Epilog

2 lata później

Bonnie wybałuszyła oczy i wstała gwałtownie. Taboret na którym siedziała rozkołysał się niespokojnie.

Obserwowałam ją spod byka. Zaczęła pokonywać całą szerokość pokoju w tą i we w tą.

- Miałam sen. Miałam! - Wykrzyknęła ze złością.

Uśmiechnęłam się cynicznie.

- Proroczy?

Odwróciła się, wraz z tym ruchem cały tył jej sukni zafalował i spiorunowała mnie wzrokiem.

- Żebyś wiedziała!

Roześmiałam się cicho.

- Bonnie, to tylko stres. Uspokój się.

Machnęła ręką i wzięła się pod boki.

- Muszę sprawdzić co oznaczał. - Zaczęła się rozglądać wokół pokoju, który parę godzin temu stał się pobojowiskiem. Masa ciuchów, kosmetyki na każdym kroku, adidasy, które teraz zostały zmienione na szpilki. Westchnęłam, doskonale znając jej kolejne pytanie. - Gdzie jest mój sennik?!

- Jesteśmy w hotelu, Bonnie. Zgadnij gdzie może być twój nieodłączny sennik.

Warknęła i wyjrzała przez okno. Słońce świeciło, niebo było bezchmurne, nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszego dnia.

Odwróciła się nagle i spojrzała na mnie ze strachem w oczach.

- A co jeśli to zbyt wcześnie?

Uśmiechnęłam się łagodnie, choć miałam ochotę ją porządnie zjechać. Wedle tradycji, kiedy któraś z naszej trójki zaczęła mieć jakieś dziwne pomysły, to nie byłyśmy dla siebie zbyt miłe. Każda z nas ostro potrafiła przyprowadzić drugą do porządku.

Ale to był dzień Bonnie. Dzień jej ślubu i chyba ją rozumiałam, bo szczerze mówiąc sama czułam, jak trzęsą mi się nogi, co świetnie ukrywałam pod długą suknią. A byłam przecież jedynie jedną z druhen.

Zmierzyłam ją od dołu do góry. Biała, jedwabna i zwiewna suknia świetnie pasowała do jej figury. Wyglądała tak, jakby była przeznaczona tylko dla niej. Z malutkimi diamencikami na mostku i koronką na ramionach sprawiała wrażenie, jakby wzięto ją prosto z bajki. Długie loki Bonnie opadały gęstą kaskadą na plecy, a makijaż był zarazem delikatny, ale i widoczny.

Wstałam z wygodnego krzesła i podeszłam do niej. Bonnie była jeszcze bez szpilek, więc wyglądało to tak, jakbym strofowała młodszą siostrę. I nawet tak się czułam.

Złapałam ją za oba ramiona.

- Jakie wcześnie, Bonnie?

Zacisnęła szczękę i wciągnęła nosem.

- Pospieszyłam się. To zbyt wcześnie. Ja...

Potrząsnęłam nią i pokręciłam głową.

- Mamy już dwadzieścia dziewięć lat. Uwierz mi, to jest właściwy czas.

Mrugnęła oczyma.

- A co jeśli nam nie wyjdzie?

Westchnęłam przeciągle.

- Mogę teraz ci powiedzieć o tym, że nie poddasz się, że będziesz żyć wtedy dalej, ale prawda jest taka, że wam się uda. Nie ma innego wyjścia.

Prychnęła. Jak zwykle, kiedy była w stresie, niepewność szybko przemieniła się w złość.

- Popatrz ile jest takich par! Na zawsze razem i takie tam bujdy! I popatrz gdzie kończą! W sądzie!

Zmrużyłam oczy. Wiedziałam. Przez ostatnie dni przed ślubem była nadzwyczaj spokojna. Wszyscy się dziwili i powtarzali mi "Zobaczysz, wyjdzie z niej prawdziwa panna z piekła rodem." I mieli rację.

Przegryzłam wargę i postanowiłam nie wybuchnąć. Na razie, bo jeszcze mogę zmienić zdanie.

- Pamiętasz te moją przygodę z Klausem? To, jak naoglądałyśmy się zbyt dużo Jamesa Bonda i same postanowiłyśmy dowiedzieć się czegoś o jego przeszłości?

Mimowolnie, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

- Ten dreszczyk emocji. - Mruknęła.

