Miłego czytania!


Rozdział 18

- Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczna.

Patrzyłam na April z lekkim uśmiechem. Inaczej niż zazwyczaj była radosna i uśmiechnięta, nawet nie zauważyła, że praktycznie prowadzi rozmowę jednostronną. Bo teraz, godzinę po spotkaniu z Jackiem, nie byłam w najlepszym humorze do rozmowy. Jednak April to nie przeszkadzało; w końcu przypominała tą samą czarnowłosą z liceum o niesamowitym temperamencie i ciętym języku.

Wywróciłam oczyma.

- Nawet nie odbyła się jeszcze jedna rozprawa z Jackiem w sądzie. Nie masz jeszcze za co dziękować.

Machnęła ręką. Uśmiechnęła się przepraszająco.

- Rozmawiałam z Eleną. Wiem, że Jack został oskarżony o porwanie Rebekah. Gdyby nie to, że ciebie namówiłam na tą sprawę, to Jack nigdy nie chciałby cię nastraszyć, poprzez porwanie Rebekah.

Zmarszczyłam czoło. Dopiero teraz zaczynałam sobie uświadamiać, jak bezsensownie to brzmiało. Elena miała rację, tak samo jak moja podświadomość, której dla dobra swojego zdrowia psychicznego, raczej nie chciałam wierzyć.

To nie Jack porwał Rebekah. Nie kłamał. Był zdolny do tego, ale przez myśl by mu nie przeszło, aby porwać kogoś, z kim jestem tylko koleżanką. Miał tak duży wybór: dziewczyny, moja wielka rodzina, a jednak padło na Rebekah.

Coś tu nie grało.

Rozejrzałam się po ulicy, przy której właśnie stałyśmy. Wyszłyśmy z przytulnej kawiarni i każda z nas miała już pójść w inną stronę, ale April czuła się winna, więc próbowała się jakoś wytłumaczyć.

- Nie przejmuj się. Z Rebekah jest wszystko w porządku, a Jack siedzi w więzieniu. Koniec koszmaru.

Przytaknęła z ulgą, uśmiechając się lekko po raz tysięczny podczas naszego spotkania. Poczułam wibracje w kieszeni.

Ugh.

Zirytowana, spojrzałam na wyświetlacz po raz piąty podczas tej godziny.

Niklaus.

Ta, dzwonił już pięć razy. A ja nie chciałam odbierać, bo kompletnie nie wiedziałam co mu powiedzieć. Spytać, czy to co Jack powiedział jest prawdą? Czy może od razu zacząć od kłótni, oskarżając go, że jest kłamcą?

Westchnęłam głośno.

- Jakieś problemy w raju? – April spytała, śmiejąc się cicho.

Jaki raj, dziewczyno. Byłam w piekle. Odrzuciłam połączenie i napisałam mu SMS-a, abyśmy spotkali się u mnie, Elene i tak gdzieś wywiało, a Bonnie pojechała po zakupy.

Musiałam spotkać się z nim w moim mieszkaniu, bo tam czuję się pewnie. Tam, mogę mu wykrzyczeć wszystko co myślę, jego apartament przytłaczał mnie tym, że jest tak ciemny i zimny.

Komórkę schowałam z powrotem i zerknęłam na April.

- Zadzwonię do ciebie, kiedy będę znać datę rozprawy, dobrze? - Przytaknęła energicznie.

- Do zobaczenia, Care. - Powiedziała, machając mi ręką i odwracając się po chwili.

- Trzymaj się! - Krzyknęłam jeszcze na odchodne.

Zwróciłam się w stronę ulicy. Potrzebowałam taksówki. Mój samochód stał w warsztacie, a ja nie miałam ochoty robić sobie kilkukilometrowego spacerku, szczególnie, kiedy mamy tak dziwny upał, zważywszy na porę roku. Tak, była końcówka marca, jednak ja sama miałam ochotę zrzucić sweter i paradować w samej bluzce na ramiączkach, był tylko jeden problem, za Chiny nie pomyślałabym dzisiaj rano, aby założyć tak lekką bluzkę.

No i jestem teraz tutaj, na jednej z najbardziej ruchliwych ulic Nowego Jorku, w słońcu i czekam na taksówkę, której jak zawsze potrzebuję, to nie ma i pocę się, jak szczur.

