Rose nie miała szczęścia. Kolejny skok zakończył się fiaskiem, bo chociaż udało jej się trafić w odpowiednie miejsce, to dotarła tam dokładnie w momencie, gdy znajoma budka policyjna zdematerializowała się kilka metrów dalej. Nie mogąc wrócić do siebie od razu, Rose spędziła kilka następnych godzin błądząc po nieznanej planecie, bez możliwości skorzystania z automatycznego tłumaczenia oferowanego przez TARDIS. Brak jakichkolwiek sposobów komunikacji z zamieszkującymi okolicę fioletowoskórymi osadnikami był odrobinę problematyczny, więc ostatecznie zdecydowała się po prostu uciekać przed nimi jak tylko mogła najszybciej. Znajome uczucie lekkości ogarnęło ją, gdy była już całkowicie wymęczona, więc z zadowoleniem przyjęła możliwość wrócenia do drugiego wszechświata. Nie mogła jednak się poddać, i zaledwie kilka godzin po powrocie, zażądała kolejnej próby, tym razem wybierając jedną z lokacji, które znała dobrze. Przedmieścia Londynu były rozległe, owszem, ale nawet tam ciężko było zgubić Władcę Czasu i wysoką na kilka metrów policyjną budkę telefoniczną.
Donna Noble nie potrafiła ukryć, że wygodne kompleksy spa na planecie Midnight były dokładnie tym, o czym marzyła, wyruszając w podróż z Doktorem. Owszem, przygody i poznawanie innych światów były pasjonujące, jednak przerywanie ich od czasu do czasu, by poleżeć nad brzegiem basenu, albo na kozetce wyjątkowo przystojnego kosmity nie było niczym złym, prawda? Ratowanie świata wciąż było tam, te kilka godzin później, które ona mogła spędzić pozbywając się skrzypienia w stawach. Nikt nie mógł biegać bez końca nie naciągając sobie tego i owego! Doktor jednak, co naprawdę już jej nie dziwiło, oczywiście nie mógł usiedzieć w miejscu. Zostawił ją nad brzegiem największego basenu, jaki widziała, większego nawet od tego znajdującego się na pokładzie TARDIS, z drinkiem w ręce i obietnicą powrotu za kilka godzin. Wyznaczony czas minął, a po nim wciąż nie było śladu. Donna pociągnęła przez słomkę kolejnego łyka niebieskiej substancji o małej zawartości alkoholu, zastanawiając się, co powinna zrobić, gdy nagle z głośnym trzaskiem, ktoś zmaterializował się tuż obok niej, powodując, że płyn skończył na białym materiale jej szlafroka.
- Na miłość boską! - krzyknęła, próbując natychmiast strząsnąć z siebie niebieskie krople, jednak szkoda była już wyrządzona. - Nie dość, że będę wyglądać bardziej jak kosmita niż przeklęty marsjanin, to będę jeszcze śmierdzieć jak wnętrze pubu!
Nowoprzybyła, na którą Donna nie zwróciła niemalże wcale uwagi, skupiając się na własnym ubraniu, przyklękła obok jej leżaka, zerkając na puchaty materiał i oceniając szkody w czasie, gdy Donna wciąż kontynuowała narzekanie na głos. Po chwili zastanowienia wyciągnęła z kieszeni małe pudełeczko, wytrząsając z niego odrobinę proszku na błękitną plamę, która zalśniła i zniknęła, pozostawiając jedynie nienaruszoną biel.
- Jeden kosmita zostawia mnie na pożarcie i znika bogowie wiedzą gdzie, a drugi atakuje moje ubranie, co jest z wami i tym dziwnym fetyszem na ludzi, mogłam zostać od razu polana czymś, co dematerializuje materiał, czemu nie!
- Donna - przerwała jej w końcu, wskazując na naprawiony szlafrok. Uznała, że powinna zainterweniować, bo nieustająca tyrada nie zdawała się zmierzać do końca. - Nie ma już nawet śladu, prawda?
- Och, rzeczywiście, nie ma… Zaraz, zaraz, kim ty jesteś i czemu znasz moje imię? I co zrobiłaś z moim szlafrokiem, nie chcę, żeby nagle teleportował się w inne miejsce, albo coś takiego!
- Nie martw się, jest całkowicie bezpieczny. - Uśmiechnęła się przyjaźnie, podając rudowłosej kobiecie rękę. - River Song, profesor archeologii. Chciałabym zobaczyć się z Doktorem.
Donna zagapiła się na nią z otwartymi ustami.
- River Song? Jak… TA River Song?
River uniosła brwi w zdziwieniu, nie mając pojęcia, skąd Donna mogła znać jej imię, jednak pokiwała głową.
- Prawdopodobnie jedyna na świecie, chyba, że moi rodzice zaplanowali coś, o czym nie dali mi znać. Rozumiem, że w takim razie Doktor wspominał, że obiecałam mu pomóc?
