Miłego czytania!
Rozdział 16
- Gdzie się podział Tyler?
Przymknęłam oczy, wypuszczając powietrze przez zaciśnięte zęby. Odwróciłam się od barmana, który uśmiechał się miło, aby spojrzeć prosto w oczy Klausa.
Uśmiechał się cynicznie, z jedną brwią uniesioną do góry.
- Zniknął. – Syknęłam. Wzruszył ramionami, tak, jakby moja odpowiedź sprawiła mu przyjemność. - Ale o tym przecież już doskonale wiesz. - Dopowiedziałam, zmrużył oczy, rozglądając się wkoło. Zrobiło się gwarno, godzina stawała się coraz późniejsza, a ludzie pili więcej próbując umilić sobie czas. - Czego chcesz?
Spojrzał na mnie nieco zaskoczony.
- Dzwoniłem. Nie odbierałaś. Tak się nie zachowują dorośli ludzie.
Uśmiechnęłam się gorzko.
- Na serio, Niklaus? Ty, będziesz mi mówić, jak mają się zachowywać dorośli ludzie? Cóż za ironia, nie sądzisz? Zostaw mnie w spokoju. - Mruknęłam, wymijając go. Złapał mnie za rękę, zatrzymując mnie.
Odwróciłam się wściekle.
- Nie puszczę cię, póki nie porozmawiamy.
Skrzywiłam się.
- My nie rozmawiamy, Niklaus. Ty przedstawiasz swój punkt widzenia i na tym koniec! Nie możesz znieść, że ktoś ma inne zdanie.
- Ty zawsze masz inne zdanie. – Warknął z wyrzutem.
Sapnęłam, wyrywając się z jego uścisku.
- Och, mam za to przepraszać? Przyznaj się, od początku byłam twoją zabawką.
Zacisnął szczękę, potrząsając głową powoli.
- Caroline...
- Tyler! Już pierwszego dnia! Jak mogłeś w ogóle to zrobić? Zastraszyć go, że straci pracę? Wiedziałam, że coś mu powiedziałeś, ale aż tak?
- Tyler nigdy nie był ciebie wart. Dobrze o tym wiesz. - Mruknął, jego oczy znów stały się chłodne.
Zignorowałam jego spostrzeżenie i postanowiłam zrobić mu kolejny przytyk.
- Nigdy nie jesteś ze mną szczery. Nie mam pojęcia co czujesz i wiesz co? Nie dziwię się, że nigdy nie próbowałeś prawdziwego związku, bo prędzej czy później żadna kobieta nie wytrzymałaby z tobą. Byłam zabawką, która się po prostu zepsuła!
Cofnęłam się, próbując nie reagować na spojrzenia, którymi nas teraz obdarzano. Trochę mnie poniosło.
Klaus uśmiechnął się krzywo i nie wiedzieć, kiedy złapał mnie za dłoń i wyprowadził z sali.
W kilka sekund znaleźliśmy się na korytarzu, który prowadził do mojego departamentu.
- Niklaus! Zatrzymaj się! - Udawał, że mnie nie słyszy. - To boli!
Zadziałało.
Zatrzymał się nagle, puszczając moją rękę i patrząc na mnie tępo. Co prawda ręka mnie nie bolała, ale podziałało.
Chociaż nie wiem co było gorsze; ciągnięcie mnie przez cały hol czy jego spojrzenie, którym mnie teraz obdarzał.
Patrzył na mnie bezsilnie i zarazem oskarżycielsko.
- Zmieniłem się dla ciebie, Caroline. - Zmrużyłam oczy, obserwując, jak prycha niedowierzająco, bardziej do swoich myśli niż do mnie. - Poszedłem na randkę, na miłość boską. Pokazałem ci swój rodzinny dom, przedstawiłem matce i chcę poznać twoich rodziców. Boże, nigdy wcześniej nie poświęcałem się tak dla jednej kobiety. Co mam zrobić więcej, abyś zrozumiała, że mi zależy?
Przegryzłam wargę.
- Kłamstwa. Kłamiesz i wydajesz się nigdy nie mówić prawdy. Czuję się niepewnie nie mając pojęcia co czujesz.
Wybałuszył oczy, najwyraźniej zbulwersowany moim wyznaniem.
- Kiedy? - Warknął.
Uniosłam ręce do góry.
