Z całego serca dziękuję za wszystkie komentarze, które pomagają zmotywować się do dalszego tłumaczenia, a betom za pomoc i wsparcie :)
Mam nadzieję, że uda mi się publikować w miarę regularnie jeden rozdział na tydzień. Na razie (jak widać) wychodzi, ale skłonność do przeziębiania się w połączeniu z byciem w klasie maturalnej może mi nieco pomieszać szyki.
Przekazałam autorce, że polskiemu fandomowi też się podoba, podziękowała.
Trzymajcie się ciepło!
…
Życie przez pewien czas składało się wyłącznie z krótkich chwil, w których odzyskiwał przytomność. Tony nie pamiętał z nich za wiele. Krzyki. Zapach środka odkażającego. Jasne światła sali operacyjnej. Maskę tlenową. Bladą jak kreda twarz Steve'a. Sygnały monitora nadzorującego pracę serca, następujące w regularnych odstępach czasu. Łzy na policzkach Pepper.
Nicka Fury'ego i Thora.
— …co za szczęściarz z tego idioty… nie trafił go w żaden ważny organ…
Tony zapamiętał, że chwilę później Thor spojrzał na niego i wyglądał, jakby bardzo chciał o coś spytać. Ale Stark ponownie stracił świadomość, zanim zdołał wpaść na to, o co mogło mu chodzić.
Następna rzecz, której naprawdę był świadomy, to obudzenie się w swoim apartamencie w rezydencji Avengersów. Czuł się, jakby ktoś podawał mu przez okrągły rok LSD albo inne chemiczne świństwo; głowa pulsowała tępym bólem, a usta miał suche jak wiór. A także wenflon w ramieniu. Cudownie.
— Jarvis — udało mu się wychrypieć. — Co mnie ominęło?
— Został pan pchnięty sztyletem.
— No nie zauważyłem. — Stękając, Tony starał się podnieść do pozycji półleżącej. Silny ból w podbrzuszu sygnalizował, że lepiej tego nie robić, ale został zignorowany. — Chodziło mi o to, ile byłem nieprzytomny, kto jest teraz w rezydencji i co się stało z Lokim? Wszystko w porządku z SHIELDem?
— Znajduje się pan w rezydencji w przybliżeniu od dwunastu godzin. Trzymanie pana pod nadzorem uznano za najlepsze wyjście po tym, jak zespół medyczny SHIELDu zakończył pracę. Po otrzymaniu obrażeń został pan tutaj umieszczony na około trzydzieści sześć godzin na rozkaz Kapitana Rogersa. — Jarvis kontynuował, informując go o pozostałych wydarzeniach. Zanim skończył, Tony był już całkowicie przytomny.
Operowano go w kwaterze głównej SHIELDu po tym, jak Loki zniknął, ale Steve nie pozwolił nikomu majstrować przy reaktorze łukowym ani go przeskanować. Później, jak tylko jego stan stał się stabilny, został przeniesiony do rezydencji, a Fury oficjalnie go uwolnił. Niemożliwy Steve Rogers. Tony wisiał mu naprawdę spore piwo.
W chwili obecnej w rezydencji znajdowali się jedynie Steve i Thor, który wrócił, kiedy Tony był nieprzytomny. Nie ma po co targować się o szczegóły ekstradycji, kiedy przestępca nawiał, stwierdził ironicznie.
Tak, Loki. Loki po prostu rozpłynął się w powietrzu. System kamer pokazał, że teleportował się poza celę tylko po to, żeby zaledwie sekundę później wrócić i spróbować wypatroszyć Tony'ego. A potem żadnych oznak jakiejkolwiek aktywności. Co miało sens. Najprawdopodobniej lizał gdzieś rany i śmiał się niczym wariat ze swojego prezentu pożegnalnego.
— Jarvis, następnym razem, kiedy będę próbował zrobić coś głupiego dla większego dobra, podtruwaj mnie jakimś gazem tak długo, aż się poddam.
— Zakładam, że wolałby pan dawkę, która nie doprowadziłaby do zgonu.
— Nie próbuj mnie tutaj czarować. — Zrzucając z siebie kołdrę, Tony zdjął też niesamowicie ponętną szpitalną koszulę i postanowił sprawdzić, jak wygląda rana. Kiedy podniósł ochraniacz z gazy, odkrył, że szwy nie miały więcej niż cztery cale długości i były starannie nałożone. — No proszę, nie będę nawet miał się czym przechwalać.
Czując się zbyt zmęczonym, żeby zrobić coś jeszcze, Tony z powrotem rozparł się wygodnie na poduszkach, obserwując sufit. Rozważał właśnie ponowne zaśnięcie, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
— Tony? Jarvis powiedział mi, że się obudziłeś. Mogę wejść? — To był Steve, który w każdych okolicznościach brzmiał, jakby miał zaraz poprosić o pożyczenie szklanki cukru. Jego cień poruszył się w świetle wlewającym się do pokoju przez szczelinę pod drzwiami.
— Jasne, ostatecznie i tak trzeba mi zmienić basen.
