Miłego czytania!


Rozdział 19

Zaczęłam wyginać palce u prawej ręki. Toga kuła mnie w szyję, kiedy spoglądałam w stronę April.

Siedziała naprzeciwko drzwi od sali do rozpraw, rozglądając się nerwowo. Jej mama coś do niej mówiła, chyba próbowała ją uspokoić, ale April chyba za bardzo jej nie słuchała. Zobaczyłam, jak podaje jej kawę.

Westchnęłam.

Nienawidziłam kawy, ale chyba przydałaby mi się teraz. Byłam cholernie zdenerwowana. Tak naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam taką migrenę.

Może by tak uciec? Zamiast siedzenia na sali rozpraw pewnie byłabym w McDonaldzie z dziewczynami spędzając miło czas.

Boże, co ja gadam.

Mama by mnie zabiła. Oczywiście, nie byłam też, aż takim tchórzem, ale przede wszystkim, miałam swój honor. I mama by mnie wydziedziczyła.

Poza tym, byłam prawnikiem. Co prawda nigdy w życiu nie oskarżałam kogoś, ale zawsze jest ten pierwszy raz.

- Coś na uspokojenie?

Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Klausa przed sobą. Uśmiechniętego, lecz nieco zdystansowanego.

Westchnęłam i odwzajemniłam uśmiech.

Chyba nawet nie wiedział, jak dobrze było go widzieć. A ja mu o tym nie powiem.

- Co tutaj robisz? – Spytałam.

- Proszę, herbata. – Podał mi papierowy kubek, który przed chwileczką myślałam, że jest jego. – Wiem, że nie lubisz kawy.

Przytaknęłam.

- Dziękuję. – Powiedziałam miło. – A teraz, co tutaj robisz? – Dopowiedziałam, nieco ostrzej.

Ale Klaus chyba nie winił mnie za to. Widział, że mam nerwy w strzępach.

Spoważniał nieco, co kompletnie nie pasowało do aury, którą dzisiaj roztaczał wokół siebie. Przede wszystkim, wyglądał młodo.

Bo był młody, zawsze nie wyglądał na trzydziestolatka, jednak dzisiaj było w nim coś innego. Może przez to, że miał na sobie skórę, co było dziwne, skoro pracował. Może dlatego, że jego ciemnoblond włosy były przyprószone śniegiem. Może dlatego, że jego oczy nie były takie… puste, jak kiedyś. Teraz widniał w nich błysk. Błysk zdenerwowania, jednak zawsze była to jakaś emocja. Uczucie, którym postanowił się podzielić i nie zamykać się w sobie.

- Miałem nadzieję, że przyjdę tu i okaże się, że zrezygnowałaś. – Przewróciłam oczyma. – Wiem, wiem. – Zacisnął szczękę, po czym ze zmrużonymi oczyma i ze zmienionym głosem dodał: - Nic z tego!

Czy on właśnie mnie przedrzeźniał? Po pierwsze, nie robię takiej miny. Po drugie, zabrzmiał, jak stara, zrzędząca babcia, a ja tak nie mówię.

Ale postanowiłam to zignorować, a zamiast tego, po raz setny wytłumaczyć mu, że…

- Niklaus…

- Tak, jesteś niezależna. Zaczyna mnie to nieźle denerwować. - Uśmiechnęłam się szeroko. Denerwuje go to, ale próbuje to zrozumieć. To chyba krok naprzód. – Ale niech tylko znów ci zagrozi, to masz natychmiast zostawić tą sprawę.

Ugh.

Jak to mój tato mawia? Ach, tak.

Jeden krok do przodu, dwa do tyłu. Idealne podsumowanie mojego związku z Klausem.

- Kiedy ci się kończy przerwa? – Spytałam, próbując oderwać go od jego bojowych myśli. Zmarszczył czoło.

- Mam swoją firmę. Mam przerwy, kiedy chcę, Caroline. – Powiedział z uśmiechem.

Ach, no tak. Przytaknęłam lekko. Spojrzałam przez ramię. Wywołano mnie i April na salę. Stała tuż przed drzwiami, czekając na mnie. Odwróciłam się do Klausa.

- Powodzenia. – Mruknął z niechęcią.

Zaśmiałam się. Widziałam, jak bardzo nienawidzi tego uczucia. Uczucia, że nie może wpłynąć na moją decyzję, a jednak nadal próbował mnie zrozumieć.

- Nie, dziękuję. – Powiedziałam i posyłając mu ostatni uśmiech ruszyłam do April.

- Będę tu czekał.

Uśmiechnęłam się pod nosem na jego słowa i razem z April weszłam do piekła. Znaczy się, na salę.


