Miłego czytania!
Rozdział 22
Ukradkiem obserwowałam Klausa. Mimo tego, że był we wspaniałym humorze, mimo tego, że obdarzał mnie non stop jednym ze swoich oszałamiających uśmiechów to czułam, że coś mu chodzi po głowie.
Przede wszystkim, był zdenerwowany.
Byliśmy w Central Parku na spacerze i, jak na razie, nie widziałam żadnego powodu do tego, aby Klaus się denerwował, a jednak...
Rozglądał się niespokojnie, wkładał i wykładał ręce z kieszeni jego kurtki i marszczył czoło, nawet kiedy rozmawialiśmy o jego ulubionym filmie z dzieciństwa.
Przechodziliśmy przez mój ulubiony most, kiedy stanął, jak wryty. Odwróciłam się i stanęłam naprzeciwko niego, zakładając ręce na biodra.
- Co jest?
Powoli, podniósł na mnie swoje spojrzenie i przytaknął, raczej do swoich własnych myśli niż do mnie. Zrobił krok naprzód, aby być bliżej mnie.
Zacisnął szczękę i spojrzał na mnie z niepokojem. Powoli, na jego twarzy pojawił się lekki i czuły uśmiech.
- Kocham cię. – Wypalił.
Uspokajający uśmiech, który był jeszcze przed chwileczką przeznaczony dla Klausa, teraz zamienił się w grymas. Może nie w grymas, raczej zaskoczenie, ale nie miałam wpływu na moją mimikę. Czy tego chciałam czy nie, moja szczęka opadła. Dosłownie.
No i dobrze, słyszałam już jak to mówił Mii. Że chroni osoby, które kocha, ale usłyszeć to od niego samego, kiedy patrzy się na ciebie z...
Uwielbieniem.
Tak, patrzył na mnie tak, jakbym była jedyną rzeczą, która jest dla niego teraz ważna, jakby nic, poza mną, poza nami nie istniało. Tak, jak się patrzy mężczyzna na kobietę którą szczerze kocha. Tak, jak patrzy facet na kobietę w tych wszystkich romantycznych filmach, na których płaczę jak bóbr, bo zdaję sobie zawsze wtedy sprawę z tego, że mnie taka miłość nie dotknie.
I proszę bardzo, jestem teraz tutaj, z Klausem Mikaelsonem naprzeciwko mnie, mężczyzną, którego zawsze marzyłam mieć, a moje marzenia stają się... rzeczywistością.
Przypomniało mi się, jak na studiach zawsze obserwowałam pary; chłopaków którzy patrzą na swoje dziewczyny z tym błyskiem w oku i jako osoba postronna, już wtedy wiedziałam, że łączy ich coś głębokiego. I marzyłam, aby pewnego dnia jakiś mężczyzna spojrzał tak na mnie. I jak lata mijały, poznawałam coraz to więcej facetów, jedni byli gorsi, drudzy lepsi, ale żaden z nich nie patrzył na mnie z tym czymś w oczach, nie tak, jakbym miała być tą jedyną. I przyszedł dzień, kiedy po prostu straciłam nadzieję. Uznałam, że taka miłość nie istnieje, a jeśli tak, to na pewno nie spotka mnie. Że nigdy nie będę tą jedyną dla jakiegoś mężczyzny.
Ale los splatał mi figla i...
I spotkałam Klausa Mikaelsona. Klausa Mikaelsona, który był fascynującym mężczyzną i, który od początku mnie intrygował, Klausa Mikaelsona, który nigdy nie pomyślałabym, że tak odmieni moje życie.
Wydałam z siebie coś na pokrój jęku.
Klaus roześmiał się dźwięcznie i przeczesał nerwowo włosy. Gdyby nie to, że byłam w kompletnym szoku, to drażniąc go, zwróciłabym mu uwagę, że uroczo się denerwuje.