Drzwi się otworzyły, a Steve wsunął do środka głowę.
— Nie masz basenu.
— I w tym momencie zapadła taka niezręczna cisza — odparł Tony. Steve pokręcił głową i wszedł do środka, starając się utrzymać równowagę i nie zrzucić niczego z tacki, którą niósł jedną ręką. Zamknął drzwi stopą, po czym zapalił światła, na chwilę oślepiając Tony'ego. Steve zignorował jego protesty, położył tacę w nogach łóżka i odwrócił się, podchodząc do Starka. Jego wyraz twarzy zdecydowanie nie był przyjazny.
— Jesteś — oznajmił Steve — najgłupszym geniuszem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Jak się czujesz?
— Spragniony, obolały, zmęczony, zakłopotany. Wybierz sobie z tego odpowiedź, która ci się najbardziej podoba.
Steve zabrał pustą szklankę ze stolika nocnego i zniknął w toalecie. Kiedy wrócił, Tony ochoczo przyjął od niego wodę i zaczął ją szybko pić. Czuł się, jakby całymi godzinami oddychał przez usta. Kiedy pił, Steve wsunął mu w rękę dwie białe tabletki, które zostały połknięte i popite kilkoma ostatnimi łykami pozostałymi w szklance.
Rogers wpatrywał się w niego badawczo, podczas gdy Tony skończył, ocierając usta wierzchem nadgarstka. Siedział na krawędzi łóżka, przekładając pustą szklankę z ręki do ręki.
— Co się wtedy wydarzyło, Tony?
— Loki dźgnął mnie nożem — odparł Tony, wzruszając ramionami. — Co nie jest wielką tajemnicą, serio.
Oczy Steve'a pociemniały.
— Tak właściwie to jest.
Rzucił czymś w niego; małym, metalowym czymś, co odbiło się od klatki piersiowej Tony'ego. Ten nie musiał nawet na to zerkać, żeby wiedzieć, iż jest to pewien konkretny spinacz.
— Domyśliłem się, że wolałbyś mieć to z powrotem, zanim Fury zobaczy, co z nim zrobiłeś.
Tony zamrugał.
— Więc on nie…
Steve pokręcił głową.
— Nie. Myśli po prostu, że Loki po raz kolejny wystrychnął SHIELD na dudka. — Jego usta drgnęły lekko. — Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że zażartował nawet, że Loki usiłował cię zasztyletować, żebyś się przymknął.
— A teraz ty śmiejesz się z mojego bólu. Genialnie. — Tony zauważył, że usta Steve'a drgnęły po raz kolejny, zanim dość opornie wygięły się w uśmiech. Od razu lepiej. — Hej, chcesz zobaczyć moje szwy?
— Zachowujesz się jak dwunastolatek. Poza tym, miałem już tę niewątpliwą przyjemność. — Wstrząśnięty wizją, którą wywołały te słowa, Tony zakrył się kołdrą aż po brodę. A Steve przewrócił oczami.
— Na stole operacyjnym, Tony. Myślałeś, że zostawię cię tam samego? Wiem, jak się zachowujesz, kiedy SHIELD próbuje przyjrzeć się tej twojej „ozdóbce". A skoro już o tym mowa, skąd Loki o niej wiedział?
Czyli jednak Steve patrzył na nagrania z kamer. Nie przegapił tej okazji. Tony rozważał, czy powiedzieć mu prawdę. A raczej ile mu powiedzieć. Powierzyłby Steve'owi życie, ale Loki zdążył już udowodnić, że jest bardziej świrnięty od szczura na odpadach radioaktywnych. Tony wolał nie dawać mu powodów do atakowania Kapitana.
— Pamiętasz imprezę dobroczynną? Bombową blondynę Thora i gościa z siekierą? Loki był tym anonimem — przyznał Tony.
Steve gwałtownie uniósł brwi.
— Loki?
— Tak, wiem, wiem. Najwyraźniej ta blondynka, Amora, miała zamiar rzucić na Thora jakieś zaklęcie. Loki obudził mnie o nieboskiej godzinie, żeby mi o tym powiedzieć. Wtedy zobaczył reaktor łukowy. — Tony potarł oczy ze zmęczeniem. — Steve, nie mam pojęcia, jakim cudem znalazłem się w takiej porąbanej sytuacji. Staram się tylko zapobiec masowym zgonom.
— I dlatego dałeś Lokiemu uciec z celi? Moim zdaniem będzie to miało raczej odwrotny skutek.
Tony wzruszył ramionami, podnosząc spinacz. Metal był zimny.
— Już wtedy zaczynał uodparniać się na to chemiczne świństwo. Przy zmniejszonej dawce nieco ponad godzinę zabrało mu zgromadzenie odpowiedniej ilości magii do wydostania się stamtąd.
— Więc co, pomyślałeś, że niby czemu mamy czekać?
— Pomyślałem, że jeśli pomogę mu się wydostać, być może nie zmieni kwatery głównej SHIELDu w tlącą się ruinę. W mojej obronie chciałbym zaznaczyć, że miałem rację. Loki nikogo nie zaatakował.
