Rozdział 2.


Alarm TARDIS nie zaprzestał dzwonienia, gdy Doktor dotarł do konsoli, głuche echo dzwonów rozbrzmiewało nadal w pustych korytarzach żywej maszyny. Clara, której sposobem radzenia sobie z problemami od zawsze było po prostu zrobienie herbaty i przemyślenie na spokojnie całej sprawy, siedziała na schodach wiodących w górę, obracając w dłoniach kubek gorącego Earl Greya. Cóż, przynajmniej chciałaby, żeby był gorący, ale, podobnie jak donośne dzwonienie, które doprowadzało ją do szaleństwa, nie było to coś, co byłaby w stanie naprawić. Niestety miała wrażenie, że Doktor wpadał do tej samej kategorii. Widziała go już wcześniej w złym stanie: gdy tracił nadzieję, gdy wszystko go zawodziło. Nigdy jednak, w czasie setek żyć spędzonych na gonieniu za nim, nie widziała na jego twarzy takiej… Pustki. Nigdy, poza jego dziesiątą inkarnacją, siedzącą bezsilnie na podłodze głównej serwerowni Biblioteki. Tak samo jak i wtedy, Doktor był blady, jego usta zacisnęły się w wąską linię, a on sam nie powiedział do niej ani słowa więcej, błyskawicznie zajmując się przekręcaniem wszystkich kontrolek TARDIS, z których żadna nie wywołała reakcji.

Coś stało się z River, tego Clara była pewna.

Minęła dłuższa chwila zanim Doktor porzucił bezradne ustawianie czujników, siadając na schodach poniżej i ukrywając twarz w dłoniach. Clara rozważyła zejście do niego, ale zdecydowała się dać mu więcej czasu. W teorii, powinni być teraz na zawsze odcięci od zewnętrznego świata. Jeżeli jego poprzednie wcielenie zmieniło bieg historii, to ich własna TARDIS utknęła w równoległym pseudo-świecie, całkowicie niezależnym od normalnego czasu i przestrzeni. Dopóki nie będą w stanie znaleźć odpowiedniej drogi ucieczki, mieli być skazani na trwanie obok właściwego świata, nawet poza jego nieuchronny koniec.

Wbrew sobie, Clara musiała przyznać, że lubiła profesor Song, chociaż ich pierwsze spotkanie zdecydowanie nie należało do najspokojniejszych. River, w przeciwieństwie do poprzednich towarzyszek Doktora po Wojnie Czasu - może jedynie poza Donną Noble, nie dała się owinąć dookoła palca Doktora, tylko dlatego, że zaoferował jej miejsce w TARDIS i zobaczenie wszystkiego, czego tylko zapragnie. Nawet mając cały czas i przestrzeń na wyciągnięcie ręki, nie uderzyło jej to do głowy. River Song sama wybierała swoją własną drogę, pomagając Doktorowi, jeżeli jej potrzebował, i podróżując wedle własnego uznania, ucząc się i śledząc jego historię. I, często, naprawiając także to, co jemu udało się zepsuć. Bez jego wiedzy spotkała Sarah Jane Smith, wręczając jej bilet do Północnego Croydon, niemalże siłą przekonała Tegan Jovankę do podjęcia leczenia guza mózgu, i pistoletem przyłożonym do skroni admirała Floty zmusiła Zjednoczoną Federację Planet do wysłania pomocy lasom Gamma, gdy większość ich zasobów spłonęła... I nie tylko. Nie zawsze była w stanie pomóc, nie zawsze było to możliwe, ale próbowała zrobić, co mogła, czasem w drobnych sprawach, czasem zapisując swoje własne imię w historii, obchodząc tyle stałych punktów, ile tylko mogła.

