Miłego czytania!
Rozdział 20
Klaus.
I zbyt dobrze znałam ton tego głosu. Chłodny, podszyty groźbą, furią.
I zorientowałam się, jak to musi wyglądać. Ja i Kol, on bez koszuli, razem w uścisku.
Szybko oderwaliśmy się od siebie, tym razem Kol nie uśmiechał się już tak szeroko.
Jednak wiedział, że Klaus to nie przelewki.
Dopiero po chwili spojrzałam w stronę drzwi, gdzie stał Klaus.
Przełknął ślinę, zaciskając ręce w pieść. Nie, nie, nie. Jeszcze tylko bijatyki mi tutaj brakuje.
- Niklaus, ja ci wszystko...- Przerwał mi głośny chichot. Spojrzałam w bok, Bonnie stała w drzwiach od łazienki, najwyraźniej ubrała sukienkę tyłem i z pijackim uśmiechem patrzyła to na mnie, to na Klausa.
Boże, jak to musiało wyglądać.
Klaus znowu skupił całą uwagę na mnie, obserwując mnie uważnie.
Nie zostało mi nic, jak wykorzystać swoje walory.
Uśmiechnęłam się czarująco, klaskając w dłonie.
- To nie tak, jak wygląda. Ale mam dobrą wiadomość! - Krzyknęłam, nadal szczerząc się głupio.
Zmrużył oczy groźnie.
- Czyli? - Warknął.
Przełknęłam ślinę, zerkając na Kola i Bonnie.
- To nie trójkącik. - Stwierdziłam z szerokim uśmiechem i szalonym błyskiem w oku.
Miałam nadzieje, że Klaus rozluźni się, ale nadal stał, jak skamieniały parę kroków przed nami.
Za to Bonnie uznała to za nadzwyczaj zabawne.
Roześmiała się głośno. A tak naprawdę, to zapiszczała. Przewróciłam oczyma. Ta, jej pijacki śmiech nie przypominał dźwięku ludzkiego. Bardziej brzmiał, jak odgłosy delfina.
Spoważniałam, widząc, że sposób, który działa na mojego tatę, jednak nie jest tak skuteczny na Klausie.
Zgromiłam Bonnie spojrzeniem.
- A ty siedź cicho. - Syknęłam, na co machnęła ręka. Ruszyłam do Klausa, uśmiechając się uspokajająco.- Kol i Bonnie, no wiesz... - Wykonałam jakiś dziwny ruch rękoma, próbując zademonstrować to, co miałam na myśli.
Uniósł jedną brew do góry. Hej, znałam te spojrzenie u niego.
Był rozbawiony! Był rozbawiony i z całych sił próbował to zatuszować.
- Tak, zdążyłem zauważyć. Chcieli uprawiać seks. - Boże, zawsze musiał być taki prostolinijny i dosłowny? - Sztuka dedukcji, Caroline. Ale co w tym wszystkim robisz, ty?
Zmarszczyłam nos.
- No chyba nie przyłączyłam się do orgii, nie?! - Syknęłam, całkowicie nie rozumiejąc dlaczego jest rozbawiony. I jeszcze udawał, że był wściekły. Zaczynałam się nieźle bać, że wybuchnie, a on najzwyczajniej udawał. Uśmiechnęłam się złośliwie i mruknęłam z ironią: - Sztuka dedukcji, Niklaus.
Uśmiechnął się szelmowsko, doskonale mnie rozumiejąc.
Nagle usłyszałam głos Kola, podszyty sarkazmem.
- No to my się ulatniamy. Bo zaraz to wy będziecie potrzebować tej kanciapy.
Westchnęłam głośno. Klaus uśmiechnął się pod nosem, patrząc na mnie intensywnie.
Spojrzałam na Kola, wziął Bonnie za rękę i już mieli wychodzić, kiedy go zatrzymałam.
- Zaprowadź ją do Eleny, Kol. - Odwrócił się z błagalnym spojrzeniem. Na serio? Co za palant.- Mówię poważnie.
- Care...
Nagle, Klaus odwrócił się do Kola i mruknął:
- Słyszałeś, co powiedziała.
Kol automatycznie podniósł dwie ręce w geście rezygnacji, uśmiechając się szeroko.
- Jeśli nalegacie.