Zmarszczyłam czoło. Ten dzień naprawdę nie może być już gorszy.

Rękę miałam w pół drodze do góry, kiedy taksówka podjechała centralnie przede mną. Rozejrzałam się niepewnie, czy aby ktoś nie zamówił jej wcześniej. Pusto. Ludzie nie patrząc na nic co się wokół nich działo, szli dalej przed siebie.

Zwróciłam uwagę na drzwi, bez zółtego lakieru. Widziałam tą taksówkę już wcześniej.

Wzruszyłam ramionami i weszłam do niej. Nie miałam teraz czasu zastanawiać się nad tym, jak to los czasami jest dziwny.

- Dzień dobry. Poproszę na Madison Lane.

Taksówkarz kiwnął głową i ruszył. Nie był zbyt rozmowny. Och, całe szczęście. Zazwyczaj lubiłam pogadać z taksówkarzami o rzeczach, o których zazwyczaj dyskutuje się na wyższych studiach magisterskich, o tym, jak życie czasami potrafi człowiekowi dokopać. Nie wiedzieć czemu, taksówkarze znali odpowiedź na wszystko. Ale dzisiaj, marzyłam jedynie, jak najszybciej dotrzeć do domu i...

No właśnie.

Wywróciłam oczyma.

Dzisiaj, nawet tam nie zaznam spokoju. Klaus pewnie zaraz przyjedzie i mamy porozmawiać. O ile w ogolę na to pójdzie. A co jeśli...?

O cholera.

Ta, denerwowały mnie te kłamstwa i zachowanie Klausa, i zawsze sądziłam, że kiedyś sobie wszystko wytłumaczymy i w końcu będzie dobrze. Ale co jeśli naprawdę on nie będzie chciał się wytłumaczyć? Co jeśli uzna, że to nie mój biznes i, że jest to ostatnia rzecz o którą powinnam go pytać?

Przełknęłam ślinę i spoglądając na szybę, zauważyłam gorzki uśmiech, który mimowolnie pojawił się na mojej twarzy.

Kiedy go spotkałam po raz pierwszy, nigdy nie sądziłam, że za kilka miesięcy będzie pełnił tak dużą role w moim życiu. Zakochałam się, jak ta głupia nastolatka, która dałaby się pokroić za tego złego chłopaka, tego całego w kolczykach, z motorem i który ubiera się na czarno. Jak ta dziewczyna, która myśli, że ich miłość będzie wieczna.

Bo, która nie chce takiej miłości? Elena na studiach stała się feministką, oczywiście, długo w tym postanowieniu nie wytrwała, ale nawet wtedy, w przerwach między wyzywaniem facetów, widziałam jak ogląda się utęsknionym wzrokiem za szczęśliwymi parami, które przechodziły obok nas na spacerze.

Bo każda z nas chce mieć takiego księcia z bajki. Nawet jeśli jest to niedojrzałe i niemądre, to każda pragnie mężczyzny, który zaopiekuje się tobą, weźmie za rękę, obejmie ramieniem i powie, że liczysz się tylko ty. Kogoś, kto zatraci się w twoim spojrzeniu i uśmiechu. Kogoś, kto będzie umiał cię rozśmieszyć i pocieszyć. Wiernego, cudownego mężczyzny, który będzie z tobą, nawet wtedy, kiedy będziesz pomarszczoną staruszką z gaciami do pępka. Który nie będzie widział świata poza tobą, nawet, gdy jesz z otwartą buzią i płaczesz z powodu głupiego filmu.

Albo po prostu jestem nienormalna.

Tak czy inaczej, jeśli Klaus uzna, że nie powinna mnie obchodzić jego przeszłość to... koniec.

Tata oprócz nauczenia mnie gry w koszykówkę, nogę, baseball, karty i wiele innych to wpoił mi, że facet, który nie jest z tobą szczery, nie jest ciebie wart. Mimo tego, że Klaus stał się mężczyzną, którego mimo oporów mojego mózgu, pokochałam.

A ja nie byłam jedną z tych kobiet, które tkwią w związkach bez przyszłości. Wolałam być starą panną z pięcioma kotami, niż mieć faceta, byle jakiego, ale po prostu mieć.