Roześmiałam się cicho i przytaknęłam.

- I pamiętam, że powiedziałaś mi jedną ważną rzecz. Słowa, które od tamtej pory za każdym razem, jak Klaus doprowadza mnie do szału, próbuje je sobie przypomnieć. - Posłałam jej czuły uśmiech. - Nie szukaj ideału, tylko osoby, która sprawia, że jesteś szczęśliwa.

Powoli, jej twarz uległa zmianie. W oczach pojawił się błysk, usta wyszczerzyły się w spokojnym uśmiechu a ręce spokojnie założyła za plecy. Przytaknęła.

- Masz rację. Po prostu panikuję. Panikuję, to wszystko. - Zaśmiała się nerwowo i zrobiła parę kroków do tyłu. Patrzyłam, jak znów zaczyna pokonywać kółka wokół mnie. - Chcę tego ślubu. Zawsze marzyłam o takim ślubie, o mężczyźnie, który znając moje wady nadal nie będzie się bał stanąć na ślubnym kobiercu u mojego boku.

- Skąd wiesz, że się nie boi? - Wtrąciłam żartobliwie.

Prychnęła.

- Mówimy o Mikaelsonach, Care. Matt co prawda czasami ma chwile zwykłego faceta, który pokazuje swoje emocje, ale Kol to replika Mona Lisy. Co mi przypomina, że nawet jeśli chcę tego ślubu, jak nic innego to i tak jest zbyt wcześnie.

Zacisnęłam pięści.

- Zaraz dojdzie do rękoczynów. - Syknęłam.

Bonnie spojrzała na mnie z wyrzutem.

- Popatrz tylko na siebie! Dwa lata razem z Klausem i...

- Półtora. Zaczęliśmy, jako przyjaciele.

- Nie łap mnie za słówka! To nie zmienia faktu, że od pół roku jesteś jego narzeczoną, a ja po roku wychodzę za mąż za Kola! To za szybko!

Zerknęłam w dół, na swoją lewą dłoń. Pierścionek zaręczynowy, który dostałam od Kola pół roku temu od razu kuł w oczy. Co prawda, nie był wystawny i człowiek patrząc na niego od razu sobie nie myślał, że kosztował pół miliona dolarów, ale był piękny. I dla mnie nie oznaczał tylko biżuterii, czegoś co można kupić. Dla mnie był to symbol.

Wzruszyłam ramionami.

- Jest mi dobrze, jako narzeczona Klausa Mikaelsona. Poza tym, mamy czas.

Uśmiechnęła się złośliwie.

- Ha! No właśnie!

Zachowaj spokój, Forbes.

- Tyle lat razem, Bonnie Julie Bennet i mam ci tylko jedno do powiedzenia: wychodzę, Elena zaraz do ciebie przyjdzie i zrobi z tobą porządek, ja nie mam do ciebie sił.

Jej oczy zmieniły się w szparki i patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem bazyliszka. Posłałam jej słodki uśmieszek.

- Świnia! - Krzyknęła zbulwersowana, kiedy wychodziłam.


- Och, Boże, gdzie oni są? - Przewróciłam oczyma. Elena złapała się za głowę.

- Miałaś pójść do Bonnie. - Przypomniałam jej.

Machnęła ręką.

- Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie! Gdzie oni są?! - Wykrzyknęła, jej piwne oczy ciskały gromy na wszystkich wokół.

Nie mogłam zrobić nic innego, jak się tylko roześmiać.

Ostrożnie usiadłam na huśtawce i spoglądnęłam na Elene, stojącą naprzeciwko mnie.

Jako druhna w identycznej sukience, jak ja wyglądała prześlicznie, tylko do tego wszystkiego za bardzo nie pasował grymas towarzyszący jej przez ostatnie dni.

- Chciałam pomóc. Powiedziałaś, że sobie doskonale poradzisz. - Mruknęłam pobłażliwie.

Machnęła ręką, rozglądając się nerwowo.

- A czy ja sobie nie radzę, Care?! Radzę sobie wyśmienicie! - Zacisnęła szczękę i znów nerwowo poprawiła swoje i tak idealnie ułożone włosy. - To wszystko przez twojego narzeczonego! Mogłaś go upilnować, czy coś!

Uniosłam brwi do góry.

