Miłego czytania!


- I co tam, Mia, jesteś już mądrzejsza od encyklopedii? - Zaskoczona obrzuciłam Klausa szybkim spojrzeniem.

Minęły już trzy godziny, kiedy to moja ciotka przywiozła Mię do mojego mieszkania i byłam ledwo co żywa. Położyłam się na naszym puchatym, białym dywanie i jakby nigdy nic, leżałam tam już dobrą godzinę.

Kojarzycie takie dzieciaki, które non stop chciałyby się bawić i bawić? W cokolwiek; w sklep, kowboi, księżniczki, piratów, wszystko. Takie dzieci potrafią nieźle wymęczyć.

Problem z Mią był taki, że ona choć w najmniejszym stopniu taka nie była. Ona wolała rozmowy. I nie takie, jakie prowadzę z Bonnie, czyli czasami nieco nostalgicznie, melancholijne, a czasami nadto głupie, i też nie takie, jakie prowadzę z Eleną, czyli nieustanne śmiechy i żarty.

Mia wolała zastanawiać się nad sensem życia, dokąd zmierzamy i tym, że życie jest dziwne. Naprawdę, zaczynałam się zastanawiać nad jej stanem psychicznym.

Wracając do tych naszych rozmów, potrafiły zdołować człowieka, jak niejeden film wojenny i zmęczyć, jakbym co najmniej wróciła z maratonu. Boże, co ja mówię. Ja nawet kilometra nie przebiegnę, a co powiedzieć cały maraton.

Tak czy inaczej, zazwyczaj wymiękam po dwóch godzinach, tak jak to było dzisiaj, a potem włączałam jakiś film i niech dziewczyna się cieszy, że ma taką świetną kuzynkę. Ale ku mojemu zdziwieniu, Klaus nadal trzymał fason.

A Mia zaczynała go naprawdę lubić. Widziałam to po jej sarkastycznych uwagach, na które pozwala sobie tylko wśród ukochanej rodziny i po tym, jak dawała mu te swoje złote rady, które jednak brzmiały, jak groźby. Wiem, bo nieraz byłam ofiarą mądrości Mii.

I Klaus był naprawdę godnym jej spostrzeżeń rozmówcą.

- Jeszcze nie. - Odpowiedziała szczerze.

Zaśmiałam się głośno. Tak, nie zdziwię się, jeśli pewnego dnia ta dziewczyna zaistnieje, jako osoba z najwyższym IQ w USA.

Wciągnęłam nosem. Cholera. Katar. Zawsze musiałam go mieć, kiedy zima odchodziła i tęskniłam tak bardzo za wiosną, że zbyt szybko zakładałam cienką skórę, co zawsze kończyło się tym samym. Katarem, który był moim znakiem rozpoznawczym. Oprócz tego, że miałam go zawsze pod koniec zimy, to jest jeszcze sama zima, wiosna, lato i jesień. Och, jesień jest okropna.

Jęcząc cicho wstałam z wygodnego dywanu i skierowałam się do łazienki.

- Gdzie idziesz? - Przewróciłam oczyma. Zawsze była zbyt ciekawska.

- Do kibla! - Syknęłam.

- Mówi się "toaleta", ciociu!

Trzymajcie mnie.

Nie zamykając drzwi, wzięłam chusteczkę i załatwiłam swoją potrzebę. Wyszłam z łazienki i chciałam już trzasnąć drzwiami za sobą, jak to zazwyczaj robię, kiedy usłyszałam cichy, tajemniczy głos Mii.

- Co jej zrobiłeś? - Spytała powoli.

Rozejrzałam się niepewnie. Cholera, myśleli że nadal jestem w łazience. Odwracałam się już, aby znów do niej wejść, cokolwiek, kiedy na pytanie Mii odpowiedział Klaus.

- A co miałem zrobić?

Ha! Ale zaraz go zbeszta. Nie odpowiada się...

- Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. - Westchnął głośno, a szklankę, którą trzymał w dłoni odłożył na stolik obok.

Oparłam ciężar na prawej nodze. Miałam nie podsłuchiwać, jednak kobieta zmienną jest i zostanę tutaj, ukryta, nieco dłużej.