Zmrużyłam oczy. Ugh. Patrzyłam, jak we dwójkę wychodzą z pomieszczenia, po czym przeniosłam wzrok na Klausa.
Przez moment patrzył na mnie poważnie, ale po kilku sekundach nie wytrzymał i jego zaciśnięte usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu. Zaśmiał się cicho.
Przewróciłam oczyma, czując, jak całe wcześniejsze napięcie gdzieś się ulatnia. Przed oczyma stanęła mi zaskoczona i zarazem rozmarzona mina Bonnie. Roześmiałam się.
- Kol i Bonnie, co? - Mruknął z błyskiem rozbawienia w oczach.
Przytaknęłam.
- Bonnie i Kol. - Odmruknęłam. - Mam nadzieje, że nie będzie pamiętać tego wieczoru.
- Czemu?
Przewróciłam oczyma. Czasami był tak nieświadomy świata, który go otacza.
- Nie zwykła uprawiać seksu z kim popadnie w ciemnych pomieszczeniach.
- Na pewno zapamięta. Nie sądzę, żeby wypiła aż tak dużo.
Skrzywiłam się.
- Cholera.
- Ale znam mieszankę, która sprawia, że budzisz się nazajutrz z czarną dziurą w głowie.
Zmarszczyłam czoło, nagle jego oczy nieco pociemniały.
- Jakiś drink, tak? I miałabym jej to dać? - Wybałuszyłam oczy, po czym cmoknęłam głośno. - Jesteś zły. Bardzo zły.
Uśmiechnął się drapieżnie. Wzruszył ramionami, wystawiając prawą dłoń do przodu.
- Czyli para idealna. - Uśmiechnęłam się lekko na te słowa. - A teraz, będę miał ten zaszczyt zatańczyć pierwszy taniec z samą Caroline Forbes?
Prychnęłam, jak zwykle, kiedy ktoś prawił mi komplement czy po prostu ładnie się do mnie odnosił. Nazwijcie to defektem, czy jak tam chcecie, ale wychowanie się wśród facetów, którzy na każdym kroku raczej cię przezywają niż chwalą, nauczyło mnie, że w życiu nie należy oczekiwać samych pochwał. I właśnie dlatego reagowałam tak na każde miłe słowo na mój temat.
Złączyliśmy swoje dłonie i szepnęłam:
- Z chęcią.
- Dlaczego tutaj? - Spytał, ze zdziwieniem malującym się na twarzy.
Spojrzałam przed siebie. Zmierzaliśmy na mój ulubiony most, na ten pamiętny most, gdzie spędziłam z Klausem część naszej pierwszej randki.
Wtedy wszystko było łatwiejsze. Jedyną ciężką rzeczą była świadomość, że Klaus ma trudny charakter. A teraz doszła jego nieciekawa przeszłość.
Uśmiechnęłam się z nostalgią, ściskając go bardziej za ramie.
- Bo tu wszystko się zaczęło. - Powiedziałam cicho.
Było po północy i nie byłam zdziwiona, że jesteśmy nielicznymi, którzy znajdują się teraz w parku. A przynajmniej byliśmy jedynymi spacerującymi.
- A nie przed twoją pracą? Kawa, koszulka, te klimaty? - Spytał, patrząc na mnie z uśmiechem.
Tak, tam się poznaliśmy. I już od początku podobał mi się. Mimo tej całej swojej otoczki, arogancji i chłodności, to i tak sprawiał, że czułam przy nim przyjemne dreszcze.
Wiedziałam, że jest jednym z najprzystojniejszych i intrygujących mężczyzn, jakich kiedykolwiek spotkałam, ale wydawało mi się, że nasze spotkanie będzie zwykłym wydarzeniem. Zdarzeniem, które szybko zapomnę i zastąpi je wspomnienie kolejnego.
Jednak potem także się spotykaliśmy.
I zabrał mnie na naszą pierwszą randkę, na Gabstury Bridge. I dopiero tu, na tym moście, to wszystko się tak naprawdę zaczęło.
Bo zrozumiałam, że coś do niego czuję. Coś powierzchownego, nic głębokiego, ale nadal. I nigdy nie przypuszczałam, że obdarzę go uczuciem tak... prawdziwym.
Bo to nie była miłość. Jeszcze nie. Zakochanie, na pewno. Ale nie miłość. Jednak to i tak było i jest dla mnie zdziwieniem.
