Miłego czytania!


Rozdział 17

Irytował mnie sposób, w jaki stał przed szybą, spoglądając na panoramę Nowego Jorku. Spokojnie, bez żadnego wyrazu emocji, niczym posąg, nawet ograniczał ilość mrugania oczyma, z rękoma wsadzonymi w kieszeń.

Irytował mnie fakt, że oprócz krótkich przerw na jedzenie, mycie się i różnych takich rzeczy, jedyne co robił przez te dwa ostatnie dni, było tylko stanie przed tym cholernym oknem. Chociaż z tym jedzeniem, to byłam tylko ja. Może jestem nieco bezduszna, ale nawet, kiedy mojemu życiu czy też kogoś kogo znam zagraża niebezpieczeństwo, to i tak mój żołądek żyje własnym życiem. I jest zawsze głodny.

Irytowało mnie to, że już drugi dzień, pomijając chwile, kiedy wpadałam do swojego domu, siedziałam w salonie Klausa i jak ta głupia wpatrywałam się w telewizor i słuchałam wiadomości 24/7. Mimo tego, że porwanie Rebekah utajniono i niczego nie dowiedziałabym się z telewizji.

A najbardziej irytowało mnie to, że Klaus ponownie zamknął się w sobie. Wiem, powinnam go zrozumieć. W końcu niecodziennie porywają jego rodzoną siostrę, jednak... byłam tutaj. Rozpoczynałam rozmowę, tylko po to, aby dawał mi zdawkowe odpowiedzi, robiłam jedzenie, tylko po to, aby z chwilą kiedy siadam do stołu, poruszał się niespokojnie i nadal stał przed tym cholernym oknem, chciałam go wesprzeć, ale odpychał mnie zanim cokolwiek zdążyłam zrobić.

Zacisnęłam szczękę.

Po co ja w ogóle tu byłam?

Ta, Niklaus mnie kocha i takie tam farmazony, ale łatwo jest powiedzieć, prawda? Właśnie teraz, tutaj, powinien pokazać, że mnie naprawdę kocha. Tym, że mimo tak ciężkiej sytuacji, to rozmawia ze mną i pozwala aby osoba, która także go kocha troszczyła się o niego.

Ale on znów stał się chłodnym Klausem Mikaelsonem.

Minęły dwa dni od zaginięcia Rebekah. Policja, jak to zwykle ona, "robiła co mogła." Niklaus postanowił na nich nie czekać i sam wynajął jakiegoś detektywa. Detektywa, który niegdyś pracował dla New York SWAT. Znając życie, to on dowie się coś o Rebecce.

- Co dowiedziałeś się ostatnim razem, jak dzwoniłeś do tego detektywa? - Spytałam cicho.

- Nic znaczącego. - Mruknął beznamiętnie.

Zacisnęłam pieść. Tak. Właśnie tak wyglądały nasze rozmowy. Rozumiem, że Klaus był przygnębiony, ja pewnie nie byłabym lepsza gdyby porwano Stefana, jednak jeśli postanowił ze mną nie rozmawiać, no, przynajmniej po ludzku, to dlaczego do cholery mnie tu trzymał?!

Ugh.

Oczywiście, nie trzymał mnie tu siłą, po prostu, jak za każdym razem wspominałam, że może jest już czas abym sobie poszła, a on sobie posiedział w spokoju, to za każdym razem odpowiadał mi tak samo:

- Tylko tu jesteś bezpieczna.

Oczywiście, nazywam się Caroline Forbes i po tych czterech słowach posypuje się lawina pytań, jednak na żadne już nie odpowiada.

A ja nie miałam serca tak po prostu, wyjść. Wyjść i go zostawić, samego. Bo on chyba sam nie wiedział, jak wiele znaczy dla niego obecność drugiej osoby w takiej chwili.

- Nic znaczącego? - Spytałam słodko, mój głos ociekał ironią. - Tak, jak wszystko inne które mi nie mówisz. Czyli większość.

Nadal, ani drgnął.

- O czym ty mówisz?