- Poza tym...- Ciągnęła dalej. -...nawet ani razu nie poszła do kuchni po jakiekolwiek słodycze. Ciocia zawsze coś je. I zawsze przezywa mnie od dziewczyny-która-za-dużo-myśli. Więc, co zrobiłeś? - Spytała jeszcze raz, tym razem z czymś ostrym w głosie.

- Wynająłem detektywa, aby ją śledził. - Burknął po chwili.

Chcąc czy nie chcąc, na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Klaus Mikaelson, teraz praktycznie besztany przez moją 12-letnią kuzynkę. Cała Mia.

Zapadła cisza, co było nieco dziwne, jak na Mię.

- Zazwyczaj wiem co powiedzieć i moje wypowiedzi są nieco obszerne, jednak teraz mam mało do powiedzenia i zacytuję moich inteligentnych kuzynów. - Niemal widziałam jej ironiczny uśmieszek. - "Zawaliłeś po całej linii, wujek. "

Wyszczerzyłam się szeroko. Już nie zwracałam uwagi na to, że nazwała go "wujek", co było miłe z jej strony, bardziej byłam dumna z niej samej.

Zuch dziewczyna.

- Jesteś młoda, ale i tak chyba zrozumiesz, kiedy ci powiem, że zawsze, za każdą cenę chcę chronić tych, których kocham.

Wybałuszyłam oczy i otworzyłam szeroko buzię. Nic nie mogłam na to poradzić. Była to natychmiastowa reakcja.

O cholera. On właśnie... on właśnie przyznał, że mnie kocha.

- Teraz tego mi nie mówi, ale Care kiedy była młodsza zawsze mi powtarzała "Miłość to takie uczucie, zaczyna się w sercu, a kończy na dupie. " I wiesz co? Spróbuj zrobić wszystko, abyś nie skończył na tyłku.

I chociaż nadal za bardzo nie kojarzyłam, przez wyznanie Klausa, co prawda, nie prosto w moje oczy, no i nieco okrężnie, ale i tak byłam roztrzęsiona, podekscytowana i przestraszona zarazem i mimo to, cholera, Mia miała rację.

- Jesteś stanowczo zbyt mądra, jak na swój wiek. - Klaus stwierdził.

Uśmiechnęłam się lekko. Co prawda to prawda. Spoglądnęłam w stronę łazienki. No dobra, przecież tak sobie nie wejdę jakby nigdy nic do salonu. Powoli, na palcach wróciłam do łazienki i puściłam wodę. Jeszcze chwila, wyjdę, trzasnę za sobą drzwiami i wrócę do nich. Chyba nie będą nic podejrzewać.

Westchnęłam głośno i złapałam się za głowę, najwyraźniej mając kolejny trudny orzech do zgryzienia.


- Jak się ma nasza imprezowiczka? - Spytałam z sarkazmem, spoglądając na teraz już, lekko zaczerwienioną Bonnie.

Wzruszyła ramionami i zajęła się swoją sałatką.

Spojrzałam na Elenę, uśmiechnęła się sprośnie.

Byłyśmy w McDonaldzie, czyli nasze zwyczajne wyjście na miasto. I jak zwykle, ja z Eleną zamówiłyśmy największy z możliwych zestaw, a Bonnie jakąś sałatkę. Naprawdę, iść do McDonalda i zamówić sałatkę, kto to widział? I nawet nie to, że się odchudza. Ona po prostu nie lubi hamburgerów. Co jak co, chciałabym, aby hamburgery nie wołały za mną za każdym razem, jak mijam fastfooda. W przenośni, oczywiście.

- Widziałam, jak Kol po nią przyjechał. – Elena uświadomiła mnie konspiracyjnym tonem głosu.

Zaskoczona, spojrzałam, na Bonnie, która siedziała naprzeciwko.

- Co?

- Przeprosił. - Mruknęła.

- I co z tego, na miłość boską?! To Kol, mógłby ci nawet dać sto róż, a i tak nie powinnaś była dawać mu szans!

Bonnie rozglądnęła się niepewnie i dotknęła swojego nosa. O cholera. Znałam ją zbyt dobrze.

- No, wiesz... - Szepnęła.

Elena pochyliła się nad stołem.