- Upilnować?

Uśmiechnęła się złośliwie.

- Tylko nie mów, że nie masz na niego wpływu.

- Nie moja wina, że zabalowali na wieczorze kawalerskim. - Prychnęła głośno. - My nie byłyśmy gorsze. - Dodałam z szelmowskim uśmiechem.

Elena parsknęła cicho, a jej oblicze po chwili złagodniało. Uśmiechnęła się lekko, jednak pionowa zmarszczka została.

- Nic nie pamiętam. - Mruknęła.

- Lepiej dla ciebie. - Stwierdziłam, śmiejąc się.

- Dzwoniłaś do Klausa?

Przewróciłam oczyma.

- Tak, mają przyjechać planowo, wszystko będzie dobrze. Będzie to pierwszy ślub zorganizowany wyłącznie przez ciebie i będzie wspaniale. Zobaczysz.

Sapnęła cicho i spojrzała na mnie ze śmiertelną powagą.

- A co jeśli okaże się klapą?

Wzniosłam oczy do góry, udając zastanowienie.

- Nigdy więcej się do ciebie nie odezwiemy. - Wypaliłam ironicznie.

Tak jak przypuszczałam, zapowietrzyła się, zmrużyła oczy i ze złością odpowiedziała:

- Spadaj! Na lepszej imprezie nigdy nie będziesz!

Roześmiałam się głośno.Właśnie tak trzeba było z nią rozmawiać. Zaczęła się rozluźniać i uśmiechnęła się.

Kiwnęłam w stronę huśtawki obok.

- Siadaj.

Przełknęła ślinę.

- Jeśli ubrudzę sukienkę to oddajesz mi swoją, zrozumiano?

- Tak jest.

Z czymś na pokrój obrzydzeniem opadła na huśtawkę i skrzywiła się.

- Niewygodnie. - Syknęła.

- Bo masz owsiki w tyłku. - Stwierdziłam.

- Dziwisz się? - Syknęła.

Westchnęłam i rozglądnęłam się. Bonnie wybrała piękne miejsce na ślub. Był to mały, biały kościołek, przy nim znajdował się przepiękny park ze stawem, fontanną i przeróżnymi kwiatami, a z boku była sala weselna i mały hotel. Wszyscy byli zachwyceni.

W oddali dzieci, już odświętnie ubrane, biegały po zielonej trawie, a moja mama na nie krzyczała, czyli robiła to co zwykle. Tata wraz z innymi gośćmi o płci męskiej o czymś rozmawiał, gestykulując przy tym żywo. Zgaduję, że głównym tematem była polityka.

Caroline nabrała głośno powietrza i oparła głowę o łańcuch huśtawki.

- Kto by pomyślał, co? - Szepnęła z uśmiechem, patrząc w dal.

Przytaknęłam powoli.

- Niedawno skończyłyśmy liceum. - Zaśmiałam się cicho.

- I popatrz gdzie jesteśmy teraz.

- Ty, w związku z pizdusiem. - Przekomarzałam się z nią.

- Wypraszam sobie. Oliver po prostu wie, jak się ubrać.

- Ty go ubierasz. - Przypomniałam jej.

Wzruszyła ramionami.

- I dlatego tak dobrze wygląda.

Roześmiałam się. Rozłożyłam ręce i spojrzałam na nią.

- Twoje ego.

- Masz szczęście, że już nie pracujesz dla Olivera. Kazałabym mu cię wywalić.

Przewróciłam oczyma.

- A ja Klausowi Olivera.

Pokręciła głową i z lekkim uśmiechem kontynuowała.

- Wracając do tematu: ty, ze swoją własną kancelarią, pomagając ludziom. Co doprowadza Klausa do białej gorączki.

Uśmiechnęłam się szeroko.

- Przyzwyczaił się.

- Oświadczyny Klausa. Ślub Bonnie.

- Ty otworzyłaś własną gazetę. - Dopowiedziałam.

- Bonnie w ciąży.

Przytaknęłam, dopiero po chwili rozumiejąc co właśnie powiedziała.

- Co? - Warknęłam.

Caroline zakryła ręką buzie i zamknęła oczy.

- Cholera. - Syknęła. - Cholera!

- No właśnie. - Powiedziałam stalowym tonem głosu.