- O wszystkim! - Wycedziłam.- O twoim pobycie w poprawczaku, koszmarach i o wszystkim innym, co przede mną zatajasz! - Przekrzywił głowę na bok. - Miałeś nadzieje, że jestem głupiutka i że jakimś cudem nie poskładam tego wszystkiego do kupy?! Muszę cię rozczarować, Niklaus.

- Wynajęłaś detektywa?

Obserwowałam jego odbicie w szybie, kiedy jego twarz wykrzywiła się w gorzkim uśmiechu. Nie miałam zamiaru wyprowadzać go z błędu.

- Uczę się od najlepszych. - Stwierdziłam.

- Nie będziemy o tym teraz rozmawiać.

Prychnęłam.

- Dlaczego mnie to nie dziwi, co? - Sfrustrowana, wyrzuciłam ręce w górę. - Jak zwykle wszystko wiesz najlepiej, a osobę, którą… - Tutaj zrobiłam niewidzialny cudzysłów. -"kochasz" na swoje własne życzenie odpychasz.

Nasze spojrzenie spotkało się; tak samo jak ja, Klaus obserwował moje odbicie, nadal odwrócony do mnie tyłem.

Cholera, powiedziałam za dużo, widziałam to w jego oczach, były pełne żalu a chłodny uśmiech, który przybrał upewnił mnie tylko, że nie powinnam była tego mówić. To był jego uśmiech, ten pamiętny z początku naszej znajomości, niemal zapomniałam, jak bardzo zmęczony, wypruty z emocji i niedostępnie wygląda z nim.

- Cóż za ironia, to zupełnie jak ty. - Mruknął bezbarwnie.

- Co? - Sapnęłam.

Odwrócił się powoli, z rękoma nadal w kieszeni, patrząc na mnie chłodno i z wyższością.

- Wszystko co robiłem, było tylko po to, aby cię chronić. Wszystko, Caroline. Chciałem cię odwieść od tego fantastycznego pomysłu wzięcia sprawy April Young. Wiedziałem, że prędzej czy później, coś się stanie. I długo nie czekałem.

Mrugnęłam parę razy, chłonąc to, co powiedział.

Chyba nie myślał, że...

O boże.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - Szepnęłam.

Roześmiał się cynicznie.

- To przecież ty jesteś tą bystrą z naszej dwójki.

Patrzyłam na niego oszołomiona, próbując nie dopuścić do siebie informacji, że to wszystko, że...

Że to przeze mnie.

Klaus oderwał ode mnie wzrok, kiedy jego telefon zadzwonił. Dopadł do niego szybko i wychrypiał:

- Coś nowego? - Westchnął z ulgą, przymykając oczy. Boże, niech Rebekah tylko się odnajdzie, błagam. Nagle, znów się napiął. - Kto? - Syknął. - Dobra, będziemy tam za godzinę.

Przez moment wsłuchiwał się w swojego rozmówce, najprawdopodobniej detektywa, kiedy nagle włączyła się u mnie ta rozhisteryzowana część mnie.

Wstałam gwałtownie z wygodnej kanapy i zaczęłam chodzić w tą i z powrotem.

Klaus miał racje. To wszystko moja wina. To ja, nie patrząc na konsekwencje wzięłam tą sprawę. Myślałam, że dam sobie radę z Jackiem. Że, jak pogrozi mi raz czy dwa, to jakoś sobie poradzę. Ale on był mądrzejszy. Uderzył w ludzi, których kocham. Boże, że też wcześniej na to nie wpadłam. To dlatego Klaus tak się zachowywał. Praktycznie, byłam osobą, która przyczyniła się do porwania Rebekah. I byłam chyba ostatnim człowiekiem, z jakim chciał spędzać czas w takiej chwili.

Jack porwał Rebekah.

Złapałam się za głowę, masując skronie.

- O boże. To moja wina. Ja...- Odwróciłam się do Klausa i spojrzałam na niego bezradnie. Skończył rozmowę i obserwował mnie w ciszy. Zapomniałam o detektywie, o całym świecie. Teraz miałam napad paniki. - A co jeśli jej coś zrobił, co jeśli... O boże.

Skrzywiłam się i zakryłam oczy prawą dłonią.