Mimo jego wad, tego, że nie mówi mi całej prawdy, to ja nadal nie mogłam bez niego wytrzymać.
Doprowadzał mnie do szału, zarazem jak z nim byłam i... nawet kiedy nie. Wystarczyło, żebym sobie przypomniała wszystkie sytuacje, kiedy był nadmiernie zaborczy, ale ja nadal... czułam.
Spojrzałam na niego, faceta, który całkowicie przewrócił moje życie i uśmiechnęłam się.
- Szczegóły. - Odpowiedziałam. Doszliśmy do poręczy i stanęliśmy w ramie w ramie. - Niby tak niedawno, ale wiele się stało, co?
Zajrzałam do swojej torebki i tym razem, zwinnie wyjęłam z niej mój prezent dla Klausa. Spojrzał na niego uważnie.
- Wszystkiego najlepszego, jeszcze raz, Niklaus. - Wziął z moich rąk pakunek i z dziecięca ciekawością wziął się za rozpakowywanie.
I od razu wiedziałam, że nie powinnam była mu tego dawać. Mogłam mu po prostu kupić te osławione skarpety.
No, co? Przecież i tak ma miliardy. To nie tak, że go nie stać.
Patrzyłam na jego reakcje, ale ni skąd ni zowąd, zauważyłam że on nie "reaguje". Tępo wpatrywał się w zdjęcie oprawione w drogą (żeby potem nie było) ramkę. Zdjęcie nas obu.
Tydzień temu, mama zaprosiła nas na obiad. I mimo, że sądziłam, że cała ta wizyta okaże się klapą, o dziwo, było wspaniale. Mama, oczywiście, parę razy przesadziła, ale nie spodziewałam się niczego innego po niej, tata, jak zwykle, reprezentował typowego emerytowanego mężczyznę, który mógłby nawijać całe wieki o polityce i sporcie, Stefan, jak zawsze przy ludziach udawał błyskotliwego, a Klaus, no cóż... Sądziłam, że będzie nieco przytłoczony moją rodziną, przede wszystkim mamą, ale ku mojemu zdziwieniu, wpasował się idealnie. Chwalił klopsiki mojej mamy, okazał się świetnym znawcą polityki, a i Stefana zajął jakimiś żartami dla tępaków, z których śmiał się tylko, a jakże, Stefan.
I na koniec, moja ukochana mamusia musiała wyskoczyć z pomysłem, że koniecznie musi zrobić zdjęcia, na pamiątkę.
Aha, akurat. Oczywiście, że nie na pamiątkę, tylko do tego, aby pokazywała je całemu osiedlu, wliczając w to wszystkie sklepy w promieniu pięciu kilometrów.
I tak oto, zostałam ze zdjęciem mnie i Klausa, z nieco wystraszonymi minami, jak staliśmy przed kominkiem w moim domu. I nawet ładnie wyszliśmy.
Cholera. Wiedziałam, że nie powinnam była. Tak, Klaus potrafi być romantyczny, ale z dziwnego powodu wydaje mi się, że nie wierzy, że ktokolwiek mu ufa czy też, że jest wart jakiś uczuć.
Nagle, spojrzał na mnie z czymś dziwnym w oczach.
- Było warto. - Szepnął.
- Co? - Wypaliłam automatycznie.
Uśmiechnął się lekko, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Spróbować. - Odpowiedział prosto. - Wiem, jaki jestem, Caroline. Niełatwo ze mną wytrzymać, ale ty... nadal jesteś. Przy mnie. Warto próbować. Z tobą, dla ciebie, warto.
Rozdziawiłam buzie, patrząc na niego w oniemieniu.
Ten błysk w jego oczach, to była radość. Zwykła radość, która jeszcze niedawno u niego była tak niecodzienna.
Mrugnęłam parę razy, czując, że zaczynam się rozklejać, choć zazwyczaj nie zareagowałabym tak.
Winę zwalam na zbliżający się okres. W duszy uśmiechnęłam się diabelsko. Uwielbiam zwalać wszystko na okres. To, że tyje co najmniej dwa kilo także.
Przytaknęłam, kładąc głowę na jego ramieniu.
- Ale i tak wyszliśmy na tym zdjęciu okropnie. - Mruknął po chwili.