- Groził ci. - Syknął, piorunując mnie wzrokiem.

Na początku próbowałam go lekceważyć, ale zaczynałam się porządnie irytować.

- Taka praca, jeśli nie zauważyłeś. Może powinnam od razu schować się w domu, zamknąć drzwi na cztery spusty i nie pokazywać się światu? - To było pytanie retoryczne, jednak oczy Klausa zaświeciły się zdradziecko, a na twarzy pojawił się chłodny uśmiech.

Miałam dziwne przeczucie, że ten sarkazm potraktował, jak świetny pomysł na niedaleką przyszłość.

- Nie będziemy o tym rozmawiać tutaj, przy ludziach, Caroline.

Zacisnęłam szczękę. Zawsze tak robił. Kiedy już nie miał argumentów, po prostu kończył rozmowę pod pretekstem, że ludzie patrzą.

Przewróciłam oczyma.

Wszystko zepsuł. Był tak wspaniały jeszcze rano, kiedy przyszedł do sądu, tak naprawdę wspierał mnie, zrobił coś, czego nigdy nie pomyślałbym, że się na to zdobędzie. Oczywiście, Jack nie pojawił się na rozprawie, złapali go, jednak wyszedł z więzienia za kaucją. I czułam się nawet dobrze. Za to mój samochód już nie.

Uparłam się, że pojadę do domu swoim autem, a Klaus miał mnie tylko odprowadzić. I wyobraźcie sobie, co się stało, kiedy zauważyliśmy, że przednia szyba jest całkowicie rozwalona.

Oczywiście, Klaus zaczął swój wywód o tym, że nigdy się jego nie słucham, a potem wszystko kończy się nie tak. I potem zabrał mnie na kolacje do swojego rodzinnego domu i nawet jedząc kolacje, nadal się kłóciliśmy.

Nagle go olśniło, że oprócz nas, przy stole jest także Rebekah, Kol i ich matka. Prychnęłam głośno, na co obrzucił mnie uważnym spojrzeniem.

- Ty zacząłeś. - Burknęłam.

Klaus otworzył buzie, już chyba mając jakaś ripostę w zanadrzu, kiedy Kol wstał od stołu z szerokim uśmiechem.

- No to, jak, bracie, obiecałeś, że zajrzysz w papiery.

Klaus zmrużył oczy, obdarzając mnie ostatnim spojrzeniem i podążył za Kolem. Skrzywiłam się.

Rebekah przekrzywiła głowę, uśmiechając się przyjaźnie.

- Dobrze, że poszli. Musimy zorganizować urodziny Klausa.

Spojrzałam na nią zaskoczona.

- Niklaus ma urodziny? – Spytałam odruchowo, od razu żałując czego powiedziałam.

Oczywiście, że miał urodziny, tylko…

- Nie powiedział ci nic? – Uniosła brwi do góry, nachylając się nad stołem. No właśnie. Nic mi nie powiedział. – Nie martw się, nienawidzi obchodzić swoich urodzin. Uważa to za zbędne święto. - Przytaknęłam. – A więc, piszesz się?

- Na, co?

- Do pomocy w organizowaniu przyjęcia.

- Ach. – Uśmiechnęłam się szeroko, być może nawet nieco złośliwie.

Niklaus nie lubił przyjęć urodzinowych? To zrobię wszystko, aby je wyprawić.

- Oczywiście, Kol nam pomoże. Uwielbia urządzać imprezy. To, jak?

Posłałam jej lekki uśmiech, po czym przytaknęłam energicznie.

- Z przyjemnością.


- Mam rozumieć, że przyjedziesz?

- Nie powiedziałem tego. – Odburknął.

Westchnęłam głośno i opadłam na kanapę w salonie. W słuchawce usłyszałam głośne prychnięcie.

- Stefan, zrób to dla mnie.

Roześmiał się głośno.

- Siostra, jeśli miałbym przyjechać na urodziny twojego kochasia, to tylko dla siebie. Aby się najeść.

- Boże, w kogo ty poszedłeś. – Mruknęłam bardziej do siebie.

- W kogo my poszliśmy, Care. – Przewróciłam oczyma, usłyszawszy jego drwiący ton głosu.

Fakt, nie mogę zaprzeczyć. Od małego każdą imprezę w rodzinie, czy to były imieniny, urodziny, chrzciny czy wesele, traktowaliśmy, jako świetną okazję do zapełnienia naszych wiecznie głodnych brzuchów.

Jednak już dawno skończyliśmy dwadzieścia pięć lat.

- Kiedy ty dorośniesz? – Spytałam retorycznie.

- A kto pół roku temu wyjadł cały rosół na stypie?