Dlaczego ja o tym jeszcze nie wiedziałam?!

- Bonnie mnie zabije. - Elena szepnęła raczej do siebie niż do mnie.

- Uwierz mi, moje wykonanie morderstwa na tobie będzie o wiele bardziej bolesne.

Zrobiła zbolałą minę i westchnęła.

- To miała być niespodzianka na twoje urodziny!

Zmarszczyłam czoło.

- Urodziny?

Miałam je dopiero za tydzień!

- Chciała, abyś została matką chrzestną!

Zaskoczona, otworzyłam buzie. Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki dzień, kiedy zostanę matką chrzestną jednego z dziecka dziewczyn, ale...

- A co z tobą?

Uśmiechnęła się szeroko.

- Załatwiłam sobie drugiego dzieciaka.

- W sensie jej następne? Czy...- Wybałuszyłam oczy, kiedy uśmiechnęła szeroko.-...bliźniaki?!

Patrzyłyśmy na siebie z niedowierzaniem, po czym obie wybuchnęłyśmy śmiechem.

- Wyobrażasz sobie?

Nagle, spoważniałam.

- Ona nienawidzi bliźniaków. - Powiedziałam.

- Boi się ich od chwili, kiedy oglądnęła „Lśnienie". – Elena dodała szybko.

- Będzie bała się własnych dzieci. - Zachichotałam.

- Najwyżej je zaadoptujemy. - Mruknęła.

Nagle, uświadomiłam sobie podstawową rzecz.

- Skoro ty zostajesz także matką chrzestną to dlaczego ci powiedziała, a mi nie?

Przewróciła oczyma.

- Błagam cię, zobaczyłam test ciążowy w koszu na śmieci. Nie byłam pewna, która z was jest w ciąży wiec zaczęłam was szpiegować. Akurat jadłaś ogórki kiszone z bitą śmietaną, więc zaczynałam już obstawiać ciebie, ale następnego dnia Bonnie wleciała do łazienki i obrzygała całą toaletę. No to ją skonfrontowałam.

- Który miesiąc?

- Trzeci.

- Jakim cudem nie zauważyłam?

Elena machnęła ręką.

- Wyprowadziła się dwa miesiące temu, rzadko bywałaś w domu.

Zmarszczyłam nos.

- Właśnie. Co robimy z naszym mieszkaniem? Bonnie przecież tworzy rodzinę z Kolem, ty też wpadasz tylko od czasu do czasu, a ja praktycznie mieszkam u Klausa.

- I budujecie dom.

Przytaknęłam.

- A więc?

Spojrzałyśmy się na siebie, każda z nas ze smutnym uśmiechem na twarzy, a zarazem czymś radosnym w oczach.

Przymknęłam oczy.

Tyle wspomnień, tyle chwil, wypitego wina, oglądniętych seriali i filmów, zjedzonych słodyczy, narzekań, rozmów o trzeciej w nocy, wygłupów i wspólnego gotowania.

Cząstka mojego, naszego życia.

Otworzyłam oczy i stwierdziłam:

- Nie sprzedajemy go.

Na twarzy Eleny zawitał szelmowski uśmiech.

- Dobrze wiedzieć, że nadal tak samo myślimy.

Roześmiałam się.

- Nigdy nie wiadomo czy nam się przyda, czy...

- Czy faceci nie wygonią nas z domów bo będą mieli nas dość. - Wtrąciła.

Prychnęłam.

- Coś w tym stylu.

Spojrzałyśmy przed siebie, na Mię biegnącą w naszą stronę.

- Ciocia Bonnie wpadła w furie. - Mruknęła zziajana.

Wymieniłam spojrzenia z Eleną i uśmiechnęłam się pod nosem.

- Teraz twoja kolej. - Poinformowałam ją.

Przewróciła oczyma i wstała, zostawiając mnie samą.


- Niklaus! - Syknęłam, powstrzymując się od krzyku.

Roześmiał się głośno, ale to nie przeszkadzało mu ciągnąć mnie nadal bóg wie gdzie. Westchnęłam, zerkając w dół.

- Wiem, że twoje buty są nadzwyczaj wygodne, ale próbowałeś kiedyś chodzić w szpilkach? - Mruknęłam.

Oglądnął się na mnie, posyłając mi jego typowe lekceważące spojrzenie.