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć takich kobiet i chyba nie zrozumie.

I jeśli Klaus wyskoczy mi z czymś w podobie, że jego przeszłość nie jest ważna, to sprawa będzie jasna.

Miałam nadzieję, że on sam chce mi wszystko powiedzieć. Przynajmniej wywnioskowałam to z tego, że dzwonił do mnie szósty raz.

Nie miałam zamiaru odbierać przy taksówkarzu. Znów odrzuciłam połączenie.

- Jakieś problemy? - Taksówkarz zapytał z szerokim uśmiechem, żując gumę.

Zmrużyłam oczy. Ugh, jednak to ten gadatliwy typ.

- Nie, dlaczego?

- Nie ma panienka zbyt szczęśliwej miny.

Westchnęłam.

- Ta.

- A więc życie Mikaelsonów nie jest tak wspaniałe, jak pokazują gazety, eh?

Zaalarmowana, spojrzałam w lusterko, w oczy mojego rozmówcy.

Niebieskie, świdrujące i przenikliwe. Spoglądał w lusterko, czekając na odpowiedź, cały czas uśmiechając się. Jednak tym razem dostrzegłam coś fałszywego w tym uśmiechu.

- Słucham?

- Porwanie Rebekah Mikaelson, nieciekawa przeszłość najstarszego z rodzeństwa i...- Uśmiechnął się szyderczo i dodał: -...tragiczna śmierć Mikaela.

Czułam, jak zaczynam sztywnieć, a mój mózg zaczyna pracować na pełnych obrotach.

Porwanie Rebekah zostało utajnione, nikt oprócz rodziny i policji o tym nie wiedział. Przeszłość Klaus była także chroniona, jak tajemnica poliszynela.

I tragiczna śmierć ojca Klausa, powiedział o niej tak, jakby to było największe kłamstwo roku.

Tylko nie panikuj, Forbes. Nie zachowuj się, jak te wszystkie wariatki w tysiącach filmach sensacyjnych, bądź chłodna, kalkulująca i zachowaj czysty umysł.

Spojrzałam w bok.

Cholera.

Gdzie my byliśmy? Zagadał mnie i nagle znaleźliśmy się w części tego Nowego Jorku, której nie znam. Tej części, której nawet nie chcę poznać.

Panika w takiej sytuacji jest chyba zrozumiana.

- Skąd o tym wiesz? - Mruknęłam.

Spojrzał na mnie uważnie.

- Przechodzimy na ty? - Spytał. Cholera, nie, to był tylko odruch, za bardzo nie myślę, kiedy ktoś mnie... O boże. On mnie porywał. A najgorsze było to, że nawet nie mogłam wyskoczyć z samochodu, jak to zazwyczaj bywało na Jamesach Bondach, jechaliśmy zbyt szybko.- No dobrze, a więc, Caroline, powiedz mi na jakiego mężczyznę wyrósł mój syn?

Wstrzymałam oddech.

Czy ja się przesłyszałam? Znał moje imię i... był ojcem Klausa.

Nagle, przypomniałam sobie o telefonie. Zerknęłam w dół. Policja. Muszę zadzwonić na policje. Cholera, no i co potem, zostawię tak, aby słuchali naszej aż nazbyt kulturalnej rozmowy? Od razu uznają to za żart. A może zadzwonić by tak do Klausa, on by pewnie...

- Nie radzę. - Zatrzymał się na światłach, w prawej ręce trzymając broń, spluwę, gloka, zwał jak zwał. Najważniejsze było to, że to coś strzelało i mogło zabić.

Im dłużej wpatrywałam się w niego, zaczynałam dostrzegać pewną podobiznę. Przede wszystkim, te same niebieskie oczy. Oprócz tego identyczny prosty nos i wysokie kości policzkowe. Ta, ten facet był ojcem Klausa, nawet jeśli tego jeszcze nie rozumiałam i to do mnie w pełni nie dochodziło.

A najlepsze było to, że on chyba sądził, że wiem kim jest. Że Klaus mi wszystko powiedział.

Elena jest królową ryzykantów i mam nadzieje, że byłam dobrą uczennicą. I, że to co dowiedziałam się od Jacka było prawdą.

Odetchnęłam głęboko i uśmiechnęłam się słodko.