River nigdy nie miała złudzeń na temat Doktora, widząc go dokładnie takim, jaki był: postać wiekowego boga zapakowaną w formę niezdarnego nastolatka, z fezem na głowie, muszką na szyi i krwią milionów na własnych rękach. Nigdy nie ograniczając go niczym poza parą kajdanek i nie oczekując nic, czego nie był w stanie jej dać, River poświęcała się dla niego, raz za razem, i to z wyboru, a nie przymusu. Clara spotykała ją na swojej drodze wiele razy, uważając zawsze, by nie wejść jej w drogę, choć czasem wydawało jej się, że uśmiechnięta archeolog po prostu utrzymuje jej tajemnicę w sekrecie, tak samo jak i swoje. Jeden jeszcze spoiler, którego nie mogła zdradzić. Gdy jedna z jej wersji trafiła do straży Stormcage, Clara zawsze pilnowała by jedne drzwi twierdzy pozostały otwarte o chwilę dłużej, niż to było potrzebne, a niezawodne dotąd kamery, napotykały kłopoty przy każdej anomalii czasoprzestrzennej zwiastującej pojawiającą się TARDIS. Nawet pomimo tego, że pamiętała jedynie strzępki własnych wspomnień, Clara znała River Song. I być może właśnie dlatego, nigdy nie potrafiła zrozumieć, co Doktor widział w Rose Tyler, która była z nim przecież tak krótko.

Gdy telefon przy konsoli zadzwonił, wyrywając Clarę z zamyślenia, Doktor zerwał się z miejsca natychmiast, prawie uszkodzając go w pośpiechu.

- Tak? - zapytał, a głos, który mu odpowiedział sprawił, że zamarł w bezruchu. Clara usiłowała nasłuchiwać drugiej strony konwersacji, ale siedząc daleko, nie była w stanie usłyszeć nic, poza przytłumionym mamrotaniem. - Rory? - Doktor spytał dopiero po chwili słabo, a Clara wypiła kolejnego, potężnego łyka chłodnej herbaty, żałując nagle, że nie mogła dolać do niej alkoholu. Wyglądało na to, że życie z Doktorem nigdy nie miało stać się dla niej prostsze, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Chociaż wciąż martwiła się o niego, to nie mogła powstrzymać lekkiego uśmiechu. Jeżeli Rory wisiał właśnie na linii TARDIS, nie wszystko było stracone, prawda? Chwilę później Rory Rzymianin wciąż rozmawiał z Doktorem i podawał mu czasoprzestrzenne koordynaty, więc korzystając z okazji, dziewczyna odniosła kubek na miejsce w kuchni, przebrała się i, gotowa na kolejną przygodę, wróciła do krzątającego się Władcy Czasu.

- A więc? Dokąd tym razem? - spytała, a Doktor w końcu uśmiechnął się w odpowiedzi, chociaż wciąż mogła dostrzec żal i przerażenie w jego oczach. Maska pod którą ukrywał się przed światem była już jednak na miejscu.

- Wygląda na to, Claro, że wreszcie nadszedł moment, by przedstawić cię rodzicom.

- Oi! Mówiłam już, że masz skończyć z flirtowaniem, jeżeli jesteś zajęty! Poza tym, zawsze myślałam, że to ona jest w waszej rodzinie mamą. - Clara poklepała konsolę, wskazując na TARDIS, a światła sterowni zamigały ze złością, powodując, że oboje roześmiali się na głos. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały.

- Sexy? Sexy jest bardziej, um… Nie wchodźmy w szczegóły, dobrze? A więc, Londyn! 2012! - wykrzyknął, pociągając za kolejne dźwignie, aż w końcu pokład zatrząsł się i ustabilizował nagle, gdy TARDIS wylądowała na miejscu. Doktor wyciągnął w stronę Clary dłoń, pozwalając jej złapać się za rękę. - Ciekawy czas, naprawdę ciekawy, będziesz zaskoczona.

- Nawet jeżeli sama mieszkałam w tym mieście w tym samym czasie?

- Oczywiście, za kogo ty mnie masz! Wy, ludzie, nigdy nie widzicie tego, co ciekawe, jesteście na to za bardzo zajęci bzdurami! Tymczasem jednak, państwo Ponds czekają, żeby cię poznać...

