Miłego czytania!
Rozdział 17
Stos prezentów rzuciłam na tylne siedzenie i w końcu usadowiłam się wygodnie na swoim, ale szybko zauważyłam pytające spojrzenie Klausa.
Siedzieliśmy w jego aucie i czekałam, aż odpali silnik, abyśmy w końcu mogli ruszyć, ale nie zanosiło się na to.
Odchrząknął.
- Jedziemy do twojej rodziny na wigilie?
- Można tak powiedzieć.
- Bez prezentów ode mnie?
Przewróciłam oczyma, zniecierpliwiona.
- Powiemy, że moje prezenty są także od ciebie.
Ze zdziwieniem obserwowałam, jak zagląda na tylne siedzenie i szpera w prezentach. Podniósł jeden z nich i postawił na swoich kolanach.
Spojrzał na mnie pobłażliwie z podniesionymi brwiami i lekkim uśmiechem.
- Żelazko z supermarketu. - Jego ton był wyniosły i miałam ochotę mu przywalić.
- A, co masz do żelazka z supermarketu?
- Z całym szacunkiem do twojego gustu, ale nigdy nie kupiłbym takiego szajsu.
Sapnęłam. Wyrwałam mu je z ręki i położyłam na swoich kolanach.
- Przykro mi, panie milionerze, nie wszyscy mogą kąpać się w pieniądzach. - Syknęłam przez zaciśnięte zęby.- I przyzwyczajaj się, bo ja lubię tandetę!
Rzuciłam te nieszczęsne żelazko na tylne siedzenie i spojrzałam na niego, z podniesionymi brwiami, jakbym wyzywała go na pojedynek. Przegryzł wargę, próbując się nie roześmiać.
Naprawdę, co było w tym śmiesznego?
- No dobrze, proponuję układ.
Prychnęłam.
- Przypominam, że twoje układy to zazwyczaj nie takie dobre pomysły.
- Mam świetne pomysły. Każdy mi to mówi.
- Każdy, czyli osoby, które zatrudniasz.
- Ciebie też zatrudniam.
- Sugerujesz, że byś mnie wywalił?
Skrzywił się, podnosząc jedną dłoń do góry.
- Jakim cudem rozmawiając o prezentach nagle doszliśmy do tematu twojej pracy?
- Pytaj się mnie, a ja ciebie. - Założyłam ręce na klatkę piersiową. - Układ. Mówiłeś o układzie.
- Pojedziemy teraz do centrum handlowego i kupimy jakieś porzą...- Przerwał w połowie zdania zauważając moje posępne spojrzenie. Westchnął, uśmiechając się niewinnie. - I kupimy prezenty!
Zirytowana, spojrzałam w górę. Zawsze musiał postawić na swoim.
- Jak tam chcesz.
Zmęczona, opadłam na ławki rozstawione w centrum handlowym. Po chwili, Klaus usiadł tuż koło mnie.
- Nie mam już sił.- Mruknęłam.
W tym samym momencie spojrzeliśmy na kilkanaście prezentów u naszych stóp.
- Musimy jeszcze kupić prezent twojemu ojcu.
Zmarszczyłam czoło.
- To idź sam. Ja się nigdzie nie ruszam. – Odpowiedziałam.
Zaśmiał się dźwięcznie, spoglądając na mnie z ukosa.
- Jesteś kobietą idealną.
- Czemu? - Spytałam odruchowo. Dopiero potem doszło do mnie co właśnie mi powiedział. Spojrzałam na niego.
Przekrzywił głowę, na jego twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech.
- Uwielbiasz football, co prawda nie tę drużynę co potrzeba, ale popracujemy nad tym i w dodatku nie cierpisz zakupów. Coś pięknego.
Zaśmiałam się pod nosem.
- No widzisz, jaki z ciebie szczęściarz.
Boże, po co ja to mówiłam. Teraz wpatrywał się we mnie tym nieprzeniknionym spojrzeniem i uśmiechem, jakby powierzał mi tajemnice, a ja nie miałam pojęcia, jaka to tajemnica. Znałam go coraz dłużej i zazwyczaj się nie rumieniłam, ale czasami nadal sprawiał, że czułam się przy nim niezręcznie.