- Ty mi powiedz. To w końcu twój syn. Ach, przepraszam, zapomniałam. Esther było tak wstyd skoku w bok z takim ewenementem, jak ty i nie chciała mieć nic wspólnego z tobą do takiego stopnia, że swojemu synowi nawet nie dała twojego nazwiska.

Roześmiał się cicho, wyglądał tak, jakby w ogóle go to nie dotknęło. Ale przynajmniej nic nie palnęłam i wszystko co powiedziałam było prawdą.

- Cięty języczek widzę. Nic dziwnego, że spodobałaś się Klausowi. Zapamiętaj sobie, Care, tak cię nazywają twoje przyjaciółki, mam rację? Bonnie i Elena? - Zmrużyłam oczy, zaciskając pięście.

- Nie mieszaj ich w to.

Uniósł brwi do góry, nie komentując mojej groźby.

- Wracając do mojej wcześniejszej wypowiedzi, faceci lubią zdobycze.

Przewróciłam oczyma.

- Facet, ty mnie porywasz czy dajesz lekcje życia? - Sapnęłam sfrustrowana.

Wzruszył ramionami.

- I jedno, i drugie, tak mi się wydaje.

Zatrzymał się przy starej fabryce z powybijanymi oknami i chaszczami wokół.

I nagle, w moim powolnym łbie coś kliknęło. I zrozumiałam. Cała układanka się ułożyła.

Jack mówił prawdę.

Magazyn. Porywacz Rebekah zawiózł ją do starych magazynów. Klaus sam nie sądził, że zrobił to jego biologiczny ojciec. Dlatego powiedział mi o Jacku, a wtedy zadzwonił do niego detektyw i dowiedział się o swoim ojcu. Nie mówiąc mi prawdy, chciał abym przestała zwalać na siebie winę.

Wiedział, że się zadręczałam, a mimo to, nie powiedział mi prawdy.

Łajdak.

Przestałam zwyzywać syna tego psychopaty, kiedy wysiadł z taksówki i otworzył drzwi.

Nie ruszyłam się. Pochylił się, obrzydliwy uśmieszek, na jakiś dziwny sposób przypominający uśmiech Jacka, nie schodził mu z twarzy.

- Nie ma się czego bać. - Szepnął, wyciągając ręce w moją stronę. I mimo, że jego głos był przemiły, to przestraszyłam się bardziej, aniżeli wydarłby się z całych sił.

O boże. Zaraz, co ja mówiłam przed wejściem do tej taksówki? Ach, tak. Że ten dzień nie może być już gorszy.

Ktoś sobie musi robić ze mnie jaja.


Pierwsze, co przyszło mi do głowy, kiedy siłą wyciągnął mnie z taksówki, było to, aby może skopać mu tyłek. Albo walnąć go w krok.

Ale wtedy przypomniałam sobie, że ma broń i zauważyłam jedną znaczącą rzecz.

Miał około dwóch metrów wzrostu i mimo, że w dzieciństwie biłam się lepiej od chłopaków to teraz myślałam realnie.

I właśnie dlatego stałam teraz nieruchomo na środku jakieś starej, dawno nie używanej fabryki i obserwowałam co robi mój taksówkarz, który okazał się psychopatą.

Na początku byłam spanikowana i za bardzo nie wiedziałam co robić, teraz też nie wiem, ale...

No dobra, nie jest to normalne w takiej sytuacji, ale byłam spokojniejsza. Elena pewnie wpadłaby w szał, Bonnie zaczęłaby go bić na miejscu, ale ja...

Po ochłonięciu zauważyłam, że i tak nic nie zdziałam. Więc postanowiłam wyciągnąć z niego informacje. Informacje, które Klaus nie raczył mi jeszcze powiedzieć. A których być może już się nie dowiem.

I przy okazji zadzwonić do Klausa.

Zdążyłam wybrać jego numer, kiedy szukał liny. Najwyraźniej, ojciec Klausa nie pomyślał o tym, aby zabrać mi mój telefon. Szybko wsadziłam go z powrotem do kieszeni, a teraz miałam tylko nadzieje, że Klaus skapnie się co się dzieje. I wtedy namierzy moją komórkę, czy...coś w tym stylu.