Nagle, poczułam rękę Klausana niej i, jak oderwał ją od mojej twarzy.

- Hej...- Szepnął z uspokajającym uśmiechem. Ni skąd ni zowąd, patrzył na mnie z czułością.

- Masz rację, to od początku była moja wina. Jack mi groził, ostrzegałeś mnie, ale nie chciałam się słuchać. A teraz porwał Rebekah. Przeze mnie, przez moją...

- Caroline. - Przerwał mi twardo i głośno. Patrzył mi prosto w oczy. - To nie twoja wina.

Ten to ma humorki. Najpierw mówi mi prawdę, a kiedy tylko trochę zaczynam wariować to, żeby mieć spokój chce odwrócić kota ogonem.

Zmrużyłam oczy, czując, jak się rozklejam.

- Znam cię, Niklaus. Doskonale wiem, co myślisz. To przeze mnie.

Przegryzł wargę i nie wiedzieć kiedy przygarnął mnie lekko do siebie i przytulił mocno. Zaczął mnie głaskać po plecach.

- Jesteś upartą kobietą, wiesz o tym, Caroline Forbes? - Chciał zażartować, ale mu nie wyszło. Zaszlochałam tylko.- Odnaleźli Rebekah. Jest cała i zdrowa. Leży w szpitalu.

- W szpitalu?! - Jęknęłam żałośnie. Jest cała i zdrowa i jest w szpitalu?!

- Caroline. - Mruknął pobłażliwie.

Warknęłam i odepchnęłam go od siebie.

Zmrużyłam załzawione oczy. Przyjrzałam się mu. Na jego twarzy igrał lekki uśmiech, kiedy tak obserwował moją nadąsaną posturę.

Coś było nie tak. Atak histerii mijał, a ja zaczynałam racjonalnie myśleć. Dobrze, Rebekah się odnalazła i znając życie, ja także od razu czułabym się tak, jakby wszystko zeszło z moich barków, ale nadal byłabym zła na osobę, która postronnie jest odpowiedzialna za porwanie mojej własnej siostry.

Jeszcze pięć minut temu Niklaus osobiście mnie uświadomił, że to moja wina, zadzwoniła jego komórka i nagle...

Mrugnęłam parę razy.

Rozmawiał z detektywem. Czegoś się dowiedział. Czegoś o porywaczu Rebekah.

Odchrząknęłam, posyłając Klausowi lekki uśmiech.

- Już, wszystko dobrze. - Mruknęłam do niego. Rozejrzałam się nerwowo. - To ja może pójdę. Zaraz ma przyjechać twoja rodzina i...

Spojrzał na mnie bezradnie i z lekkim zaskoczeniem.

- Ty jesteś moją rodziną. - Powiedział tak, jakby co najmniej oznajmiał mi, że woli kawę od herbaty. - Pojedziemy do szpitala razem, proszę.

Przełknęłam ślinę. Patrzył na mnie z nadzieją i niemym błaganiem. Nie mogłam mu odmówić i z drugiej strony, chciałam zobaczyć Rebekah. Czy naprawdę z nią wszystko w porządku.

Uśmiechnęłam się słabo i przytaknęłam.


Rebekah uśmiechała się szeroko, co chwile przewracając oczyma na słowa Esther. Tak, jak powiedział Klaus, tak było. Była cała i zdrowa, miała tylko parę siniaków. I mimo tego, że uspokajający uśmiech nie schodził jej z twarzy, to wiedziałam, że coś ukrywa. W końcu znałam się na Klausie Mikaelsonie, facecie, który jest specjalistą od przybierania masek w chwilach, kiedy nie chce, aby nikt nie wiedział co czuje.

Rebekah robiła teraz to samo.

Esther, lekko blada i nadal na chwiejnych nogach wyszła do łazienki. Kol miał przyjechać później.

Zostaliśmy we trojkę. Rebekah wzruszyła ramionami, nieszczery uśmiech nie schodził jej z twarzy. Nagle, Klaus puścił moją talie i stanął nad jej łóżkiem.

- Już możesz mówić. - Mruknął bezceremonialnie.