Wytrzeszczyłam oczy.

- Byłam głodna, okej? Poza tym, rozmawiamy o tobie i twoim leniwym tyłku!

Słyszałam, jak w tle przeskakuje z kanału na kanał i szuka tego właściwego.

- Powinienem się obrazić. Od rana, każdy mnie obraża.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

- Żadna nowina, Stefan. I przestań oglądać siatkówkę, tylko porozmawiaj ze mną!

- Podzielność uwagi, młoda. Zawsze ci jej brakowało.

Zacisnęłam szczękę, zamykając oczy.

Nie daj mu dojść do ciebie, Forbes. Zignoruj go. Zignoruj go, tak, jak nigdy tego nie robisz. Chociaż raz bądź mądrzejsza.

- Dlaczego zawsze muszę ci przypominać o tym, jak wiele dla ciebie zrobiłam? Poszłam z tobą na te cholerne wesele i udawałam twoją dziewczynę, tylko dlatego, aby wzbudzić zazdrość w jakieś dziewczynie! I tak się nie udało, ale poszłam! Bo jesteś moim bratem. I nawet nie wspominam ile razy kradłeś mi chipsy i moje ulubione lody.

Zapadła cisza. Może przemówiłam do jego rozsądku. O ile go miał.

- Mieliśmy wtedy szesnaście lat, Care. – Powiedział, jakby tłumaczył chiński Brytyjczykowi.

- To nie ma znaczenia. Teraz jest pora, abyś się odwdzięczył.

- Nadal nie rozumiem, dlaczego chcesz, abym przyszedł na urodziny twojego koch…- Warknęłam, na co odchrząknął i poprawił się szybko. -… Klausa.

Szczerze powiedziawszy, sama nie wiedziałam.

Co ja pieprze, doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Bałam się. To w końcu były urodziny Klausa. Większość osób, które tam będą, będę widzieć po raz pierwszy w życiu. Oprócz Olivera, Bonnie i Eleny. Znając Olivera i Elene, znikną po pierwszych piętnastu minutach, za to Bonnie zacznie szaleć na parkiecie, zresztą, tak, jak zawsze to robi, kiedy wypije trochę więcej niż powinna i usłyszy swoje ulubione piosenki. I wtedy, zostanę sama. Klaus nie będzie miał czasu zajmować się mną i nie będę miała mu tego za złe. Będzie przyjmować życzenia, prezenty i wszystko to, co robi solenizant. I będzie tam masa ludzi. Bo, znając Rebekah, przyjęcie w jej słowniku zapewne równoznaczny się z co najmniej dwustoma osobami. No dobra, może przesadzam. Ale tak czy inaczej, potrzebowałam kogoś jeszcze. Kogoś, kto będzie obcy, tak samo, jak ja. Kogoś, komu mogłam ufać.

No i spójrzmy prawdzie w oczy, większość czasu ze Stefanem spędzaliśmy na kłótniach i wyzywaniu się, które z nas ma większego garba na nosie i prostsze zęby, ale jeśli była tylko jakaś impreza, to byliśmy parą idealną.

Uwielbialiśmy siadywać w najlepszym miejscu, obżerając się i przy okazji obgadując ludzi. I właśnie dlatego potrzebowałam swojego brata.

- Będzie dużo alkoholu, jedzenia i fajne dziewczyny. Czego więcej chcesz?

Niemal czułam, jak na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech.

- Trzeba było tak od razu, Care. Kiedy to?

- Jutro, dziewiętnasta, przy Traffton Square. Muszę kończyć, mam kogoś na drugiej linii. – Mruknęłam i bez słowa pożegnania włączyłam zieloną słuchawkę. – Bonnie? Co, jest?

Zamiast odpowiedzi, usłyszałam głośne oddychanie. A tak naprawdę, to sapanie.

- Kiedy postanowiłam pomóc dekorować sale, gdzie Klaus będzie miał urodziny, nie wspomniałaś ani słowem, o problemie, który teraz doprowadza mnie do szału.

Zmrużyłam oczy. Była nieźle wkurzona. Rozpoznałam to po tym, jak niewyraźnie mówi, zaciskając mocno zęby. Zawsze tak robiła, kiedy próbowała się uspokoić.

- Co się dzieje? – Spytałam ostrożnie.

- Próbuję pracować, naprawdę, Care, próbuję pomóc, ale…- Nagle wydała z siebie jakiś dziwny gardłowy dźwięk, jakby chciała krzyczeć, ale nie za bardzo mogła. – Po prostu, przyjedź. Przyjedź, bo mamy problem.


Pierwsze, co zauważyłam, kiedy weszłam do sali, była pustka.