Nieznajomy wyprostował się i zwrócił na mnie ponownie uwagę. Wcześniej szukał czegoś w swojej torbie, którą rzucił niedbale na beton. Nie trzymał mnie na muszce, ale zawiązał mi ręce, inaczej już dawno spróbowałabym uciec. Albo coś innego. Cokolwiek.

- Co teraz zrobisz? - Mój głos, który nie wyrażał żadnych emocji poniósł się echem po całej hali.

Skrzywił się, niezadowolony.

- Nie mogę cię zabić, oczywiście. - Czułam, jak moje nogi uginają się, jakby były z waty. - Klaus wtedy nie dałby mi okupu.

Zmarszczyłam nos, patrząc na niego z pogardą.

- To wszystko co robisz, to dla pieniędzy? Porywasz ludzi, aby wyciągnąć kasę od własnego syna?! - Wycedziłam, nie mogąc pojąc takiego świństwa.

Spojrzał w bok, udając chwilowe zamyślenie.

- Jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze. - Uśmiechnął się szeroko. - Tak między nami, skurczybyk twardy jest. Porwałem mu siostrę, co prawda przeszywaną, ale jeśli wierzyć temu obrazkowi idealnej, bogatej i szczęśliwej rodziny, są dosyć blisko, a on ani drgnął.

- To dlaczego ją wypuściłeś?

- Miała ważną informacje do przekazania. Jednak Klaus uznał, że blefowałem, więc nadal nie dał mi pieniędzy.

- Więc porwałeś mnie. - Syknęłam.

Wzruszył ramionami.

- Och, to nic osobistego, Care. Po prostu chcę zobaczyć, co zrobi, jak się dowie, że porwałem kobietę, która kocha.

Zmrużyłam oczy.

- Wścieknie się.

- Na pewno. Tak w ogóle, czekałem na tą chwile, wiesz? Kiedy poznam tą, która tak go zmieniła.

- Klaus zawsze taki był. - Mruknęłam.

Roześmiał się szyderczo.

- Klaus jest moim synem i obserwowałem go z boku przez całe życie, nawet kiedy o tym nie wiedział. I nigdy nie był szczęśliwszym człowiekiem.

- Psychopata z ciebie.

Wzruszył ramionami.

- Masz rację. Może gdyby nie moje skamieniałe serce, nawet bym się wzruszył na widok waszej dwójki, razem, szczęśliwi, on wyznający ci miłość, a ty powoli dostrzegająca rysy na jego idealnej skorupce.

Przełknęłam ślinę. Obserwował nas. Przez cały czas.

- Jedyną rysą w jego życiu, jesteś ty.

Podniósł rękę i wystawił palec w powietrze.

- Uwierz mi, Niklaus Mikaelson jest bardzo... złożonym człowiekiem. Ma to po mnie.

Prychnęłam.

- Oprócz więzów krwi nic was nie łączy. On nigdy nie porzuciłby swojego własnego dziecka, a potem porywał jego rodzinę dla pieniędzy.

Przekrzywił głowę, jego bystre oczy patrzyły na mnie uważnie.

- Niklaus kiedykolwiek mówił ci całą historie?

Nos mnie swędził. Zawsze tak miałam, kiedy kłamałam. Dobra, Forbes, zachowaj spokój.

Uśmiechnęłam się chłodno.

- Ogólnikowo. Kto ma mu się dziwić, że nie jest zbyt chętny do wracania do przeszłości.

Przytaknął, odwracając się. Zaczął spacerować w kółko.

- Kiedy poznałem Esther, była kobietą, którą każdy chciał znać. Kiedy Esther poznała mnie, byłem facetem, który pociągał za wszystkie sznurki. Był jeden mały problem: miała męża.

- To ci nie przeszkadzało.

- Esther miała swoje wątpliwości, ale...- Machnął ręką, uśmiechając się szelmowsko. -...poniosło nas.

- I urodził się Niklaus.

- Mikael, mąż Esther szybko dowiedział się o naszym romansie. Zniszczył mnie, a Klausa, owoc zdrady swojej żony, znienawidził.

Boże, niech przechodzi do szczegółów. Tego wszystkiego sama się domyśliłam. Niech zacznie gadać na przykład o tym, jak Mikael zginął.

