Rozdział czwarty.

Loki River wygładzono w fale, a roboczy strój został zastąpiony przez długą do ziemi suknię, która powiewała za nią przy każdym kroku. Materiał mienił się tysiącem błysków, przypominając lśnienie rozświetlonego diamentu, albo płynącej wody, by w chwilę później zgasnąć, przechodząc w różne odcienie czerni. Uśmiechnięta, opierała się o ramię ubranego w biały garnitur Doktora, który nawet nie zauważył kręcącego się w okolicy Jacka, w ciągu wieczoru rzadko odwracając od niej wzrok. River tymczasem zdołała wywołać przynajmniej jeden skandal, ograbić z kradzionych kolczyków żonę ambasadora Amnaet i z uśmiechem odmówić każdemu, kto poprosił ją do tańca, chociaż mało było śmiałków, którzy zignorowali kręcącego się koło niej mężczyznę. Gdy w końcu Doktor wyprowadził ją na parkiet, jego taniec okazał się tak straszny, że Jack uciekł, krztusząc się ze śmiechu tak bardzo, że ledwie zdołał wpisać odpowiednie koordynaty do kolejnego spotkania z listy.

Jedenaste wcielenie Doktora stanowczo nie powinno próbować poruszać się przy muzyce.


Kriart była planetą składającą się w dużych ilościach z soli potasowych i wody. Jej powierzchnia była śliska jak lodowisko i niezamieszkana, chociaż wielkie jak domy bańki zawsze przyciągały międzyplanetarnych turystów, skupiających się w portach, takich jak wiecznie przepełniona Parna. Jack uparcie walczył o swoją godność i pozostanie niezauważonym, starając się nie ujechać pół metra przy każdym kroku, gdy River ze śmiechem próbowała przeprowadzić Doktora przynajmniej kawałek od TARDIS, której drzwi trzymał się kurczowo. Jeden krok od niebieskiej budki policyjnej poskutkował jednak głośnym łupnięciem, gdy pociągając za sobą River, wpadł w wielką zaspę złożoną z mydlanej piany. Kiedy nie wyłonili się spod niej od razu, Jack stwierdził z żalem, że nie powinien dociekać. Postanowił jednak pozwiedzać trochę na własną rękę, opuszczając planetę dopiero, gdy dobiegł go znajomy dźwięk dematerializacji.


Ogromne łąki Oka Oriona nie były dobrym miejscem na potajemne szpiegowanie, a Jack nie zamierzał przyglądać się parze zza krzaków. Poczekał jednak na nich, zabijając czas niewinnym flirtowaniem z przypadkowym Orionem, na którego natrafił. Kiedy River i Doktor w końcu wrócili do TARDIS, mała gałązka tkwiła w jego włosach, a zazwyczaj nieskazitelne ubranie River wyglądało na pogniecione. Jack jeszcze nigdy nie żałował tak bardzo, że wciąż nie wynaleziono urządzenia zapewniającego niewidzialność, zdolną do wykiwania Władcy Czasu.


W największym lunaparku, jaki stworzyła ludzkość, Jack dowiedział się, że Doktor najwyraźniej uwielbiał balony. Zwłaszcza te czerwone, unoszące się za nim bez pomocy sznurka, które od czasu do czasu zaczynały grać głośno najpopularniejsze piosenki z ziemskiej historii. River tymczasem bardzo lubiła w nie strzelać, za co Jack był niezmiernie wdzięczny. Głośny kawałek z trzydziestego wieku sprawił, że praktycznie ogłuchł na kilka minut, zanim jego zdolność regenerowania ciała powróciła. W tym czasie stracił ich jednak w tłumie, ale nie czuł się zawiedziony, gdy jedna z kelnerek pobliskiej restauracji wsunęła mu do ręki swój numer komunikatora. Podążył dalej długo po tym, jak River i Doktor zniknęli.