- Boże, podać ci przykład? Proszę bardzo! Wtedy po randce, kiedy nagle stałeś się nieobecny. Albo w windzie, kiedy mruknąłeś, że nie powinnam się tam znaleźć. Małe rzeczy, które tak naprawdę są dla mnie ważne.
Mrugnął parę razy, zacisnął usta i patrzył na mnie w ciszy, a ja znów poczułam się bezsilna, kompletnie nie wiedząc co teraz może mu chodzić po głowie.
Westchnęłam, nagle emocje ze mnie opadły, kiedy uświadomiłam sobie, że znów to robi. Znów się w sobie zamyka, a ja nie mogłam nic na to poradzić.
- Właśnie o tym mówię. - Szepnęłam. - O tym.
Przegryzł wargę, spoglądając w bok nerwowo. Widziałam, jak bije się z własnymi myślami. Spojrzał się na mnie, skrzywiony i nieco zły.
- Chcesz wiedzieć? No dobra. Na studiach wiele razy chodziłem na randki. I nie cierpiałem tego. Potem poznałem ciebie. - Jego wzrok złagodniał, spoglądnął w dół. - Zaproponowałem ci układ, który z innymi kobietami się sprawdzał. Ku mojemu zdziwieniu, odmówiłaś. Chciałem zerwać z tobą kontakty. Zapomnieć o tobie, ale nie mogłem. Myślałem tylko o tobie. I wtedy, w windzie, specjalnie wychodziłem po porze lunchu, mając nadzieje, że już dawno temu wyszłaś na przerwę. Nie chciałem cię widzieć, wiedziałem, że jeśli się zobaczymy to nie będzie odwrotu. I stałem w tej windzie, błagając abym cię nie spotkał, a jednocześnie modląc się, abyś się pojawiła. Abyś uśmiechnęła się i spojrzała na mnie tymi dużymi niebieskimi oczyma. I pojawiłaś się. I wpadłem. Wiedziałem, że będę musiał się poświęcić, ale z tobą, wydawało się to normalne. I wtedy, na randce, pod koniec, uświadomiłem sobie, że wbrew moim oczekiwaniom, po raz pierwszy w życiu spędziłem czas świetnie. Z kobietą, na randce. I poczułem się nieco zagubiony. Bo wiedziałem, że sama sobą mnie zmieniasz. I nie byłem pewny czy staję się osobą, którą polubię. Teraz wiem, wiem, że byłem dla ciebie lepszy. Tylko dla ciebie, Caroline. Musisz zrozumieć, że nadal jestem tym samym Klausem. Tym oziębłym, który nie wie co to empatia. Tylko przy tobie potrafię być inny. Tylko dla ciebie jestem inny. I mogłabyś błagać mnie ile wlezie, ale ja nigdy się nie zmienię tak do końca. Wobec innych, zawsze pozostanę tym samym mężczyzną.
Przełknęłam ślinę, otwierając buzię. Chciałam coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co. Boże, to było nawet więcej niż chciałam usłyszeć.
I wtedy usłyszałam piosenkę mojego dzieciństwa "It's My Life" i po prostu uznałam, że za dużo wypiłam, ale Klaus spojrzał na moją torebkę z niechęcią, jakby obwiniał ją za przerwanie naszej rozmowy.
- Twoja komórka dzwoni. - Mruknął.
Chyba faktycznie za dużo wypiłam. Zanim wyjęłam ją spomiędzy niezliczonej ilości chusteczek i innych bibelotów minęło trochę czasu. Niezdarnie przyłożyłam ją do ucha.
- Słucham?
Odpowiedziała mi cisza i już po chwili wiedziałam kto dzwoni. Jack. Wyprostowałam się gwałtownie i zmrużyłam oczy.
- Odezwij się. - Syknęłam.
Klaus, który zainteresował się choinką na korytarzu, nagle spojrzał na mnie, zaintrygowany. Zmarszczył czoło, patrząc na mnie pytająco.
- Ostrzegałem cie. – Usłyszałam w słuchawce.
Odetchnęłam głęboko.
Uśmiechnęłam się uspokajająco do Klausa, próbując zataić swój poprzedni strach, ale odczytywał moje emocje zbyt dobrze. Z zaciśniętą szczęką, bez żadnego słowa, wyrwał mi komórkę z dłoni.