No, może nie kompletna, jednak została nam tylko doba do przyjęcia, a sala nadal nie była udekorowana. Kompletnie.

- Nie będziesz mnie uczyć, jak dekoruje się salę!

Spojrzałam przed siebie. Na środku sali, jakby nigdy nic stała Bonnie z Kolem. Bonnie, z rękoma na biodrach i oczami piorunującymi wszystko i wszystkich na co spojrzy i Kol, rozbawiony i rozluźniony, jak nigdy wcześniej.

- Ale te kolory balonów nie pasują. – Odpowiedział, posyłając jej słodki uśmieszek, a zarazem dając wyraźny znak, że oczekuję dalszej rozmowy.

Byli tak zajęci sobą, że nawet mnie nie zauważyli.

- Jestem artystką, wiem, co pasuje, a co nie! – Oho, nadepnął jej na odcisk.

- Spokojnie, paniusiu. Mogę mieć swoją opinię. – Wymruczał, puszczając jej oczko.

Nagle, w jedną sekundę, w jej postawie coś się zmieniło. Kol pewnie tego nie zauważył, ale ja zbyt długo ją znałam, aby nie widzieć.

Odchyliła się do tyłu, orientując się, że znalazła się zbyt blisko swojego rozmówcy. Mrugnęła parę razy, chłonąc jego rysy twarzy, po czym odchrząknęła, speszona. Nie speszona Kolem, czy jego spojrzeniem, które ją świdrowało.

Była speszona swoimi własnymi myślami. Brudnymi myślami.

Kol jej się podobał.

- Nie bajeruj. Urocze uśmiechy na mnie nie działają. – Syknęła.

Ta, na pewno.

Kol przekrzywił głowę, w ten sam sposób, jaki to robił Klaus.

- Mam o wiele więcej rzeczy do zaoferowania, niż tylko uroczy uśmiech. – Wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że „No cóż, cały ja." Nagle ich rozmowa stała się nadzwyczaj intymna.

Odchrząknęłam głośno, uśmiechając się szeroko.

Bonnie odwróciła się w moją stronę, patrząc na mnie, jakbym była jej długo wyczekiwanym wybawieniem.

Ruszyłam do nich.

- To jest ten twój problem? – Spytałam, zerkając na Kola.

Skrzywiła się, na co Kol zareagował cichym śmiechem.

- Ktoś nie umie przyjmować krytyki. – Mruknął cicho, oczywiście, że specjalnie. Chciał zwrócić na siebie uwagę i, a jakże, podziałało.

- Nienawidzę takich ludzi, jak ty. Obrzydliwie bogatych i nadto pewnych siebie. I cieszę się, że cię poznałam. Przypomniałeś mi, dlaczego nie powinnam zazdrościć elicie.

Westchnęłam. Czy to możliwe, że ja zachowywałam się z Kolem tak samo? Boże, było to takie irytujące.

Złapałam Bonnie za dłoń, odchodząc na bok. Nie mogłam nie zauważyć, że cały czas posyłała wsciekłe spojrzenia w stronę bruneta.

- Bonnie, nie zwracaj na niego uwagi. – Mruknęłam.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

- To, co, mam go ignorować?

Przewróciłam oczyma. Od czego są przyjaciółki, przypomnijcie? Ach, od uświadamiania paru rzeczy.

- Nawiązujesz z nim rozmowę, bo chcesz. – Obserwowałam jej reakcję.

Na początku skrzywiła się, dając mi znak, że nie za bardzo wie o co mi chodzi. Dopiero po chwili otworzyła usta, które ułożyły się w literę O, a na jej twarzy pojawił się ten wyraz olśnienia, który jest mi dobrze znany.

A potem zmrużyła oczy, zmarszczyła czoło i wbiła mi palec w ramię.

- Że, co, przepraszam? Sugerujesz, że ja… on, mi, że…- Wybałuszyła oczy, machając rękoma w tą i we w tą. – Fuj!

Uśmiechnęłam się szeroko. Więcej nie musiałam wiedzieć.

- Jeśli tak, to po prostu nie zwracaj na niego uwagi. Niech on zajmie się jedną stroną, a ty drugą. A ja wam pomogę.

Spojrzała na mnie z grymasem niezadowolenia.

- Dobrze. I przestań się tak szczerzyć. – Syknęła.

Roześmiałam się cicho, odwracając się i kierując się w stronę Kola.

- Bądź miły, co? Albo po prostu się nie odzywaj. Do niej, przynajmniej. – Uśmiechnął się kpiąco, jakby chciał mi przekazać, że nie ma zamiaru się mnie posłuchać.

- Chyba nie poskarżysz się Klausowi, co?