Ugh.
Odchrząknęłam i wstałam, odwracając od niego wzrok.
- To ja idę na hamburgera, a ty idź kupić prezent mojemu tacie.
Spojrzał na mnie pytająco.
- Miałaś się nie ruszać.
Podparłam się pod boki.
- Jesteśmy w centrum handlowym, nie pójście tutaj na hamburgera to, jak grzech ciężki.
Pokręcił głową do swoich własnych myśli i rozeszliśmy się we dwie strony.
- Niklaus! Krawat wystarczy!
Odwrócił się, z zaskoczeniem na twarzy.
- A ty co mu kupiłaś?
Spojrzałam na niego, jak na kosmitę, po czym uśmiechnęłam się słodko.
- Skarpetki. Będę czekać!
Uśmiechnęłam się pod nosem z jego zdegustowanej miny. Co jest złego w kupowaniu skarpetek? Gdybym miała kupować całej mojej rodzinie białe złoto na święta to bym zbankrutowała.
- Niklaus! - Zrobił niewinną minę i spojrzał na mnie mrugając oczyma.
- Przecież już nic nie mówię. - Oznajmił.
Zacisnęłam szczękę ze złości. Prowadziłam samochód Klausa. Było to dosyć normalną rzeczą, bo to ja znałam drogę, jednak nie wiedziałam co mnie czeka, kiedy zasiadłam za kierownicą tego samochodu.
Po dwóch godzinach jazdy miałam go już serdecznie dosyć. Najpierw zaczął mi mówić co robię źle, kiedy zwróciłam mu uwagę stwierdził, że tylko mnie uczy i powinnam być mu wdzięczna bo człowiek uczy się do śmierci. Potem uspokoił się nieco, ale jego spojrzenia nie dawały mi spokoju. Z tego wszystkiego zaczynałam mylić biegi!
- Twoja buzia może się nie rusza, ale oczy mówią wszystko.
- Ależ poetyckie. - Zgromiłam go wzrokiem. Westchnął, uśmiechając się nerwowo. Chyba sam próbował się uspokoić, ale mu to nie wychodziło. - Jesteś pierwszą osobą, która prowadzi to auto. Oprócz mnie.
- Czuję się zaszczycona. - Mruknęłam sarkastycznie.
- Powinnaś.
- Tylko ja znam drogę.
Wywrócił oczy do góry, jakbym testowała jego cierpliwość.
- Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, Caroline. Mam GPS.
- Kiedyś GPS wywiózł mojego wujka na szczere pole.
Puścił tą uwagę pomimo uszu i poruszył się zdenerwowany na siedzeniu.
- A propos drogi, ile jeszcze?
Ścisnęłam kierownice.
- Boże, jesteś wielkim milionerem przed, którym wszyscy srają w gacie ale, czasami potrafisz być takim dzieciakiem, że mnie ściska.
Prychnął.
- Nawzajem.
Sapnęłam z furią.
- Co? Jestem prawnikiem, nie zachowuję się, jak dziecko.
- Szczególnie przyjmując sprawę tej zgwałconej dziewczyny.
Spojrzałam na niego wściekła i chociaż byliśmy na jednokierunkowej, cichej ulicy pośród jednorodzinnych domków i najwyżej wjechałabym gdzieś na trawę to i tak szybko złapał za kierownice.
- To była decyzja wolnej, dorosłej kobiety, która wie co robi i nie daje się zastraszyć jakiemuś kurduplu, który ledwo co skończył liceum. I nawet nie zaczynaj!
Z ociąganiem puścił kierownicę, a ja wjechałam na zastawiony samochodami podjazd.
- Jesteśmy? - Spytał zdziwiony.
- Och, przykro mi, jeśli sadziłeś, że zobaczysz wille z dwiema wieżyczkami u boku. - Mruknęłam, wyłączając silnik, zabierając kluczyk i wychodząc z samochodu.
Ruszyłam do dobrze mi znanych drzwi. Nie czekając na Klausa, aż się pojawi u mojego boku, zapukałam w dębowe drzwi, rozglądając się wkoło. Trawnik przyprószony śniegiem, podjazd odśnieżony, pewnie ciocia wykorzystała moich młodych kuzynów. Ogromny biały dom był przyozdobiony niezliczoną ilością światełek.