Roześmiałam się dźwięcznie. Byłam w znakomitym humorze.
- Nie psuj momentu, Niklaus.
Zmrużyłam oczy, nie zauważając nawet, kiedy moja noga zaczęła tupać nerwowo w jednakowym rytmie.
Rozglądnęłam się po ciemnym salonie, w którym się właśnie znajdowałam.
Sama.
Przekrzywiłam głowę na bok, kiedy mój wzrok spoczął na kominku. Jedyne miejsce w tym mieszkaniu, które wprowadzało nieco ciepła.
Boże, zaraz umrę z nudów.
Nigdy nie chciałabym mieszkać w takim domu.
Tak, nienawidziłam zagraconych mieszkań, takich na przykład, jak mój rodzinny, gdzie parapet jest traktowany, jako schowek na wszystkie bibeloty. Ale jeśli miałam wybierać między takim ciężkim wnętrzem, a ciepłymi i nieco zagraconymi pokojami, to zawsze wybrałabym to drugie.
Z drugiej strony, to wszystko idealnie pasowało do Klausa. Na swój dziwny i pokręcony sposób ten dom także był zamknięty, jeśli można tak określić mieszkanie. Nie było tu niczego osobistego, żadnego zdjęcia, pamiątki, wazonu. Po prostu… pusto. Oczywiście, nie licząc tego, że wszystko było tu w kolorze drewna. Jedyną rzeczą, która nie pasowała do całej aury były dwa zdjęcia zdjęcie, jedno z nich osobiście położyłam na kominku. I już tak zostało.
Z oddali spojrzałam w stronę okna, które pełniło także funkcję ściany. Uśmiechnęłam się lekko, zauważając, że słońce wychodzi zza chmur.
W końcu. Był dopiero luty, ale pogoda dopisywała coraz częściej. Osobiście, miałam już dosyć rękawiczek, szalików i kozaków. Marzyłam tylko o mojej wiosennej skórze. I miałam nadzieję, że zima nie zawita do nas po raz kolejny.
Skrzywiłam się, kiedy usłyszałam pukanie za sobą.
Kto to, do cholery mógł być? Na pewno ktoś, kogo Klaus zna. Ochrona nie wpuszcza nieznajomych.
Głośne pukanie rozległo się ponownie.
Odwróciłam się niechętnie i ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je powoli z marsem na czole.
Oczywiście, nie za szeroko, ledwo co mieściłam głowę, ale to w zupełności wystarczało. Wiadomo czy to nie jakiś psychopata?
Zmrużyłam oczy, skanując mężczyznę stojącego naprzeciwko mnie.
Wysoki, dobrze zbudowany, ciemnowłosy, wyglądał na takiego, który nie pracuje w biurze. I nie wiedziałam, czy mam się zaczynać bać.
Obserwowałam, jak na chwilę na jego twarzy pojawia się zaskoczenie, ale moment później uśmiecha się nerwowo i kiwa głową.
- Dzień dobry. Dzwoniłem do pana Mikaelsona, jednak nie odbierał. Umówiłem się z nim na późniejszą godzinę, ale nastąpiła zmiana planów. Przed moim wyjazdem chciałbym przekazać dokumenty, o które mnie prosił.
Patrzył na mnie wyczekująco, a ja za bardzo nie wiedziałam o co mu chodzi. Zerknęłam na jego rękę, trzymał w niej teczkę.
- Klausa, znaczy się pana Mikaelsona, nie ma. - Mruknęłam.
Przytaknął szybko, przystępując z nogi na nogę.
- Czy może pani pozostawić je w gabinecie pana Mikaelsona? Byłbym wdzięczny. - Uśmiechnął się szeroko, choć zauważyłam, że nie był to radosny uśmiech, raczej odruch czy nawyk.
Powoli wysunęłam rękę w jego stronę i zabrałam od nieznajomego papiery. Schylił głowę na pożegnanie i już po chwili go nie było.
Uniosłam brwi do góry, zamykając za sobą drzwi.
Co to było?
Skrzywiłam się.
Coś na pewno dziwnego. Wzruszyłam ramionami. Przynajmniej nie okazał się mordercą. Ruszyłam do gabinetu Klausa i od razu uświadomiłam sobie podstawową rzecz.
Ostatni raz byłam w nim parę miesięcy temu.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wspominałam już, że uwielbiam chodzić po czyiś domach?