- Zniszczył cię?

- Nasłał na mnie prokuratora, ten znalazł jakieś machlojki, od których człowiek w młodości się nie ograniczał i... w przeciągu kilku miesięcy, Alexander Hendrix, jeden z najbogatszych mężczyzn w Nowym Jorku, oczywiście, nie aż tak, jak Mikael stał się nikim.

- To cię nie usprawiedliwia.

- Oczywiście, że nie. - Spojrzał na mnie pobłażliwie. - Ja po prostu chcę pieniędzy.

Westchnęłam. Nie było sensu z nim rozmawiać, raczej wolał opowiadać o swoich...

- Dziwie się ci, że nadal jesteś z moim synem. Zważywszy na jego wyczyny w młodości.

Marzyłam, aby podnieść brwi do góry i zrobić pytającą minę, ale nie mogłam. Nie mogłam się wydać.

- Ustaliliśmy, że mnie nie zabijesz. A więc, co teraz?

Uśmiechnął się radośnie i podniósł do góry rękę w której trzymał strzykawkę.

O cholera.

- Co to jest?

- Nie martw się, tylko zaśniesz. - Nie mogę zasypiać. - Obudzisz się za parę godzin. Albo nie.

Podszedł do mnie na odległość kilkunastu centymetrów z igłą zmierzającą ku mojej ręce.

Teraz, Care. Tak, jak zawsze uczyła cię Elena, kiedy śmiałyście się, że jak ktoś cię zaatakuje, to atakuj "mózg" faceta.

Ręce miałam związane, ale nogi nadal miałam sprawne. I Alex, jak to sam siebie nazwał, był chorowity.

Co prawda był wysoki, ale wychudzony, wyniszczony i z bruzdami na całej twarzy. To była moja szansa, skoro nie miałam zamiaru czekać, aż Klaus pojawi się i mnie uratuje, jak książę na białym rumaku.

A więc nie zastanawiając się już wiele, podniosłam nogę do góry i walnęłam go w klejnoty.

Wybałuszył oczy i zgiął się wpół, nadal patrząc na mnie w szoku. Jeszcze stał, wiec kopnęłam go drugi raz.

Strzykawka wyleciała mu z ręki.

Przypomniałam sobie o jego broni, więc nachyliłam się nad nim i koślawo wyjęłam broń zza jego paska.

- No, bez przesady, Alex. Nie mogło boleć aż tak, co? - Teraz to ja miałam broń i to ja byłam tą mądrą.

Uśmiechnęłam się szelmowsko.

Nagle, warknął głośno i zaczął się podnosić. Pisnęłam.

Spojrzałam na broń. Cholera, no przecież go nie postrzelę. Rzuciłam ją za siebie i postanowiłam wykorzystać życiowe motto Eleny. "Dobij go, aby się nie podniósł", więc kopnęłam go tym razem w brzuch.

Ała. Tym razem miał lepszy refleks i złapał mnie za kostkę i pociągnął w dół. Upadłam, krzywiąc się. Zaczęłam się szarpać, ale nadal mnie nie puszczał, poza tym, miałam do dyspozycji tylko nogi.

Rozglądnęłam się nerwowo za strzykawką. Była trochę za mną. Wygięłam się po nią i odwróciłam się ponownie, wbijając mu igłę prosto w szyje.

Pewnie nie podziała od razu, więc korzystając z jego zaskoczenia, walnęłam go w piszczel jedną wolną nogą.

Jęknął i upadł z powrotem na plecy, puszczając moją nogę.

Oddychałam głęboko, nie ruszając się i patrząc, jak z każdą sekundą zaczyna opadać z sił.

- O ja cię pierdziele. - Szepnęłam, wstając, jak pokraka.

Usłyszałam huk, a po chwili krzyki i wołania zlały się w jedno.

Policja.

Jak zwykle, kiedy już po wszystkim.

- Caroline?!

Nienawidziłam go za te kłamstwa, ale zarazem nie mogłam opanować tej radości, kiedy usłyszałam jego głos.

Odwróciłam się, przybierając słodki uśmiech.

Klaus z potarganymi włosami, oczyma rozszalałymi po całej fabryce i z otwartymi ustami, teraz skupił na mnie swoje spojrzenie i patrzył na mnie z ulgą.