Przewróciłam oczyma.

- Może. – Otwierał już buzię, kiedy dokończyłam. - Na mnie urocze uśmiechy także nie działają.

Prychnął.

- Akurat. – Posłałam mu ostrzegawcze spojrzenie, po czym w bezbronnym geście podniósł dwie dłonie do góry. – Okej, postaram się, Caroline. Obiecuję.

Wiedziałam, że kłamał, ale szczerze mówiąc, nie przejmowałam się tym.

Obserwowałam, jak podchodzi do Bonnie i bez żadnego słowa zabiera parenaście balonów i zaczyna je dmuchać. Cały czas wymieniali między sobą spojrzenia; Bonnie te chłodne, a Kol te rozbawione.

Zmrużyłam oczy.

Ciekawe, co z tego wyjdzie.


- Wyczuwam jakiś przekręt. – Klaus szepnął mi do ucha.

Zachichotałam. Zatrzymaliśmy się na pustym i dziwnie cichym korytarzu, który prowadził do sali, gdzie miało się odbyć urodzinowe przyjęcie Klausa.

- Wyczuwasz? – Spytałam cicho.

Posłał mi szeroki uśmiech i wysunął swoją dłoń. Powoli dotknął mojego policzka. Był dzisiaj w nadzwyczaj dobrym humorze.

Cały czas podekscytowany, z szelmowskim błyskiem w oczach i oszałamiającym uśmiechem.

- Prowadzisz mnie po jakiś korytarzach i jesteśmy w miejscu, gdzie nigdy wcześniej nie byłem, a zabrałaś mnie tutaj, mówiąc: mam niespodziankę. Tak, Caroline, wyczuwam.

No dobra, klapa. Przyznaję, byłam świetnym kłamcą. Do tego stopnia, że kiedy nie chciało mi się ćwiczyć na WF-ie, tworzyłam niesamowite historyjki o tym, że jestem chora i doprowadziłam naszą nauczycielkę do płaczu. Oczywiście, płakała z litości nade mną, bo myślała, że faktycznie jestem chora. Ale moje zdolności, jakoś magicznie znikały przy Mikaelsonie. Zawsze potrafił powiedzieć, kiedy kłamię.

Przewróciłam oczyma i zrobiłam krok w tył, aby stanąć w bezpiecznej odległości od Klausa.

Już nie musiałam udawać miłej i słodkiej.

Od początku miałam tylko jedno zadanie. Mieć pewność, że Klaus trafi na przyjęcie, całkiem nieświadomy. No, ale i tak wszystkiego się dowiedział, więc teraz mogę mu wszystko wygarnąć.

- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że masz urodziny? – Spytałam chłodno.

Zaśmiał się cicho, wciskając dłoń, która jeszcze chwile temu dotykała mojego policzka w kieszeń.

- Bo zrobiłabyś mi przyjęcie.

- Dlaczego nie chcesz przyjęcia? – Odmruknęłam automatycznie.

- Bo wolę spędzić ten czas z tobą.

O… Ups.

Teraz czułam się, jak zdrajca.

Uśmiechnęłam się słodko, wymijając go i podchodząc do drzwi, które były tuż za nim.

- No, a co do tej imprezy, to… - Nie czekając na wiele, otworzyłam drzwi na oścież.

- Niespodzianka!

Skrzywiłam się, słysząc chór ludzi i zaraz po tym gwar rozmów, śmiechów i pisków. Klaus spojrzał na mnie zaskoczony.

Nie mogłam zrobić nic innego, tylko uśmiechnąć się przepraszająco i złapać go za rękę i pociągnąć do przodu.

O dziwo, sala wyglądała o wiele lepiej niż, kiedy wychodziłam z niej parę godzin temu. Najwyraźniej Bonnie i Kol stanęli na wysokości zadania.

Staliśmy niezręcznie na środku, ja nieco zawstydzona, że wdałam się w ten cały spisek i Klaus, najwyraźniej niezadowolony wizją spędzenia całego wieczoru na swoim przyjęciu urodzinowym.

Nagle, tuż przed naszym nosem wyrosła Esther z aparatem.

- Cheeeeesssssseeee, dzieci!

Jak na zawołanie, na naszych twarzach pojawił się szeroki i sztuczny uśmiech.

- Właśnie dlatego nie lubię przyjęć. – Klaus mruknął do mojego ucha.

Przewróciłam oczyma, sztuczny uśmiech nie schodził mi z twarzy.

- Wiesz, że tego potrzebujemy. – Spojrzałam na niego uważnie z chwilą, kiedy jego matka odeszła od nas. – Oboje.

- Czego?