Westchnęłam.

Zatrzymał się nagle, odwrócił i spojrzał na mnie z dumnym uśmiechem.

- Już. - Stwierdził. Uniosłam brwi do góry, zerkając w bok. Spojrzałam na niego pytająco. Rozłożył ręce. - Nie podoba ci się?!

Przegryzłam wargę, próbując się nie roześmiać. Zrobiłam krok do przodu i złapałam go za klapy od marynarki.

- Ja wiem, że popłynęliście na tym wieczorze kawalerskim, ale chyba miałeś świadomość gdzie znajduje się twoja dziewczyna, nie?

Zmarszczył czoło.

- Narzeczona. - Poprawił mnie szybko, akcentując to słowo.

Pokręciłam głową, uśmiechając się.

- Jestem tu od trzech dni i myślisz, że ja, Caroline Forbes, nie odkryłam boiska do footballu osobiście? - Spytałam retorycznie, rozglądając się wkoło.

Uśmiechnęłam się szeroko. Wielkie i puste pole niemal zapraszało do gry. Brakowało tylko piłki.

Klaus prychnął u mojego boku.

- Tobie robić niespodziankę. - Mruknął z ironią.

Udałam oburzenie.

- Uwielbiam niespodzianki! - Skłamałam.

- Szczególnie, kiedy wcześniej zdążyłaś wszystko wywęszyć i doskonale wiesz co dostaniesz.

Poklepałam go czule po ramieniu.

- Zawsze możesz próbować.

Roześmiałam się na jego obrażoną postawę.

Nerwowo spojrzałam na zegarek. Odwróciłam się i zrobiłam parę kroków w stronę uroczego kościołka. Nie usłyszałam żadnych kroków za sobą więc oglądnęłam się na niego.

Klaus, z rękoma w kieszeniach nadal stał w bezruchu.

Przekrzywiłam głowę na bok.

- Chodźmy już. Zostało tylko pół godziny. Mówiłam, żebyśmy nigdzie nie szli, bo nie zdążymy.

Pokręcił głową, jak te uparte dziecko, które nie chce wstać z podłogi w supermarkecie, bo nie dostanie żadnych słodyczy.

- Trzeba było przyjechać wcześniej, a nie na ostatnią chwile. - Burknęłam. Przypomniałam sobie o jeszcze jednej podstawowej rzeczy. - Poza tym, Bonnie. Znając życie wygoniła połowę gości do szukania druhny i drużby. Wścieknie się.

Powoli, na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech, który świetnie współgrał z niespokojnym błyskiem w jego oczach.

- Uwielbiasz ją denerwować.

Przewróciłam oczyma.

- Nie w dzień jej ślubu. - Sprostowałam.

Uniósł brwi niedowierzająco.

Ugh, zbyt dobrze mnie zna.

Nie wiedzieć kiedy, mój grymas także przekształcił się w uśmiech. Spojrzałam w stronę oddalonego o paręset metrów kościołka, a potem znów na Klausa i na boisko za nim.

Wystawił rękę w moją stronę, uśmiech nie schodził mu z twarzy.

Zachichotałam i ruszyłam w jego stronę. Wsunęłam swoją dłoń w jego i ruszyliśmy przed siebie.

- Jakby co, wszystko zwalam na ciebie. - Poinformowałam go. Zerknęłam na niego. Szczerze mówiąc, nigdy nie wyglądał lepiej. No, może oprócz kiedy miał na sobie tą czarną skórę, którą tak uwielbiałam, albo te jego koszule, ale dzisiaj i tak wyglądał dobrze. - Nie wyglądasz najgorzej.

Roześmiał się.

- A ty przemiła i urocza, jak zawsze.

Wzruszyłam ramionami.

- Milion za twoje myśli. - Mruknęłam.

- Nie masz...

-... tyle pieniędzy. - Przerwałam mu szybko. - Tak, tak, wiem. Mówiłam w...

- ...przenośni. - Teraz to on przerwał mi z lisim uśmiechem. - Tak, tak, wiem. Myślałem o wszystkim. Dzwonił do mnie Harry.

- Ten twój znajomy detektyw? - Upewniłam się.

Przytaknął.

- Dowiedział się, że Jack ubiega się o przedwczesne wyjście.

Sapnęłam.