Żyłka na czole Steve'a zaczęła pulsować, a jego oczy wręcz iskrzyły się od gniewu.
— Nie, za to próbował cię zabić. Tony, on zachowuje się, jakby miał wściekliznę. Żyje dla unicestwiania. Dlaczego próbujesz się z nim zaprzyjaźnić?
— Zaprzyja… Steve, próbowałem zminimalizować zniszczenia, jakie powstałyby na skutek jego działań, jakim cudem mogłeś choćby przez sekundę myśleć, że…
— Loki z tobą rozmawiał, Tony. Zaoferował ci informacje na temat szkatułki. — Steve oparł się plecami o ramę łóżka, przeczesując włosy ręką. — Coulson zameldował, że nie powiedział ani słowa do żadnego z agentów SHIELDu, którzy próbowali go przesłuchać. Nie tylko na temat informacji, które usiłowali uzyskać. O niczym w ogóle. A potem cię zobaczył i nagle stał się gadatliwy.
— No hej, ostatecznie jestem Iron Manem. Zna mnie. Może obecność agentów go zwyczajnie onieśmielała. — Prawdę mówiąc, Tony nie wiedział o tym ślubie milczenia. Gdyby się nad tym dłużej zastanowił, nie miałby pojęcia, co zrobić z wiedzą, że Loki wydawał się być otwarty na propozycję podzielenia się z nimi informacjami. Nie z SHIELDem, a właśnie z nim.
Steve westchnął.
— Nie żartuj sobie z tego. Po prostu… dźgnął cię nożem, Tony. Kiedy dotarłem na miejsce, myślałem, że… — Urwał, wbijając wzrok w ścianę. Mięśnie jego szczęki drgnęły, kiedy przełknął ślinę. Tony klepnął go w przedramię, po czym ścisnął je lekko.
— Tak. Ja też, przez jakąś sekundę — przyznał. — To nie był mój najlepszy plan, prawdę mówiąc.
Steve przytaknął, wciąż na niego nie patrząc.
— Zgodzę się z tym. Przy okazji, Thor chciał z tobą porozmawiać. Nie wie o spinaczu. Okazuje się, że Odyn nie popchnąłby sprawy do przodu w sposób, jakiego od niego oczekiwaliśmy; chciał, żeby Loki był uwięziony, a nie stracony. SHIELD z pewnością by mu na to nie pozwolił. Więc być może mimo wszystko zrobiłeś to, co było trzeba. — Wstał, zabrał tacę z łóżka, po czym wręczył coś Tony'emu. — Pomyślałem, że możesz tego potrzebować. Chociaż formalnie rzecz biorąc, powinieneś sobie odpuścić pracę w najbliższym czasie i odpoczywać.
Tony wziął od Steve'a tablet.
— Stevie Rogersie, jesteś moim ulubionym superżołnierzem — oznajmił. — Naprawdę. Dzięki za pilnowanie moich pleców.
Steve roześmiał się.
— Taak, no cóż, rozdarłem na tyłku ten nowy strój, który mi zrobiłeś. Czułem wyrzuty sumienia.
— A jak to się w ogóle stało? — wykrzyknął Tony z konsternacją. — Jest zrobiony z włókien wzmocnionych… wiesz co, nieważne. Jestem kaleką, zmęczonym kaleką, i nie powinienem myśleć teraz o twoim nagim tyłku.
— W takim razie nie podłączaj się do sieci wewnętrznej. Spróbuj zasnąć. — Steve wyszedł, zapominając wyłączyć światło. Nie do wiary. Czyżby powiedział coś o sieci wewnętrznej? Stary dobry Steve.
— Jarvis, światło. — Pokój pogrążył się w ciemnościach. Tony przez chwilę wpatrywał się w niewidoczny w ciemnościach sufit, bawiąc się spinaczem.
Niezależnie od tego, co wydarzyło się w celi SHIELDu, wiedział jedno. Loki wybrał go z jakiegoś powodu. Nieważne, czy po to, aby szukać u niego pomocy, podawać mu anonimowe informacje, czy też bezpośrednio próbować go zabić — miał plany odnośnie Tony'ego. Co z kolei oznaczało, że ten miał parę rzeczy do zrobienia odnośnie bezpieczeństwa wszystkich osób zaangażowanych, a mianowicie samego siebie.
— Jarvis, stwórz nowy plik. Przekopiuj do niego wszystkie dane na temat ostatnich skanów energii jako punkt odniesienia.
— Jak nazwać ten plik?
Tony zastanowił się nad tym.
— Projekt Impas.
…
Dwa dni później o wpół do trzeciej rano Tony bazgrolił równania na olbrzymim dotykowym ekranie w swoim apartamencie, wolny od wenflonu i mając na sobie prawdziwe spodnie. Ze względów zdrowotnych nie wolno mu się było ruszać poza kwatery główne Avengersów, które ostatecznie i tak były dla niego drugim domem, i mógł pracować w laboratorium broni w ciągu dnia. Życie ofiar ran kłutych było niezłe.