Śmiejąc się, Clara nawet nie zauważyła, że dzwon TARDIS wciąż nie ucichł. Doktor jednak spojrzał w tył ponad jej ramieniem, opuszczając pokład. Jego bariery opadły na sekundę dłużej, dając mu czas na pozbieranie się raz jeszcze. Nie mógł teraz pozwolić sobie na błąd. TARDIS zrozumiała go doskonale. Światła w sterowni zgasły, jak zgaszony płomień świecy.


Donna Noble zawsze twierdziła, że nie należała do kobiet, które łatwo byłoby oszukać i fakt, że jej zmarły w tragicznych, acz niewyjaśnionych okolicznościach mąż z całą pewnością tego dokonał, nie zmieniało absolutnie nic. W tej chwili Donna była kobietą zamężną od pięciu godzin, wdową od dwóch, a jej suknia ślubna przemokła do ostatniej, pozbawionej kieszeni nitki, przylegając do jej ciała w nieodpowiednich miejscach. Mimo tego wszystkiego, co się stało, była jednak, być może po raz pierwszy w życiu, szczęśliwa. A raczej byłaby, gdyby przeklęty Marsjanin pamiętał, gdzie zaparkował.

- Jak, powiedz mi, jak można zgubić statek kosmiczny? - zawołała za nim, gdy rozglądał się po zaułkach Londynu, zaglądając do każdej znajomo wyglądającej bramy. To, w jaki sposób można zaparkować machinę czasu i statek kosmiczny w bocznej alejce też ją zastanawiało, ale uznała, że Doktorowi wystarczy jedno pytanie na raz, na które zresztą i tak nie odpowiedział, odbiegając nieco dalej. Sekundę później dotarło do niej głośne i pełne satysfakcji "Ha!", więc przyspieszyła kroku, wciąż krzycząc w jego kierunku. - Ej, nawet nie waż się startować beze mnie, nie po to zapraszałeś mnie na pokład, żeby potem uciec w podskokach na Marsa!

- Po raz tysięczny, Donna, nie jestem z Marsa! - dobiegło do niej zza rogu.

- Już ja swoje wiem, kosmito, prawie wszystko, co nie jest z Ziemi jest z Marsa! Och-

- Donna! To gatunkizm, to karalne! - Doktor wystawił głowę zza drzwi TARDIS, uśmiechając się na widok zaskoczenia na jej twarzy. - I jak, podoba ci się?

- Latasz… Budką policyjną?

- Tak - odpowiedział z dumą. - To właśnie TARDIS, jedyna w swoim rodzaju.

- Co, jak rozdawali rakiety stałeś w kolejce po włosy?

- Donna!

- Jak niby zamierzasz podróżować ze mną w takim czymś… O, nie, nie, nie, nie ma mowy, że wejdę tam z tobą, żebyś miał kogo obściskiwać w czasie przystanków na Księżycu! Znajdź sobie inną pannę do zamykania się razem w szafie! Jestem wdową i nie zamierzam tego szybko zmieniać!

- Zaraz, co? Nie! Nie zamierzam się z tobą obściskiwać, nigdy!

- Och, dzięki wielkie!

- Ja po prostu… Pomyślałem, że chciałabyś zobaczyć coś więcej. - Nerwowo przeczesał włosy dłonią. - Poza tym, ja… Um, mam kogoś - powiedział niepewnie.

- Kogoś, ha? I jak ma na imię? E.T.? Może ona jest z Marsa?

- Nazywa się Rose. - Doktor otworzył drzwi budki policyjnej, zapraszając Donnę gestem do środka. - I pochodzi z Ziemi.

- Uuu, zakochany kosmita, tego nie przewidziało nawet Hollywood. Nie martw się, zdarza się najlepszym. - Poklepała go po ramieniu pocieszająco. - Jesteś pewien, że ona nie sprzymierzyła się z wielkim pająkiem z kosmosu i nie chce cię zjeść?

- Jestem pewien, że nie. Chociaż Rose jest… Jest specjalna, jak na człowieka.

