiałam się głośno, podchodząc do naszej recepcjonistki. Mrugnęła do mnie okiem, nadal patrząc gdzieś w dal.

- Gdzie jest ten grecki bóg? - Spytałam rozglądając się po holu firmy. Nigdzie nie widziałam Klausa.

- Nie wierzę. Chodzisz na randki z samym prezesem. To, jak... bajka. - Przewróciłam oczyma, obserwując jej zszokowany wyraz łam ramionami. - No i zabiera cię właśnie na lunch. Sam prezes. Ugh. Jestem oficjalnie zazdrosna. Popatrz tylko, jak się na ciebie patrzy.- Mruknęła.

Zmarszczyłam brwi.

Znów odwróciłam głowę w poszukiwaniu dobrze mi znanej twarzy.

Uśmiechnęłam się szeroko, zauważając go, idealnego jak zawsze w szytym na miarę garniturze.

- Pa. - Mruknęłam i ruszyłam przed siebie.

Podeszłam do Klausa, patrzył na mnie wyczekująco.

- Nie widziałam cię. Tak poza tym, to masz o jedną fankę więcej.

Przekrzywił głowę na bok, z błyskiem w oku.

- Czym sobie zasłużyłem na ten zaszczyt? - Spytał, wystawiając ramię w moją stronę.

Wsunęłam rękę pod jego pachę.

- Jaki zaszczyt?

Spojrzał na mnie z ukosa.

- Jesteś moją fanką, to...

Roześmiałam się głośno. Zmrużył oczy, kiedy wyszliśmy z budynku na ulicę.

- Nie o mnie chodziło!

- Jak to nie? - Spytał szybko, uśmiech zszedł mu z twarzy.

Ścisnęłam go za ramie.

- Chodziło mi o... a zresztą, nieważne.

Wzruszył ramionami, ale nie dopytywał dalej. Poprowadził nas przez gąszcz samochodów stojących w korku i przeszliśmy na ulice naprzeciw.

- Idziemy do cukierni? - Spytałam, uśmiechnięta i pełna nadziei.

Zerknął na mnie z góry z rozbawieniem.

- Idziemy na lunch, Caroline. Nie po to, aby najeść się pustymi kaloriami.

Zmarszczyłam nos. Mówił to z irytującą łagodnością, w ten sposób, jaki mama zawsze mi oświadczała, że nie będę jeść słodyczy przed obiadem.

Przewróciłam oczyma, kiedy mijaliśmy moją ulubioną cukiernie.

- Co jest złego w pustych kaloriach? Są smaczne.

- Sandacz w sosie koperkowo-ziołowym też jest smaczny. - Powiedział, kiedy otwierał przede mną drzwi do drogiej restauracji.

Zrobiłam zdegustowaną minę, rozglądając się po pomieszczeniu, zimnym i pustym. Przede wszystkim zbyt eleganckim.

- Co to jest? - Mruknęłam.

- Restauracja. - Powiedział wesoło, zdejmując ze mnie płaszcz.

- Pytałam o ten sss... to coś z tym sosem.

- Sandacz. Ryba.

Skrzywiłam się. Pociągnął mnie delikatnie za rękę do stolika nieopodal. Usiadłam za stołem, jak na szpilkach.

- A pizzy nigdy nie jadłeś? Jest prosta. I smaczna. - Stwierdziłam fakt, w razie gdyby nie wiedział.

Spojrzał na mnie uważnie, przechylając głowę.

- Pizza jest... dziwna. - Boże, z kim ja rozmawiałam. I, jak tu go zrozumieć. - Nie będziesz się sprzeczać? - Spytał z szelmowskim uśmiechem.

- Dlaczego?

- To przecież twoja specjalność. - Uśmiechnęłam się z satysfakcją.

- Tatuś mnie nauczył dwóch rzeczy: jak się gra w futbol i, że o gustach się nie dyskutuje.- Klaus przytaknął. - Co nie zmienia faktu, że masz dziwny gust. - Dodałam szybko.

Roześmiał się cicho.

- Okropnie tu jest. - Szepnęłam, nachylając się do niego.

- Dlaczego szepczesz? - Spytał, odszeptując.

- Bo czuję się, jak w kościele.

Przegryzł wargę.

- Trochę tak. - Odpowiedział.

- I nawet nie leci żadna muzyka. Mogliby puścić jakiegoś rocka. Od razu rozkręciliby biznes.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

- Lubisz rock?

Prychnęłam.