Klaus stanął przy mnie, z ręką w kieszeni, patrząc na mnie pytająco.
- Może nikogo nie ma? - Spytał z cieniem nadziei.
Spojrzałam na niego uważnie. Spoglądał na mnie nerwowo, zaciskając szczękę i próbując się rozluźnić.
Był zdenerwowany. Niklaus Mikaelson był zdenerwowany myślą, że spotka moją rodzinę. Coś podobnego.
- Uwierz mi. Są wszyscy. Caaaaała rodzina. - Zapewniłam go z szerokim uśmiechem.
Pewnie pomyślał, że jest nas około dziesięciu, a kiedy zobaczy trzydzieści parę osób to wyjdą mu gały z orbit.
Zmarszczył czoło, co zauważyłam z satysfakcją. Miło było go widzieć skrępowanego, chociaż raz dla odmiany.
- Dam ci małą radę. Z nikim nie gadaj, nie uśmiechaj się, i nie spoufalaj.- Mruknęłam szybko. Wybałuszyłam oczy, uświadamiając sobie jeszcze jedną rzecz. - I pod żadnym pozorem nie pij z moimi wujkami.
Spojrzał na mnie, zaciekawiony. Przewróciłam oczyma. Czasami zastanawiałam się, czy to może moja rodzina jest tak dziwna, czy po prostu inni ludzie są zbyt sztywni.
Przystaję przy tym pierwszym.
- Czemu?
- Bo cztery godziny później skończysz pod stołem.
- A twoi wujkowie?
Pokręciłam głową z krzywym uśmiechem.
- Za mocni zawodnicy.
Już zaczynałam się niecierpliwić, kiedy w końcu ktoś otworzył drzwi. Spojrzałam w dół, aby zobaczyć Mię z uśmiechem aniołka.
- Niklaus Mikaelson, jak mniemam. Ciocia dużo mi o tobie mówiła. Wchodźcie do środka.
Zmrużyłam złowieszczo oczy, posyłając jej spojrzenie, mówiące, aby się uspokoiła. Na miłość boską, był to jej dom, jednak znałam te korytarze, kiedy jej jeszcze nie było w planach mojej ciotki!
Weszliśmy, szybko zdjęłam swoją kurtkę, położyłam torbę na komodzie pośród miliona innych rzeczy i odwróciłam sie do Mii i Klausa.
Klaus, jeszcze ubrany patrzył się uparcie na Mię, a może trafniejsze określenie to, oddawał jej spojrzenie. Oboje mierzyli się wzrokiem i nie miałam pojęcia o co im chodzi.
Mia nagle przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się uroczo, zerkając na mnie.
O nie. Miała ten błysk w oczach. Ten, który miała przedtem, jak namówiła mnie na tarota. Ten sam, kiedy dodałyśmy najostrzejszy sos świata do sushi naszego kuzyna, a ten o mały włos się nie udusił.
Przeniosła swoje spojrzenie na Klausa i wymruczała:
- Jedna podstawowa rzecz, mam ci mówić "wujek"?
Sapnęłam, czując nagły przypływ gorąca. Klaus spojrzał na mnie, jakby szukał u mnie pomocy. Usłyszałam głośny rechot moich wujków z salonu, oczywiście na czele z moim tatą i, jak zwykle, psioczenie moich ciotek.
Jęknęłam cicho.
- Mia, co robi wujek Alex? - Spytałam, tylko po to, aby spojrzała na mnie. Zrobiła to, a ja zgromiłam ją wzrokiem.
Wzruszyła ramionami, najwyraźniej nie przestraszyła się mnie.
- Z twoim tatą dali mi się napić alkoholu.
- Co? - Odmruknęłam odruchowo.
- Tylko łyczek. - Patrzyłam na te 12-letnią istotę z szokowaniem.
- Nie wolno ci!
- Wujek powiedział, ze w moim wieku już dawno wiedziałaś, jak smakuje alkohol.
Skrzywiłam się.
- Wujek gada rożne rzeczy, nie sądzisz? - Mruknęłam.
Klaus odchrząknął u mojego boku, patrząc na mnie uważnie.