- Nazywam się Klaus Mikaelson i świadomość, że przedstawiłem ci się, musi znaczyć, że nie jestem byle kim. - Uśmiechnął się nieczule. - Znajdę cię, chociaż byłbyś w najgłębszej norze na końcu świata i miałaby być to ostatnia rzecz, którą zrobię. Oczywiście, nie straszę cię, tylko mówię, jak będzie wyglądać twoja najbliższa przyszłość. Zniszczę cię...- Przerwał nagle z szyderczym uśmiechem, patrząc na mnie z lekkim zdziwieniem. - Rozłączył się.
- Groziłeś mu. Groźby są karalne. - Mruknęłam, wyrywając mu komórkę z dłoni.
- Jeśli chodzi o ciebie to nic mnie nie obchodzi, czy jest to karalne czy nie.
Uśmiechnęłam się mimowolnie i słabo.
Potrzebowałam takich słów, bo dopiero teraz do mnie to wszystko dochodziło.
Po pierwsze zdążyłam wcześniej już za dużo wypić, potem wyznanie Klausa, a teraz ten cały telefon. Wszystko sprawiło, że nagle poczułam się wyczerpana i bezbronna jednocześnie.
- Czasami jesteś dla mnie taki dobry. - Mruknęłam.
Prychnął, przekrzywiając głowę.
- Niedawno nazywałaś mnie dupkiem.
- Trudno za tobą nadążyć.
Uśmiechnął się lekko, rozluźniając się.
- Wejdź do środka, ja pójdę po kluczyki do swojego szofera i potem wrócę do ciebie.
Zmrużyłam oczy.
- A potem, co? - Mruknęłam.
Niech tylko spróbuje mną porządzić i..
- Zawiozę cię do domu. - Mruknął niezadowolony, doskonale wiedząc, że gdyby powiedział co innego, to nie dałabym mu szans.
Przytaknęłam i z Klausem u boku ruszyłam do sali.
Jęknęłam, kiedy uderzyłam się w nogę. Nawet Klaus, który podtrzymywał mnie jedną ręką za bardzo nie pomagał.
Westchnął głośno, na co zachichotałam. Zamknął drzwi nogą i zaprowadził mnie do jego sypialni.
- Miałeś mnie zawieźć do mojego domu. - Sepleniłam i wiedziałam o tym. Spojrzał na mnie spod byka.
- Powiedziałem, że zawiozę cię do domu. Nie powiedziałem, którego.
Prychnęłam, ale nagle ta cała sytuacja wydała mi się naprawdę zabawna, więc wybuchłam śmiechem. Pijackim śmiechem.
Posadził mnie na swoim łóżku i spoglądnął na mnie z reprymendą, nadal stojąc nade mną.
- Mówiłem ci, abyś na mnie zaczekała, a nie upijała się na śmierć.
Wzruszyłam ramionami.
- Od kiedy ja się ciebie słucham, księciuniu? Poza tym, wypiłam tylko jednego drinka. Do tego tyciego, tyciego drinka. O, takiego małego. - Wystawiłam swoją prawą dłoń przed siebie demonstrując mu.
Zacisnął usta, próbując się nie roześmiać i, jak najdłużej udawać poważnego.
- Takiego małego, mówisz? Co ja z tobą zrobię, Caroline?
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Co chcesz, no wiesz, to nie tak, że odmówię w takim stanie.
Pokręcił głową.
- Upijasz się w bardzo dziwny sposób.
- Dlaczego?
- Bo jesteś pijana i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Idź spać, Care.
Skrzywiłam się.
- A ty?
Uśmiechnął się szeroko.
- Muszę dokończyć parę spraw, a potem wracam.
Wzruszyłam ramionami.
- Jak tam chcesz.
Zerknął na mnie, tym razem z czymś innym w oczach. Może to była troska, albo po prostu alkohol.
Jednak to sprawiło, że zaczęłam nieco myśleć, o ile można w ogóle myśleć w takim stanie.
Jeszcze parę tygodni temu Klaus Mikaelson proponował mi układ. Układ, który zawsze działał z innymi kobietami. Układ, który chronił go przed uczuciami.
A teraz...
- Spotykając cię nigdy nie pomyślałam, że tak to wszystko się potoczy. - Mruknęłam pod nosem, wymawiając głośno to, co miałam na myśli.
- Jak?
- Ty i ja. Razem. W ...czymś w rodzaju związku.
- Czy to będzie tandetne, kiedy powiem, że ja wiedziałem od początku?
Roześmiałam się, obserwując jego szelmowski uśmiech.