- Przecież skazano go na 16 lat.

Wzruszył ramionami.

- Sędzia raczej na to nie pójdzie, ale chciałem, żebyś wiedziała. Moja matka ze mną rozmawiała.

- O Boże. - Zaśmiałam się.

- Dokładnie. - Odmruknął. - Pytała się, kiedy nasz ślub.

Zmarszczyłam nos. Czułam wzrok Klausa na sobie.

- Co jej powiedziałeś?

- Prawdę. Za trzy miesiące.

Przytaknęłam.

- I bardzo dobrze.

Nagle, przystanął. Złapał mnie za drugą dłoń i spojrzał mi głęboko w oczy.

- Chcesz tego, prawda?

Roześmiałam się głośno.

- Co za pytanie, Niklaus? - Spytałam.

Pokręcił przecząco głową.

- Chcesz?

Zmrużyłam oczy, zauważając nagły strach pojawiający się w jego spojrzeniu.

O Boże. Mój Klaus. Mały chłopczyk w ciele dorosłego mężczyzny. Kiedyś nieporadny, zagubiony, zakryty za murem swoich lęków i wspomnień. Podczas tych trzech lat nie próbowałam go zmienić, nawet nie miałam takiej chęci, bo prawda była taka, że pokochałam go takim jaki jest. Na dobre i na złe. Jednak z każdym dniem dostrzegałam zmiany. Zmiany w jego zachowaniu, mówieniu, sposobie uśmiechania się. I powoli zaczęłam sobie uświadamiać, że on faktycznie zmienia w sobie to, co najgorsze, po prostu próbuje się uporać z przeszłością dla swojego dobra. I mimo, że pokonał wiele lęków, to czasami nadal potrafił przypominać tego samego multimilionera, mężczyznę który nie wpuszczał nikogo do środka i który myślał, że cały świat stoi naprzeciw niego.

Wyswobodziłam się z jego uścisku i powoli uniosłam dłonie do jego twarzy. Pogładziłam jego policzki, patrząc, jak w jego oczach na nowo wraca spokój.

- Doskonale wiesz, że tego chcę. Kocham cię, Nik. I jeśli mam ci to powtarzać codziennie co godzinę, abyś o tym pamiętał, to dobrze, będę. - Uśmiechnęłam się głupkowato. - Nie ma żadnej innej rzeczy, której chcę bardziej na świecie.

Widziałam, jak się rozluźnia; jego oczy się rozjaśniły, a żuchwę nie zaciskał tak mocno, jak wcześniej. Uniósł brwi, rozbawiony.

- O tym cogodzinnym wyznawaniu miłości mówiłaś poważnie?

Przewróciłam oczyma i odepchnęłam go, chichocząc.

- Oczywiście, że nie. Zwariowałeś? - Zmrużyłam oczy. - I nie pytaj się o takie rzeczy nigdy więcej, Klaus. Bo doskonale znasz odpowiedź.

- Tak, ale to nie zmienia faktu, że nie jesteś zbyt wylewna. - Wytknął mi.

Przewróciłam oczyma.

- Ta, co ty we mnie widzisz? - Spytałam retorycznie.

- No wiesz, jeśli już pytasz, to mogłabyś popracować nad...

Spiorunowałam go wzrokiem, na co roześmiał się głośno. Znów się zbliżył do mnie i poważniejąc, wymruczał:

- Dziękuję.

Zmarszczyłam czoło. Ten to ma zmiany humoru. Raz robi sobie ze mnie jaja, a drugiego dziękuje mi za... cokolwiek.

- Za co?

Westchnął głośno. Na jego twarzy pojawił się uroczy uśmiech, dołeczki przypomniały mi, jak bardzo uwielbiam go takiego, a w oczach widziałam radość.