Zaczęłam gwizdać do jakieś wyimaginowanej melodii, kiedy weszłam do gabinetu Klausa.
Skrzywiłam się.
Nic się nie zmieniło. Podeszłam do biurka i niedbale rzuciłam teczkę na środek. Miałam się już odwracać, kiedy wpadłam na genialny pomysł.
Z łobuzerskim uśmiechem usiadłam na wygodnym fotelu za biurkiem. Ha! Już widzę jego minę, kiedy zobaczy mnie tu siedzącą.
Przesunęłam spojrzeniem po całym biurku, kiedy zorientowałam się, że w lewym kącie, stoją misternie ułożone ramki. Ramki ze zdjęciami.
Wybałuszyłam oczy, wydając z siebie dziwne stękniecie.
O boże.
Z oszołomieniem i niedowierzającym uśmiechem patrzyłam na zdjęcie mnie i Klausa na lodowisku, w Paryżu, i te z pierwszej imprezy, kiedy oblałam go szampanem. Zdjęcie, które mama widziała w gazecie.
Prychnęłam cicho. Kto by pomyślał, co?
Westchnęłam uśmiechając się szeroko i przeniosłam swoje spojrzenie na plik papierów, które przekazał mi ten podejrzany facet.
Co, jak co, ale był idealnym przykładem faceta, którego lepiej unikać. Bystre oczy, inteligentny, silny no i… szemrany.
Biała teczka z dwoma literami. Chyba inicjały.
C.F
Mrugnęłam parę razy, kiedy nagle sobie coś uświadomiłam.
C.F, dokładnie tak, jak moje nazwisko.
Odchrząknęłam i nie myśląc za wiele otworzyłam teczkę.
Przez dłuższą chwilę patrzyłam przed siebie w oniemieniu, nie mrugając oczyma i nadal nie mogąc uwierzyć w to co widzę.
W zakładce był plik zdjęć, z drugiej strony była kartka, wyglądała, jak harmonogram. Jak mój harmonogram.
Chwyciłam zdjęcia, ciekawość wygrała.
Trzęsącymi rękoma odkładałam kolejne fotografie na biurko, przyglądając się nieco kolejnemu. Nie patrzyłam na nie długo, bo doskonale wiedziałam co na nich będzie.
Bo to były zdjęcia mnie, podczas przeróżnych czynności. Ja na lunchu z dziewczynami, z April idąc do sądu, wychodząc z pracy. Wszystkie z tego samego dnia. Odłożyłam je szybko i spojrzałam na kartkę.
Wszystkie miejsca w których byłam, co do minuty wypisane o której wchodziłam i wychodziłam. I pod spodem krótki komentarz: Brak śladu podejrzanego.
Podejrzanego? Podejrzanego w sensie Jacka?
Zrobiłam głęboki wdech, czułam jak krew zaczyna mi szybciej krążyć.
Spójrz prawdzie w oczy, Forbes. Jesteś prawnikiem i jesteś bystra. W miarę.
Ten facet był detektywem. I mnie śledził. A ja nic nie zauważyłam. Z drugiej strony, to było nieprofesjonalne z jego strony, że zostawał papiery w rękach kobiety, którą ma śledzić. Którą ma śledzić na polecenie, a jakże... Klausa Mikaelsona.
Machnęłam ręką do swoich myśli. Skąd mógł przepuszczać, że jestem nadto wścibską babą, która pierwsze co zrobi to zaglądnie do środka.
Zacisnęłam usta w cienką kreskę.
Zawsze musiał coś spieprzyć. Było dobrze, boże, było wspaniale! Poznawaliśmy siebie, rozmawialiśmy, spędzaliśmy świetnie czas i... zarazem kazał mnie śledzić.
Nie kłamał, bo przecież nigdy nie przyszło mi do głowy spytać go, czy aby na pewno nie wynajął detektywa, aby miał mnie na oku, ale nic mi nie powiedział.
Zresztą, o czym ja mówię? Za sam pomysł wynajęcia detektywa powinnam go opieprzyć, ale...
Chciałam, naprawdę chciałam być na niego wściekła, za ten jego niesamowity pomysł, jednak gdzieś tam głęboko wiedziałam, że robił to dla mojego dobra.