Mia uśmiechnęła się miło.
- To tradycja. - I poszła. Jej dwa kucyki podskakiwały, kiedy tańczącym krokiem wróciła do salonu.
Spojrzałam na Klausa, uśmiechając się przepraszająco.
- Tradycja? - Zmrużył oczy.
- Ta, wujek zawsze powtarza małoletniej części mojej rodziny, że, cytuję, "Trzeba trenować przed osiemnastką."
Wzruszyłam ramionami, kiedy patrzył na mnie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
Zachichotałam, przewracając oczyma i mruknęłam:
- Witaj w mojej rodzinie.
- Nie wierzę, że mi to zrobiłaś. - Ze złośliwym uśmieszkiem spoglądałam na ciotkę Teresę i moją mamę.
Były siostrami i ciocia była o trzy lata starsza, jednak ich charaktery były zupełnie odmienne.
Przede wszystkim, mama była nieco spokojniejsza. Ciotka była po prostu wariatką.
- Mamo, ostrzegałam cię, żebyś nie włożyła tej bluzki.
Przewróciła oczyma.
- Mogłaś mi powiedzieć, że mojej ryby będzie próbował milioner! - Syknęła.
- Multimilioner. - Poprawiła ją ciotka z rozmarzonym uśmiechem.
We trzy, jak na komendę spojrzałyśmy na Klausa. Podzieliliśmy się na dwa obozy, jak to zazwyczaj bywało, choć nasze składy nieco się zmieniły.
Co roku byłam jedyną dziewczyną w rodzinie, która więcej czasu spędza z facetami, a nie z kobietami.
Tym razem, stałam w kącie z moją najbliższą ciocią i mamą, reszta kobiet krzątała się między kuchnią, a jadalnią, a mężczyźni oglądali jakiś mecz. Znaczy się, komentowali.
Niektórzy stali, tak jak Klaus, niektórzy leżeli na dywanie, czytaj Stefan, a jeszcze inni byli ściśnięci na dwóch kanapach.
- Pamiętaj czego cię uczyłam, Care. - Moja ciotka mruknęła, posyłając mi koci uśmiech. - Nie okazuj zażyłości.
Przewróciłam oczyma. Ta, poznajcie moją ciotkę, hipokrytkę. Od małego powtarzała mi, że na jednym facecie się nie kończy, a jeśli już się zakocham, mam tego nie okazywać. Podobnież wtedy, jestem już na przegranym miejscu, najwyraźniej będąc tą słabszą.
Wzruszyłam ramionami do swoich myśli. Co ciekawe, ciocia była mężatką od 30 lat, a jej mąż jest jej zarazem pierwszym chłopakiem.
- A w ogóle, robiliście to już? - Spytała po chwili.
Moja mama w szoku spojrzała na swoją siostrę. Ja byłam do tego przyzwyczajona, w końcu przez całe dzieciństwo każde wakacje spędzałam u niej.
- Tereso! - Syknęła, sfrustrowana.
Spojrzała na mnie niewinnie.
- Nie oszukujmy się, chłopak przecież nie będzie czekał na twoją waginę całe życie.
Boże, była gorsza od Eleny.
Moja mama spojrzała na nią ostro i syknęła:
- Że ty puszczałaś się ze wszystkimi zanim zaczęłaś studia, to nie znaczy, że moja córka ma iść twoją drogą!
- Odezwała się święta!
- Sugerujesz coś, zołzo?
- Żebyś wiedziała, ty zawsze... - Wyłączyłam się, spoglądając w bok.
Takie rozmowy między tymi dwiema kobietami były czymś normalnym dla mnie. Nadal kłóciły się, ale ja byłam zmartwiona czym innym.
Zmarszczyłam czoło, szukając wzrokiem Klausa. Nie stał tuż przy moim wujku i nie rozmawiał z nimi o polityce, jak to było jeszcze przed chwilą. Spojrzałam na taras, uśmiechając się lekko.
Stał w samej koszuli na mrozie i rozmawiał z kimś przez telefon. Zostawiając kłócącą się mamę i ciotkę, ruszyłam do drzwi tarasowych. Otworzyłam je powoli i zrobiłam krok do przodu.