- Nie pierdziel, że dał ci sto róż. - Bonnie przytaknęła nieśmiałe, na co Elena wzruszyła ramionami i spoglądnęła na mnie. - Mów co chcesz, ale ja po takim czymś byłabym cała jego. Z jedną nogą na wschód, a drugą na zachód.

Przewróciłam oczyma, uśmiech samoistnie pojawił się na mojej twarzy.

- Poza tym, nic mu nie obiecałam. – Bonnie próbowała wytłumaczyć. - A Kol się zgodził. I nie wiem co się stało, bo sama nigdy nie pomyślałabym, że zakumpluję się z facetem, który chciał mnie wcześniej zaciągnąć do łózka, ale...Okazał się świetnym kolegą. I tyle.

Oczy Bonnie, które określałyśmy, jako Ani-to-zielone-ani-niebieskie-ani-szare, zaświeciły się zdradziecko, a policzki zabarwiły się na niechciany czerwony kolor. Była złym kłamcą i mogłam ją uczyć tej sztuki do woli, ale zawsze coś ją zdradzało.

- Ta, kolega. - Mruknęłam z ironicznym uśmiechem.

- Na pewno. – Dopowiedziała Elena. Posłałyśmy sobie jedne z naszych porozumiewawczych spojrzeń i zajęłyśmy się naszymi wysoko kalorycznymi kanapkami.

- Kiedy już jesteśmy na temacie faceta z nazwiskiem Mikaelson; jak tam Klaus? - Bonnie spytała słodko.

Ugh, żmija.

- O, właśnie! Ostatnio sama sielanka u was. Naprawdę jest tak dobrze? - Elena dopytała mnie.

Zmarszczyłam brwi.

- Powiedział, że mnie kocha. - Powiedziałam.

Elena zareagowała tak, jak sądziłam. Rzuciła swojego hamburgera na tackę i spojrzała na mnie w szoku.

- Co ty gadasz? - Spytała szybko. Zerknęłam na Bonnie. Siedziała ze zmarszczonym nosem. Oho, co jak co, ale lepiej czytała ludzi i doskonale wiedziała, że coś jest nie tak. Gdyby wszystko było okej, to nie siedziałabym tutaj tak spokojnie, mówiąc im, że facet, którego zawsze marzyłam mieć, kocha mnie. - Ale, tak dosłownie?

Naburmuszyłam się i spojrzałam na Elene.

- Nie, do Mii. - Burknęłam.

Elena przewróciła oczyma i podniosła ręce do góry.

- Jejuś, no dobra, niepotrzebny sarkazm, tak tylko pytałam.

Westchnęłam głośno. Ha, chciałabym żeby to był tylko sarkazm.

- Nie, mówię poważnie. Podsłuchałam ich rozmowę.

Elena uśmiechnęła się z dumą, za to Bonnie jęknęła cicho.

- Niezbyt romantyczne okoliczności, jak mniemam.

Elena machnęła ręką.

- Nieważne! Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. Teraz możesz go manipulować i szantażować. - Stwierdziła z szelmowskim uśmiechem.

Boże. Bonnie roześmiała się głośno.

- Według ciebie to jest miłość? - Spytała ją uśmiechając się łagodnie.

Elena wzruszyła ramionami.

- Poza tym, jest to karalne. - Dopowiedziałam. - A jeśli jesteśmy już na temacie rzeczy, które nie są zbyt miłe; Klaus wynajął detektywa. Aby mnie śledził.

Elena klasnęła w dłonie.

- I bardzo dobrze. Ten psychopata nie będzie mógł ci nic zrobić. - Uśmiechnęła się szeroko.

Bonnie skrzywiła się.

- Elena, wynajęcie ochroniarza a detektywa to dwie rożne rzeczy.

- Właśnie. Bo wynajął tego detektywa, a ten mnie śledził, a ja nic o tym nie wiedziałam.

Elena miała pełną buzie, kiedy to wszystko trafnie skwitowała:

- Ach, racja, też bym się wkurzyła.

Przytaknęłam.

- I jest jeszcze kwestia koszmarów Klausa. - Mruknęłam. Bonnie ponagliła mnie machnięciem ręki. - Zaczął krzyczeć, cytuję "Przecież cię zabiłem."

Elena odkaszlnęła wymownie, na co Bonnie walnęła ją pod stołem.

- Ała!

- Ciszej, ludzie patrzą. - Syknęłam.