Cóż, a przynajmniej całkiem niezłe, stwierdził Tony chwilę później, prostując się i robiąc wszystko, żeby nie drapać zrastającej się skóry, która bolała i swędziała. A Steve wczoraj odciął mu dostęp do tych cudownych środków przeciwbólowych. Powiedział coś o obietnicy złożonej Pepper, co z całą pewnością było bzdurą.
Stukając palcem o policzek z namysłem, cofnął się o krok i rzucił okiem na obecne rezultaty pracy, po czym stwierdził, że zrobił wystarczająco dużo jak na jeden dzień. Noc. Cokolwiek.
— Jarvis, co o tym sądzisz?
— Zgodnie z moim obliczeniami będzie to wykonalne, proszę pana. Kiedy chciałby to pan wprowadzić w życie?
— Na razie nie jestem pewien. Być może sprawdzę to jeszcze raz rano, żeby zobaczyć, czy dałoby się wprowadzić jakieś ulepszenia. Na razie wygląda dość blado.
— Jak powietrze — zgodził się z nim Jarvis. Tony wywrócił oczami, odkładając pisak na miejsce i unosząc koszulę, żeby z roztargnieniem podrapać się dookoła szwów.
— Mniej żartów, Jarvis. To ja tu jestem tym zabawnym, pamiętasz?
— Nigdy nie pozwala mi pan o tym zapomnieć.
— U—hu. Na razie to wszystko. — Wszedł do toalety, odkręcił kurek z zimną wodą i ochlapał twarz oraz szyję, zastanawiając się, czy wysiłek, jaki na razie włożył w ten projekt, się opłaci. Te sprawy były nieco poza sferą jego wiedzy specjalistycznej, ale powoli się uczył.
Właśnie osuszył twarz i kierował się do łóżka, kiedy usłyszał za sobą cichy, powolny krok. Od razu podniosły mu się wszystkie włoski na karku. Cóż. Zgaduj—zgadula, któż to może być. Cholera.
— Proszę pana. — Jarvis też wiedział o intruzie.
— Nic nie rób — polecił Tony z mocą. Powoli odwrócił się w stronę Lokiego. — Tym razem pojawiasz się w kwaterach głównych Avengersów? Niezłe miejsce na skończenie tego, co zacząłeś, jeśli mogę zauważyć.
Zielonkawe oczy Lokiego przyglądały się uważnie Tony'emu, a na jego twarzy nie dało się dostrzec nawet najmniejszej oznaki radości. Znów miał na sobie zielono—czarny komplet skórzanych ścierek do kurzu, wysokie czarne buty za kostkę i naramienniki z brązu, ochraniające przedramiona, zupełnie jakby nigdy nie był przesłuchiwany przez SHIELD. Wolno zbliżając się do Tony'ego, wydawał się górować nad nim z powodu swojego wzrostu. A może takiemu efektowi winne było oświetlenie.
— Skończyć, co zacząłem? — odpowiedział bez pośpiechu, smakując słowa. — Wręcz przeciwnie. Tamtego dnia byłeś dla mnie ogromnie użyteczny. Jedyną odpowiednią reakcją wydaje się być wyświadczenie ci przysługi, czyż nie? — Rozejrzał się po pokoju, przyglądając się intensywnie każdemu szczegółowi jak jastrząb obserwujący ofiarę. Tony nagle zorientował się, że w nieznacznym stopniu się cofa.
— Hej, wiesz co, jestem hojnym facetem, co ty na to, żebyśmy stwierdzili, że tamta przysługa to był taki upominek dla ciebie, w związku z czym możesz się już stąd wynosić? — zasugerował Tony. — Szczerze mówiąc, bardzo doceniłbym, gdybyś stuknął trzy razy obcasem o podłogę i nigdy więcej nie pojawił się w mojej sypialni.
Wyraz twarzy Lokiego się nie zmienił, ale jego oczy lekko pociemniały. Tony pomyślał, że Laufeyson wydaje się być zdezorientowany.
— Odrzuciłbyś moją ofertę, nawet jej nie wysłuchawszy? Sądziłem, że jesteś mądrzejszy. — Palce Lokiego, ułożone wzdłuż ciała, zabłysły na chwilę iskierkami zielonej energii. Tony'emu wcale nie podobał się ten widok.
— Lubię żyć, Loki — odparł. — Wierz mi lub nie, ale z doświadczenia wiem, że nie zawsze sprzyjasz temu stanowi. — Zrobił krok do tyłu, czując za plecami gładką, zimną ścianę, a Loki zacisnął usta. — Więc nazywaj mnie jak tam chcesz, ale ja zostanę tutaj, gdzie mogę oddychać i nie krwawić z żadnej rany, a ty możesz sobie pójść i knuć moją śmierć na odległość.
Zielone oczy zmrużyły się z zastanowieniem na kilka sekund, po czym Loki zaczął się uśmiechać.