Ach, czyli on też zauważył, że coś ukrywa.

Rebekah roześmiała się cicho.

- Co mam mówić? Wszystko już wiecie. Ukradziono komórkę mojej przyjaciółki, ja o niczym nie wiedziałam i porywacz wysłał mi wiadomość, abyśmy spotkały się koło starych magazynów. Skąd mogłam wiedzieć, że to nie ona?

- Rebekah. - Syknął, nachylając się nad nią. - Dobrze wiesz o co pytam.

- Nik, daj spokój. Jestem zmęczona.

Klaus zacisnął usta, jego spojrzenie nie stawało się lżejsze. Obserwowałam ich w ciszy, czekając aż dowiem się czegoś więcej.

- Kim on był?

Pokręciła głową.

- Był w cieniu. Zanim mogłabym go zobaczyć, zdążył mnie uderzyć w głowę.

- Na pewno?

- Boże, przecież lekarz ci powiedział, tak?!

- Coś mówił?

Spiorunowała go swoimi niebieskimi oczyma.

- Pominąłeś się z powołaniem. Wiesz, bracie, zawsze możesz zostać jeszcze gliną. Spodoba ci się. - Syknęła.

Klaus uśmiechnął się chłodno.

- Świetnie, że wraca ci twój cięty języczek, siostro, ale czegoś mi nie mówisz. Zero tajemnic, pamiętasz? - Nagle, zrobiło się intymnie. Byli rodzeństwem, a ja byłam piątym kołem u wozu. - A więc, o co chodzi?

Rebekah zerknęła na mnie. Była to krótka sekunda, ale doskonale zrozumiałam o co chodzi. To dotyczyło mnie. Cholera, chyba powinnam wyjść. Już chciałam zrobić krok do przodu, kiedy podniosła na mnie wzrok, tym razem dłużej, i uśmiechnęła się przepraszająco.

- Ostrzegał mnie. - Szepnęła.

- Przed czym? - Klaus wychrypiał, zbliżając się do niej jeszcze bardziej. Co, jak co, ale musiałam przyznać jej racje. Byłby świetnym śledczym.

Rebekah przymknęła oczy.

- Że następnym razem nie będzie taki milutki. Że następna...- Spoglądnęła na Klausa niepewnie i dokończyła.-...następna będzie Caroline.

Przełknęłam ślinę, patrząc przed siebie tępo.


- No i co, tak po prostu sobie wyszliście? – Elena spytała z buzią pełną lodów.

Przewróciłam oczyma, opadając na kanapę z butelką wina w ręku i trzema szklankami.

- Elena, mówiłam ci to już setki razy. Rebekah powiedziała wszystko co wiedziała, a potem przyszedł Stefan. Więc poszliśmy.

Zmrużyła oczy. Okupywała nasz nowy fotel, który kupiłyśmy parę dni temu. Był wielki, głęboki i puszysty. Czyli, cały czas używany przez Elenę. Wiedziała co dobre.

- Ale nie wie kto ją porwał?

- Nie. Ale to chyba oczywiste.- Burknęłam.

Elena rozczapierzyła swoje gęste włosy i spojrzała na mnie, nieprzekonana.

- Że niby Jack Montgomery? Wcześniej, poszłabym na takie wytłumaczenie. Ale pamiętasz, jak opowiadałaś nam o zachowaniu Klausa? Ten detektyw i nagle całkowita zmiana jego zdania. Tak, jakby się czegoś dowiedział. I dlaczego Jack porywałby Rebekah? Siostrę twojego...ekhem, mężczyzny? Gdyby chciał do ciebie dojść, to prędzej porwałby którąś z nas!

- Boże.

- No, albo kogoś z twojej rodziny. Nie rozumiesz? To tak, jakby porywacz chciał coś wymusić na Klausie, nie na tobie. A co ma Jack do Klausa, hm?

Skrzywiłam się.

We wszystkim miała racje. Ale nie miałam sił już nad tym myśleć. Zaczynałam mieć migrenę.

- Co z nią, tak w ogóle? Z Rebekah?

- Leży w szpitalu już cztery dni. Jutro rano ją wypisują.