- No dobrze, ale chyba nie myślisz, że, no wiesz. - Bonnie wykonała jakiś niekontrolowany ruch ręką i zostawiła zdanie niedokończone.

Wzruszyłam ramionami.

- Ja już nic nie wiem.

Nagle, Elena chapnęła mnie za rękę, a jej twarz rozświetliła się w szerokim uśmiechu.

- Proponuję śledztwo! - Zasugerowała, a raczej postawiła nas przed swoim postanowieniem z dumą.

I choć miałam nieco paskudny humor to i tak roześmiałam się głośno.

- Za dużo Bonda, Elena.

- Uwierz mi, Care, kiedy uda nam się wyjaśnić o co chodzi, podziękujesz mi za to, że mam detektywistyczne zapędy. No to, jak? - Spytała, błysk w oczach nadal był widoczny.

Spoglądnęłam niepewnie na Bonnie. Miała ten swój lisi uśmiech. Ten, po którym widziałam, że ma na to ochotę. Na to, aby się rozerwać.

- Boże, jak to będzie wyglądać?! Prawnik, dziennikarka i artystka, życiowe niedojdy.

Elena prychnęła.

- Mów za siebie. A więc?

Westchnęłam i zrezygnowana spoglądnęłam w okno. Raz się żyje.

- No dobra, ja będę Sherlockiem. - Oznajmiłam.

Elena jęknęła.

- Nie, ja będę.

- Nie będę Watsonem. - Syknęłam.

Przewróciła oczyma.

- No dobra, obie będziemy Sherlockiem.

- Okej. - Mruknęłam.

Przybiłyśmy sobie piątkę, po czym Elena spojrzała na Bonnie.

Ja także na nią spoglądnęłam. Patrzyła na nas z pobłażliwością, uśmiechając się pod nosem z naszych wygłupów.

- A Bonnie będzie Watsonem. – Elena mruknęła cicho.

Bonnie zmarszczyła czoło i z oburzeniem powiedziała:

- Ej, on jest brzydki!

Roześmiałam się głośno. Byłyśmy wariatkami i daleko nam do normalności, ale co jest takiego wspaniałego w byciu normalnym?

Racja?


- Znalazłyśmy coś. - Głos Bonnie był nadto poważny; pewnie zbyt bardzo wczuła się w rolę Sherlocka Holmesa.

Cała Bonnie, najpierw zachowuje się, jak stara baba, która najchętniej położyłaby się do łózka i już nie wstawała i która uważa, że nic dobrego nie czeka jej w życiu, a potem okazuje się szaloną kobietą, która najbardziej angażuje się we wszystko najgłupsze co robimy.

Odchrząknęłam.

- Ja, znalazłam. – Elena poprawiła ją szybko.

Uśmiechnęłam się lekko i ścisnęłam telefon, który trzymałam przy uchu mocniej.

- Co? - Spytałam krótko.

- Magiczne słowo? - Zacisnęłam szczękę. Elena oczekiwała mojej odpowiedzi.

Boże, czasami zastanawiałam się czy jest tak głupia czy po prostu udaje.

- Jest na kolacji z Klausem, inteligencie. – Bonnie syknęła. - Chyba nie sądzisz, że powie "Proszę, Eleno, czego dowiedziałaś się o przeszłości Klausa Mikaelsona, którego sprawdzamy już od dwóch tygodni", co?

Parsknęłam śmiechem.

Tak, Bonnie zawsze potrafiła ściągnąć Elene na ziemie.

- No, a więc? - Spytałam jeszcze raz.

Usłyszałam szybkie stukanie w klawiaturę i parę jęków, szukały czegoś.

Zerknęłam na Klausa. Z błogim, szczerym uśmiechem wyglądał za szybę i obserwował ludzi, którzy poczuli wiosnę w powietrzu i większość szła ze swoimi kurtkami czy też płaszczami przewieszonymi przez ramię. Zauważył moje gapienie się i jego niebieskie spojrzenie spoczęło na mnie.

Automatycznie, jego uśmiech poszerzył się i pojawiły się dołeczki, a w oczach dostrzegłam błysk radości.

Czekał, aż skończę rozmawiać z dziewczynami.

Poczułam, jak ściska mnie w żołądku.