- Czasami potrafisz być nadto romantyczny. Jeszcze powiedz, że chciałbyś pojechać do Paryża, to będę mogła umrzeć szczęśliwie.
Przegryzł wargę, zaciekawiony.
- Chciałabyś tam pojechać?
Uśmiechnęłam się głupkowato, odczuwając zmęczenie. Bez sił, opadłam na łózko i po minucie szarpaniny z kołdrą, jakimś cudem ułożyłam się do spania.
- A kto by nie chciał, Niklaus? - Spytałam retorycznie.
Stanął nad łóżkiem, uśmiechając się lekko.
- Będę w swoim gabinecie, jeśli...
Złapałam go za dłoń, patrząc na niego błagalnie.
- Nie zostawiaj mnie. - Szepnęłam.
Nie oczekiwałam dużo, myślałam, że obdarzy mnie tym jednym z jego pewnych siebie uśmiechów i uda się do swojej pracy, tak, jak wcześniej postanowił.
Ale ku mojemu zdziwieniu, znieruchomiał, wpatrując się we mnie i rozmyślając. Osobiście nie wiedziałam o co mu tak chodzi.
Albo idzie, albo zostaje. Ale po pijaku wiele spraw stawało się czymś łatwiejszym.
Nachylił się nade mną, ściągając buty.
- Przesuń się. - Mruknął.
Zrobiłam tak, jak kazał. Ułożył się przy moim boku, a ja patrzyłam na niego w milczeniu. Spojrzał na mnie i wystawił rękę do przodu, robiąc mi miejsce, abym położyła głowę na jego piersi.
Pewnie będzie mu niewygodnie, ale jakoś się tym nie przejmowałam. Sam tego chciał.
Oparłam głowę i dłoń o jego pierś i zaczęłam wsłuchiwać się w jego rytmiczne bicie serca, kiedy poczułam, jak powoli dotyka mojego ramienia, przytulając mnie mocno.
Odpłynęłam do krainy Morfeusza.
Czułam słońce na swojej twarzy i coś jeszcze. Swędzenie na szyi. Irytujące swędzenie na szyi. Przeciągnęłam się, próbując nie zmieniać pozycji. Leżałam na brzuchu i było mi wyjątkowo wygodnie. Łóżko było wielkie i...
Zaraz...
Moje łóżko nie jest wielkie. A te praktycznie nie wiem gdzie się kończy. Zmarszczyłam czoło, przypominając sobie wczorajszy wieczór.
Całe szczęście, że nie miałam kaca, co było nawet trochę dziwne, zważywszy na to ile wczoraj wypiłam.
Byłam u Klausa. O boże.
Byłam kompletnie pijana, więc zawiózł mnie do siebie i... nie pamiętam. Może i lepiej, pewnie gadałam jakieś głupoty. Przewróciłam się na bok, kładąc ręce na skraju łózka.
No cóż, próbując, bo tak naprawdę moja ręka wylądowała na czymś twardym.
Usłyszałam cichy śmiech i powoli otworzyłam oczy, przyzwyczajając się do jasności.
Klaus siedział na skraju łóżka i patrzył na mnie upierdliwie z sarkastycznym uśmiechem.
Przewróciłam oczyma, łapiąc za kołdrę i nakrywając ją swoją twarz. Nie cierpiałam, kiedy tak na mnie patrzył, dodatkowo świadomość, że robił to wcześniej nie sprawiała, że czułam się mniej zakłopotana.
- Czy czegoś się wstydzisz, moja droga?
Jęknęłam głośno. Łatwo było mu mówić. Wyglądał świeżo niczym bułeczki z rana, z lekkim uśmiechem, jeszcze nieco mokrymi włosami i w zwykłej koszuli i spodniach.
Ja, z drugiej strony, mogłam się porównać do wiedźmy na miotle.
- Odejdź ode mnie. - Mruknęłam. Uśmiechnął się szelmowsko, unosząc brwi do góry i nachylając się do mnie bliżej.- Jesteś obrzydliwy! Mam nieświeży oddech.
Wzruszył ramionami, obdarzając mnie czarującym uśmiechem.
- Nie przeszkadza mi to. - Odpowiedział szybko.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Ale mi tak.
Podniósł oczy do góry, udając, że nad czymś rozmyśla. W końcu, spojrzał na mnie z błyszczącymi oczyma.