- Pomóc? Nie, nic nie powiedział, marsjanin nigdy nie podaje tych informacji, które są potrzebne, niech go szlag.
- W takim razie nie rozumiem, skąd wiesz, kim jestem?
- Ach. - Donna nagle pożałowała swoich słów, starając się wyglądać na zmieszaną. - Przeczytałam twój dziennik, przepraszam. Mnie też zawsze irytuje, jeżeli ktoś czyta moje rzeczy, więc wiem, że to nie był najlepszy ruch, ale on leżał na samym środku TARDIS, a ja…
- Zostawiłam go na konsoli, prawda? To nie twoja wina. - River westchnęła ciężko, nie skupiając się nawet na słowach Donny, ale analizując w jaki sposób naprawić swój błąd. - Ale nie możesz o tym, co przeczytałaś mówić nikomu, zwłaszcza jemu.
- Dlaczego niby? Powinien wiedzieć, może wtedy udałoby mu się ustawić wasze życia tak, żeby chociaż raz wszystko było w porządku, nie powiesz mi, że podoba ci się to skakanie w tył i naprzód!
- Nie, Donna, to tak nie działa. To jego personalna przyszłość, mówiąc mu cokolwiek, sprawiasz, że jest nieodwracalne. Nie możemy na to pozwolić. Doktor, jak każdy, zasługuje na wolny wybór.
- A ty… Jesteś tutaj, żeby mu go zapewnić?
- Chcę pomóc mu znaleźć szybciej Rose Tyler i, jeżeli tego będzie chciał, zostać z nią na zawsze.
- Ale dla nas, ludzi, nie ma czegoś takiego jak zawsze, prawda? To znaczy - Donna zastanowiła się nad swoimi słowami. - Ty i on będziecie żywi długo po tym jak nas nie będzie. Regeneracja, czy wolne starzenie, czy cośtam, wszystko jedno, my wszyscy umrzemy, a wy zostaniecie. Rose jest podobno tylko człowiekiem, więc jej zawsze będzie absurdalnie krótkie.
- Jestem pewna, że on znajdzie jakiś sposób, żeby z nią zostać. Musi mieć tylko na to szansę. Tymczasem, nie wspominaj mu nic o tym, co wiesz o mnie. - River zerknęła na nią z rozbawieniem. - I oddaj mi mój notes przy pierwszej okazji, mimo wszystko, nie jestem zachwycona, że postanowiłaś go przeczytać. - Rozejrzała się dookoła. - Gdzie jest Doktor? Myślałam, że zastanę go z tobą…
Donna natychmiast zmartwiła się ponownie.
- Pojechał na jakąś wycieczkę, miał wrócić już dobre kilka godzin wcześniej. Z tego co wiem, to oni… Och! - Wskazała na wyświetlający się na tablicy ponad nimi komunikat. - Czy to czasem nie oznacza, że już wracają?
- Tak - odpowiedziała River. - I to wracają w wyniku awarii. Chodź, poczekamy na niego na przy terminalu. Jeżeli coś na pokładzie poszło nie tak, to mam dziwne wrażenie, że on był w samym epicentrum.
Donna pokiwała głową, zgadzając się z River bez słów. Ona też nie mogła ukryć przeczucia, że tym razem Doktor nie wyszedł ze swojej eskapady bez szwanku.
Miały rację, wyglądał okropnie. Jego twarz, zazwyczaj tak pełna życia, wyglądała na o wiele starszą, niż jeszcze kilka godzin temu, a brązowe oczy wydawały się puste. Powiedziano im, co się stało jak tylko dotarły na miejsce, jednak nawet River nie była w stanie wytłumaczyć jak i co wkradło się na pokład. Cokolwiek zawładnęło Sky Silvestry, pozostało nieuchwytne. Zanim zdążyła się powstrzymać, Donna przytuliła Doktora, chcąc pomóc chociaż odrobinę. River wycofała się w ciszy, zmierzając by porozmawiać z zarządcą kompleksu i doradzić mu natychmiastowe wyniesienie się z tej planety. Wspomagając się groźbami, jeżeli było trzeba. Gdy wróciła po dłuższej chwili, Doktor i Donna czekali na nią przy drzwiach TARDIS. Doktor wyszczerzył do niej zęby niepewnie, na co odpowiedziała mrugnięciem.
- Profesor Song, zamierza pani zabrać się z nami? - zapytał, otwierając przed nią drzwi do środka.
- Czemu nie, myślę, że znam pewne miejsce, które warto by odwiedzić…
- Ej, to moja rola, ja tu jestem pilotem wycieczki!
- Och, nie, kochanie, co najwyżej jednym z bładzących na ślepo dzieciaków. Znowu spróbujesz gdzieś trafić i wylądujesz o sto lat za późno. Dlatego właśnie ja kieruję.
- Zaraz, zaraz, potrafisz pilotować TARDIS? To niemożliwe! Jak?
- Uczyłam się od najlepszych - odpowiedziała, powtarzając wypowiedziane już raz, dawno temu, słowa.
