Naprawdę można było się tego spodziewać po wielogodzinnej bitwie, tarzaniu się w śniegu i lądowaniu w zaspach. Kiedy to już nawet ciepły, zimowy ubiór nie dawał całkowitej ochrony, szczególnie gdy śnieg lądował za kołnierzem. Musiało się to skończyć przeziębieniem. Pierwszy rozchorował się Sam, po czym zaraził Kevina oraz Deana. Castiel jako jedyny uniknął choroby, ale on w końcu był aniołem, miał to szczęście, że nie chorował. Jednakże po kilku dniach począł naprawdę żałować swojej odporności. Co prawda jako człowiek miał okazję przekonać się o tym, że jakiekolwiek choroby nie należą do nieprzyjemności. Z pewnością jednak zwykłe przeziębienie nie było jakąś bolesną czy śmiertelną chorobą. Niestety cała chorująca trójka zachowywała się tak jakby właśnie zapadli na coś nieuleczalnego a Śmierć już stała w progu. Wtedy to właśnie Castiel zaczął żałować, że również nie mógł się przeziębić. Wtedy także położyłby się w łóżku, otulony kołdrą i narzekał na cały świat, żądając od innych by spełniali jego zachcianki. Niestety na swoje nieszczęście był zdrów, więc to on musiał spełniać cudze zachcianki, w końcu biedni ludzie byli tak strasznie chorzy…

Anioł prychnął cicho pod nosem stojąc w kuchni i próbując ugotować zupę. Dean zażyczył sobie pomidorowej z ryżem, bo to podobno najlepsza zupa na przeziębienia. Castiel jednak nigdy w życiu jej nie gotował, więc niezbyt dobrze mu to wychodziło, choć z początku sądził, że to nie może być takie trudne. Wziął nawet książkę kucharską, jednak dwie pierwsze próby gotowania zupy wylądowały już w odpływie toalety. Castiel zaczynał już być zmęczony niańczeniem ludzi. Mieli oni tyle różnych zachcianek, że biedny anioł nie nadążał je wszystkie spełniać. Chwilami nawet zastanawiał się czy cała trójka sobie z niego nie żartuje, wykorzystując jego dobroduszność i chęć niesienia pomocy. W końcu w bunkrze nie mieszkały przeciętne osoby. Każdy z nich naprawdę wiele przeszedł: walki z demonami, lewiatanami i pozostałym paranormalnym badziewiem, a teraz po prostu pokonało ich przeziębienie? W takiej sytuacji można byłoby się jednak zastanowić, dlaczego Castiel nie użył swoich anielskich mocy by dokonać cudownego uzdrowienia. Prawdą było, że pomimo wszystkich obecnych niedogodności Castiel nie chciał tego robić. W końcu wiedział, że przeziębienie z pewnością nie jest chorobą zagrażającą życiu. Poza tym wyczytał gdzieś, że unikanie wszelkich chorób może źle wpływać na ludzki układ odpornościowy i że lepiej jest pozwolić organizmowi zwalczać chorobę. Tak więc anioł cierpliwie znosił te trudne dni, choć najchętniej uciekłby na drugi koniec świata i niech ci jęczący ludzie samo sobie radzą.

Wszystko w opiekowaniu się nad chorymi było trudne, nawet ugotowanie zupy. W końcu Castiel nie mógł jej spróbować by powiedzieć czy jest dobra. Dlatego też, gdy w przepisie znalazł na końcu zapis „doprawić do smaku" westchnął cierpiętniczo. Do tego robienie zakupów, to dopiero był koszmar. Które chusteczki były bardziej miękkie? Kaszel mokry czy suchy, że o co w ogóle chodzi? Smak tabletek od bólu gardła… Z miodem czy z eukaliptusem? A czy to jakaś różnica? Może witaminy na wzmocnienie? Castiel zadrżał lekko, gdy przypomniał sobie ostatnie zakupy. Kupił chyba wszystko co się dało, by potem znów nie słuchać, że coś jednak zrobił źle. Westchnął cicho do siebie. W takich chwilach zastanawiał się czy naprawdę warto było zbuntować się przeciwko niebu. Na co mu to było? Stał się upadłym aniołem tylko po to by gotować teraz zupki i dostarczać zapasy chusteczek? Jeszcze potem tylko usłyszy, że zupa była za słona a chusteczki miały być rumiankowe a nie miętowe. Naprawdę należał mu się medal za cierpliwość. Castiel postanowił w duchu, że następnym razem to on się rozchoruje, jeszcze nie wiedział jak ale z pewnością coś wymyśli.