Miłego czytania!
Rozdział 18
Otworzyłam buzie, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Chyba po raz setny rozglądałam się wokół i znów brakło mi słów.
- Przestań. - Powiedział.
Oderwałam wzrok od wazy, która przypominała mi słynną wazę Ming i spojrzałam w niebieskie oczy Klausa.
Siedziałam na podłodze w apartamencie, który Klaus wynajął w jednym z najbardziej ekskluzywnych hoteli w Paryżu. Klaus, po paru minutach narzekań, usiadł sztywno na dywanie obok mnie, tak, jakby myślał, że siedzenie na podłodze jest równoznaczne z utratą swojej pozycji.
Boże, przecież byliśmy sami.
Skrzywiłam się.
- Niklaus, zapłaciłeś fortunę.
Udawał, że mnie nie usłyszał; nadal patrzył przed siebie. Przed nami były drzwi tarasowe, a tam rozciągał się przepiękny widok na wieże Eiffla.
- To nie ma dla mnie znaczenia. Ważne, że jesteśmy w Paryżu, prawda?
- Ale nie musiałeś wynajmować apartamentu za mil...! - Złapał mnie za rękę, przekrzywiając głowę na bok i patrząc na mnie poważnie.
- Chciałaś tu przyjechać, tak? Więc jesteśmy. - Otworzyłam buzie, zaskoczona. Przyjechaliśmy tu tylko dlatego, że chciałam? I skąd wiedział, że chciałam?!
- Ale...- Uśmiechnął się pod nosem z lekką wyższością i przerwał mi, mówiąc pewnie:
- Poza tym, nie martw się, nie zbankrutuje.
No tak. Prychnęłam głośno. Co to tam milion dolarów dla niego. Oczywiście, że nic. Dla niego to tak, jak dla mnie sto dolarów.
- Skąd wiedziałeś, że chcę przyjechać akurat tutaj?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Każda romantyczka chce przyjechać do Paryża. - Odpowiedział, a ja zmrużyłam oczy.
- Nie jestem romantyczką.
Wzruszył ramionami, uśmiechając się szelmowsko.
- To nie ja noszę w torebce egzemplarz Dumy i Uprzedzenia.
Sapnęłam z oburzenia.
- Nigdy nie wiadomo, kiedy będę znudzona i...- Przerwałam, kiedy coś sobie uświadomiłam. Uśmiechnęłam się złośliwie. - Niklaus, a skąd ty wiesz o czym jest Duma i Uprzedzenie?
Niewinnie machnął ręką, składając usta w dzióbek. O boże, on to czytał. Zachichotałam głośno.
- Czytałeś to! - Spojrzał na mnie spod rzęs, uśmiechając się gorzko.
- Rebekah ma na tym punkcie obsesje. Kiedyś tam wziąłem to do ręki i przeczytałem, ze sto stron.
Puściłam mu oczko.
- Ta, sto stron. To tak, jak z disco polo, co? Nikt nie słucha, a każdy zna słowa. - Przewrócił oczyma lekceważąco. Nie mogłam nie zauważyć, że kiedyś nigdy nimi nie wywracał, a im więcej ze sobą przebywaliśmy, tym częściej to robił. Uszczypnęłam go w ramię. - Chyba spędzasz ze mną zbyt dużo czasu.
Odwrócił się nagle do mnie, z kpiącym uśmiechem na twarzy.
- Coś tam napomknęłaś o Paryżu, po tym jak się upiłaś. Mruczałaś o tym i o paru innych rzeczach.
Mrugnęłam parę razy, patrząc na niego ostrożnie. O paru innych rzeczach? O jakich rzeczach?
- Niklaus, cokolwiek mówiłam, to wiesz, to takie głupie gadanie pijanej dziewczyny. Pewnie to wszystko jakieś kłamstwa, wiesz jak to jest.
- O Paryżu nie kłamałaś.
Cholera. A co jeśli powiedziałam coś o nim? Na przykład coś o tym, że mam o nim brudne myśli? Na pewno coś takiego powiedziałam.
Każdy kto ze mną spędził wieczór, kiedy byłam pijana, nie rozmawiał ze mną przez następny miesiąc. Oprócz dziewczyn i mojej rodziny.
Dziewczyny się nie obrażały, bo same nie były lepsze po pijaku, a moja rodzina, no cóż, jak zbierze się całe wujostwo to tak naprawdę po jedenastej wieczorem, aż do następnego dnia nie wiedzą co się działo.