— Tak cię zdenerwowała moja sztuczka z nożem? Dlaczego? Można by wręcz pomyśleć, że nigdy wcześniej nie próbowałem zrobić ci krzywdy…
Tony zamrugał i nagle Loki znalazł się tuż obok niego, przyciskając blade dłonie do ściany po obu stronach jego twarzy, osaczając go tak, że nie mógł się ruszyć. Jako że znajdowali się tak blisko siebie, Tony gapił się niemal prosto na usta Lokiego, które wykrzywiały się w znajomy sposób.
Przeklął cicho. Mimo że Loki był lżejszy i słabszy fizycznie od Thora, wciąż górował nad Tonym pod względem wysokości i siły. A ten, jako że był pozbawiony stroju i musiał uważać na swoją niezagojoną ranę, nie stanowił żadnej zagrożenia. I Loki o tym wiedział.
— Muszę przyznać, że dla osoby, która zajmowała się swoimi sprawami w samotności tak długo jak ja, perspektywa dostarczenia pomocy przez kogoś takiego jak ty jest… intrygująca — wymruczał Loki; miał zaskakująco zimny oddech. Tony zacisnął powieki na krótką chwilę, modląc się, żeby tym razem nie skończyć zakrwawionym od stóp do głów. Ale Loki nie wydawał się zainteresowany przemocą.
Powoli pochylił się nad Tonym, muskając wargami jego kość policzkową, zanim dotknął małżowiny ucha.
— Okazuje się, że czuję się zmuszony do zwrócenia długu — wyszeptał. — A także potrafię być hojny. Dlaczego miałbyś zmarnować taką okazję?
Tony przełknął z trudem ślinę, wpatrując się nieprzytomnie w szyję Lokiego. Oblizał wargi, rozpaczliwie starając się myśleć, co było zaskakująco trudne. Oddychał tuż przy bladej skórze, jego kończyny były przyciśnięte do zbroi, zapach skór i ozonu niemalże zawracał w głowie i, o, kurwa, wszystko po prostu wymykało się spod kontroli.
— Chcę, żebyś się stąd wyniósł — wydusił z siebie Tony — i masz na to dokładnie dziesięć sekund. Jarvis, obudź naszego zaprzyjaźnionego sąsiada, boga piorunów.
— Wykonane, proszę pana.
Loki odskoczył, jakby ktoś poraził go prądem, ogłuszony i wściekły, obracając głowę w stronę drzwi. Thor niedługo zacznie toczyć się korytarzem w ich stronę i obaj o tym wiedzieli.
I nagle Loki znowu skoncentrował swoją uwagę na Tonym, samym spojrzeniem zmuszając go do ponownego cofnięcia się pod ścianę. Jego twarz ściągnęła się w maskę, ale oczy płonęły. Tony nie miał pojęcia czym.
— A więc wezwałeś jego. Niech i tak będzie. — Kącik ust Lokiego drgnął, przez co facet wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale powstrzymał go dźwięk zatrzaskiwanych drzwi na korytarzu i ciężkie kroki poprzedzające przybycie Thora. Jego oczy pociemniały, wręcz promieniując niepokojem, i kiedy uniósł rękę, okazało się, że trzyma w niej dziwnie zakrzywiony sztylet.
Thor otworzył drzwi kopniakiem, gotowy użyć Mjöllnira, akurat na czas, żeby zobaczyć, jak Loki rzuca tym swoim nożykiem w twarz Tony'ego.
— Loki, nie!
Sztylet trafił w ścianę za głową Tony'ego i zagłębił się w niej aż po uchwyt, mniej niż pół cala od jego skroni. Kilka kosmyków czarnych włosów opadło na podłogę. Serce Tony'ego biło szaleńczo. Kurwa. Kurwa.
Loki po prostu uśmiechnął się lekko.
— Och, nie bądź tak wyprowadzony z równowagi. Wiesz, że nigdy nie chybiam.
Thor zmarszczył brwi z niepewnością, przenosząc wzrok z Tony'ego na swojego brata.
— Co próbujesz osiągnąć, Loki? — zażądał odpowiedzi. — Dlaczego tu przybyłeś? — Widać było, że spał, kiedy Jarvis go wezwał; jego włosy skręcały się w nieuporządkowane loki, a na policzku widać było odbity materiał poduszki. Poza tym nie miał na sobie nic poza szkarłatnymi bokserkami. Mimo to jakimś cudem według Tony'ego wyglądał groźnie.
Ale nie według Lokiego. Ten ledwo co zerknął na swojego brata. Cofając się o krok, przyglądał się Tony'emu jeszcze przez chwilę, po czym obrócił się na pięcie.
— Teraz to już pozbawione znaczenia — odparł twardo. Mieniąca się różnymi odcieniami zieleni magia opromieniła jego sylwetkę. — Drobna pomyłka w ocenie sytuacji. A teraz, jeśli mi wybaczysz, pewne nie cierpiące zwłoki sprawy wymagają mojej uwagi. Żegnaj.