Przytaknęła lekko.

- A Jack? Gdzie go złapali?

Roześmiałam się cicho. Może byłam w dosyć paskudnym humorze, ale wydawało mi się to śmieszne. Co za ironia. Policja nie mogła go złapać przez trzy miesiące; kiedy porwał Rebekah był nieuchwytny, kiedy pobił April, zniknął minutę przed pojawieniem się radiowozu, cały czas świetnie uciekał.

- Wpadł, kiedy kupował narkotyki od dilera. Policja robiła rutynowe czystki. Wyłapali narkomanów z całej dzielnicy. Jakież zdziwienie przeżyli, kiedy się okazało, że za kratkami trzymają faceta, którego szukali za gwałt od paru miesięcy.

- A Klaus?

- Co z nim? - Spytałam.

Machnęła łyżką.

- Dalej nie rozmawialiście o jego przeszłości?

Skrzywiłam się.

- Od czterech dni o niczym nie rozmawialiśmy.

- Jak to nie? Przecież non stop po ciebie przyjeżdża.

- Gadamy o rożnych rzeczach, tylko nie o poprawczaku. Omija ten temat, jak ognia. A ja mu na razie odpuściłam, ze względu na Rebekah i jeszcze ta sprawa Jacka, ale...

- Ale teraz już wszystko się skończyło. - Mruknęła, uśmiechając się przebiegle.- Jack, domniemany porywacz jest w więzieniu, a Rebekah wraca do domu. A ty możesz przystąpić do akcji.

- W twoich ustach wszystko jest takie łatwe.- Wzruszyła ramionami, posyłając mi dumne spojrzenie. - A jak tam Oliver?

Jej uśmiech automatycznie zelżał. Prychnęła głośno.

- Jest idealny.

Mrugnęłam parę razy, nie rozumiejąc faktu, że powiedziała to tak, jakby to było najgorszą rzeczą na świecie.

- To chyba dobrze, nie?

Wybałuszyła oczy, nachylając się w moją stronę.

- Zwariowałaś?! Jest opiekuńczy, czuły, troszczy się o mnie, cały czas o mnie myśli, jest inteligentny, dobrze zarabia, świetnie się ubiera i nie przeszkadza mu to, że jestem uzależniona od McDonalda! Czyli jest wszystkim tym, czym ja nie jestem.

Zachichotałam.

- Przez grzeczność nie zaprzeczę.- Mruknęłam. Spiorunowała mnie spojrzeniem.

- Wiesz o co mi chodzi, prawda? Jest... zbyt idealny. Niemal nierealny. - Z rozmarzonym spojrzeniem patrzyła gdzieś w dal. Ha, nawet nie wiedziała, jak doskonale ją rozumiem. Nagle, skrzywiła się niemiłosiernie i zaczęła gestykulować, nadal z łyżką w ręku. - Poza tym, będzie mnie denerwować fakt, że jest mądrzejszy ode mnie. Nie lubię mądrych ludzi.

Wzniosłam oczy ku górze. Nie wiedziałam czy mam się obrazić. W końcu Elena mnie lubi, więc chyba uznaje mnie za niezbyt bystrą istotę.

Bonnie, z ręcznikiem na głowie i krótkich szortach weszła do salonu. Spoglądnęła na trzy szklanki i wino, które postawiłam na stoliku obok.

- Aż tak źle? - Mruknęła.

Zaśmiałam się z Eleną. Faktycznie, nie myślałam wiele, kiedy brałam szklanki, zamiast czegoś gustowniejszego, ale z drugiej strony, kto mnie widział?

- W końcu! – Elena krzyknęła, spoglądając na Bonnie. - Myślałam, że się tam już utopiłaś.

Bonnie przewróciła oczyma i usiadła obok mnie.

- Czekałam na specjalne zaproszenie. - Mruknęła, wyciągając rękę w moją stronę po wino. Podałam jej.

Elena wstała gwałtownie.