Wzruszyłam ramionami, uśmiechając się lekko.

- Normalności. Odskoczni od tego wszystkiego. Jednego zwykłego przyjęcia na, którym ani razu nikt nie wspomni o mojej pracy. – Zaakcentowałam słowo „nikt", spoglądając na Klausa intensywnie. Powoli, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech uległości. – Wszystkiego najlepszego, Niklaus.

Pocałowałam go w policzek i usunęłam się na bok, obserwując, jak chmara nieznanych mi osób podchodzi do niego i składa mu życzenia.

Westchnęłam. To gdzie podziewał się Stefan?


- Wiesz może gdzie jest Kol?

Zdziwiona spojrzałam na Rebekah, która właśnie wepchała mi się na fotel. Co prawda był wielki, jednak to nie zmienia faktu, że żadna z nas nie miała zbyt chudego tyłka.

Po chwili usadowiła się wygodnie tuż obok mnie z drinkiem w ręku.

Wzruszyłam ramionami, nadal posępnie patrząc przed siebie.

Miałam rację. Impreza była do bani. Klaus zamiast bawić się, zaczął rozmawiać o polityce ze swoimi partnerami biznesowymi, a Stefan zajął się podrywaniem długonogich blondynek.

- Zniknął.

- Typowe. – Mruknęła. – A co z twoimi przyjaciółkami?

Posłałam jej spojrzenie typu Świetnie-Się-Bawią-Nie-To-Co-Ja. Roześmiała się cicho.

- Care, znasz tu wszystkich? – Spytała, przekrzykując głośną muzykę. Spojrzałam na nią ukradkiem.

Poprawiła swoje włosy, uniosła głowę wyżej i przybrała szelmowski uśmiech.

Zmrużyłam oczy.

- A co?

Patrzyłam, jak podnosi swoją rękę i palcem wskazuje wysokiego bruneta, który stał do nas tyłem i rozmawiał z Eleną i Oliverem.

Znałam skądś tą głowę, ciuchów niestety nie widziałam, stali w ciemnym kącie.

- A jego? Znasz?

Uśmiechnęłam się pod nosem. Kiedyś myślałam, że tylko Elena i Bonnie mają taki ton, kiedy podoba im się jakiś facet.

Wychodzi na to, że jednak nie.

- Idź do niego. – Powiedziałam, uśmiechając się szeroko. Wspominałam już, że uwielbiam być swatką? – Kto wie, może okaże się twoją wieczną miłością.

Spojrzała na mnie, konsternacja była widoczna w jej oczach, mimo to, uśmiechnęła się tajemniczo.

- Raz się żyję. – Mruknęła.

- No właśnie i wydaję się nawet przystojny. Przynajmniej ma zgrabny tyłek, a…- Przerwałam zdumiona i w horrorze obserwowałam, jak facet, który był tematem naszej rozmowy, odwraca się i w końcu mogliśmy zobaczyć jego twarz. – O boże.

Rebekah za to, była szczęśliwsza niż przedtem. Z wyrazem olśnienia na twarzy, podniosła się z fotelu.

- Ach, trzeba było tak od razu. – Mruknęła do siebie. Złapałam ją za rękę.

- Rebekah, nie. Trzymaj się od niego z daleka.

Schyliła się nieco, patrząc na mnie zaintrygowana.

- Co, zła reputacja? To idę.

- Nie, Rebekah, mówię poważnie. To mój brat. – Mruknęłam, spoglądając na niego. Z wyzywającym uśmiechem skanował całe pomieszczenie w poszukiwaniu dziewczyny, która go zainteresuje.

Debil.

Rebekah przewróciła oczyma, wzruszając ramionami.

- Zajmij się Klausem, Care. Chyba oczekuje twojego prezentu.

Zaskoczona, spojrzałam w bok, Klaus co chwilę zerkał w naszą stronę ze zmarszczonym nosem. Miałam mu dać prezent później, kiedy już będziemy sami, ale…

Chyba mu na nim zależało. Boże, nawet nie sądziłam, że interesują go tak przyziemne rzeczy, jak prezenty.

Westchnęłam, uśmiechając się szczerze.

Tak, jak sadziłam, zauważył. Odwzajemnił uśmiech, ale szybko wrócił do rozmowy ze swoimi towarzyszami.

Minęły dwa tygodnie od pamiętnej podroży w Paryżu. Pamiętnej z dwóch powodów. Paryż był piękny, mroźny, i będę miała wspaniałe wspomnienia z tego wyjazdu, ale nie wszystkie te wspomnienia będą mi się dobrze kojarzyły.