- No wiesz, zawsze możemy to zrobić pod prysznicem.
- Nie! - Odkrzyknęłam po sekundzie.
Fuj.
Westchnął głęboko, odchyliwszy się. Udał, że jest niezadowolony.
- Twój wybór. Pójdę zrobić jajecznicę. - Wstał powoli i ruszył do wyjścia, kiedy go zatrzymałam.
- Nie chcę jajecznicy. Chcę kanapki. - Nie chciałam być niemiła czy władcza, ale... miałam ochotę na kanapki. I nie kazałam mu robić jajecznicy czy coś, więc...
Przekrzywił głowę na bok, mrużąc oczy.
- Nie jadam kanapek. - Mruknął, zamknąwszy drzwi za sobą.
Ta, koniec rozmowy. Jak zawsze.
- To zaczniesz! - Krzyknęłam, mając nadzieję, że usłyszy.
- Idziesz dzisiaj do pracy? - Spytałam go, spoglądając, jak zmienia biegi i znów wdrażamy się w ruch. Wyjechaliśmy z jakieś tłocznej ulicy i teraz mogliśmy się w miarę poruszać.
- Ta, mam spotkania po lunchu. A ty?
- Muszę pojechać do sądu i zająć się sprawą April. - Mruknęłam, zdając sobie sprawę, że automatycznie nasza rozmowa stanie się o wiele mniej weselsza.
Tak, jak przypuszczałam, zacisnął ręce na kierownicy i jego spojrzenie nagle stało się ponure.
- Niklaus, rozmawialiśmy o tym. Będę uważać.
- Powinnaś się do mnie wprowadzić. - Odpowiedział szybko.
Patrzyłam na niego uważnie, próbując nie zwariować i zacząć hiperwentylować na miejscu.
Boże, on mówił poważnie. I czekał na odpowiedź.
Wydałam z siebie parę jęków, więc kontynuował dalej:
- U mnie będziesz bezpieczna. Poza tym, muszę cię odwozić pod dom, a tak to robiłbym to od razu pod twoją pracę.
Wdech, wydech. Przytaknęłam powoli. Zerknął na mnie szybko, zaskoczony.
- Na razie parę ciuchów.
Wzruszył ramionami, zaskoczenie znów zmieniło się w niezadowolenie.
- Już masz parę ciuchów u mnie.
Przewróciłam oczyma.
- Negocjacje, pamiętasz? - Mruknęłam.
O dziwo, uśmiechnął się. Co prawda bez nuty radości, jednak był to lekki uśmiech.
- W twoich ustach brzmi to o wiele gorzej.
Wzruszyłam ramionami, spoglądając na ulice. Czuło się klimat świąt. Uwielbiałam ten okres w roku; ludzie szybko maszerujący z prezentami, świąteczne piosenki w sklepach, biały śnieg, tego czegoś co tak bardzo kojarzyło mi się ze świętami i tylko ze świętami.
- Jak spędzisz święta? - Spytałam, po chwili zastanowienia.
- Już kiedyś ci mówiłem.
- Ale okoliczności się zmieniły, nie sądzisz?
Uśmiechnął się z lisią przebiegłością.
- Ta. Spędzam je w domu. Sam. A ty?
Zmrużyłam oczy.
- Pewnie pojadę do rodziców.
Przytaknął, znów skupiając się na drodze. Przegryzłam wargę, próbując ułożyć idealny plan w swojej głowie.
Będzie sam. A ja jadę do domu, więc...
Uśmiechnęłam się szeroko, po czym zauważyłam, że podjechał pod sklep naprzeciwko mojej kamienicy.
Otwierałam drzwi, kiedy spoglądnęłam na niego. Uśmiechał się szeroko, z błyskiem w oczach.
- Buzi? - Mruknął.
Roześmiałam się głośno, kręcąc głową. Przypominał radosnego pieska, który dostaje kość.
- Limit wyczerpany. - Powiedziałam i uśmiechając się pod nosem z jego zaskoczenia na twarzy, wyszłam z samochodu.
Obeszłam to cudo i stanęłam przy szybie od jego siedzenia, czekając aż samochody nadjeżdżające z drugiej strony przejadą i będę miała wolną drogę.
Odsunął szybę. Nachyliłam się powoli.
- Zadzwonię, kiedy będę wolna.
Przytaknął niechętnie.
Zachichotałam, tym razem nie zakrywając się ręką i odwróciłam się, kierując się do domu.