- Jesteś pewny, że wszystko jest przygotowane? Żadnego opóźnienia, zrozumiano?
Stanęłam w pół kroku. Miałam zamiar jeszcze trochę podsłuchać, ale Klaus wyczuł moją obecność. Odwrócił się nadal z komórką przy uchu, uśmiechając się szeroko.
- Do widzenia, Ralph. - Mruknął, szybko zakończając rozmowę.
Zmrużyłam oczy.
- Praca? W wigilie? - Spytałam ironicznie.
Zignorował moje pytanie i wzruszył ramionami.
- Jest zimno, wracajmy do środka .
Uniosłam brwi do góry, czując że coś ukrywa. Pytaniem jest; co?
- Niklaus, jak nie powiesz mi gdzie jedziemy, to wysiadam. - Syknęłam.
Parsknął śmiechem.
- Pędzę autostradą z prędkością 130 km/h. Uwierz mi, nie wysiądziesz. Chyba, że masz skłonności samobójcze.
Skrzywiłam się, uśmiechając się sztucznie.
- Ha, jakie śmieszne. Mówię poważnie. Wszystko zepsułeś. Mieliśmy zostać na noc u mojej ciotki, zjeść świąteczne śniadanie i zobaczyć reakcje wszystkich na nasze prezenty. Ale nie, jest już dwudziesta trzecia, a my jedziemy...- Spojrzałam na niego wściekle. - Gdzie my jedziemy?
Obdarzył mnie olśniewającym uśmiechem nr. 51. Tym, który zazwyczaj uwielbiałam, jak rozświetla mu twarz, a w jego oczach pojawiają się iskierki rozbawienia, ale dzisiaj ten uśmiech mnie po prostu irytował.
- Zgadnij.
Wyrzuciłam ręce w górę, przy okazji obdarzając go oskarżającym spojrzeniem.
- A co ja, Sherlock Holmes?! - Wzruszył ramionami, uśmiechając się krzywo. Chyba naprawdę nie pozostało mi nic tylko zgadywanie. - No dobra. Kojarzę, że jedziemy w stronę lotniska, ale to mi, cholera, nadal nic nie mów...- Przerwałam w połowie słowa, zauważając jego minę.
Zacisnął usta mocniej, próbując nie parsknąć śmiechem, a jego oczy patrzyły na mnie pobłażliwie, a zarazem z lekką dumą, tak, jakbym odkryła jego wielki sekret.
Bo odkryłam.
Wybałuszyłam oczy i nie przejmując się tym, że prowadzi, walnęłam go w udo.
- O boże, jedziemy na lotnisko!
Roześmiał się cicho, zachowując stoicki spokój. Nagle zahamował, zarzucił ręczny hamulec, wyłączył silnik i spojrzał na mnie z szalonym błyskiem w oku.
- Uściślając twoją wypowiedź: jesteśmy na pasie startowym.
Oderwałam od niego wzrok i wyglądnęłam za szybę. Byłam tak podekscytowana, że nawet nie zauważyłam, kiedy pokonaliśmy parę kilometrów.
Wyskoczyłam z samochodu zanim Klaus zdążył otworzyć mi drzwi. Westchnął tylko, próbując nie skomentować tego.
Stanął parę kroków przede mną, patrząc na mnie przez ramie.
Jęknęłam, kiedy zobaczyłam prywatny odrzutowiec kilkanaście metrów przed nami. Westchnęłam głęboko, próbując nie wyglądać, jak oszalała nastolatka, która zobaczyła swoich idoli. W końcu byłam prawnikiem i miałam dwadzieścia siedem lat.
Spokojnym krokiem podeszłam do Klausa. Posyłał mi ten jeden z jego szatańskich uśmiechów.
- Nie musisz się powstrzymywać. Przecież doskonale widzę, że praktycznie wewnętrznie piszczysz.
Przełknęłam ślinę, robiąc niewinną minę.
- A mogę? No wiesz, pisnąć?
Zrobił znudzoną minę, tak, jakby piszczenie na lotnisku było dla niego czymś najzwyklejszym w życiu.