- Ugh, pewnie majaczyłam nie od rzeczy.
Klaus patrzył na mnie, mrużąc oczy. Powoli, jego uśmiech zmienił się w ten wszystko wiedzący uśmiech. Ten władczy i kpiący.
- Boisz się, że powiedziałaś coś, co nie chciałaś, abym usłyszał?
Odczekałam trzy sekundy, aby nie wyczuł kłamstwa z daleka. Czytałam, że jeśli automatycznie zaprzeczasz, bez namysłu, to jest to ewidentny znak, że kłamiesz.
- Oczywiście, że nie.
Przytaknął. Oczywiście, nie wierzył mi. Albo byłam okropnym kłamcą, albo zbyt dobrze odczytywał moje emocje.
Pokręcił pobłażliwe głową, nagle uśmiechnął się chłopięco i spojrzał na mnie z błyskiem w oku.
- Zamiast gadać o bezsensownych rzeczach, mam inną propozycję. - Mruknął cicho.
I zanim się zorientowałam, rzucił się na mnie tak, że leżałam przygwożdżona jego ciałem na podłodze, a on patrzył na mnie z szelmowskim uśmiechem.
- A mianowicie? - Szepnęłam.
Czułam, jak uderza we mnie fala gorąca. Klaus za to, wyglądał na spokojnego, co było nie fair.
Zaczynałam niemal hiperwentylować, kiedy czułam jego ręce na moich nadgarstkach, a on nawet nie wyglądał na podkręconego.
- Na co masz ochotę? - Spytał cicho.
Zwilżyłam wargi, spoglądając szybko na jego usta. Boże, kiedy ostatnio się całowaliśmy? Po tym, jak się pogodziliśmy, wydawało się, że Klaus próbuje zdobyć moje zaufanie. Więcej rozmawialiśmy, poznałam jego rodzinę, on moją, spędzaliśmy ze sobą dużo czasu i rezygnował dla mnie z nadgodzin w pracy.
I wspaniale. Mogliśmy zdobywać swoje zaufanie powoli, ale to nie przeszkadza mu mnie pocałować od czasu do czasu, prawda?
Uśmiechnęłam się sprośnie, podnosząc jedną brew do góry.
- Nie wiem, na wszystko. A ty?
Patrzyliśmy na siebie w ciszy i sądziłam, że zaraz zbliży się do mnie czy nachyli nade mną, cokolwiek, ale nie. Uśmiechnął się psotnie i stwierdził uroczo:
- A ja na zapiekankę.
Wybałuszyłam oczy, jęknąwszy. Z oszołomieniem patrzyłam, jak podnosi się ze mnie i staje nade mną, wystawiając rękę przed siebie proponując pomoc do wstania.
Warknęłam przez zaciśnięte zęby.
Co za cham. Nienawidzę go.
Odepchnęłam go i z cichymi stękami wstałam bez jego pomocy. Ruszyłam do łazienki, kiedy usłyszałam jego cichy śmiech. Odwróciłam się z bojową postawą, tylko po to aby zobaczyć jego zadowolony z siebie uśmiech i to, jak obserwuje mnie z rękoma założonymi z tyłu.
Podniosłam rękę do góry, ale zmieniłam zdanie.
- Nie. Wiesz co, Mikaelson? Nie. Nie będę się zniżać do twojego poziomu. - Syknęłam i weszłam do łazienki.
Posłałam mu jedno ze swoich zirytowanych spojrzeń, kiedy zamykałam drzwi.
- Tak, moja droga, prysznic może ci się przydać. – Prychnęłam głośno, trzaskając drzwiami. - Dla ochłodzenia.
Argh!
Zirytowana wzięłam od pokojówki tą przeklętą zapiekankę, zamknęłam za nią drzwi i skierowałam się do sypialni. Nie mam pojęcia co robił Klaus, że nie słyszał kilkuminutowego pukania dziewczyny, do tego stopnia, że to ja musiałam wyjść z łazienki. Zamaszyście weszłam do środka i rozglądnęłam się wkoło.
Otworzyłam już buzie, kiedy zobaczyłam, że leży na łóżku, ale szybko zdołałam usłyszeć jego równomierny oddech.
Spał. Przynajmniej nie chrapał. Zerknęłam na zegarek. Siedziałam w łazience całą godzinę, a ten tutaj choć był miliarderem to nadal był po prostu facetem, który czasami przypomina małe dziecko.