No dobrze, gdyby nie ta notka "Brak śladu podejrzanego", to bym najprawdopodobniej pomyślała, że Klaus sądzi, że go zdradzam, czy coś równie niedorzecznego i wtedy bym po prostu nie wytrzymała, jednak po tych wszystkich przeżyciach z Jackiem; telefonach i pobiciu April, ja sama traciłam...zdrowy rozsądek.
Cały czas wydawało mi się, że ktoś mnie śledzi, wypady na miasto, które jeszcze miesiąc temu traktowałam, jako coś najswobodniejszego, teraz zmieniły się w nieustające obserwowanie otoczenia, nazwijcie to paranoją, ale czułam, że coś jest nie tak.
I proszę. Mam tu na tacy dowód na to, że jednak nie muszę się wybierać do szpitalu psychiatrycznego. Śledził mnie. Co prawda, nie Jack, morderca i gwałciciel, ale prywatny detektyw.
I w pewnym sensie, rozumiałam Klausa. Rozumiałam, dlaczego zatrudnił detektywa, ja sama byłam ciekawa, jakim cudem Jackowi udaje się unikać policji i, że jest już na wolności tyle miesięcy.
- Caroline?
Spokojnie położyłam ręce na biurku, spoglądając jeszcze raz na wszystkie zdjęcia rozsypane po całej powierzchni.
Westchnęłam głośno.
O wilku mowa. I co teraz? Mam się na niego wydrzeć, mimo tego że nie jestem na niego wściekła? Mam udać, że nic się nie stało?
Stało się, tylko tyle, że potrafiłam go zrozumieć.
- Ca...- Tym razem jego głos był znacznie bliżej. Powoli, podniosłam wzrok i obserwowałam, jak zastygł w drzwiach z lekko otwartą buzią.
Zerknął na papiery, po czym przeniósł swoje spojrzenie na mnie.
No dobra, będę ostoją spokoju. Będę udawać obrażoną, żeby wiedział, że nie zwracając uwagi na to, jak niebezpieczny jest Jack, nie powinien był zatajać tego, że wynajął cholernego detektywa, aby na mnie szpiegował.
Zatrudniaj sobie ich ile wlezie, ale najpierw mi o tym powiedz.
- Wynająłeś detektywa? - Spytałam bezbarwnym tonem głosu.
Spojrzał na mnie bezradnie, po czym poluzował krawat i tym razem w jego spojrzeniu dostrzegłam zaciętość.
- To dla twojego bezpieczeństwa. Jeśli Jack Montgomery chciałby ci coś zrobić, byłabyś bezpieczna. - Zmrużyłam oczy. - Nie możesz być wściekła na mnie za to, że martwię się o osoby, które są dla mnie ważne.
Manipulator. Cholera, był nawet lepszy od Eleny.
Przewróciłam oczyma i wstałam z wygodnego fotela.
- No to, co, idziemy? - Spytałam spokojnie.
Uniósł brwi do góry, przekrzywiając głowę. Chyba oczekiwał godzinnego kazania albo co gorsza krzyków, w których byłam tak dobra i którymi tak często go obdarzałam.
- Przypominam ci, że dzisiaj obiecałeś się zająć Mią. Ze mną. Sam chciałeś. - Mruknęłam.
Otworzył buzie, tylko po to, aby ją zamknąć. Po chwili ciszy odezwał się:
- Pamiętam, ale...- Machnął ręką na mnie.- Myślałem, że jesteś obrażona.
Wyszłam zza stołu, pokonałam drogę, która nas dzieliła i stanęłam naprzeciwko niego.
Uśmiechnęłam się słodko, na co po chwili zareagował lekko zaskoczonym uśmiechem.
- Jestem. - Mina mu zrzedła. - Ale będziemy opiekować się Mią. Całe popołudnie i wieczór. Potrzebuję tyle pomocy, ile się da.
Skrzywił się, a ja poklepałam go po ramieniu i szybko wyminęłam.
Uffff, jest :) Dziękuję za te wszystkie miłe komentarze i trzymanie kciuków; przydało się ;) Co do rozdziału, eh, nazywam takie rozdziały filler chapters, nie wprowadzają za wiele do całego opowiadania, ale muszą być, bo sory memory, ale akcja przez bite 200 stron, to nie dla mnie :D Dziękuję jeszcze raz za wsparcie ;)
Do napisania!