Rozłożył ręce, zachęcając mnie. Więc zrobiłam krok do przodu, wbiłam się w jego klatkę piersiową i zaczęłam piszczeć w jego szyję, a jego ciało częściowo mnie zagłuszało.
Oderwałam się od niego, czując się nieco lepiej i uśmiechnęłam się szeroko. Klaus odwzajemnił uśmiech.
- Gotowa? - Spytał, wyciągając rękę przed siebie.
- Jak nigdy wcześniej. - Szepnęłam, ściskając mocno jego dłoń.
- Zaraz cię strzele. - Syknęłam.
Nie zrobiło to większego wrażenia na moim towarzyszu. Klaus Mikaelson, znany też, jako najbardziej irytujący i zarazem intrygujący mężczyzna na świecie, nadal siedział naprzeciwko mnie, całkowicie niewzruszony.
Sięgnął ręką, zmieniając stronę w gazecie, którą czytał. Jak zwykle, czytał politykę
Wydałam z siebie dziwne charknięcie i spojrzałam bezcelowo w okno, po raz kolejny próbując wywnioskować gdzie możemy się znajdować. I chociaż już lądowaliśmy, a tak naprawdę to wylądowaliśmy, to i tak nie miałam zielonego pojęcia gdzie jesteśmy. A Klaus nie był skłonny do odpowiedzi.
Najchętniej wybiegłabym z tego samolotu i zobaczyła w jakim mieście jesteśmy, ale Klaus nadal siedział spokojnie, więc nie wychylałam się za bardzo. Może po prostu wylądowaliśmy, aby zatankować.
- Musisz trenować swoją cierpliwość, Caroline. - Powiedział, a ja spojrzałam na niego wściekle. Co za arogant.
- A ty musisz się trzymać z daleka ode mnie. - Mruknęłam ironicznie.
Powoli przesunął swoje spojrzenie z gazety na mnie. Uniósł jedną brew i uśmiechnął się szelmowsko.
- Przykro mi, nie da się zrobić.
Przewróciłam oczyma. Zawsze musiał to robić. Zawsze musiał być takim manipulatorem; najpierw sprawiał, że miałam go dość, a potem robił coś niespodziewanego, przez co miałam ochotę go wyściskać. No dobra, może niekoniecznie wyściskać, może coś bardziej seksownego, bardziej...
Stop. Jesteś na niego zła, Forbes. Pamiętaj.
- Niklaus, błagam cię, ledwo co zdałam z geografii i do szesnastego roku życia nie wiedziałam, gdzie jest Kanada. - Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. Zmrużyłam oczy. - Jeśli będziesz się ze mnie śmiać, to wychodzę. - Stwierdziłam, unosząc głowę wysoko. Znów spojrzałam w okno, ale tym razem oprócz innych samolotów zobaczyłam coś jeszcze. Coś w oddali. Sapnęłam i zszokowana spojrzałam na Klausa. Obserwował moją reakcje spod długich rzęs.
- Spokojnie, nie pomyl się, w końcu nie jesteś dobra z geografii. - Mruknął z ironią. Skrzywiłam się. Nie byłam dobra z geografii, ale nie aż tak. Robił sobie ze mnie jaja i gdybym nie była w samolocie, który zapewne jest wart parę milionów to pewnie rzuciłabym w niego szklanką
- To wieża Eiffla, idioto! Aż tak głupia nie jestem. Dlaczego nie wychodzimy? - Wzruszył ramionami, wskazując mi otwarte drzwi. Zmarszczyłam nos.
- Droga wolna.- Powiedział z przyjaznym uśmiechem.
Oho, coś jest nie tak. Na pewno tutaj nie zostajemy, skoro drzwi są otwarte, a ten siedzi, jakby w końcu znalazł swój tron.
- Dlaczego ty nie wychodzisz? - Odłożył gazetę na bok, patrząc na mnie rozbawiony.
- Czekam na ciebie. - Odpowiedział tak, jakby to było najzwyklejszą rzeczą na świecie.- A ty?
- A ja czekam na ciebie. - Odpowiedziałam, uśmiechając się krzywo.
Klaus roześmiał się cicho.
- Widzę, że masz problemy z zaufaniem.
Przewróciłam oczyma.