Położył się w ubraniach, a pilot od telewizora leżał na jego brzuchu. Rozczochrane włosy sterczały na każdą stronę, a na twarzy miał anielski uśmiech. Był naprawdę fascynujący, kiedy tak sobie smacznie spał.
Westchnęłam i odwróciłam się, postanawiając go nie budzić.
- Ty nie żyjesz.
Znieruchomiałam, parę kroków od łóżka. Przez moment wsłuchiwałam się, czekając na kolejne słowa, ale zapanowała cisza. Spojrzałam na Klausa ze zmrużonymi oczyma, patrząc, jak już w ogóle nie wygląda, jakby miał świetny sen. Raczej, jakby miał koszmar.
Zmarszczone czoło, rozchylone usta, ciężki oddech. Powoli zbliżyłam się do niego, wystawiając rękę przed siebie. Zatrzymałam ją tuż nad jego ramieniem, kiedy niespodziewanie wychrypiał:
- Przecież cię zabiłem.
Przełknęłam ślinę, czułam, jak nagle ogarnia mnie chłód. Może majaczył. Pewnie tak. Pewnie miał jakiś koszmar, pewnie...
O boże. Kogo on zabił?
Szarpnęłam go za ramię, tak naprawdę bojąc się, że usłyszę coś czego nie będę chciała. Zdezorientowany otworzył oczy i powoli na jego twarzy wyrósł uśmiech.
- Jesteś. - Szepnął.
Czuły, wspaniały uśmiech.
A jednak nie mogłam pozbyć się teraz jakiegoś dziwnego uczucia w brzuchu.
Uśmiechnęłam się sztucznie, mając nadzieje, że nie zauważy tego i podniosłam zapiekankę, którą trzymałam przez cały czas w drugiej dłoni.
- Mówiłeś coś o zapiekance, nie?
Uśmiechnęłam się krzywo, obserwując zdziwionych przechodniów. Zerkali w naszą stronę ze zdziwieniem, które po chwili zmieniało się w spojrzenie pełne dezaprobaty. Szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to.
Zerknęłam na Klausa, siedzącego u mojego boku. Z twarzą wystawioną ku słońcu i z lekkim uśmiechem na twarzy spoglądał przed siebie.
Automatycznie przypomniał mi się dzisiejszy poranek. A uściślając, słowa Klausa. Próbowałam sobie tłumaczyć, że mówił to przez sen, że pewnie miał jakiś koszmar, ale miałam przeczucie. Przeczucie, że coś tutaj nie gra. Ale postanowiłam je zignorować. Chociaż raz, chciałam zatracić się w momencie i zapomnieć o wszystkich problemach
I właśnie dlatego siedzieliśmy teraz tutaj, na ławce w parku w centrum Paryża. Mało kto spacerował, większość osób pospiesznie przechodziło obok, udając się do ciepłych domów. Za to my, byliśmy jedynymi, którzy odgarnęli śnieg z ławki i usiedliśmy na niej, choć było cholernie zimno.
Na początku wydawało się to świetnym i szalonym pomysłem, ale po pięciu minutach czułam, jak mój tyłek zaczyna się odmrażać. Klausowi było chyba ciepło, ale nie dziwie się mu. Jego płaszcz pewnie kosztował tysiące dolarów i oprócz dobrego wyglądania jest także ciepły, za to mój płaszczyk... No cóż, powiem tak, czego można się spodziewać po stu dolarach?
Więc zacisnęłam zęby i uśmiechałam się, kiedy to coraz to inni ludzie patrzyli na nas, jak na wariatów.
- Niklaus, czy ja dobrze kojarzę? - Spytałam ironicznie, spoglądając na jego błogi wyraz twarzy. Zerknął na mnie pytająco.
- Co kojarzysz?
Uśmiechnęłam się drwiąco.
- Zabrałeś mnie na randkę? - Bardziej stwierdziłam niż spytałam.
Patrzył na mnie uważnie, próbując nie przewrócić oczyma. Westchnął głośno, a po chwili uśmiechnął się lekko.
- Rano byłaś taka miła, że miałem dla ciebie prezent, ale skoro...
- Prezent? - Spytałam, upewniając się.
Spoglądnął na mnie zdziwiony, z pobłażliwym uśmiechem błąkającym się na jego twarzy.
Oczywiście, idiotko. Jest milionerem. Mógłby robić prezenty codziennie tysiącom ludzi.
- Ale, ja... - Podniósł brwi do góry, oczekując mojej dalszej wypowiedzi. - Ja nie mam nic dla ciebie.