Szczególnie te, po których jestem prawie pewna, że Klaus coś ukrywa. I nie ukrywa w sensie, że ma dodatkowe konto czy kupił wycieczkę na Bahamy czy też coś równie banalnego. Ukrywa coś gorszego.

Czułam to. I nie chciałam, ale w mojej głowie wszystko zaczęło się układać; dziwne sytuacje, nagle nabrały znaczenia.

Jego koszmary. Powtarzałam sobie, że można to jakoś wytłumaczyć, ale spójrzmy prawdzie w oczy, zwykli ludzie nie mają koszmarów, gdzie krzyczą, że kogoś zabili. Jeden raz na parę lat. Ale nie dwa w krótkim czasie.

Słowa Rebekah "Miał trudne dzieciństwo." W jakim sensie, do cholery?

I przede wszystkim, jego zachowanie. Nie codziennie spotyka się mężczyznę, który ma wszystko, a dla jakiegoś dziwnego powodu przed nikim się nie otwiera.

I nie muszę być psychologiem, żeby wiedzieć, że to przez coś, co zdarzyło się w jego przeszłości.

Przez to wszystko zaczynaliśmy się oddalać od siebie. Bo zaczynałam mieć wątpliwości.

Z drugiej strony, nie mogłam mu o tym wszystkim powiedzieć.

Bo, co by było, gdyby to wszystko okazało się nieprawdą? I mógł mnie też okłamać.

Więc jedynym wyjściem było dowiedzenie się prawdy. Bez niczyjej pomocy. A póki co, musiałam udawać, że wszystko jest w, jak najlepszym porządku.

I po części, było. Klaus naprawdę próbował. Byłam świadkiem, jak każdego dnia, po trochu, cały czas się zmienia. Dla mnie, dokładnie tak, jak obiecywał.

Zerknęłam na Rebekah, podeszła do Stefana i zaczęła uwodzicielsko przegryzać wargę. Fuj. Przewróciłam oczyma i ruszyłam do pokoju, gdzie najbliższe osoby z otoczenia Klausa zostawiły swoje rzeczy. Ja schowałam tam jego prezent. Miał być na później, ale skoro nie mógł się doczekać.

Nacisnęłam klamkę, zrobiłam krok do przodu, zamknęłam za sobą drzwi i dopiero potem podniosłam głowę.

A powinnam była wcześniej.

Wybałuszyłam oczy i stanęłam, jak wryta, najwyraźniej mój mózg przestał działać i nie mogłam wykonać żadnego ruchu.

Mrugnęłam parę razy, upewniając się czy, aby na pewno coś mi się nie przewidziało. Miałam przynajmniej taką nadzieje, ale nie. To, co widziałam, najwyraźniej nie było halucynacjami.

A przez "to" miałam na myśli Bonnie i Kola.

I nie byłabym nawet zdziwiona, no dobra, byłabym, bo co można robić w cichym, ciemnym pomieszczeniu, gdyby nie to, że byli bez ciuchów.

Bonnie ze swoją turkusową sukienką u jej stóp, teraz już tylko z bielizną gapiła się na mnie, zszokowana.

Chyba nawet bardziej ode mnie.

A Kol, już bez koszuli, z rękoma przy pasku, najwyraźniej gotowy do akcji.

Stali obok siebie i chyba już zapomnieli o fakcie, że przyszli tutaj w konkretnym celu. Po prostu, stali tam, wśród płaszczy, toreb i parasolek, patrząc na mnie z otwartą buzią.

I wtedy zaczęłam piszczeć.

A Bonnie razem ze mną.

Przestałam, ona także. Boże, była kompletnie pijana. Widziałam to po tym, jak mimo że docierało do niej to, co się dzieje,to jej nadal się to podobało. Gdyby była trzeźwa to już dawno by jej tu nie było. Ja za to, byłam trzeźwa, jak nigdy. A pisk wydawał się jedyną reakcją, która przyszła mi na początku do głowy.

Dopiero potem zaczęłam myśleć i zrobiłam to, co powinnam była zrobić już pierwszej sekundy.

- Bonnie Adrianne Bennet, jesteś pijana. - Syknęłam, podeszłam do tych dwóch gołąbeczków, podniosłam jej sukienkę z podłogi, rzuciłam w stronę jej klatki piersiowej i wystawiłam lewą dłoń na całą szerokość. - Tam jest łazienka. Ubieraj się, natychmiast.

Zachichotała, podnosząc rękę do ust.

- Uuu, jaka władcza. - Westchnęłam, ukazując swoje niezadowolenie. - Care, nie udawaj już takiej dziewicy orleańskiej. - Spiorunowałam ją wzrokiem, szybko skierowała się do łazienki.