- O, nie wątpię. Więc, kiedy ją poznam? Ej, ale to znaczy, że masz podejżany fetysz, skakanie przez kosmos tylko z kobietą pod ręką? - Doktor zmieszał się, więc Donna wykorzystała okazję, by uderzyć go w ramię. Wyglądał w końcu na winnego. - No wiesz!

- Donna! TARDIS?

Nawet nie zauważyła, kiedy wprowadził ją do środka. Gdy zamachał rękami dookoła, w końcu rozejrzała się, otwierając usta ze zdziwienia. Przez chwilę nie umiała wydusić z siebie słowa.

- Ona jest… Większa od środka! - Donna wróciła się na zewnątrz, jeszcze raz rzucając okiem na zewnętrzny wygląd TARDIS, dotykając dla pewności framugi i po obejściu budki dookoła, wracając do środka. - Większa! Od! Środka!

- Och, kocham ten moment! - obwieścił Doktor z uśmiechem, zamykając za nią drzwi. - Poczekaj z zachwytem aż zobaczysz resztę. Na przykład basen.

- Masz basen na pokładzie?! Pewnie z jakimiś kosmicznymi glutami… Powiedz, że nie z kosmicznymi glutami! A co z jacuzzi?

W chwilę później, TARDIS zniknęła z londyńskiej alejki, a pozostająca w ukryciu River odetchnęła z ulgą. Donna Noble i Doktor, w TARDIS. Jeżeli ta dwójka znajdowała się na pokładzie, to wszystko było w porządku. Niedługo Rose także do nich dołączy… Tak, słysząc jego słowa jedynie utwierdziła się w przekonaniu, że podejmowała dobrą decyzję. River nie miała powodu by płakać, nawet jeżeli o niej Doktor nie mówił w ten sposób, jak o jasnowłosej byłej sprzedawczyni. Nigdy nie wymagała, by czuł coś, co dla niego nie istniało. Doktor kochał Rose Tyler, nigdy nie udało mu się z tym ukryć, tak samo jak w jego przeszłości zawsze zależało mu na Mistrzu bardziej, niż chciał to przyznać. W tej chwili nie miała czasu na nieistotne drobiazgi, zostało jeszcze wiele do zrobienia. River potrząsnęła głową i przycisnęła guzik na manipulatorze czasoprzestrzennym, również rozpływając się w powietrzu.


Ianto Jones był przyzwyczajony do niekomfortowych i przerażających sytuacji, nie pracował w końcu w Torchwood od wczoraj. Musiał jednak przyznać, że nieznajoma kobieta materializująca się z powietrza bez żadnego ostrzeżenia, gdy Jack właśnie usadowił się pomiędzy jego nogami, była czymś, czego w najśmielszych snach nie zdołał przewidzieć. Szczególnie, że natychmiast zakwalifikowałby je jako koszmary, bo Jack, zupełnie nie przejmując się dodatkowym towarzystwem, nawet nie przerwał swojego tymczasowego zajęcia. Ku jego zgrozie, mając usta zajęte w zupełnie inny sposób, spróbował mówić i Ianto bardzo pożałował, że nie potrafił mdleć na żądanie, albo przynajmniej teleportować się daleko na drugi koniec miasta.

Wszystkie alarmy Torchwood rozwyły się ponad nimi, chociaż głowa Jacka, wbrew protestom Ianto, wciąż pozostawała bardzo nisko, a z ich prowizorycznego szpitala niemalże natychmiast nadbiegli Gwen i Owen. Och, cudownie, stwierdził mający cudowny dzień w pracy Ianto, więcej ludzi. Tego właśnie brakowało. W przebłysku niespotykanego w Torchwood profesjonalizmu, Gwen wycelowała broń w nieznajomą, całkowicie ignorując nadal nierozdzielonych Jacka i Ianto. Owen nie był niestety aż tak poświęcony swojej pracy i przyglądał im się z fascynacją połączoną z obrzydzeniem.