Przez chwile patrzył na mnie w milczeniu, mrugnął parę razy, po czym niespodziewanie parsknął śmiechem.
Najzwyczajniej w świecie zaczął się głośno śmiać.
- Niklaus! Ja na prawdę nic ci nie kupiłam i teraz czuje się głupio, bo ty mi coś kupiłeś, a ja nie, a w końcu są święta i powinieneś dostać jakiś...- Wzięłam głęboki oddech i zerknęłam na niego błagalnie. -... prezent.
Spojrzał na mnie, już nieco uspokojony, ale nadal z lekkim uśmiechem.
- Naprawdę sadzisz, że oczekuję czegoś w zamian?
Otworzyłam buzie. No, to jest chyba normalne.
- A, nie? - Spytałam.
Patrzyłam, jak niedowierzająco pokręcił głową i wyjął z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza małe, kwadratowe pudełeczko.
Wystawił je w moim kierunku.
- Wystarczającym prezentem dla mnie będzie jeśli będziesz to nosić.
Jęknęłam, uśmiechając się słabo. Uśmiechał się szeroko, czekając aż przyjmę jego podarunek, jednak w jego oczach widziałam strach.
Przytaknęłam sama do swoich myśli.
Bał się, że mi się nie spodoba. Że zostanie odrzucony. Przegryzłam wargę, wyciągając rękę w jego stronę.
Ułożyłam pudełeczko na swoich kolanach i odetchnęłam głęboko. Znając jego będzie to jakiś 20-karatowy diament wielkości śliwki. Czy coś w tym stylu. Uwielbiał pokazywać to, że jest bogaty i, że stać go na wszystko.
No dobra, koniec gdybań. Otwieram.
- Niklaus...- Wychrypiałam, patrząc w oniemieniu na naszyjnik, który miałam przed sobą.
O dziwo, wcale nie krzyczał Kosztowałem-Milion-Dolarów, był po prostu... niezwykły. Piękny diament w kształcie pojedynczej łezki, który był cudowny i mimo to, że pewnie nigdy nie byłoby mnie na niego stać, to zarazem był prosty.
- Nie podoba ci się? - Spytał szybko. - Cholera, wiedziałem, ale Rebekah powiedziała, że...
Przerwałam mu, odwracając się gwałtownie w jego stronę i łapiąc go za ramie.
- Jest piękny, ale...- Przełknęłam ślinę.- Na miłość boską, ile on kosztował? - Wymruczałam cicho, patrząc na jego zadowolony z siebie uśmiech.
- Jeśli chcesz wiedzieć, dokładna liczba to dwa m...
Szybko położyłam swój wskazujący palec na jego ustach. Nagle, jego uśmiech zmienił się w ten uwodzicielski, a jego oczy błyszczały czymś szalonym.
- To było pytanie retoryczne, Klaus. - Syknęłam.
Wzruszył ramionami.
- Więc będziesz go nosić? - Spytał z cieniem nadziei.
Westchnęłam.
- Dziękuję. - Powiedziałam, akcentując sylaby.
- Będziesz?
Zmrużyłam oczy. O co mu chodziło?
- Boże, dlaczego ci tak na tym zależy?- Wypaliłam.
Zacisnęłam usta. Po co ja to mówiłam. Przecież odpowiedź była oczywista. Nie po to wydawał najprawdopodobniej milion dolarów, aby teraz leżał w szafie.
I powinnam mu chyba powiedzieć, że nie przywykłam chodzić z milionem dolarów na szyi. W przenośni, oczywiście, ale chyba wiadomo o co chodzi. Nie jestem taką kobietą. Zazwyczaj w ogolę nie noszę świecidełek, a jeśli tak, to jest to naszyjnik za trzydzieści dolców z motylkiem albo serduszkiem. Powinnam mu o tym powiedzieć i...
- Bo będzie ci o mnie przypominał.
Albo nie powinnam.
Spojrzałam na niego, wybita z moich myśli i w lekkim szoku. Patrzył przed siebie w zamyśleniu, ze zmarszczonym czołem i rękoma w kieszeniach od jego płaszczu.
- Dlaczego ma mi o tobie przypominać? - Spytałam cicho. Nadal siedział nieruchomo. - Przecież to nie tak, że o tobie zapomnę.
Przełknął ślinę z tępym wzrokiem spoglądając w dal. Czułam się, jakbym odkrywała nowe puzzle do układanki i jeszcze nie byłam pewna co z niej wyjdzie.