I nie wiem czy był to szok, czy może adrenalina, ale z nadal związanym rękoma, poprawiłam włosy i stwierdziłam:

- Niklaus, ładnie wyglądasz.


Westchnęłam głośno po raz setny w tak krótkim czasie.

Klaus nadal się nie ruszał.

Siedzieliśmy na tyle karetki, ja owinięta w koc i Klaus tuż obok mnie, cichy i zamknięty w sobie.

- Więc mówił prawdę? Wszystko? - Spytałam po chwili.

Klaus zmrużył oczy, nie spoglądając na mnie.

- Dzwoniłem do ciebie. Detektyw zdobył dowody, że to... że mój ojciec porwał Rebekah. I wtedy byłem pewny, że nie jesteś bezpieczna.

- Zdajesz sobie sprawę, że nie byłoby nas tutaj, gdybyś mi wszystko powiedział wcześniej?

- Nie wiedziałem, że Alexander stanie się pijawką, która zrobi wszystko, aby zdobyć moje pieniądze.

- Mówię o Mikaelu, Klaus. - Mruknęłam.

Spojrzał na mnie ostro, zaciskając szczękę.

- Kiedy? Na początku naszej znajomości? Żebyś uciekła z krzykiem? Próbowałem...- Zawiesił się, przeczesując włosy po raz kolejny tego wieczoru. - Myślisz, że dlaczego zaproponowałem ci ten idiotyczny układ? Nie chciałem, abyś była w niebezpieczeństwie, wiążąc się ze mną.

Prychnęłam.

- Tłumacz to sobie tak dalej.

Patrzył na mnie gniewnie.

- No to może w Paryżu, co? "Och, Care, przepraszam, że wcześniej ci nie wspominałem, ale zabiłem swojego przyszywanego ojca"!

Moje oczy zmieniły się w szparki, miałam gdzieś policjantów, którzy zabezpieczali miejsce zbrodni i lekarzy, którzy zajmowali się Alexem.

- Żebyś wiedział! - Krzyknęłam.

Klaus westchnął, przymykając oczyma.

- Przecież dostałaś środek uspokajający. - Mruknął zrezygnowany.

- Najwyraźniej nie działa! - Syknęłam, pochylając się w jego stronę. - Mam cię dosyć, egoisto! Doskonale wiedziałeś, że to Alexander porwał Rebekah, a jednak patrzyłeś z uśmiechem na to, jak się winiłam za to porwanie, bo, głupia ja, myślałam że to Jack ją porwał! Pomyśleć, że jedyny on był ze mną szczery! Nie ty, tylko on!

Niklaus uniósł brwi do góry, zmarszczył czoło i spojrzał na mnie uważnie.

- A kiedy ty z nim rozmawiałaś?

Ups.

- W więzieniu. I ostrzegam cię od razu, żebyś się nie pogrążał: wiem o poprawczaku i o tym, że znasz Jacka.

Spojrzał w dal, mrużąc oczy.

- Jechałem z Mikaelem do szpitala, matka miała wycinany wyrostek. Zaczęliśmy się kłócić, więc się zatrzymał. Od słowa do słowa, zaczęliśmy się szarpać. Pchnąłem go i...- Machnął ręką, tak, jakby chciał mi to zademonstrować. - ...wpadł pod koła innego samochodu. A, że to była autostrada to, z Mikaela nie zostało praktycznie nic. A ja trafiłem do poprawczaka.

O boże.

Czy to dziwne, że czułam coś w rodzaju ulgi? Tak, Klaus teoretycznie zabił własnego ojca, ale przypadkowo. Nieszczęśliwy wypadek i zbieg okoliczności.

I to był ten jego wielki sekret. Z jednej strony rozumiałam jego wahanie, jest przecież wielkim prezesem, który nie ma słabości i o którego przeszłości nikt, nic nie wie. Ale prawdę zataił przede mną, osobie, której podobnież ufa.

- Ja tak nie mogę, Niklaus. - Szepnęłam.

Spojrzał na mnie gwałtownie z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.

- Nie rób tego, Caroline. - Pokręciłam przecząco głową. - Jeśli nie czujesz do...