- Odezwał się ten, co ufa każdemu. - Zaakcentowałam słowo „każdemu", tak że bardziej zabrzmiało, jak "mi".
Posłał mi oczko.
- Pracuję nad tym. - Wstał, nałożył płaszcz na siebie i uśmiechnął się chłopięco. - Idziemy?
Wybałuszyłam oczy. O boże, my naprawdę zostawaliśmy w Paryżu. Paryż.
- Jezu, PARYŻ! - Wstałam, jak oparzona i ignorując jego zaskoczenie wybiegłam na schodki, które prowadziły na pas startowy.
Nie czekałam na niego, bo... No, ludzie, byliśmy w Paryżu! Po raz pierwszy w życiu byłam gdzieś poza Nowym Jorkiem.
Zbiegłam na dół, przeskakując co dwa schodki po czym stanęłam na asfalcie, oglądając się za siebie.
Klaus stał na górze z moim płaszczem.w ręku, patrząc na mnie uważnie. Nie uśmiechał się, ale też nie był zły. Wyglądał, jakby się wyłączył, najwyraźniej znów o czymś rozmyślając.
Wzruszyłam nieznacznie ramionami. Musiałam to zaakceptować. Taki właśnie był i ten, a nie inny mężczyzna mnie zainteresował. Mogę próbować zmienić jego nastawienie, otworzyć go nieco, ale nigdy nie zmieni się całkowicie.
Westchnęłam, otrząsając się z moich rozmyśleń. Byłam w Paryżu, mieście zakochanych, mieście, które zazwyczaj widywałam na filmach Woodego Allena i miałam zamiar przeżyć najlepsze chwile swojego życia.
Uśmiechnęłam się szeroko, rozkładając ręce. Spojrzał na mnie, tym razem, już wrócił na ziemie. Uśmiechnął się lekko, widząc mój dobry nastrój.
A ja postanowiłam go uraczyć tym samym, czym on na początku naszej znajomości mnie. Zmrużyłam oczy i spytałam głośno:
- Chcesz, żebym czekała na ciebie wieczność?
Dostrzegłam błysk w jego oczach. Oczywiście, że pamiętał. Pamiętał naszą rozmowę w szpitalu, kiedy Elena miała anemie.
Obserwowałam, jak jego lekki uśmiech powoli zmienia się w ten szeroki i charyzmatyczny, ten z dołeczkami. Roześmiał się cicho i dołączył do mnie.
Z góry chcę przeprosić, bo wiem, że zawsze trzymam się tej soboty, jednak niestety wyjechałam do cioci, a dla mnie stety, bo uwielbiam spędzać u niej czas :) Tak czy inaczej, decyzję podjęłam tak jakoś szybko, gdybym trochę pomyślała, to bym dodała w piątek, kiedy jeszcze byłam w domu, no ale, jak to ja, zawsze jestem zalatana :D
Co do rozdziału: pewnie wielu z Was inaczej sobie wyobrażało całą tą wigilię w domu Caroline, jednak miałam wyobrażenie tego rozdziału już miesiące temu, kiedy dopiero co zaczynałam pisać to opowiadanie, pewnie mogłam wymyślić jakąś komiczną sytuację przy stole, ale nie jestem zbyt dobra w pisaniu takich scen :) Kiedy próbuję, zazwyczaj wychodzi misz masz :D No i Paryż. To będzie ważny rozdział, bo Caroline zacznie mieć wiele wątpliwości co do Klausa, a że to jest w końcu nasza ukochana Caroline Forbes, to będzie chciała zaspokoić swoją ciekawość. Wszelkimi sposobami :D
No a finał czwartej serii? Szczerze? Nawet się wzruszyłam, trochę pośmiałam, a scena Klaroline? Wiadomo, wolałabym bardziej tą wersję, gdzie ona wyjeżdża z nim do Nowego Orleanu, ale i tak zrobili wielki postęp, od tej całej niechęci Caroline do Klausa, aż do przyjaźni. Tak czy inaczej, właśnie dlatego piszę opowiadania Klaroline! Tutaj piszę JA, nie Julie Plec :D No dobra, kończę paplaninę :)
Jak zwykle, mam nadzieję, że się podobało i dziękuję za poprzednie komentarze ;)
Do napisania!