- Za wszystko. Za to, że nauczyłaś mnie że można czerpać radość z małych rzeczy, za to, że zawsze umiesz mnie rozbawić, za to, że masz do mnie cierpliwość i wytłumaczyłaś mi, jaka jest różnica między Walmartem, a Tiffanym, za to, że pokazałaś mi, że pizza ze supermarketu niekoniecznie smakuje tak samo, jak w pizzeri, za to, że umiesz się mi postawić, choć czasami jest to co najmniej denerwujące. - Mruknął, wznosząc oczu ku niebu. - Za to, że pozwoliłaś mi wejść do twojego życia, za to, że mimo moich kłamstw, nadal nie uciekłaś gdzie pieprz rośnie, za to, że pokazałaś mi, jak świetnie jest nie zjedzenie obiadu, a zamiast tego dobrego deseru, za to, że nauczyłaś mnie jeść śmieciowe żarcie na każdym filmie, który oglądamy i...- Westchnął, zaciskając usta. - Mogę napisać epopeje, ale to nadal będzie za mało, abyś wiedziała, jak bardzo jesteś dla mnie ważna. Jak wiele wniosłaś w moje życie i może jest to mało oryginalne i tandetne, ale po prostu dziękuję ci za to, że jesteś i że dałaś mi szanse.

Wpatrywałam się w jego niebieskie oczy, niby te same co trzy lata temu, a jednak inne. Dzisiaj były jasne i nawet jeśli był zły, to nigdy nie wydawały się tak niedostępne, jak w momencie kiedy go poznałam.

Westchnęłam.

Chyba powiem mu to dopiero na łożu śmierci, zakładając, że nie pozabijamy się nawzajem wcześniej, ale jestem cholerną szczęściarą.

Jeszcze parę lat temu nigdy bym nie pomyślała, że to wszystko tak się skończy. Zawsze marzyłam o księciu na białym rumaku i pięknego życia bez problemów, ale...

Nie, Niklaus na pewno nie jest księciem, a moje życie też nie jest usłane różami, ale po raz pierwszy od dawna czuję się szczęśliwa. W pełni szczęśliwa, bo przedtem nie byłam kłębkiem nieszczęść, ale teraz... Teraz nic więcej mi nie potrzeba.

I jeszcze na początku, kiedy po tej całej przygodzie z ojcem Klausa zaczynaliśmy od nowa, to zastanawiałam się czy warto, czy kiedyś nie będę tego żałowała.

Odwzajemniłam jego uśmiech i pociągnęłam w stronę kościoła.

- Zawsze ci powtarzam, że masz coś z romantyka.

- Odezwała się racjonalistka.

Roześmiałam się głośno i zerknęłam na niego z boku.

I teraz wiem. Wiem, że opłacało się. Po prostu mu zaufałam.


Nawet nie wiem, jak mam zacząć tą "mowę końcową", jak zwał tak zwał. Przede wszystkim, chciałam przeprosić. Zniknęłam na parę miesięcy, nie udostępniałam dwóch ostatnich rozdziałów, które i tak miałam już napisane. Zachowałam się zupełnie tak, jak przyrzekałam sobie, że nigdy nie postąpię. Wciągałam się w jakąś historię, a potem ze smutkiem dostrzegałam, że autor ją porzucił. I wkurzałam się. Nigdy nie chciałam tak zostawić na pastwę losu mojego opowiadania, ale... życie. No nic, jestem hipokrytką. Ale mam całkiem dobre wytłumaczenie. W moim życiu wiele się pozmieniało, nie będą tutaj się rozpisywać bo czuję, że jest to zbyt intymne, ale straciłam kogoś bliskiego, najbliższego, tak naprawdę. I tak, te dwa rozdziały były sobie gdzieś, w jakimś tam folderze na moim komputerze, ale wtedy, kiedy byłam tuż po fakcie, byłam raczej zajęta przeklinaniem, lamentowaniem i narzekaniem na życie, które po raz kolejny daje mi mocnego kopa w dupę. Mam nadzieję, że zrozumiecie.

Co do samych ostatnich rozdziałów. Może Wam się nie podobać, zrozumiem. Kiedy zaczynałam to pisać, sama tak naprawdę do końca nie wiedziałam, w którą stronę pociągnę wątek, ale jednego byłam pewna: ma być happy end. Nie wiem, lubię nazywać to jakimś skrzywieniem, bo nienawidzę, kiedy coś się źle kończy. Wydaję mi się, że to właśnie przez to, że mimo młodego wieku już przez wiele w życiu przeszłam, i tak samo jak moja bohaterka, także, kiedyś, chciałabym takiego happy enda. Tak czy inaczej, co byście nie powiedzieli, jestem z tego ekhem, dzieła, dumna jak cholera. Za bardzo nie jestem zorientowana, jak piszą inne nastolatki i czy może mają lepszy warsztat ode mnie, czy też gorszy, ale tak jak mówiłam: mam dopiero siedemnaście lat i póki co nie spotkałam jeszcze osoby w moim wieku, która może się pochwalić napisaniem książki. Co prawda, nie idealnej. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Czasami aż mnie skręca, kiedy czytam niektóre rozdziały. Ten brak ładu i składu chwilami doprowadza mnie do szału, ale uogólniając, nie oddałabym tej historii za nic w świecie.