Trzasnęła za sobą drzwiami. Teraz była pora na tego Don Juana.

Spojrzałam na Kola chłodno. Zdążył zapiąć pasek i zauważyłam, jak na jego twarzy pojawia się szeroki, szyderczy uśmiech.

Co za palant.

- Ona jest pijana, Kol. A ty chciałeś ją wykorzystać.

Podniósł dwie brwi do góry, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

- Nie jest taka pijana. I już wcześniej jej się podobałem. Daj spokój, Care. Niech dziewczyna zaszaleje, chociaż raz. - Zmarszczyłam czoło, zbliżając się do niego.

- Ach, to twoje zajęcie, co? Co masz z tego, Kol? Widzisz, jak dziewczyny sobie szaleją i co potem? - Warknęłam.

- Uwierz mi, nie żałują. Każdy potrzebuje czasami wyjść ze swojego charakteru. Zachować się nieprzewidywanie. A twoja przyjaciółka tego potrzebowała. - Uśmiechnął się obleśnie.

Co ja gadam, to był oszałamiający uśmiech. Ale chciał wykorzystać Bonie i jestem pewna, że przez dłuższy okres czasu większość rzeczy będzie mi się z nim kojarzyła, jako coś obleśnego.

Sapnęłam, podnosząc głowę do góry i stając przed nim, jakbym miała zaraz stanąć na ringu.

- Nawet jej nie znasz!

Przekrzywił głowę na bok, uśmiechając się gorzko.

- Ty też tak do końca nie znasz Klausa, co? Jak widzisz, nie każdy jest idealny.

A to, co miało znaczyć?!

Zacisnęłam zęby, a moje oczy zmieniły się w szparki.

Dość. Musiałam sobie ulżyć. Przez ostatnie dni chodziłam nabuzowana, a, że padło na Kola? Trudno, napatoczył się i niech zapamięta, że nie zadziera się z moimi przyjaciółkami.

I z tą myślą, nawet nie wiedziałam, kiedy moja ręka wystrzeliła do przodu i walnęłam go w policzek.

Nie plaskaczem, pięścią. Czasami dobrze być jedyną dziewczyną w rodzinie pełnej facetów.

Już uśmiechałam się zwycięsko, kiedy zauważyłam, że na Kolu nie zrobiło to większego wrażenia. Co prawda, złapał się za policzek, ale na jego twarzy nie widniał jakiś tam wielki grymas bólu.

Zrobiłam krok do tyłu, niezadowolona. I wtedy nadepnęłam na coś. Skrzywiłam się z bólu.

Ugh, szpilki Bonnie.

Zachwiałam się i poczułam, jak tracę równowagę. Nawet pogodziłam się z myślą, że zaraz moja twarz przywita się z podłogą, kiedy Kol złapał mnie.

Co, jak co, ale ma refleks. Złapałam mocno jego gołe ramiona i pozwoliłam mu się podnieść.

Uśmiechnął się uroczo, na co przewróciłam oczyma.

Mnie też chciał sprawdzić, czy na mnie działa. Niestety, ale byłam kompletnie zaczarowana drugim Mikaelsonem. Albo stety, zależy, jak spojrzysz.

- Caroline?

O cholera. Źle, źle, źle. Bardzo źle. Zbyt dobrze znałam ten głos.


Dłuuugi :) Przynajmniej na moje możliwości :D Ach, zauważyłam Wasze komentarze, dotyczące "akcji" pomiędzy Klausem i Caroline i...szczerze? Nie zamierzałam pisać sceny seksu między nimi, po prostu jakoś nigdy nie czułam takiej potrzeby, poza tym, uwielbiam ich relację za to, że ten cały pociąg odgrywa jakąś rolę, jednak przede wszystkim, uczą się siebie nawzajem, próbują sobie zaufać i... ugh. No, wiecie o co mi chodzi. W ogóle, dziwna sprawa ze mną, potrafię pisać opowiadania, ale kiedy przychodzi co do czego, abym określiła swoje uczucia, czy też myśli to wychodzi wielkie NIC :D No dobrze, tak czy inaczej, mam nadzieję, że mnie zrozumieliście, ale nie mówię, że się od razu poddaję. Spróbuję coś wyskrobać i zobaczymy, jak to będzie :) Mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie :) Ach, po co ja w ogóle to piszę, ugh, po prostu lubię się czasami wygadać :D No, tak czy inaczej, sprawa z April będzie bardziej złożona, że tak powiem, na pewno będzie miało w jakimś stopniu powiązanie z przeszłością Klausa, no dobra, już, kończę paplać :D Dziękuję za poprzednie komentarze i za tak miłe słowa ;)

Do napisania!