Możliwość opuszczenia bunkra była tym razem jak wybawienie. Dean odetchnął cicho z ulgą, gdy znalazł się za kierownicą Impali. Został wydelegowany do zrobienia świątecznych zakupów, co uznał za prawdziwy łut szczęścia, bo miał zdecydowanie dość całego tego porządkowania. Już wolał wsiąść do samochodu i zrobić te zakupy, w końcu to nie mogło być takie straszne.

Szybko jednak zmienił swoje zdanie, gdy podjechał pod największy w okolicy market. Co tam się działo przechodziło ludzkie pojęcie. Cały, naprawdę duży parking zastawiony był samochodami. Dean westchnął cicho i rozpoczął poszukiwania wolnego miejsca parkingowego. To zadanie z pewnością nie było łatwe. Gdy tylko udało mu się wypatrzeć z daleka jakieś wolne miejsce, to za nim zdążył tam dojechać już ktoś inny to miejsce mu zajmował. Winchester miał wtedy wielką ochotę wyciągnąć broń z bagażnika Impali i powystrzeliwać wszystkich dookoła. To się nazywał duch świąt…

W końcu jednak udało mu się znaleźć jakieś wolne miejsce. Co prawda nie miał pewności czy wolno było tam parkować, ale naprawdę miał już to gdzieś. Chwycił wózek na zakupy i wjechał do sklepu. Gdy tylko to zrobił natychmiast miał ochotę się zawrócić. Wszędzie wokół kręciły się tłumy ludzi, tłok taki jakby rozdawali wille z basenami za darmo. No cóż, Winchester dał sobie radę z apokalipsą to i z tym sobie poradzi, tak przynajmniej sądził. Wyciągnął z kieszeni listę zakupów jaką otrzymał i ruszył pomiędzy półki.

Lista zakupów jaką miał była naprawdę długa. On osobiście uważał, że połowa z zapisanych produktów była całkowicie zbyteczna. Pomimo tego brał wszystko, nie zamierzał się narażać Pani Tran. Nie znał jednak w ogóle tego sklepu i chyba zdążył przejść już kilkadziesiąt kilometrów by odnaleźć wszystko czego potrzebował. Poza tym wszystko utrudniali kręcący się wokół ludzie. Dean już kilka razy przejechałby jakąś kręcącą się „sierotę". Doprawdy, niektórzy łazili jak święte krowy w Indiach. Kretyni ustawiali się tak z wózkiem, że jakkolwiekby nie próbować to nie dało się przejechać. Z każdą minutą Dean coraz bardziej żałował, że jednak nie wziął żadnej broni z bagażnika, bo ten idiota co zostawił cały przejazd do mąki naprawdę zasługiwał na kulkę. Jakby mało było takich idiotów to jeszcze wszędzie biegały dzieci. Po cholerę brać dzieci na zakupy? Dean był pewien, że istniało specjalne miejsce w piekle dla rodziców, którzy zabierali swoje dzieci do sklepu a potem nie potrafili ich upilnować.

To co się wokół działo to był jakiś obłęd. Winchester nawet zaczął się zastanawiać czy nie lepsza zamiast broni byłaby woda święcona. Tych wszystkich ludzi chyba coś opętało… Dean odetchnął cicho do siebie postanawiając, że będzie jednak ponad to wszystko. Załatwi to co miał załatwić i będzie mógł wrócić do bunkra, tam zaś pomimo wszystko było spokojniej. Zakupy co prawda szły mu bardzo powoli, ale w końcu udało mu się wszystko zdobyć. Uśmiechnął się lekko do siebie zadowolony. Jeszcze raz przejrzał listę by sprawdzić czy niczego nie zapomniał, za nic w świecie nie chciał bowiem tu wracać. Już wolałby zmierzyć się z bandą wilkołaków, niż znowu musieć robić zakupy. Gdy upewnił się, że niczego nie brakuje ruszył do kas i tu ponownie zwątpił w sens życia. Będzie tak stał w tej kolejce do nowego roku. Szczególnie, że niektórzy ludzie robili takie zakupy jakby przygotowywali się na klęskę głodu albo apokalipsę. Dean z pewnością nie uwierzy, że ktoś może mieć taką wielką rodzinę, w końcu takimi zapasami jedzenia to można byłoby chyba wykarmić połowę ludności Afryki.

No cóż, nie pozostawało mu nic innego jak tylko cierpliwie czekać. Uznał jednak, że z pewnością lepiej mu byłoby zostać w bunkrze. Nawet te całe porządki był w stanie znieść. Robienie świątecznych zakupów to jednak największy koszmar, nawet dla Winchestera, który wiele już widział i przeżył.