Kolejny news. Z niektórymi z was podzieliłam się moją "tajemnicą", a mianowicie, ta opowieść nigdy nie miała być fanfiction o Klaroline. Tą książkę zaczęłam pisać jako zwykłą historie, gdzie głównymi bohaterami byli Natalie i Matt. Wtedy Pamiętniki Wampirów pojawiły się na horyzoncie i moja miłość do Caroline i Klausa. I pomyślałam sobie, a co mi tam, będę to nadal pisać jako opowieść o Natalie i Macie, ale ze względu na dodawanie tego na fanfiction, imiona moich bohaterów ulegną zmianie. I tak, na potrzeby fanfiction, Natalie stała się Caroline, a Matthew Klausem :) Na początku cechy charakteru idealnie pasowały. Rozdziały nie wymagały jakieś większej zmiany. Ale im więcej rozdziałów, im więcej szczegółów i dawania cech Natalie, tym bardziej była inna od Caroline. Nie chciałam usuwać tego opowiadania z fanfiction, bo zabrnęłam zbyt daleko, ale gdzieś tam później miałam świadomość, że jest coraz więcej różnic między bohaterami stworzonymi przeze mnie, a tymi przez Julie Plec. Przede wszystkim dlatego, że świat, który stworzyłam wokół Natalie i Matta, był tak naprawdę moim światem. Nawet nie macie pojęcia ile jest tam tekstów z mojego prawdziwego życia. Przyjaciółki Natalie, czyli Claudia i Caroline, które tutaj nazywają się Bonnie i Elena, są stworzone na wzór moich prawdziwych przyjaciółek. Złośliwa kuzynka Natalie, Mia, która pierwotnie nazywa się Zuza, istnieje naprawdę i to, że jest tak inteligentna w tak młodym wieku jest 100 procentową prawdą :D Rodzice Natalie to tak naprawdę czysta replika moich, a brat Natalie, David, który tutaj jest uroczym Stefanem, w rzeczywistości także jest tak samo upierdliwy. Jedyną wyimaginowaną rzeczą jest sam Matt. No, bo chyba każda chciałaby takiego w swoim życiu. Chyba :D

Co by tu jeszcze...

Dziękuję, przede wszystkim. Za wszystko. Za tych, którzy komentowali tylko raz, za tych, którzy byli przy mnie od początku, za tych którzy czasami zauważali błędy o których nie miałam pojęcia i za tych chwalących także. Zawsze będę wspominać ten okres, bądź co bądź, bite parę miesięcy z uśmiechem na twarzy :) Daliście mi poczucie, że coś w życiu potrafię. Fanfiction było moim pierwszym podejściem pokazaniu "światu", jak piszę. Pamiętam te dni po dodaniu pierwszego rozdziału. Byłam najprawdziwiej w świecie przerażona, a moje myśli były co najmniej depresyjne. Sądziłam, że piszę do niczego, że każdy pierwszy lepszy zrobi to lepiej ode mnie i tak dalej. A jednak spotkałam się z miłymi komentarzami i ludźmi, którzy dali mi pewność siebie, że pisanie to jest to, że te wypociny nie są całkowicie do kitu, co zarazem daję mi jakąś siłę do pisania, uczenia się dalej. W końcu tak człowiek staje się coraz lepszy.

Dobra, kończę już, bo tak naprawdę sama nie wiem o czym już piszę. Jak zwykle wszystko pogmatwałam, ale nic na to nie poradzę, że mój mózg czasami zbyt szybko myśli, przez co zaczynam jedno zdanie i zapominam co miałam napisać później.

Tak czy inaczej (zauważyliście, że non stop używam tych słów? :D), dziękuję jeszcze raz, może kiedyś tu wrócę, może nie :) Zobaczymy, jak się potoczy życie.

Póki co...

Do napisania! :)))