- Lubię wszystko. Oprócz łubudubu. - Mruknęłam.

- Łubudubu? - Spytał z ciekawością.

- Bonnie tak mówi. No wiesz, dyskoteki.

- Ach. - Rozglądnął się nerwowo. - Gdzie ten kelner?

Posłałam mu złośliwe spojrzenie.

- A widzisz, następnym razem idziemy do fast foodu albo... - Przerwałam zszokowana, kiedy patrzyłam, jak Niklaus podnosi rękę do góry zniecierpliwiony. - Niklaus! Boże, nie rób wstydu! - Syknęłam.

Obserwował mnie, z dziecinną niewinnością.

- Co? Chcę tylko zawołać kelnera.

Odwróciłam wzrok, zauważając, jak postanawia dokończyć to co zaczął i strzela palcami głośno, jednocześnie rozkazując głośno:

- Kelner!

O boże. Czasami był taki aspołeczny.

- Wszędzie musisz się zachowywać, jak generał plutonu? - Spytałam.

Chyba uznał to za pytanie retoryczne, albo po prostu mnie zignorował, bo uśmiechnął się szeroko, najwyraźniej zadowolony z siebie i spytał:

- No to co, przychodzisz dzisiaj do mnie?

Przewróciłam oczyma.

I choć nie chciałam, to nawet kiedy był taki, kiedy był chłodnym, kalkującym profity Mikaelsonem, nawet wtedy, miał nade mną całkowitą kontrolę.

Bo powoli zaczynałam coś do niego czuć.


Zmęczona, wyszłam z windy i znalazłam się na korytarzu, prowadzącym do apartamentu Klausa

Westchnęłam. Miałam ochotę się położyć na łózko i nie wstawać.

Nie dość, że dłużej siedziałam w pracy, to kiedy zobaczyłam swój samochód, okazało się, ze ma cztery flaki.

Zmrużyłam oczy, idąc korytarzem. Cztery flaki, to nie mógł być przypadek.

Cztery przedziurawione koła.

Pożałujesz."

To musiało mieć powiązanie z tym telefonem.

Było już po dwudziestej, więc Klaus pewnie na mnie czekał.

Otworzyłam drzwi. Jak zwykle, były otwarte. Z drugiej strony, miał wszędzie ochroniarzy. Mnie nie sprawdzali, jednak facetowi przede mną, kazali ściągnąć buty.

Szybko zauważyłam Klausa, stał przed kominkiem.

- Hej. - Mruknęłam, objąwszy kanapę za mój cel. Usiadłam z pomrukiem zadowolenia.

Zmarszczyłam czoło, zauważając, że nadal stoi spięty, wpatrzony w kominek.

Coś było nie tak. Co prawda na lunchu nie był tak radosny, jak w niedziele, jednak był rozluźniony.

- Coś się stało? - Spytałam cicho.

- Jak praca? - Mruknął.

O co tu chodzi?

- Dobrze. - Odpowiedziałam szybko.

Nadal stojąc do mnie tyłem, przechylił głowę na bok. Robił tak zawsze, kiedy myślał.

Odwrócił się powoli, ze szklanką w dłoni. Pił alkohol.

Mrużąc oczy, uśmiechnął się gorzko.

- Długo zamierzałaś mi nie mówić, że ktoś ci grozi?

Wytrzeszczyłam oczy.

Zaraz...

Skąd on o tym wie?

I dlaczego miał ton głosu, jakby chciał zwalić winę na mnie? Przecież to on na mnie szpieguje!

- Taki mam zawód. - Burknęłam.

Uniósł brwi do góry.

- Kogo oszukujesz? Siebie, czy mnie?

Zmrużyłam oczy.

- Nie wierzę. Nie wierzę, że to się dzieje. - Powiedziałam, bardziej do siebie niż do niego.

- Ja też nie. - Warknął.

Wstałam gwałtownie, nagle znajdując w sobie energie.

- To jest moja praca! A nawet, jeśli to cię gówno obchodzi czego się podejmuję!

Prychnął, potrząsając powoli głową. Patrzył na mnie pobłażliwie z łagodnym uśmiechem, jednak uśmiech nie dochodził do jego oczu.

- Naprawdę nie rozumiesz, że się narażasz? - Podniósł z kominka plik papierów i rzucił je na stół, który nas dzielił. - Jack Montgomery, lat 29. Poszukiwany za podwójny gwałt, usiłowanie zabójstwa i zabójstwo. Ale co ja ci będę mówić, przecież ty doskonale wszystko już wiesz, prawda? - Uśmiechnął się cynicznie, kiedy patrzyłam na niego zszokowana.