- Wy możecie pieprzyć się w pracy, a mi nie wolno wyjść godzinę wcześniej, żeby iść do klubu, bo mamy inwazję żerujących na ludziach rybek akwariowych? Chyba sobie kurwa żarty robicie. I przypomnijcie mi, żebym nigdy więcej nie dotykał tego stołu…

Jack wymamrotał coś niewyraźnie w odpowiedzi. Ianto głównie chciał zginąć, albo zapaść się pod ziemię. Wymazanie własnej egzystencji, o, to też by mu pasowało. Jęknął, co sprawiło, że Owen odrobinę pozieleniał. Miał małą nadzieję, że Jack zakrztusi się i umrze przynajmniej na chwilę.

- Owen! Jack! Jesteście w pracy, ogarnijcie się natychmiast! - Gwen warknęła na nich, przywołując ich do porządku. Nie opuściła w tym czasie broni i nie spuściła wzroku z intruza. - Ianto, zapnij rozporek do cholery!

- Chyba raczej znajdź swoje spodnie na tym etapie…

- Jeżeli chcecie, to mogę po prostu zjawić się później - zaproponowała nieznajoma kobieta. Uśmiech na jej ustach sprawiał, że zarówno Gwen jak i Ianto jeszcze bardziej chcieli przyłożyć Jackowi prosto w głowę. Gdyby nie była aktualnie w niebezpiecznych rejonach, oczywiście. Na dźwięk głosu kobiety, ich niezastąpiony przywódca wydał z siebie niezidentyfikowany odgłos, który prawdopodobnie miał być zaskoczeniem i zaczął szukać czegoś w panice w kieszeniach własnego płaszcza, który, dzięki niech będą wszystkim istniejącym bóstwom, wciąż miał na sobie. Nie odsunął się od Ianto, ale zacisnął palce na jego nadgarstku. - W bardziej… dogodnym terminie.

- Ani się waż ruszyć z miejsca - zagroziła Gwen, kiwając pistoletem, na co kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Kim jesteś i po co się tutaj teleportowałaś? - zapytała ostro, tonem nieznoszącym sprzeciwu, i dokładnie w tym momencie manipulator czasoprzestrzenny Jacka zadziałał, porywając ze sobą także przeklinającego cały świat i przyległe galaktyki Ianto.

- No, wiedziałem, że nie ma powodu do paniki! - oświadczył Jack, gdy tylko wylądowali, szczerząc zęby w uśmiechu. Niestety jego zadowolenie nie trwało długo, bo w sekundę później przerwał im paniczny krzyk i mocny kopniak zrzucił Jacka z nienależącego do żadnego z nich łóżka.

Ianto nie wrócił tego dnia od razu do pracy. Ze wszystkich miejsc we wszechświecie, Jack wybrał jako miejsce ucieczki sypialnię w apartamencie odsypiającej swoją wczorajszą zmianę Tosh. Po tym traumatycznym momencie oboje zdecydowanie potrzebowali przynajmniej dzbanka kawy wspomaganej retconem, by wrócić do normy. I kilku butelek whisky.


Praca w Torchwood nie była prosta. Rose Tyler nie należała do cierpliwych osób, a testy technologii takich, jak ta, zawsze zabierały czas. Minęły miesiące, zanim Działo zaczęło funkcjonować. Kolejne, zanim pozwolono na pierwszy skok. Czując ciężar ekwipunku na swoich ramionach i ledwo mogąc oddychać w zapiętych ściśle pasach, Rose czuła, że w końcu nadchodzą zmiany. Nawet jeżeli nie uda się od razu, była skłonna czekać. Jackie mogła uważać, że to jedynie kuszenie losu, że Działo było niebezpieczne i nie miało prawa zadziałać, a Pete mógł wciąż powtarzać, że każda próba naraża ich świat coraz bardziej, ale w tym wypadku Rose zamierzała podejmować własne decyzje. Doktor był wart tego ryzyka.

Jasne światło rozbłysło dookoła niej, odbierając jej oddech.

Jej pierwszy skok.