- Mamo, przygotuj więcej jedzenia.
Jak zwykle, zamiast szybkiej odpowiedzi, najpierw usłyszałam głośne chrupanie orzeszków.
Westchnęła głośno, a ja spojrzałam na słuchawkę z niechęcią.
Nie cierpiałam rozmawiać z nią przez telefon. Była wtedy taka... aspołeczna.
- Znowu będziesz się obżerać? Mam ci przypominać, że po dwudziestym ósmym roku życia oponka nie schodzi tak szybko, jak wcześniej?
Przewróciłam oczyma.
- Mamo, mam dwadzieścia siedem lat.
- Co? - Mruknęła odruchowo. Ta, witajcie w moim świecie, gdzie moja własna matka nie wie, kiedy się urodziłam. - Ach, no tak. Oczywiście, że tak. Tylko cię ostrzegam na przyszłość.
Oczywiście.
- Tak czy inaczej, zrób więcej jedzenia niż zazwyczaj.
- Zawsze zostaje. Boże, co za rodzina. Przecież ci mówię, że...
- Mamo, przyjeżdżam z gościem.
- Zabierasz Elenę? Czy Bonnie? Trzeba było tak od razu, boże, te dziewczyny mają spust, ale...
- Z innym gościem.
Zapadła cisza. W tle słyszałam krzyki ciotek i głośne rozmowy o polityce wujków. Czyli mama i wszystkie ciotki były już u mojej najstarszej cioci. Miała wielki dom, dlatego też każdego roku cała rodzina, która liczyła kilkadziesiąt osób zbierała się na święta u niej.
- Wychodzisz za mąż?! - Zabrzmiało to bardziej, jak stwierdzenie niż pytanie. Westchnęłam głęboko, słysząc, jak rozmowy w tle ustają. - Ojciec, Caroline już nie będzie starą panną!
- Nigdy nią nie byłam!
- Czyli wychodzisz? Gdzie ślub? O boże, kiedy?
Zlitujcie się. Moja matka wydawała się taka zdesperowana, że bardziej była przejęta faktem, kiedy odbędzie się ślub, niż kto jest moim wybrankiem.
- Nie, mamo. Uspokój się i zacznij oddychać. Przyjeżdżam z gościem, więcej nie musisz wiedzieć.
Prychnęła głośno.
- A może przyjeżdżasz z Tylerem? Ach, nie, przecież z tobą zerwał.
- Daj spok... Zaraz, wróć. A skąd to wiesz?
- Zuza jest mądra, ale trzy paczki cheetosów działa na nią tak, jak na ciebie. Wyśpiewała mi wszystko.
- Zabiję ją.
- Jesteś okropna! - Udała oburzenie. - Jestem twoją matką, możesz mi wszystko mówić. Nie możemy mieć przed sobą sekretów.
- Akurat.
- Udam, że tego nie słyszałam. Kto to?
- Nie. Dam ci podpowiedź. Ubierz się ładnie.
- Ja zawsze ubieram się ładnie.
Nie chciałam jej uświadamiać, ale...
- Twój różowy sweterek, który zawsze zakładasz na wigilie kupiłaś w latach osiemdziesiątych i nie jest on ostatnim hitem mody.
- Przynajmniej to była, kiedyś moda. Nie to co dziś. - Syknęła.
- Muszę kończyć, mamo. Wywalą mnie z pracy za te telefony.
- Nieprawda, po prostu nie chcesz rozmawiać z własną matką, a ja tutaj...
Przewróciłam oczyma.
- Do zobaczenia, mamo.
Odłożyłam słuchawkę na widełki i westchnęłam.
Pierwsza część planu udana.
W pracy Klausa byłam dopiero drugi raz, jednak doskonale zapamiętałam drogę. Tak naprawdę, nie musiałam jej pamiętać, bo traktowali mnie, jak królową i gdybym poprosiła o kawę z ciastem biszkoptowym, to chyba by mi to dali.
Nawet ta blond lala z dołu była nadmiernie miła i produkowała się, posyłając mi milion uśmiechów.
Podążałam długim korytarzem, kiedy w końcu doszłam do końca i zauważyłam miłą starszą panie, którą pamiętałam z poprzedniej wizyty u Klausa. Siedziała za biurkiem, a kiedy zauważyła mnie, podniosła się szybko i uśmiechnęła.