- Kocham cię, Caroline. Nie ma żadnego ale. Nie ma żadnego kocham, bo. Po prostu, kocham cię. Być może za ten sposób w jaki się uśmiechasz. Może za twój cięty język; to że nigdy nie bałaś się stawić mi czoła, albo za te twoje błękitne oczy i za spojrzenia, którymi mnie obdarzasz. Może za to, że przy tobie w końcu czuję się szczęśliwy i tak, jakbym faktycznie miał te 29 lat. Za to, jak cały czas narzekasz na Bonnie i Elenę, ale mimo tego, nie wytrzymałabyś bez nich ani dnia. Za to, jak kłócisz się ze swoim bratem, dobrze wiedząc, że za pół minuty będziecie już normalnie rozmawiać, za to, że najpierw robisz, a potem myślisz, nawet za to, że uwielbiasz siedzieć w domu, obżerać się niezdrowym jedzeniem i oglądać romantyczne filmy. - Roześmiałam się cicho i trochę paskudnie, zważywszy na to, że miałam katar i łzy w oczach. Pewnie przypominałam jakiegoś mopsa. Powoli, dotknął mojego policzka i otarł jedną łzę, uśmiechając się szczerze. Wzruszył ramionami. - A może za to wszystko razem. Nie wiem. Wiem, że cię kocham. To jedyna z rzeczy, której jestem stuprocentowo pewien.
- Ja... - Zaczęłam, ale Klaus przerwał mi szybko, potrząsając głową.
Nagle, dostrzegłam smutek w jego uśmiechu.
- Nie musisz nic mówić i... nie mów.
- Ale...
- Nie jesteś gotowa. - Chciałam już zaprzeczyć, kiedy popatrzył na mnie z pobłażliwością i ujął moją twarz dwoma rękoma. - Myślisz, że mężczyzna, który poznał cię cztery miesiące temu nie może cię tak naprawdę znać i możesz sobie zaprzeczać ile chcesz, ale ja cię znam, Caroline. Nie musisz mi nic obiecywać, poczekam.
O boże. Byłam złym człowiekiem. Cholernie złym człowiekiem.
Uśmiechnęłam się tylko i przytaknęłam patrząc w jego oczy pełne nadziei. Może sam o tym nie wiedział, ale jedyne czego chciał, abym mu teraz powiedziała, jest to, że ja też go kocham.
A nie mogłam. Nie kłamałabym, ale... Nie mogłam, wiedząc, że spiskuję przeciwko niemu. Nie mogłam, czując, jak mój telefon wibruje, najprawdopodobniej przez SMS-a którego wysłała mi Elena z adresem, pod który za parę godzin miałyśmy pojechać i dowiedzieć się, co krył Klaus. Nie mogłam, wiedząc, że nadal są rzeczy, które przede mną zataja, mimo tego, że mnie... kocha.
Nie mogłam, wiedząc, że jak powiem na głos to, co czuję, to nie będzie odwrotu.
- Przez ciebie będę miała siniaka. - Syknęłam, odwracając się do Bonnie, która siedziała na tylnym siedzeniu.
Spiorunowała mnie wzrokiem.
- Należało ci się.
Prychnęłam, uśmiechając się słodko.
- I tak to ja teraz siedzę z przodu. - Mruknęłam.
Wiem, to było bardzo dojrzałe z naszej strony, że biłyśmy się o miejsce z przodu samochodu, ale czasami potrzebowałyśmy odskoczni od życia, w którym problemy mnożą się, jak żaby po deszczu.
Elena, która prowadziła pożyczony od Olivera samochód przewróciła oczyma i poruszyła się niespokojnie za kierownicą.
- Nie jesteś bardziej bystra ode mnie, Caroline Forbes- Posłałam jej powątpiewające spojrzenie. Wzruszyła ramionami. - No dobra, na pewno nie od Bonnie. Więc proponuję wrócić do głównego tematu rozmowy, od którego myślałaś, że nas odwiedziesz.
Przegryzłam wargę. Tak to jest, kiedy znasz tak dwie upierdliwe kobiety od chwili, kiedy skończyłaś 10 lat.
- Przynajmniej próbowałam. - Burknęłam, mój dobry humor nagle mnie opuścił, kiedy uświadomiłam sobie, że zaraz będę musiała im wszystko powiedzieć. Najprawdopodobniej Elena będzie sobie jeszcze życzyła zaprezentowanie mimiki Klausa i powtórzenie jego słów co do jednego.
Jechałyśmy na Albert Avenue, ulice gdzie pracowała Alexandra Queen, kobieta, której nazwisko widniało w dokumentach Klausa.
I ostatnie o czym teraz chciałam gadać był Klaus i jego wyznanie. Bo szybko przypominałam sobie, że właśnie szpieguję na nim.