— Bracie, zaczekaj… — Thor zrobił krok w kierunku Lokiego, wyciągając do niego rękę, jednak ten zdążył już zniknąć. Thor przez chwilę wyglądał jak psiak porzucony przez właścicieli, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się brat. Ale szybko wziął się w garść. Odchrząkując, podszedł do Tony'ego. — Czy wszystko w porządku?
— To świetne pytanie. — Tony odsunął się od tkwiącego w ścianie sztyletu, po czym obrócił się, żeby na niego popatrzeć, pocierając jednocześnie bok głowy. Na rękę opadł mu cienki kosmyk włosów. — O nie, o, Boże. Thor, czy ja mam na głowie łysy placek? Czy Loki tymi swoimi cholernymi knowaniami doprowadził do tego, że mam na głowie łysy placek?
Thor nie odpowiedział. Wyciągał sztylet ze ściany, trzymając go swoją wielką dłonią za rękojeść. Jeśli to coś można było tak nazwać. Sam sztylet został wykonany z przebiegłością, pozbawiony miejsca do trzymania; w zasadzie był to bogato zdobiony kawałek metalu, wyczyszczony na wysoki połysk i najprawdopodobniej ostrzejszy od języka Lokiego. Thor wpatrywał się leżący na jego w sztylet dłoni. Zmarszczył brwi.
— Loki nigdy nie chybia — powiedział półgłosem sam do siebie. Jego oczy lekko się rozjaśniły. — Coś jest bardzo nie tak z moim bratem, Tony Starku.
— Fascynujące — stwierdził Tony z irytacją, kierując się w stronę najbliższego lustra. — Jarvis, zainicjuj Impas. Tu i w domu.
— Impas w fazie inicjacji. Przewidywany czas trwania dziesięć sekund.
— Impas? — zapytał Thor zza ściany. Tony uważnie przyjrzał się swojej głowie w lustrze w łazience. Nic takiego, czego nie mogłoby naprawić trochę strategicznego kombinowania, stwierdził z zadowoleniem.
— Tak — odparł. — To pole elektryczne o ograniczonym zasięgu, które blokuje możliwość teleportacji w określonym promieniu. Jestem przekonany, że raczej działa, ale nie będę pewien, póki nie zostanie przetestowane przez kogoś z zewnątrz. Tworząc je, bazowałem na statystykach Lokiego.
— Impas został pomyślnie włączony.
Tony poczuł zmianę ciśnienia w uszach w tym samym momencie, w którym Thor uniósł Mjöllnira i zaczął się w niego wpatrywać z zaskoczeniem, zaciskając palce na trzonku. Cóż, coś właśnie się wydarzyło. Thor ostrożnie machnął młotem, a iskry elektryczności zaczęły trzeszczeć ostrzegająco. Zmarszczył brwi, spoglądając w kierunku Tony'ego.
— Mjöllnir niepomyślnie reaguje na twoją naukę. — Ostatnie słowo wypowiedział, jakby miało paskudny smak.
— Mjöllnir może się wypchać i się z tym pogodzić — odpowiedział Tony. — Wolę już, żeby twój młot nie działał prawidłowo, niż żeby twój brat zakradał się do mnie w środku nocy.
Thor popatrzył na niego w dziwny sposób.
— Powiedziano mi, że Loki zaoferował ci pewne informacje, kiedy byłem w Asgardzie. O Szkatułce Starożytnych Zim. Mimo że jestem przekonany, iż nie powiedziałby ci niczego, czego ja lub mój ojciec nie wiemy, to… dziwne, że w ogóle złożył ci taką propozycję.
Thor najwyraźniej postanowił czuć się jak u siebie w domu, ponieważ usiadł w nogach łóżka Tony'ego, odłożył młot i pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. Stanowił ciekawy widok, jak zapewne każdy inny wymiętoszony i zdezorientowany półnagi asgardzki bóg w czyjejś sypialni. Nie żeby Tony miał jakieś głupie myśli czy coś.
— Prawdę mówiąc, chciał wymiany informacji. — Szarpnięciem rozpiął kołnierzyk koszuli, pokazując zimny, błękitny blask reaktora łukowego. — Zapytał mnie o to.
— Loki nie interesuje się nauką — odparł Thor, kręcąc głową. — Nie byłoby w tym dla niego żadnej korzyści. Chyba że był zaledwie ciekawy, co do czego mam pewne podejrzenia. — Thor spojrzał Tony'emu prosto w oczy. — Wypuściłeś go, prawda?
Przyłapany.
Bez szczególnego entuzjazmu Tony pomyślał, że w sumie mógłby powiedzieć prawdę. Tak, Thor, wypuściłem twojego świrniętego brata na wolność, żeby ocalić kilka istnień ludzkich, co może przestać mieć jakiekolwiek znaczenie, jeśli czy też kiedy następnym razem będzie próbował przejąć władzę nad światem, więc, hej, moja wina. Taa, takie wyznanie zdecydowanie zostałoby przyjęte pozytywnie.
Ale okazało się, że Thor wziął jego milczenie za ciche przyznanie się do winy. Ponuro kiwając głową, wstał i położył dłoń na ramieniu Tony'ego.