- Nie chodzi o to. - Skrzywiłam się. - I nigdy nie chodziło. Czułam do ciebie coś od początku. Od pierwszej chwili była to jakaś atrakcja, przyciąganie. Dopiero potem przerodziło się to w coś głębszego. I nie mogę tak dalej, Niklaus. Bo to boli. Przeżyliśmy ze sobą wiele wspaniałych chwil, ale ile razy doprowadzałeś mnie do szału, tymi twoimi sekretami?

- Teraz...

Zerwałam się z miejsca, stanęłam naprzeciwko niego i uśmiechnęłam się lekko.

- Nie, Niklaus. Nie zapomnę o tym co działo się kiedyś. Nie jestem taka.

Zmrużył oczy, które patrzyły na mnie oskarżycielsko.

- I co teraz? Koniec, tak po prostu?

Położyłam ręce na jego szyi, kciukiem gładząc jego żuchwę.

- Nie, oczywiście, że nie. Potrzebuję czasu, to wszystko. I spróbujemy od nowa. - Przytaknął powoli. - Jako przyjaciele.

- Co? - Sapnął.

Roześmiałam się cicho. Czułam, jak środek naprawdę zaczyna działać. Byłam stanowczo zbyt spokojna i nie miałam nawet siły porządnie się na niego wydrzeć, dlatego byłam tak miła. Z drugiej strony, chciałam być dla niego wyrozumiała. Bo Klaus naprawdę tego potrzebował: zrozumienia.

- Zaufanie, Niklaus. Muszę zacząć ci ufać. A potem...- Wzruszyłam ramionami. Klaus nadal obserwował mnie spod byka. -...czas pokaże.

Jego oczy, nagle stały się o ton jaśniejsze i wyrażały tą jego zaciętość i upartość. Pokręciłam głową pobłażliwie. Wiedziałam co to oznacza. Nie miał zamiaru rezygnować. Rezygnować ze mnie.

Nie żegnałam się z nim, bo pewnie jeszcze wiele razy się spotkamy, a przynajmniej miałam taką nadzieje, ale musiałam mu to powiedzieć. Musiał wiedzieć, że mimo tego jaki jest, z wadami przewyższającymi nad zaletami to i tak pokochałam go takim jaki jest.

Nachyliłam się powoli i pocałowałam go lekko w policzek, po czym szepnęłam mu do ucha:

- Kocham cię, Nik. Pamiętaj o tym.


Kolejny rozdział, w którym dowiadujemy się coraz więcej :) Praktycznie wiemy już wszystko. Jest jeszcze parę spraw, ale to wszystko będzie napisane w następnym rozdziale ;) No, jeszcze nie czas na pożegnanie, ale chcę napisać, że byliście ogromną motywacją, dziękuję za wszystko, za te dłuższe komentarze i za te krótsze, za słowa otuchy i za słowa krytyki, to wszystko znaczy dla mnie wiele, bo dopiero co tak naprawdę zaczynam wiązać przyszłość z pisaniem ;) Wiem, że można było potoczyć tą historię na milion innych sposobów, ale napisałam to tak, jak od początku miałam w głowie. Na tyle mocna się czułam i nie chciałam wyjeżdżać z jakimiś nieprawdopodobnymi pomysłami, które choć były dobre, to wiedziałam, że napiszę je chaotycznie, do tego stopnia, że nic nie będzie miało ładu ani składu. Co do tego romansu, no cóż, może faktycznie źle to oznaczyłam, choć początki znajomości Klausa i Caroline były dosyć... emocjonujące :D Jednak im dalej brnęłam w rozdziały, tym trudniej było wyciułać jakiś romantyczny moment między nimi. Stwarzałam romantyczny klimat na tyle ile potrafiłam, uwierzcie mi ;) No i też muszę przyznać, że nie należę do tych, którzy lubią wieczne mizianie się. Chociaż głupi pocałunek nigdy nie zaszkodzi, ale... No, jakoś nie mogłam się przemóc. Także, przepraszam za to, być może czytały to osoby, które bardziej były za tą romantyczną częścią tego opowiadania, a ja tu stworzyłam raczej dramat i kryminał. No dobra, kończę już, bo z krótkiej notki zaczyna się robić jakaś mowa końcowa, a przecież to jeszcze nie koniec ;)

Do napisania!