- Tak sądziłam, że trafi pani do nas sama.
Przytaknęłam, uśmiechając się miło.
- Nie jestem ułomna. Przeszkadzam? - Spytałam, zerkając w stronę drzwi od jego gabinetu.
- Pan Mikaelson ma spotkanie, jednak...
- Ach, to poczekam.
- Nie, pan Mikaelson osobiście mi kazał przerywać wszystko, jeśli chodzi o panią. Proszę poczekać chwile.
Przegryzłam wargę, próbując jakoś ją zatrzymać. Stanęłam jej na drodze nachylając się do niej i spoglądając na plakietkę z jej imieniem.
- Betty, to naprawdę nic ważnego. Z chęcią poczekam. A pana Mikaelsona biorę na siebie.
Spoglądnęłam na jej biurko. Oprócz zdjęć swojej rodziny, miała także oprawiony autograf Sary Jessici Parker w ramkę.
- Lubi pani Parker? Seks w wielkim mieście to mój jeden z ulubionych seriali.
Połknęła haczyk. Nagle wydała się podekscytowana i przestraszona zarazem. Zasiadłam naprzeciwko jej biurka, ona wróciła na swoje miejsce i z błyskiem w oku zaczęła swoją opowieść o tym, jak zdobyła autograf Carrie Bradshaw. Znaczy się, Parker.
- Moją ulubienicą była Charlotte. Wieczna romantyczka i...halo, proszę pani? - Patrzyłam się na nią uważnie. Jej twarz momentalnie pobladła, a jej wzrok powędrował gdzieś dalej.
Odwróciłam się powoli.
Klaus stał w drzwiach i patrzył to na mnie, to na Betty. I nie był chyba zbytnio szczęśliwy.
- Wydałem ci polecenie służbowe. Co takiego się stało, że nie wykonałaś go?
Wstałam szybko, podchodząc do niego i próbując załagodzić sytuację.
- Niklaus, daj spokój. To ja ją poprosiłam, aby cię nie wzywała. Porozmawiałam sobie miło o Carrie i panu Bigu.
Patrzył na mnie nadal poważnie, chyba nie mając pojęcia o czym tak naprawdę mówię.
- Coś się stało? - Spytał po chwili, skanując mnie od dołu do góry w poszukiwaniu jakiś uszkodzeń.
- Dlaczego miało?
- Bo masz porachunki z gangiem, Caroline. - Syknął.
Wywróciłam oczyma, patrząc na niego błagalnie.
- Musimy? Nawet w dzień przed świętami?
- Wejdźmy do mojego gabinetu.
- Nie mam czasu. Porywam cię.
- Gdzie?
- Niespodzianka.
Zmarszczył czoło, jak zwykle niezadowolony, jeśli coś nie szło po jego myśli.
- Nie lubię niespodzianek. - Mruknął.
- No to się przyzwyczajaj.
- Zauważyłem. Całe życie z tobą to jedna wielka niespodzianka.
Spojrzałam na niego uważnie.
- A co to miało znaczyć?
Wzruszył ramionami, a ja postanowiłam nie drążyć tematu. I tak mieliśmy już opóźnienie.
- Zabieraj kurtkę i jedziemy pod moje mieszkanie na chwile, a potem w drogę.
Westchnął głęboko, zaciskając usta. Przez moment rozważał, czy aby nie wyciągnąć ze mnie jakieś informacji, ale dał sobie spokój.
Odwrócił się, wszedł do swojego gabinetu i mruknął:
- Zaraz wracam.
Ach, tak, w końcu święta, raczej nie będzie jakieś wielkiej "pompy", że się tak wyrażę :) Raczej parę scen w domu Caroline, a potem niespodzianka :D Dodałam wyjątkowo późno, ale musicie mi wybaczyć, miałam urodziny parę dni temu i do tej pory jestem jakoś zalatana. No, a co do tych rozdziałów, które mam w zanadrzu o których wspomniałam tydzień wcześniej: tak, mam je, jednak nie będę ich dodawać wcześniej, bo teraz akurat mam taki okres w życiu, że po prostu czasami nie mam nawet, jak zjeść i może się tak przydarzyć, że nie byłabym w stanie napisać rozdziału w ciągu tygodnia, a więc te dodatkowe traktuję, jako coś w rodzaju zabezpieczenia :D Dziękuję za poprzednie komentarze i mam nadzieję, że się podobało :)
Do napisania!