- Właśnie, kiedy już jesteśmy na temacie listów czy rożnych rzeczy w podobie. - Pobiegła do korytarzu i wróciła z kopertą w ręku. Dała mi ją. Spojrzałam na nią zaciekawiona. Miała moje nazwisko.- Jakiś facet w garniaku przyszedł tutaj i kazał ci przekazać. I nie wyglądał na listonosza. Dziwny gostek, tak w ogóle. Chciałam przeczytać, ale Bonnie była obok i odniosła się do mojej moralnej strony.

- Widzisz, dzięki mnie jesteś lepszym człowiekiem. - Bonnie stwierdziła, uśmiechając się szeroko.

Uśmiechnęłam się lekko i otworzyłam kopertę. Szybko przejechałam wzrokiem po całym tekście, po czym zmarszczyłam czoło.

Że co?

- Co jest? - Bonnie spytała po chwili, kiedy zauważyła moją minę. Zaglądnęła mi przez ramie.

Elena przypomniała o sobie, rzucając w nas poduszką.

Przegryzłam wargę. Cholera, musiałam im powiedzieć. I tak i tak czeka mnie masa pytań od Eleny i Bonnie. Tak czy inaczej, jestem na straconej pozycji.

- Nic, tylko Jack Montgomery chce się ze mną spotkać. W więzieniu.- Mruknęłam najspokojniej, jak potrafiłam.

Obserwowałam, jak znudzona twarz Eleny nagle zaczerwienia się, jak jej usta wykrzywiają się w literę O i już po chwili nie można powiedzieć nic, tylko tyle że jest oburzona.

I rozpętało się piekło.


Spoglądnęłam w stronę okna. Nie miałam nic lepszego do roboty w więzieniu, kiedy to czekałam na Jacka.

Zmrużyłam oczy, patrząc na taksówkę, stojącą przy krawężniku. Widziałam ją już wcześniej, zwróciłam na nią uwagę, bo zółty lakier na całych bocznych drzwiach odszedł i został sam metal. Po chwili, odjechała.

Wzruszyłam ramionami.

Zerknęłam na zegarek. Cholera, muszę się spieszyć. Nikt nie wie, że tu jestem.

Uśmiechnęłam się kwaśno. Ta, znajdowałam się w sali do odwiedzin, gdzie od więźniów przedzielała nas kilkucentymetrowa szyba, a rozmawiać mogliśmy jedynie przez telefon, ale i tak dziewczyny nie pozwoliły nigdzie mi iść.

Elena uznała, że lepiej w ogóle nie pokazywać się w więzieniu, nigdy nie wiadomo, kiedy więźniowie zorganizują bunt, oczywiście powiedziałam jej, że żyje filmami sensacyjnymi.

Za to Bonnie stwierdziła, że Jack pewnie nie ma mi nic do powiedzenia.

Na koniec oznajmiły, że będą mnie pilnować i że mają nadzieje, że przemówiły mi do rozsądku.

Nic z tych rzeczy. Miały rację, tak. Ale byłam ciekawa co ma mi do powiedzenia. A nawet jeśli nic ważnego, to zawsze mogę to obrócić przeciw niemu w sądzie. Chociaż i tak nie sądzę, żeby wywinął się od siedzenia co najmniej parę ładnych lat.

Tak czy inaczej, nie okłamałam dziewczyn, nawet powiedziałam, że spotykam się z April. Pominęłam tylko jeden mały szczegół, że dopiero za dwie godziny.

Co do Klausa, nawet mu o tym nie wspominałam. Przecież i tak ostatnio w ogóle nie był rozmowny.

Skrzywiłam się.

Tak samo, jak szybko sprawił, że moje życie przybrało wiele kolorów, tak samo szybko wszystko znów staje się szare. Nienawidzę takich dni, kiedy wydaję mi się, że już bliżej siebie nie możemy być, a następnego dowiaduję się, że wynajął detektywa i, że spędził dwa lata w poprawczaku. Nienawidzę, kiedy po tych świetnych chwilach, które będą wspaniałymi wspomnieniami, nagle wszystko się psuje.

No, przynajmniej w moim życiu towarzyskim.

Gdyby nie sprawy sercowe? Ha, byłabym najszczęśliwszą osobą na ziemi.