Pamiętałam Jacka z liceum, był seniorem i postrachem szkoły. I na pewno nie miał wtedy tak bujnej kartoteki.

Miałam się zająć tą sprawą jutro, ale dzięki idealnemu Klausowi, miałam jego całą kartotekę przed nosem.

- Niby skąd o tym wszystkim wiesz? - Syknęłam, zakładając ręce na biodra.

- Odkąd cię poznałem twoje problemy stały się moimi. I nie pozwolę, aby ktoś cię skrzywdził. - Dodał łagodniej.

Prychnęłam. Miałam go dosyć, nawet jeśli potrafił człowieka zmieszać z błotem i jednocześnie być w pewnym stopniu troskliwy.

- A więc? - Spytałam z ciekawości.

Przełknął ślinę nerwowo. Patrzyłam w jego oczy i przez moment zauważyłam strach. Strach, że odmówię temu, co zaraz zaproponuje. Ale szybko to ukrył pod maską. Jak zawsze.

- Mam prawników. - Powiedział pewnie siebie. - Dobrych. Każę, więc jednemu zająć się sprawą tej dziewczyny.

- Nie. - Odpowiedziałam szybko. Już nawet nie chciałam zagłębiać się w fakty, jakim cudem zdobył te wszystkie informacje.

- Jak to nie? - Spytał szorstko, łagodność już dawno zniknęła z jego głosu.

Przymknęłam oczy bezradnie. Otworzyłam je, patrząc na niego błagalnie.

- Obiecałeś, Niklaus. - Zacisnął szczękę, odwracając wzrok. Doskonale wiedział, o czym mówię. - Obiecałeś, że będziesz próbować. Dla mnie.

Spojrzał na mnie nagle, z pustką w oczach.

Uśmiechnął się krzywo.

- No cóż, obiecuję wiele rzeczy i nie każdą obietnicę dotrzymuję, nie sądzisz?

Zszokowana, patrzyłam na niego i go nie poznawałam.

I miałam ochotę walnąć się w ścianę.

Wiedziałam. To właśnie przed tym chciałam się ochronić. Wiedziałam, że przyjdzie taki dzień, kiedy się poróżnimy. Było już tak parę razy i za każdym razem, jakoś z tego wychodziliśmy.

Jakoś.

Przede wszystkim z coraz mniejszym zaufaniem do Klausa. A to nie było dobre.

- Mam ciebie dość, Mikaelson. I, tak dla twojej informacji, mam gdzieś twoje zdanie. Mówiłam, że nic z tego nie wyjdzie. Wiesz dlaczego? Bo ty potrzebujesz niewolnicy. Kobiety, która będzie na każde twoje skinięcie. Na początku podobało ci się to we mnie. To, że się z tobą spierałam, ale na dłuższą metę... - Zaśmiałam się gorzko. - Twój charakter wygrywa. Musisz wszystko kontrolować. I nie dopuszczać kogoś do siebie. I wiesz co ci powiem? - Nachyliłam się po papiery. Byłam na niego wściekła, ale po co mam tracić kolejnych parę godzin skoro on tak się świetnie postarał? Nawet nie podnosiłam na niego wzroku. - Żyj sobie tak dalej. Beze mnie. Bez nikogo. Odizolowany od wszystkich. Życzę ci szczęścia. - Powiedziałam, no dobra, wychrypiałam. Byłam wkurzona.

I teraz będę musiała pewnie jeść. I jeść. I jeść. I jeść dużo. Bo to zawsze pomaga.

Nie obdarowując go ani jednym spojrzeniem, ruszyłam korytarzem do wyjścia.

Nie zatrzymał mnie. I nawet dobrze. Pewnie patrzyłby na mnie tym wzrokiem szczeniaka, którym tak dobrze potrafił mnie manipulować.

Trzasnęłam za sobą drzwiami, zostawiając go samego.


- Gdzie się zatrzymasz? - Spytałam, patrząc na April z troską.

Uśmiechnęła się.

- U przyjaciółki. Nie musisz się martwić.

Przytaknęłam.

- Jakby co, wiesz gdzie mieszkam. - Powiedziałam.

Spojrzałam w górę, czując krople na swoich włosach.

Boże, deszcz. Świetne zakończenie tego wspaniałego dnia. Westchnęłam, kiedy pod krawężnik podjechała zółta taksówka.