— Dziękuję ci — powiedział szczerze, zaskakując tym Tony'ego. — Za zrobienie tego, czego ja nie mogłem. Moje nadzieje są głupie, wiem o tym, ale Loki jest moim bratem i chociaż to ja pokonałem go owego dnia, nie życzyłem mu śmierci. Przysięgałem, że będę się nim opiekował, jak musi każdy starszy brat. Nie znaczyło to wiele, póki nie zrozumiałem, jak pełna mroku stała się ścieżka, którą podąża.
Thor spuścił oczy i odsunął się, próbując przywołać na twarz sztuczny uśmiech. Co, do jasnej cholery, było najsmutniejszą rzeczą, jaką Tony kiedykolwiek widział.
— Ale moje poczucie winy nie powinno być twoim zmartwieniem — powiedział stanowczo, prostując się. — Niemniej masz moje wyrazy wdzięczności za uwolnienie go, zanim śmiertelnicy mogli narobić więcej szkód.
— U—hum — mruknął Tony. — Tylko pamiętaj o tym, kiedy zamieni nas wszystkich w węże.
Thor roześmiał się cicho.
— Loki nie znosi węży. Prędzej zmieniłby nas w myszy laboratoryjne i wysłał za nami koty.
Tony zamrugał.
— Ach, no tak, to oczywiście o wiele lepiej. Będę dzisiaj spał spokojnie. Dzięki, facet.
— Nie ma za co — odpowiedział lekko Thor, pochylając się, żeby podnieść młot. — Chociaż sądzę, że Loki patrzy na ciebie przychylnie, a w każdym razie patrzył. Zna się na wszelkich ostrzach, o czym dobrze wiesz. — Ruszył w kierunku drzwi, zostawiając wspomniany sztylet na łóżku.
— Thor, o czym tym, do jasnej cholery, mówisz? Próbował mnie wypatroszyć.
— Loki nigdy nie chybia — powiedział Thor znacząco. Jego oczy wręcz promieniowały entuzjazmem, kiedy się uśmiechnął. — A jednak jego sztylet przebił skórę i mięśnie, nic więcej. Potrafię wymyślić tylko jeden powód, dla którego mógłby zranić śmiertelnika, jaki wcześniej okazał nieposłuszeństwo własnemu gatunkowi, żeby puścić go wolno.
Zostawił Tony'ego na środku pokoju, rozmyślającego nad tymi słowami jeszcze przez długi czas. Thor miał raczej miękkie serce, kiedy chodziło o brata, więc nie można było za bardzo ufać jego ślepej wierze. Ale zadał ważne pytanie i Tony'ego martwiło, że znalazł na nie odpowiedź, o której on sam wcześniej nie pomyślał.
Czy Loki wrócił, żeby go zranić, nie dlatego, że był zdradzieckim, niewdzięcznym sukinsynem, ale dlatego, że nie chciał, aby Tony został wmieszany w tę całą ucieczkę?
Miało to sens. Pokręcony, ale jednak sens. W końcu kto podejrzewałby wykrwawiającego się na śmierć faceta o udzielenie szaleńcowi pomocy w uwolnieniu się? Nawet gdyby Steve nie schował do kieszeni spinacza, najprawdopodobniej uznano by, że Loki poruszał nim dzięki resztkom swojej mocy. Ale nikt z SHIELDu nie podejrzewałby Tony'ego o to, że celowo miał go przy sobie. Ostatecznie został pchnięty sztyletem. Należał do Avengersów.
Może było to spowodowane dającym o sobie znać brakiem snu, ale coś w tym wszystkim zabrzmiało zaskakująco prawdziwie. Cholera by to wzięła, miało to sens. Szczególnie biorąc pod uwagę ponowne późniejsze pojawienie się Lokiego. Co z kolei oznaczało…
Co z kolei oznaczało, że właśnie oznajmił ich najpotężniejszemu nemezis, żeby wsadził sobie w tyłek te dezorientujące próby zabiegania o przyjaźń.
Kiedy tak o tym pomyślał, stanowiło to idealny dodatek do wszelkich fatalnych prób zrobienia właściwej rzeczy, jakich kiedykolwiek się podjął.
— Śmiej się, Tony — poradził samemu sobie. — Śmiej się, bo inaczej jeszcze zaczniesz płakać.
Jako że nie miał nic lepszego do roboty, pójście do łóżka wydawało się dobrym pomysłem. Zanim zagrzebał się w kołdrze, położył sztylet na biurku, żeby na pewno pamiętać o odpowiednim przebadaniu go, kiedy obudzi się jutro rano. A w każdym razie za kilka godzin. Jakiś czas temu minęła trzecia. Ale to akurat nie było problemem. Tarcza antyteleportacyjna była gotowa, bezpieczeństwo zapewnione, a życie toczyło się dalej, nawet jeśli mentalnie kopał się w tyłek.