Klaus był prawdziwą zagadką. Mężczyzną, który miał przeszłość, chyba nie usłaną różami i tą przeszłość niekoniecznie pozostawił za sobą.
Nagle, spojrzał na mnie, jego twarz niespodziewanie rozświetliła się szerokim uśmiechem, choć nieco sztucznym.
- Po prostu pomyślałem, że pasuje do ciebie. Od razu, jak go zobaczyłem. Do twoich oczu i do całego twojego charakteru.
Odwzajemniłam uśmiech.
- Będę go nosić, obiecuję. - Powiedziałam, po czym oddałam mu pudełeczko, aby schował je z powrotem do kieszeni. Teraz zamotana szalikiem nie miałam za bardzo, jak go założyć.
- To Stefan powiedział, żeby ci kupić naszyjnik, kiedy spytałem, czy wie, co byś chciała.
Posłałam mu krzywy uśmiech.
- Tak powiedział? - Co, jak co, ale mój braciszek aż, tak dobrze mi nie życzył.
- Cytując, oznajmił, że "Przyda jej się jakiś wisiorek, poszukaj coś w Walmarcie." Jednak nie jestem zaznajomiony z terminem Walmart, więc udałem się do Tiffanego.
Roześmiałam się głośno, obserwując jego zdziwiony wyraz twarzy. Wiedziałam.
- Walmart to taka sieć sklepów. – Po, co miałam go wyprowadzać z błędu, że jest to najzwyklejsza sieć supermarketów?
Przytaknął.
- Coś w stylu Tiffany? - Spytał, upewniając się.
Przegryzłam wargę, powstrzymując się od parsknięcia śmiechem.
- Bardzo podobny. - Mruknęłam. - Niklaus, czy ty w ogóle chodzisz na zakupy?
Spojrzał na mnie, jak na ufoludka.
- Oczywiście, że tak. Garnitury w Armanim same się nie kupią.
Przewróciłam oczyma.
- Chodzi mi o zwykłe zakupy. Chleb, jogurty, ser, takie sprawy.
Zmarszczył brwi, krzywiąc się.
- Nie.
Boże, ten facet był taki nierealny.
- No to musimy to zmienić.
- Nie rozumiem.
- Nic, nic. - Mruknęłam.
I dziecinny.
- Co do Stefana. Jest nieco szalony, w pozytywnym sensie. – Stwierdził.
Odchrząknęłam. Szalony, tak, kiedyś był naprawdę szalony. Spojrzałam na Klausa, całkowicie nieświadomy obserwował ludzi przechodzących obok.
Mało kto wie o Stefanie. Tylko dziewczyny i najbliższa rodzina. Chciałam powiedzieć Klausowi, czułam, że powinnam. W końcu mieliśmy próbować, a jest to tylko możliwe, jeśli będziemy sobie ufać.
Westchnęłam głośno.
- Stefan mając siedemnaście lat zabił swoją dziewczynę. - Wypaliłam. Nie patrzyłam na Klausa, ale czułam, jak nieruchomieje tuż przy moim boku. - Miał wszystko, był jednym z tych chłopaków, których uważa się za bogów szkoły. Popularny, mający szczęśliwą, bogatą rodzinę, piękną dziewczynę, świetne wyniki w szkole i kapitan drużyny. Był ideałem dla każdego ucznia. Ale wszystko się skończyło, jak wszedł po pijanemu do samochodu. Razem z Laney, jego dziewczyną. Mieli wypadek. Dachowali. Laney zginęła na miejscu, a Stefan był w śpiączce przez dwa tygodnie. Potem trafił do poprawczaku, a jak wrócił to… Stefan, którego wszyscy znali, zniknął. I chyba nigdy już nie powrócił. Był świetnym chłopakiem, a jeden błąd zmienił jego życie na zawsze. Zrozumiał, że musi żyć dalej dopiero po kilku latach. Skończył studia, znów zaczął wychodzić, znów się uśmiechał, ale... Tamten Stefan nigdy nie wróci.- Przerwałam, wzdychając. - Nikomu o tym nie mówiłam, oprócz, wiesz, rodziny. Zresztą, nie musiałam. Po prostu, wiedzieli.
Zmrużył oczy.
- To dlaczego mi?
Wzruszyłam ramionami.
- Żebyś wiedział, że możesz mi ufać, tak, jak ja ufam tobie.- No, przynajmniej pracuję nad tym. - I, że nie musisz mieć przede mną sekretów.
- Dlaczego myślisz, że mam? - Spytał szybko.