April zerknęła na mnie niepewnie.

- Jack mówił... Mówił o tobie. - Zacisnęłam usta. Spojrzałam na jej siniejące oko. Damski bokser zrobił jej śliwę, a policja nadal nie mogła go złapać. - Powiedział, że pożałujesz.

Przewróciłam oczyma.

- Facet naprawdę zaczyna robić się nudny. - Mruknęłam, próbując ją uspokoić i wesprzeć psychicznie.

W środku, nie byłam już taka pewna siebie. Pobił April, uciekł przed policją w ostatniej sekundzie. Naprawdę szedł na całość.

- Zaczynam mieć sobie za złe, że wymusiłam...

Przerwałam jej, potrząsając głową i podchodząc do taksówki.

Nie mogłam jej teraz dobijać, nie po tym, jak do mnie zadzwoniła z prośbą o spotkanie, a że właśnie wychodziłam z apartamentowca Klausa, to się zgodziłam.

A kiedy ją zobaczyłam, okazało się, że faktycznie Klaus może mieć rację.

Jack Montgomery nie był tylko oprychem.

Otworzyłam jej drzwi.

- To ja się zgodziłam. I dokończę te sprawę, obiecuję ci. A teraz wchodź, bo zapłacisz fortunę.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością, wsiadając.

Pomachałam jej na pożegnanie.

W strugach deszczu obserwowałam, jak taksówka odjeżdża.

Będzie ciężko.


- Masz zamiar wziąć tą sprawę?

Dzień później, Bonnie patrzyła na mnie surowo. Uśmiechnęłam się krzywo, mając już po dziurki w nosie opinii innych.

- Ja ją już wzięłam, Bonnie.

Przewróciła oczyma, spoglądając na telewizor.

- Jack Montgomery to nie przelewki. Już w liceum o mały włos nie zgwałcił dziewczyny. Strach pomyśleć, co...

Stanęłam na środku naszego salonu ze wskazującym palcem przed sobą, przerywając jej.

- Wiem, w co się pakuję. Muszę jej pomoc. Chcę jej pomoc.

Prychnęła, zakładając ręce na pierś.

- Akurat. Nie mówię, że jesteś zła, ale jeśli miałabyś wybierać spokój, a strach przed tym, że ktoś cię zadźga w ciemnej uliczce, to zawsze wybierzesz te pierwsze. Każdy by tak wybrał.

Miała rację. Ale miałam też honor.

- Lepiej powiedz mi gdzie posiałaś moje szpilki. - Mruknęłam.

Spojrzała na mnie, zaciekawiona.

- Mówiłaś, że nie idziesz. - Powiedziała.

Wzruszyłam ramionami, rozglądając się.

- Impreza w pracy z okazji świąt, obecność obowiązkowa. Poza tym, będę miała wyżerkę za darmo.

Bonnie wyszczerzyła zęby.

- Przynieś mi trochę koreczków, zawsze robią je dobre.

Spojrzałam na nią pobłażliwie.

- Tak, schowam koreczki w serwetkę i wezmę je specjalnie dla ciebie. – Wymruczałam z ironią.

Bonnie machnęła ręką.

- Ostatnim razem jakoś ci się udało.

Przewróciłam oczyma.

- Ostatnim razem ludzie patrzeli na mnie, jak na bezdomną. Myślałam, że się spalę ze wstydu.

Nagle, zmrużyła oczy i spojrzała na mnie uważnie.

- Co z Klausem?

Westchnęłam.

- Dupek.

Roześmiała się.

- To już ustaliliśmy wcześniej. Pytam o co innego. Wiesz o co. - Odwróciłam wzrok od jej przenikliwego spojrzenia.- Dzwonił, prawda?

Ugh, co jak co, ale nie rezygnował łatwo.

- Ta.

- Ile razy?- Nie dawała mi spokoju.

- Kto to tam zliczy, poza...

- Czyli dużo. - Przerwała mi szybko.

Przymknęłam oczy.

- Siedem razy.

Uśmiechnęła się pod nosem w odpowiedzi.

- Care, nie mówię, żebyś od razu leciała w jego ramiona, ale... Ale spróbuj go zrozumieć.

Zmarszczyłam nos.

- Ja mam non stop próbować, a on to co? - Założyłam ręce na pierś, spoglądając na nią twardo.

Wzruszyła ramionami, nie zagłębiając się w temat.

- On tam będzie? - Spytała z podniesionymi brwiami.