Prunarg słynęło ze swoich stadnin, jednak Jack nigdy wcześniej nie trafił tam zanim kolonie ludzkie zostały założone. Gestykulując i prychając głośno, Doktor przekonał do siebie dwie skrzydlate bestie, które odłączyły się od swojego stada. Pozwolił im żuć wysoką pomarańczową trawę rosnącą dookoła, klepiąc je z radością i dumą po czterech pokrytych łuskami głowach. Nie wydawał się jednak zachwycony, gdy zabrały się za jego włosy. Trzymając ją za rękę, pomógł River wsiąść na jednego z nutrekenów, pokazując jej jak zmusić je do lotu. W chwilę później Jack został sam. On zdołał przekonać złapanego przez siebie osobnika jedynie do poślinienia rękawa munduru. Zwierzęta, w przeciwieństwie do wszystkich istot humanoidalnych, jakoś nigdy go nie lubiły, więc postanowił podążyć dalej. Nie wiedział w końcu ile czasu River i Doktor mieli zamiar spędzić w powietrzu. Przypuszczał, że długo, jeżeli niosący się z oddali radosny krzyk mógł być jakimkolwiek wyznacznikiem.


Gdy dotarli do Nehjii, miasto było już od dawno w ruinach. River przyniosła ze sobą tajemniczą skrzynkę, w której ukryła swoje przyrządy i mapy. Po tym jak wykopali zaginiony dawno temu skarb poprzednich mieszkańców, zmusiła Doktora do pozostania na gorących piaskach Atrynii odrobinę dłużej. Gdy opalali się w świetle trzech słońc, Jack z westchnieniem postanowił ratować swoją własną cerę i zostawić ich w spokoju.


River Song ubrana zgodnie z modą lat sześciesiątych dwudziestego wieku była czymś niesamowitym. Doktor uparcie zatrzymał na głowie bandanę, chociaż wielokrotnie próbowała mu ją zabrać. Jack był zbyt zdekoncentrowany, żeby śledzić ich porządnie. Okolica była w końcu ciekawa, a on przeżył rewolucję seksualną tamtych czasów tylko dwa razy.


Uracuo zapisało się w historii jako jedyne na świecie miejsce, gdzie wody jezior i rzek nocą rozświetlone były od wewnątrz. Rosnące na dnie rośliny absorbowały w czasie dnia światło, uwolniając je, gdy zapadał zmrok. River i Doktor usiedli na brzegu, zanurzając stopy w błyszczącej wodzie i rozmawiając, aż wzeszło słońce. Jack przegonił kilku zabłąkanych turystów, pomagając im odnaleźć swoją drogę i zapewniając, że nikt nie będzie przeszkadzał. Zasnął nad ranem, budząc się w samotności.


Ukrywanie się w kawiarni było dosyć trudne. Siedział dokładnie po drugiej stronie sali, jednak wychylając się zza kolumny widział ich wciąż doskonale. Westchnął ciężko, gdy Doktor kontynuował radosną konwersację z pianą z gorącej czekolady na górnej wardze i starał się nie zaśmiać zbyt głośno widząc, jak River postanowiła temu zaradzić.


Grawitacja na Tregencie była odrobinę słabsza niż na Sol 3, co sprawiało, że każdy krok był odrobinę lżejszy niż byli do tego przyzwyczajeni, ale jednocześnie do ich płuc trafiało mniej tlenu. W tej atmosferze, Doktor wydawał się jednak o wiele bardziej skoordynowany niż zazwyczaj, czego nie można było powiedzieć ani o River, ani o Jacku. Gdy River straciła oddech, Doktor ukłonił się, pocałował jej dłoń i ignorując protesty z jej strony wziął ją na ręce, szybko wracając na pokład TARDIS.


Na jego liście było jeszcze wiele dat, których nie sprawdził, jednak Darillium przykuło jego uwagę jako ostatnie. Śpiew Wież wciąż pobrzmiewał w uszach Jacka, gdy wycofywał się pospiesznie, wiedząc, że tym razem zobaczył za dużo. Teraz chciał już jedynie wrócić do Torchwood. Nie było nic więcej, co mogłoby go przekonać.