April powoli zaczyna odżywać, kiedy z nią rozmawiam już nie rozgląda się nerwowo na każde strony, Stefan jak zwykle robi...coś. Z nim nigdy nie wiadomo. Elenie, mimo jej narzekań, świetnie wiodło się z Oliverem. Tylko patrzeć, kiedy się od nas wyprowadzi. Wiem, że zawsze przyrzekała, że zestarzejemy się razem w tym mieszkaniu i do całego pakietu kupimy jeszcze kota, jednak nie mogłabym jej winić, gdyby chciała się wyprowadzić. Byłyśmy dorosłymi kobietami i jakoś bez co wieczorowego wina się obędziemy. Oby tylko była szczęśliwa. A Bonnie? Malowała, jak szalona, ostatnio zrobiła wystawę, znów okazała się sukcesem. I była... radosna. Rodzice po raz pierwszy w życiu wyjechali do Europy na wakacje i mogłam sobie tylko wyobrazić, jak bardzo sobie dokuczają i się nawzajem wyzywają.

Tak, cali moi rodzice.

Usłyszałam głośne pukanie i mój wzrok podążył w stronę szyby.

Jack Montgomery usiadł naprzeciwko mnie z tym jego obleśnym uśmieszkiem, który pamiętałam jeszcze z czasów liceum.

Czarne, zaczesane do tyłu włosy, tego samego koloru oczy, puste i oprócz ironii nie wyrażające nic innego. I szrama nad górną wargą.

Uśmiechnęłam się szeroko.

Pamiątka od mojego brata. Co jak co, Stefan był czasami nie do wytrzymania, ale kiedy ktoś miał coś do jego jedynej siostry, to nie obchodziło go, czy skończy przez to co zrobi w więzieniu.

Więc z chwilą, kiedy dowiedział się, że Jack Montgomery przymilał się do mnie w szatni po WF-ie, i jedyne co mnie uratowało od jego łapsk, było to, że Bonnie walnęła go tam, powiem ładnie, gdzie kończy się kręgosłup, a Elena za swój cel objęła bardziej intymną cześć jego ciała, no to mój brat, no cóż, wpadł w szał.

I gdyby nie to, że nasz wujek jest prawnikiem, to prawdopodobnie skończyłby za kratkami.

Podniosłam słuchawkę do ucha, Jack już na mnie czekał.

- Do twarzy ci w pomarańczowym. - Mruknęłam słodko.

Zmrużył oczy nadal szczerząc się nie wiadomo do czego.

- Zmieniłaś się. - Stwierdził.

- Ty też. Kiedyś szczytem twoich możliwości było włamanie. A teraz? - Wzruszył ramionami, a w oczach dostrzegłam błysk dumy. Chory człowiek. - Gwałt, porwanie, usiłowanie zabójstwa? Gratuluję, Jack. Pewnie jesteś wysoko w więziennej hierarchii.

- Nie narzekam.

Westchnęłam, marszcząc nos.

- No dobrze, Montgomery. Miło było powspominać stare czasy, a teraz do sedna sprawy. Czego chcesz?

Nachyliłam się do przodu i patrzyłam na niego w oczekiwaniu.

- Zawsze byłaś konkretna. Podoba mi się to w tobie.

Uśmiechnęłam się chłodno. Ostatnie, na co mogłam pozwolić, było to, aby zaszedł mi za skórę.

- Jeśli chcesz mnie przekupić, to od razu cię informuję. - Patrzył na mnie zaciekawiony.- Po moim trupie.

Rozbawiony, uniósł dwie brwi do góry.

- Chcę ci zrobić przysługę, Forbes. W ramach znajomości z dawnych lat. Trzeba sobie pomagać w dzisiejszych, trudnych czasach.

- Przysługę?

- Mam dla ciebie informacje.

Zaalarmowana, zmrużyłam oczy.

- Co ty masz z tego?

Roześmiał się drapieżnie.

- Nic.

- Nie przekonałeś mnie.

Westchnął głośno, nie spuszczając ze mnie wzroku.

- Dzisiejsi ludzie, popatrz jacy niewierzący. Wiara to podstawowa...

- Montgomery. - Syknęłam.