- Skąd w ogóle wiecie, że coś się stało? - Spytałam z ciekawości. Bonnie prychnęła ze swojego siedzenia. - No dobra, już. Powiedział, że mnie kocha. Prosto w oczy.
- Ale nie Mii? – Elena spytała z ironią.
- Bardzo śmieszne. - Mruknęłam.
Bonnie odpięła pasy i nachyliła się do mnie.
- No dobra, a ty?
- Co, ja?
- Co mu powiedziałaś?
Zmarszczyłam nos.
- Nic.
Bonnie sapnęła głośno.
- Nie kochasz go? - Spytała cicho.
Westchnęłam, odwracając wzrok.
Cholera. Oczywiście, że go kocham. Mimo jego arogancji, sekretów, władczości i jego wszystkich cech, które sprawiają, że doprowadza mnie do szału. Mimo tego, że chciałam aby stał się innym człowiekiem, to nie zmienia faktu, że zakochałam się właśnie w nim, ze wszystkimi jego wadami.
- Jestem wściekła na siebie za to, ale tak. Kocham go. I chcę mu ufać, ale...
Przerwałam, kiedy Elena zatrzymała samochód pod stalową bramą. W oddali widziałyśmy ekskluzywny, trzypiętrowy budynek.
- Dziewczyny... - Głos Eleny był cichy i niepewny. Podążyłam wzrokiem tam, gdzie patrzyła.
Zakład poprawczy w Cresdale Valley
Witamy!
Mrugnęłam parę razy, patrząc w ciszy na tabliczkę, która wisiała tuż przy bramie. Napis nie znikał, nadal tam był i zaczynałam się przekonywać, że jednak nie mam halucynacji.
- Chodźmy.
Elena wyskoczyła z samochodu z podwójną energią i zaciętością widoczną w oczach. Złapała bakcyla, w końcu była dziennikarką.
Po minucie razem z Bonnie stanęłyśmy parę kroków za Eleną, która zadzwoniła do drzwi.
Czułam, jak w mojej głowie zaczyna się robić mętlik. Poprawczak, dwa lata luki w życiu Klausa, koszmary i jego słowa, że kogoś zabił i jego trudne dzieciństwo. To wszystko układało się w całość, ale.. Ale nie chciałam w to wierzyć.
- Care? - Bonnie szepnęła cicho.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Ścisnęła mnie za ramie i uśmiechnęła się z troską.
- Nic mi nie jest, Bonnie. - Przytaknęła pobłażliwie.
- Po prostu, pamiętaj, że jesteśmy przy tobie. I...- Zerknęła w dal, uśmiechając się z nostalgią. - Pamiętasz te nasze mądrości życiowe, kiedy miałyśmy po osiemnaście lat? Myślałyśmy, że jesteśmy takie mądre, ale... Ale jedno nadal się nie zmieniło, Care. - Westchnęła i spojrzała na mnie z tym błyskiem w oku i miałam dziwne wrażenie, że nie mówi teraz tylko o mnie. - Nie szukaj ideału, tylko osoby, która sprawia, że jesteś szczęśliwa.
Uśmiechnęłam się lekko. Nasze motto w liceum i na studiach, a potem... życie pozbawiło nas wątpliwości, ale miała racje. Niklaus nie był ideałem i mimo tego, co zaraz miałam się dowiedzieć, czy też nie miałam, to sprawiał, że byłam szczęśliwa.
Z moich rozmyśleń wyrwał mnie wysoki, głośny dźwięk sygnalizujący otwieranie bramy.
Zacisnęłam zęby i ruszyłam do przodu.
- Pamiętaj, podążamy naszym planem.
Uśmiechnęłam się szeroko i sztucznie do kobiety, która do nas zmierzała. Elena i Bonnie stały po moich bokach.
Byłyśmy w długim korytarzu, który prowadził do gabinetu Alexandry Queen. Recepcjonistka poinformowała nas, że nie byłyśmy zapisane, jednak pani doktor będzie miała dla nas parę minut.
Zanim Dr Queen zdążyła do nas przyjść, ustaliłyśmy, że będziemy udawać, że chcemy tutaj umieścić naszego kuzyna. To wydawało się jedyną rzeczą, która przychodziła nam teraz do głowy.
Dr Queen okazała się blisko pięćdziesiątki kobietą, nieco zdystansowaną, jednak uśmiechniętą.