- Pan idealny ma ważniejsze sprawy na głowie. - Mruknęłam sarkastycznie. - Na pewno nie przyjdzie. Chociażby ze względu na mnie.

Bonnie uśmiechnęła się szeroko, nie wiedzieć czemu.

- Co? - Spytałam szybko.

Wzruszyła ramionami.

- Nie, nic. Pewnie masz racje. - Jej oczy zaświeciły się i poprawiła włosy.

Zmrużyłam oczy. Zawsze tak robiła, kiedy kłamała.

A to świnia.


Czułam wzrok Klausa na sobie od pierwszej minuty. W marynarce z koszulą rozpiętą przy szyi flirtował z jakąś wysoką brunetką.

No dobra, nie flirtował, to ona praktycznie na nim wisiała, co nie zmienia faktu, że mógłby kulturalnie odmówić jej zalotom. Ale nie, wolał gapić się na jej zbyt wielki dekolt.

Zacisnęłam szczękę, odwracając się do niego plecami. Stałam na środku sali, rozglądając się za jakąś znajomą twarzą. Zauważyłam stolik z karteczką i moim imieniem na niej. Westchnęłam i ruszyłam do niego.

Byłam zła, choć nie powinnam. Przynajmniej nie chciałam być, bo Klaus miał prawo robić co chciał, po tym, jak... No właśnie, co ja tak naprawdę zrobiłam? Przecież z nim nie zerwałam, bo nie było czego zrywać.

No dobrze, a więc pokłóciliśmy się. I nie powinnam mieć mu teraz za złe to, że próbuje z kimś od nowa.

Ale byłam zła. Nazwijcie mnie zołzą, jeśli chcecie, ale nie mogłam się tego pozbyć. Tego okropnego uczucia. Ale Klaus także nie pomagał. Ze złączonymi dłońmi za sobą, przytakiwał leniwie swojej rozmówczyni, nawet nie obdarzając jej spojrzeniem, za to doskonale czułam jego wzrok na sobie.

Usiadłam przy stoliku obok jakiegoś mężczyzny z westchnięciem, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Zerknęłam na choinkę w rogu sali. Tego roku postarali się. Pewnie wiedzieli, że sam prezes zaszczyci nas swoją obecnością. Szkoda, że ja nie wiedziałam. Oliver gdzieś zniknął, Elena, która mu dzisiaj towarzyszyła także.

Zanosi się na okropny wieczór.

- Caroline! - Spojrzałam w bok, mrużąc oczy.

Tyler Lockwood siedział po mojej lewej stronie. Uśmiechnęłam się sztucznie. I jeszcze on do całego pakietu.

- Co tutaj robisz? - Mruknęłam.

- Siedzę. - Odpowiedział złośliwie.

Prychnęłam. Spojrzałam na niego, wyginając usta. Co ja w nim wcześniej widziałam?

- Zauważyłam. Nie masz jakieś laski do zabajerowania, a potem porzucenia jej, czy coś? Czy będziesz tak siedzieć cały wieczór? - Spytałam ze słodkim uśmiechem.

Westchnął głośno, zaciskając usta. Przyznaję, jestem złośliwa. Szczególnie dla facetów jego pokroju.

- Caroline, ja... - Zapowietrzył się z oczyma patrzącymi gdzieś przed siebie. Założyłam ręce na pierś.

- Tak, tak, wiem. Mikaelson cię nastraszył. Coś okropnego. - Chyba nie zrozumiał ironii. Spojrzał na mnie z nadzieją w oczach.

- Wiesz o tym? Care, tak mi przykro, ale on...

- Żeby było jasne, Tyler. - Przerwałam mu szybko. - Jesteś teraz w nawet gorszej sytuacji. Jakiś facet cię nastraszył i postanowiłeś zerwać kontakty z dziewczyną z, którą byłeś związany. Czy ty rozumiesz w jakim świetle cię to stawia?

Mrugnął oczyma parę razy i otworzył buzię zaskoczony. To nie fair ze strony Klausa, że to zrobił, ale to pokazywało, że gdyby Tyler coś do mnie czuł, to... no cóż, na pewno nie poznałabym lepiej Klausa i to z Tylerem bym przyszła dzisiaj na tą imprezę.

- Nic nie rozumiesz. - Szepnął, ściskając moje ramię ręką i nachylając się do mnie bliżej. Za blisko. - Mikaelson dał mi wybór. Albo zrobię coś, abyś ze mną zerwała, albo wywalą mnie z pracy. Chyba rozumiesz, że...- Nagle zatrzymał się. Cofnął swoją dłoń i ze speszonym wzrokiem odwrócił głowę.