Przez te dwa tygodnie, kiedy szukałyśmy jakichkolwiek tropów, czegokolwiek, nie miałam wyrzutów sumienia. Może dlatego, że nic nie mogłyśmy znaleźć, a może dlatego, że w ogóle o tym nie myślałam, bo Klaus skutecznie zajmował mnie przez większość czasu, kiedy nie pracowałam.

Ale dzisiaj, teraz, dziewczyny coś znalazły, a ja zaczynałam mieć wyrzuty sumienia.

Bo te dwa tygodnie były świetne. W weekendy wyjeżdżaliśmy za miasto, po pracy w dni powszednie oglądaliśmy filmy, a raczej je komentowaliśmy, chodziliśmy na mecze futbolu, cały czas drażniąc się wzajemnie, która drużyna jest lepsza i Niklaus próbował naprawić to, że zataił przede mną fakt, że zatrudnił prywatnego detektywa.

A teraz robiłam dokładnie to, co kilka tygodni wstecz robił on sam.

Puścił mi oczko, a ja wróciłam na ziemie. Uśmiechnęłam się nieszczerze. Nie mógł nic podejrzewać.

- Care, wieczorem masz mnie całować po nogach. Ach, i wspominałam już jak to świetnie, że jestem dziennikarką, poza tym...

- Elena. – Bonnie burknęła, przerywając jej. - Wpadniesz w samozachwyt później. Care, słuchaj uważnie. A więc doszłyśmy do szkolnych papierów Klausa. Wszystko wspaniale i w ogóle, ale jest jeden, mały szczegół. Od szesnastego do osiemnastego roku życia, nie ma żadnej wzmianki o tym, gdzie się uczył. Podszyłam się pod prywatnego lekarza...

- Jestem prawnikiem, nie mów mi takich rzeczy. - Mruknęłam.

- I patrzę teraz na skan jego karty lekarskiej. Co pół roku chodził na rutynowe badania, ale jest dwuletnia luka. Dokładnie, kiedy zaczął szesnaście lat, a skończył osiemnaście.

- Czyli...- Zaczęłam, mając nadzieje, że któraś dokończy za mnie, wiedząc co mam na myśli, zważywszy na to, że nie mogłam tego powiedzieć przy Klausie.

- Czyli facet zniknął! Zapadł się pod ziemie i nie ma żadnych papierów, które by potwierdzały, że on w ogóle gdzieś był. Gdyby nie to, że są dokumenty sprzed szesnastego i po osiemnastym roku życia, to można by było powiedzieć, że koleś nie istniał. Co sprowadza nas do wniosku, że zwykli ludzie nie znikają, ot tak. - Przewróciłam oczyma. Jak zwykle, Elena zaczynała się za bardzo ekscytować.

- Elena...

- No, co? Stanowczo zbyt dużo sensacyjnych filmów się naoglądałam, żeby nie wiedzieć, że to śmierdzi na kilometr. W papierach jest tylko jedno nazwisko. Moja koleżanka z pracy próbuje się dowiedzieć kim ten człowiek jest.

Zmrużyłam oczy. Nie znałam się na śledztwach, ale chyba szczerze mogłam stwierdzić, że mamy jakiś trop.

- Jestem ciekawa o co tu w tym wszystkim chodzi. – Bonnie mruknęła.

- Masz dziwny głos. - Poinformowałam ją.

- Bo myślę.

- Ach, to wszystko tłumaczy. - Roześmiała się cicho. - Pogadamy później. Muszę kończyć.

Mimo tego, że wiedziałam, że tego nienawidzą, nie czekałam na ich odpowiedź i odłożyłam komórkę na bok.

Spojrzałam na Klausa.

- Wszystko w porządku?

Westchnęłam cicho, przybierając swój szeroki i w miarę możliwości szczery uśmiech. Przytaknęłam szybko.

- W jak najlepszym.


Wiem, wiem, na razie nie ma zbyt dużo romansu, i tych romantycznych sytuacji między Klausem a Caroline, ale od początku miałam takie zamierzenie. Teraz raczej zaczyna się ta część, gdzie dowiadujemy się więcej o Klausie, a więc i skupiam się bardziej na tym :) Ale, nie martwcie się, trochę w ich "związku" jeszcze się podzieje :)

Do napisani!