- Witam, Alexandra Queen, w czym mogę pomóc?
Przedstawienie czas zacząć.
- Leila McCarney. Przyjechałyśmy, ponieważ wiele dobrego słyszałyśmy o tym ośrodku, a nasz kuzyn potrzebuje pomocy. – Oznajmiłam spokojnie.
Uśmiechnęła się, przytakując.
- Oczywiście, co chcą panie wiedzieć? Może zacznę od tego, że jesteśmy siedzibą z tradycjami. Istniejemy już od 50 lat.
- No właśnie! – Elena przerwała jej z anielskim uśmiechem. - Wcześniej o was nie słyszałyśmy, teraz staliście się nieco sławni.
- Ach, tak. Paręnaście lat temu nie byliśmy zbyt ekskluzywnym ośrodkiem. Jednak to było w latach dziewięćdziesiątych. Od tamtych lat mamy bardzo hojnych sponsorów.
Przełknęłam ślinę. Elena zerknęła na mnie porozumiewawczo. Cholera. Postanowiła zagrać Va bank. Cholera.
- Tak, Mikaelson, jeśli dobrze pamiętam. - Powiedziała, przybierając uśmiech z chwilą, kiedy powiedziała nazwisko Klausa.
Dobra była.
Kobieta patrzyła na nas uważnie, jej uśmiech nie był już taki szeroki, czujnie przyglądała się każdej z nas po kolei.
- Znają go panie? - Spytała powoli.
- Oczywiście, polecił nam tą placówkę.
Połknęła haczyk. Poprawiła swoje włosy i roześmiała się łagodnie, pochłeptana.
- Bardzo mnie cieszy, że pan Mikaelson zapamiętał swój pobyt tutaj tak dobrze.
Zachwiałam się na piętach, tak naprawdę nie wiedząc co ze sobą zrobić.
Klaus był w poprawczaku. W poprawczaku. Zostawiłabym to w spokoju, każdy przecież może zrobić błędy w przeszłości, ale nie węszyłabym dalej, gdyby nie to, że w snach krzyczy "Przecież cię zabiłem."
Bonnie zerknęła na mnie z wybałuszonymi oczyma. Całe szczęście, Elena trzymała fason i to na nią Dr Queen teraz patrzyła.
- Oprowadzę panie, dobrze?
Przytaknęłam sztywno.
Stanęłam przy samochodzie, spoglądając przed siebie ze zmarszczonym czołem.
Potrzebowałam powietrza.
- A więc, Klaus był w poprawczaku. - Elena stwierdziła gładko. Czułam, jak Bonnie posyła jej ostrzegawcze spojrzenie, na co niewinnie wzrusza ramionami. - Powiesz mu, że wiesz? - Dodała łagodniej.
Przymknęłam oczy.
- Tak. Muszę wiedzieć co ma poprawczak do jego snów, czy naprawdę trafił tu, bo kogoś... zabił.
Elena wskoczyła na maskę samochodu, gdyby to był jej samochód pewnie spojrzałaby na mnie krzywo za samo zbyt energiczne zamknięcie drzwi.
- Jesteś nadzwyczaj... spokojna. - Mruknęła, krzywiąc się i jednocześnie uważnie przyglądając się mojej twarzy.
Cholera. W środku nie wiedziałam co ze sobą zrobić, myślałam że od tego wszystkiego wybuchnie mi głowa, ale był to chociaż jeden pożytek z mojego charakteru; potrafiłam wyglądać tak, jakby nic mnie nie obchodziło.
- Bo nic nie wiemy, Elena.
- Wiemy. Bardzo dużo, Care. Tylko nie chcesz spojrzeć prawdzie w oczy. - Podniosłam brwi do góry i zerknęłam na nią. Uśmiechnęła się chłodno.- Koszmary Klausa.
- To nic nie znaczy.
- Jego trudne dzieciństwo.
Prychnęłam.
- Ty też byłaś trudna. Mówi to osoba, która się z tobą użera od chwili, kiedy skończyłaś podstawówkę.
- Przeszłość w poprawczaku. A zastanawiałaś się kiedyś nad jego ojcem? - Zmarszczyłam brwi, spoglądając na Bonnie. Obserwowała naszą wymianę zdań w ciszy, tylko po to, aby pod koniec powiedzieć co o tym wszystkim myśli. I zazwyczaj, miała racje.