- Ha!
- Szkoda, że akurat byłeś zajęty.
- Myślisz, że to się uda? - zapytał, wycierając talerz do sucha i sięgając po kolejny. Amy, zatopiona we własnych myślach, spojrzała na niego, nie rozumiejąc wziętego z powietrza pytania. - Doktorowi, znaczy. Myślisz, że uda mu się ją znaleźć?
- Mam nadzieję - odpowiedziała, nie do końca przekonana. Kubki brzdękneły głośno, gdy przypadkiem zrzuciła łyżeczkę do zlewu.
- Ale nie jesteś pewna.
- Nie - przyznała. - Kiedyś pewnie stwierdziłabym, że na pewno mu się powiedzie, ale on… Nigdy nie zjawia się na czas. Zawsze jest coś, coś co mu przeszkodzi.
- Tak - Rory westchnął. - Doktor nigdy nie był całkowicie niezawodny, prawda?
- Rory - zaczęła, odwracając od niego wzrok i skupiając się na pianie na swoich rękach. - Jak myślisz, dlaczego jest z nim teraz Clara? Gdzie my jesteśmy w przyszłości?
Odłożył ręcznik i talerz na blat, podchodząc do niej i obejmując ją w pasie.
- Jakkolwiek źle by nie było - oświadczył - wygląda na to, że jesteśmy razem, więc, naprawdę, jak bardzo nieszczęśliwi możemy być?
Zaśmiała się w odpowiedzi, rzucając w niego pianą. Kilka minut później, cała kuchnia nadawała się do mycia, jednak Pondsowie, chociaż wciąż zmartwieni, odetchnęli z ulgą.
Jack wrócił do Torchwood niespodziewanie szybko, chociaż Gwen stwierdziła, że powinni byli się tego spodziewać, zważywszy na to, że ich szef miał w końcu urządzenie kontrolujące podróż w czasie. Gdy tylko zmaterializował się w ich Centrum Torchwood, zarządził czas wolny dla wszystkich pracowników, wyraźnie chcąc zostać w samotności. Ianto, który nigdy nie był dobry w respektowaniu rozkazów, nakazujących mu iść do pustego apartamentu, którego nawet nie mógł nazwać domem, został z tyłu. Zaparzył Jackowi dzbanek mocnej kawy, poprzesuwał bezmyślnie kilka pozostawionych przez innych dokumentów, starł kurz ze stolika i spróbował skłonić Myfanwy do zabawy, na co pteranodon jedynie zaskrzeczał, urażony samą sugestią. Nawet kawałki gorzkiej czekolady nie pozwoliły mu wkraść się ponownie w jej łaski, więc poddał się, wpatrując w kapitana bez słowa. Wyczuwając jego spojrzenie, Jack ocknął się z zamyślenia, ale nie ruszył ze swojego miejsca przed ekranem komputera.
- Dowiedziałem się o niej wszystkiego - powiedział za to. - Tylko po to, by stwierdzić, że wcale nie chciałem wiedzieć.
- To prawda, że zabiła Doktora? - spytał najdelikatniej jak mógł Ianto, wiedząc, że stąpa po niepewnym gruncie. - Powinniśmy jej pomagać?
- Nie - odparł Jack bez zastanowienia. - Nie, nie powinniśmy.
- Ale? - dociekał, podchodząc bliżej.
- Ale to może być jedyny sposób, żeby go uratować. - Jack chwycił jego rękę, splatając ich palce. - Więc jak moglibyśmy jej przeszkodzić?
- Jack…
- Ianto, możemy nie rozmawiać o tym dzisiaj? Widziałem już dosyć, nie mam ochoty na wiwisekcję właśnie teraz. Pod koniec… Chciałem już tylko wrócić do domu. Nawet Torchwood nim nie jest, ale to najbliższe, co mogłem znaleźć. W całej przeklętej galaktyce - zaśmiał się. - Torchwood.
- Tak - przyznał Ianto bez zastanowienia. - Tak, wiem.
Tego wieczora, Ianto nie wrócił do swojego mieszkania wcale.
Uruchomiony przez Tosh program odezwał się nagle alarmem późnym wieczorem, wyrywając ich ze snu na małej, całkowicie niewygodnej kanapie. Jack podszedł do ekranu komputera, natychmiast skupiając się na swojej pracy.
Sygnatura Rose Tyler została odnaleziona, a sygnał wskazywał jednoznacznie na Londyn, w ich czasach. Jack, pewny, że popełnia błąd, wpisał komendę do wysłania wiadomości do River. W chwilę później, jak gdyby w odpowiedzi, ziemia zatrzęsła się, posyłając na posadzkę wszystko, co nie było przymocowane do blatów, albo ścian. Wszystkie systemy zabezpieczeń uruchomiły się jednocześnie, a Sol 3 zniknęła ze swojego miejsca na Drodze Mlecznej, pozostawiając za sobą pustkę.