Spojrzałam na niego zaskoczona, szybko przybierając lekki uśmiech. Coś tu było nie tak.
- Nie powiedziałam tego. Jeśli byś miał, to, pamiętaj, że tu jestem. - Mruknęłam, puszczając mu oczko.
Klaus uśmiechnął się. Ale nie był to zwykły uśmiech. Był to sztuczny uśmiech. Nie ten uspokajający, tylko ten po prostu nieszczery. Odwrócił wzrok, a ja przypatrywałam się mu uważnie.
Chciałam tylko sprawić, aby poczuł, że nigdzie się nie wybieram, że może być ze mną szczery, ale nie przypuszczałam, że pod koniec tej rozmowy, zorientuję się, że on faktycznie coś ukrywa.
Coś niekoniecznie miłego.
Czułam to.
- Kiedy ślub?! - Elena pod tym względem była podobna do Klausa. Nigdy nie pytała, po prostu chciała odpowiedzi. Teraz.
Patrzyła na mnie oczekująco z szerokim uśmiechem.
Przewróciłam oczyma i zmęczona usiadłam na kanapie. Elena stanęła przede mną.
- Bonnie, jak my z nią wytrzymujemy, przypomnij mi? – Spytałam z ironią.
Roześmiała się cicho, siedząc tuż obok mnie.
- Dobrze, że wróciłaś. Przez ostatni tydzień nawet zapomniała o Oliverze, non stop nawijała o tym, jak musimy zacząć przygotowywać twój ślub.
Elena uśmiechnęła się drwiąco i założyła ręce na boki.
- Możecie przestać rozmawiać, jakby mnie tu nie było?
Westchnęłam.
Pół godziny temu po raz pierwszy od tygodnia weszłam do swojego mieszkania, do azylu który dzieliłam z tymi wariatkami, zjadłam kolacje i było nadzwyczaj spokojnie, ale kiedy tylko skończyłam jeść, zaczął się horror.
- Elena... - Zaczęłam.
Uśmiechnęła się słodko.
- Pozwoliłam ci spokojnie zjeść, a teraz żądam odpowiedzi.
Skrzywiłam się.
- Och, dziękuje, jesteś łaskawa niczym papież. - Syknęłam złośliwie.
Elena wzruszyła ramionami z usatysfakcjonowanym uśmiechem.
- A więc?
- Dał mi tylko naszyjnik! Nie pierścionek zaręczynowy!
- Blisko.
- Chyba nie.
- O tak.
Zmrużyłam oczy. Zerknęłam w stronę Bonnie. Udawała, że czyta jakąś gazetę i, że nie interesuje ją o czym rozmawiamy. Akurat.
- Bonnie, powiedz coś. - Mruknęłam.
Spojrzała na mnie z udawanym zaskoczeniem, na co zareagowałam ostrym spojrzeniem. Westchnęła, poddając się i odwróciła się w stronę Eleny.
- Byli tylko w Paryżu, Elena, to nic takie...
- Właśnie! W Paryżu! – Elena wyglądała, jakby ją olśniło, za to ja posłałam zirytowane spojrzenie Bonnie.- Miasto zakochanych! Dlaczego nie wybrał Londynu? Albo Berlina? Bo, nie! Wybrał miasto zakochanych.
- Pojechanie do Paryżu nie równoznaczny się z tym, że zaraz będę brała ślub, Elena. Ani z miłością.
Wybałuszyła oczy, a po chwili uśmiechnęła się sarkastycznie.
- Idę się myć, ale wiesz co ci powiem, Care? Coś, co sama osobiście mnie nauczyłaś. - Przewróciłam oczyma. - Miłość i sraczka przychodzą znienacka.
Skrzywiłam się, obserwując, jak kieruje się do łazienki z wysoko podniesioną głową.
Prychnęłam.
- Co to w ogóle ma znaczyć? - Burknęłam, spoglądając na Bonnie.
O dziwo, zacisnęła usta i znów udała, że czyta gazetę.
Jak to dobrze mieć przyjaciółki, co?
Uff, muszę przyznać, rozdział napisany, jednak w stresie, może i dlatego nie za bardzo jestem z niego zadowolona. Akurat jest taki okres w szkole, kiedy nagle wszyscy nauczyciele w tym samym czasie robią nam kartkówki, prace klasowe i wszystkie te inne rzeczy, przez które czasami nie wiem w co ręce włożyć :D Tak czy inaczej, wedle tradycji, dodaję w sobotę :) Dziękuję za wszystkie miłe słowa!
Do napisania!