- A coś wiesz? - Spytałam ostrożnie.
- Dziwne, że ty nie wiesz. - Mruknęła.
- Elena... - Ostrzegłam ją. Zaczynała mnie denerwować.
- Po prostu chcę ci uświadomić parę spraw. Może wyjdę na zdzirę, ale nie dopuszczę, żeby moja przyjaciółka miała zamydlane oczy!
Westchnęłam głośno.
- Co wiesz o ojcu Klausa? - Spytałam powoli.
- Zginął w wypadku samochodowym i mimo że jest to zwykły wypadek, akta tej sprawy są utajnione. I dziwnym trafem, Klaus miał szesnaście lat, kiedy jego ojciec zginął. Za dużo tych przypadków, co?
Zmrużyłam oczy, patrząc na jej przebiegły uśmiech.
Potrafiła być bezduszną i chamowatą kobietą, ale wiem, że nienawidziła kiedy mężczyźni okłamywali kobiety. Pewnie dlatego, że wychowała się w rodzinie gdzie ojciec notorycznie zdradzał jej matkę. Od kiedy pamiętam, zawsze wolała sprawdzić faceta dwa razy, niż ślepo mu wierzyć. I nie chciała abym cierpiała, tak jak jej matka niegdyś.
Chciałam jej już powiedzieć, aby zaczęła pisać książkę, z tą jej wybujałą wyobraźnią, kiedy mój telefon zaczął dzwonić.
Posłałam jej spojrzenie mówiące Wrócimy-Do-Tego i spojrzałam na wyświetlacz.
Skrzywiłam się, kiedy zobaczyłam zdjęcie uśmiechniętego Klausa. Dzwonił już trzeci raz, wcześniej nie odbierałam, bo rozmawialiśmy z doktor Queen.
Najechałam na zieloną słuchawkę.
- Halo? - Mruknęłam sfrustrowana.
- Caroline? - Spytał szybko.
Coś było nie tak. Był jakiś zdyszany i niemal słyszałam, jak jego głos się trzęsie.
- Nie, Duszek Kacperek. - Mruknęłam swoją typową odpowiedź, kiedy ktoś zadawał tak głupie pytanie.
Westchnął głęboko, a po chwili roześmiał się nerwowo. Nerwowo, a zarazem z ulgą.
- Dzięki bogu. - Przegryzłam wargę. Zaczynałam się martwić.
- Co się dzieję? - Spytałam po chwili.
- Nie odbierałaś i myślałem, że ty też... Że ciebie też... - Wydał z siebie jakiś jęk, po czym zamilkł.
- Niklaus...?
- Porwali Rebekah. - Wyrzucił z siebie.
Przełknęłam ślinę wsłuchując się w jego gwałtowne próby łapania powietrza.
- Gdzie jesteś?
- W domu.
I chociaż miałam ochotę go udusić za te wszystkie kłamstwa i te zatajanie prawdy to musiałam teraz być przy nim. Chciałam być przy nim. Pytać będę później.
- Zaraz tam będę.
Jest i on :) Rozdział, gdzie nieco dowiadujemy się o przeszłości Klausa, pewnie macie już podejrzenia co się działo z Klausem w dzieciństwie, jednak doszło porwanie Rebekah, mam nadzieję, że rozwiązanie tej zagadki będzie zaskoczeniem. Ach, no i Klaroline, wiem, wiem, za mało ich ostatnio, ale od początku miałam to tak ułożone w głowie, ostatnie rozdziały miały raczej wyjaśniać całą sprawę Klausa, a ich uczucie bardziej spadło na drugi plan, jednak do końca opowiadania jeszcze trochę jest :) Sprawa Caroline i jej nieco ostrego języka, wiem, że moja Caroline a ta serialowa to dwie różne postacie, ale właśnie taką Caroline uwielbiam. Uważam, że w serialu ostatnimi czasy brakuje jej tego szaleństwa, tego, jak czasami wypala coś, przedtem nie myśląc, tego czegoś, co ja przynajmniej uważam za mega urocze. Od zawsze byłam "wariatką" i może dlatego uwielbiam takie zwariowane osoby, i też o wiele bardziej lubię takich bohaterów pisać. No nic, mam nadzieję, że to aż tak bardzo nie kłuje w oczy. Mam nadzieję, że się podobało i dziękuję za wszystkie komentarze ;)
Do napisania!