- Tyler? - Powiedziałam, jednak udawał, że mnie nie słyszy.

Spojrzałam w stronę w, którą jeszcze przed chwilą patrzył.

Klaus Mikaelson szedł w naszą stronę z zaciśniętą szczęką i groźnym spojrzeniem. Zerknął na mnie. Odruchowo pokręciłam głową, patrząc na niego z prośbą w oczach.

Stanął, jak wryty, patrząc na mnie z zaciętością. Walczyliśmy ze sobą spojrzeniami, każde z nas oczekując na drugiego, aż się ugnie.

Pewnie pomyślał, że ze sobą flirtowaliśmy. Z boku to naprawdę tak wyglądało, jednak nawet jeśli, Klaus nie miał żadnego prawa robić mi teraz awantury.

Nagle, zmrużył oczy i uśmiechnął się. Z goryczą i z ironią, z chłodnym spojrzeniem. Wrócił. Mikaelson, który ukrywa swoje emocje, Mikaelson, który nie chce dopuścić do siebie drugiego człowieka.

Zauważyłam Olivera, który podszedł do niego. Zaczął do niego mówić, ale Klaus spojrzał na niego dopiero po chwili. Najpierw oczywiście musiał mi wysłać pełne dezaprobaty spojrzenie.

Przewróciłam oczyma, spoglądając na miejsce, gdzie jeszcze przed chwileczką siedział Tyler.

Tchórz.

- Jakie to romantyczne. – Elena rozsiadła się z błyszczącymi oczyma na miejscu Tylera, patrząc na mnie z kocim uśmiechem.

Westchnęłam głośno, mając nadzieję, że zorientuje się, że nie jestem w dobrym humorze.

- To, że facet z którym się umawiałam, zaczął grozić mojemu byłemu chłopakowi? Doprawdy, najromantyczniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałam. – Mruknęłam.

Elena wzruszyła ramionami.

- Jak w tej książce, pamiętasz? Chłopak tak ją kochał, że skutecznie odstraszał innych adoratorów.

Odkaszlnęłam głośno.

- Klaus nic do mnie nie czuje, Elena.

Prychnęła głośno.

- Akurat. Wściekł się, kiedy zobaczył cię z Tylerem. Aż wysłałam Olivera, aby do niego zagadał o pracy. Wiesz, taka przykrywka.

Uśmiechała się szeroko, najwyraźniej była dumna z siebie.

- Och, ty intrygantko. – Mruknęłam z sarkazmem. Zachichotała, chyba nie kojarząc fakty. – Poza tym, był wściekły tylko dlatego, że zobaczył, że jego zabawka ma swoje zdanie i nie daje sobą pomiatać.

Przewróciła oczyma.

- Chcesz drinka? – Spytała po chwili.

Uśmiechnęłam się szeroko.

- W końcu gadasz od rzeczy. – Powiedziałam.

Posłała mi zatroskany uśmiech.

- Igrasz z ogniem, Care. A tym ogniem jest Klaus.

Zmrużyła oczy i poprawiając swoje włosy ruszyła po drinka.

Musiała mi to mówić?


Jest! Jak tam majówka? Mam nadzieję, że wszyscy wrócili cali i zdrowi :) Ja byłam u swojej cioci, a że u niej zawsze mam wenę, także i nadrobiłam trochę i mam kilka rozdziałów w zapasie ;) Następny rozdział będzie raczej cały o Klaroline, a jeszcze kolejny to już święta! Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że Caroline coś wymyśliła, co? A co do odcinka TVD, SPOILER, mimo tego, że był to Silas, to i tak jestem całkiem szczęśliwa z tą sceną. Wiele dowiadujemy się o uczuciach Caroline do Klausa, no, bo, błagam, widzieliście jej zbolałe i pełne żalu spojrzenie, kiedy Klaus(Silas) potwierdził, że wyjechał do Nowego Orleanu? A kiedy zaproponował jej, żeby wraz z nim wyjechała?! Heloł, to było wahanie i niemal widziałam, jak targają nią sprzeczne emocje, z jednej strony chce, a z drugiej boi się samej siebie. Ach, kończę już, bo jak zaczynam o Klaroline, to lepiej się ewakuować :) Pod tym względem jestem wariatką :D

Do napisania!