Nagle, jego uśmiech zelżał.

- To nie ja porwałem tą laskę.

Przewróciłam oczyma. No tak, mogłam się domyślić, że chciał mnie przekonać, co do swojej niewinności.

- Dlaczego mam ci wierzyć?

- Spytaj swojego kochasia. On wie.

Przekrzywiłam głowę.

- Co wie?

- Że ja tego nie zrobiłem. - Roześmiał się, obserwując moje zaskoczenie. - Daj spokój, Forbes. Zawsze byłaś bystrą babką. Pomyśl tylko. Przeszłość Nika, porwanie jego siostrzyczki, czy to wszystko nie składa ci się w jedną kupę?

Zacisnęłam szczękę.

- Wiesz co, Jack? W tym jest problem. Ja nic nie wiem o jego przeszłości. - Wycedziłam. No dobra, może nie powinnam była mu tego mówić, ale wszystko stawiałam na jedną kartę.

Jack udał oburzoną minę, dotykając swojego policzka.

- Oj, nic ci nie powiedział? - Zaśmiał się gardłowo. - Nadal jest tym samym przebiegłym lisem.

Chociaż w jednym się zgadzamy. Zaraz...

- Nadal? - Wymsknęło mi się.

- Był w poprawczaku.

- Wiem.

- Ach, jestem zaskoczony.

Spiorunowałam go spojrzeniem i podniosłam się gwałtownie.

- Wychodzę.

- Zabił swojego ojca.

Miałam być chłodna i oziębła, ale teraz nie mogłam nie udawać, że ta informacja mnie obeszła. Patrzyłam na niego uważnie, on na mnie.

Powoli, usiadłam z powrotem. Nadal trzymałam słuchawkę przy uchu.

- Mam ci wierzyć? - Spytałam, uśmiechając się krzywo.

Wzruszył ramionami, tak, jakby mi sygnalizował, że to czy mu uwierzę zależy tylko ode mnie.

- Jest bękartem. Jego matka miała kochanka, a ten zrobił jej dzieciaka. Tym dzieckiem jest twój kochaś. Mikael, mąż Esther, potężny magnat prasowy, nigdy go nie akceptował. A Klaus go zabił.

Próbował mieszać mi w głowie i... jak na razie świetnie mu to wychodziło.

- Niby skąd to wiesz?

Przechylił głowę, uśmiechając się władczo.

- Bo mi to powiedział.

Prychnęłam, na mojej twarzy odruchowo pojawił się niedowierzający uśmiech.

- I co jeszcze? - Rzuciłam z ironią.

- Przypuszczam, że to biologiczny ojciec Klausa porwał Rebekah.

Roześmiałam się gorzko.

- To był sarkazm. Nie mam powodu ci wierzyć. - Przewrócił oczyma, lekceważąco. - Do widzenia, Jack.

- Nie musisz mi wierzyć. - Powiedział, nachylając się bliżej. - Sama go spytaj, jeśli chcesz się dowiedzieć prawdy, oczywiście. - Uśmiechnął się ironicznie. - Dla twojej informacji, byłem z nim w poprawczaku. Tam go poznałem. Nie różnimy się za wiele. Klaus miał po prostu lepszy start.

Skrzywiłam się.

- Nie waż się porównywać do Klausa. - Syknęłam.

- Zrobisz, jak ze...

Nie słuchałam go już. Odłożyłam słuchawkę na swoje miejsce i wstałam. Pomachałam mu, posyłając fałszywy uśmiech, po czym odwróciłam się, a mój uśmiech automatycznie zniknął.

Przymknęłam oczy, czując, jak moje serce zaczyna coraz szybciej bić.

Cholera.

I co ja miałam teraz zrobić?


Zbliżamy się ku końcowi, jeszcze tylko dwa rozdziały i epilog :) Co by tu napisać, zazwyczaj mam wenę, ale dzisiaj mam jakąś pustkę. Najwyraźniej nie opadły ze mnie emocje z wczorajszego meczu Polski z Argentyną. Jakby co, jestem maniaczką siatkówki :D Dziękuję za wszystkie komentarze ;)

Do napisania!