Tuż przed tym, jak zaczął odpływać, zastanowił się, co by się stało, gdyby nie odrzucił propozycji Lokiego. Czy nadzieje Thora były nieuzasadnione? Prawdopodobnie. Być może wszystko poszło dokładnie tak, jak miało pójść. Źli faceci pozostali złymi, dobrzy odrzucili to, co u złych było najprawdopodobniej odpowiednikiem zalotów i nasłali na nich starszych braci. Ziemia nie przestała się kręcić wokół Słońca.
A mimo wszystko, pomyślał mgliście, wydaje mi się, że przegapiłem coś genialnego.
Słońce ledwo co zaczęło skradać się ku horyzontowi, kiedy rozdzwonił się telefon Tony'ego, cholernie go tym strasząc. Usiadł prosto jak struna i rzucił poduszką przez pokój, mając nadzieję, że trafi nią w źródło hałasu.
— Notatka dla samego siebie, zmienić dzwonek na… cokolwiek, co nie jest AC/DC — wymamrotał nieprzytomnie, zbierając swoje zwłoki z łóżka, żeby chwycić leżącą na biurku komórkę. — Tutaj Stark i lepiej, żeby to było coś ważnego.
— Dzień dobry, panie Stark. Czyż to nie fantastyczny poranek? Mam szczerą nadzieję, że cię nie obudziłem. — Nick Fury brzmiał na wkurzonego na tyle, żeby zacząć gryźć ołów i pluć pociskami, przez co jego grzeczne powitanie brzmiało jeszcze bardziej nie na miejscu. — Zeszłej nocy włamał się do nas twój stary przyjaciel, pan Laufeyson.
Tony potarł oczy, na wpół siedząc na rogu biurka i próbując nakłonić swój mózg do włączenia się.
— Loki do was wpadł? Daj mi zgadnąć, ukradł to całe magiczne pudełeczko. Mówiłem ci, żeby wysłać je z powrotem do Asgardu, Fury. Wiedziałeś, że tak będzie.
Po drugiej stronie na chwilę zapadła cisza. Tony wyobraził sobie, że Fury uciskał w tym czasie grzbiet nosa albo dostał krwotoku, bo pękła mu żyłka.
— Podmienił je na minibarek.
— Na mini…
— To właśnie powiedziałem i nie zmuszaj mnie do powtórzenia się.
Tony wybuchnął śmiechem. Minibarek. Loki spłatał SHIELDowi niezłego psikusa.
— Cóż, to było hojne z jego strony — wyrzęził ostatecznie, ocierają oczy. — Czego ode mnie chcesz w związku z tym? Po kolejnych dwóch godzinach snu, nie mniej.
— Niczego — odparł Fury beznamiętnie. — Po prostu miej oczy szeroko otwarte i oczekuj więcej tego lodowego gówna w lecie, i sprawdź, czy nie macie niczego dziwnego u siebie. Jeśli był tutaj, możliwe, że wpadł też do was.
Czyż to nie prawda? Tony odrzucił głowę do tyłu i zagapił się na sufit ze zmęczeniem.
— Czemu, u licha, nie możecie mi po prostu wysłać maila na ten temat?
— Za bardzo lubię brzmienie twojego głosu — odparł Fury i Tony wiedział, że prawdopodobnie pstrykał długopisem, kiedy to mówił. — Będę w kontakcie.
Telefon pisnął, oznajmiając, że rozmówca się rozłączył. Tony upuścił go na stertę papierów walających się na biurku i skrzywił się, kiedy ten brzdęknął, spadając na sztylet. Cholera by to. Ostatnią rzeczą, której teraz potrzebował, była zepsuta komórka.
Nagle zaświtało mu w głowie, że nie kładł na biurku żadnych papierów. Papier za łatwo było zgubić, zamoczyć, spalić, wyrzucić przez okno, cokolwiek, więc od tygodni pracował na tablicach interaktywnych.
Ześliznął się z biurka, podniósł kartki papieru i przejrzał je. Było ich w przybliżeniu trzydzieści; projekty i notatki na sporych kawałkach cienkiego papieru projektowego — część z nich prawdę mówiąc wyglądała bardzo podobnie do pierwszego szkicu zbroi Iron Mana, którą zbudował z Yinsenem w Gulmirze, póki nie położył ich na podłodze. Wtedy zrozumiał.
— Jarvis — powiedział chrapliwie, nie potrafiąc podnieść wzroku. Serce waliło mu w piersiach. — Zeskanuj wszystko. Wrzuć to na mój prywatny serwer. Ma być zabezpieczone. Na wszelkie możliwe sposoby.
— Tak jest, proszę pana.
Tony z powrotem odwrócił się do biurka i zauważył cienką kartkę papieru złożoną na pół. Leżała pod sztyletem. Otwierając ją, szybko zeskanował zawartość. Nie było tego wiele.
Ale też nie było takiej potrzeby.
Zgodnie z życzeniem.
A zatem nasze wspólne sprawy uznaję za zakończone.
— L
PS Co wywołało to mrowienie, które poczułem, kiedy teleportowałem się do środka?
— Sukinsyn — wyszeptał Tony, uśmiechając się szeroko. — Ten cholernie uzdolniony sukinsyn.
Nie przejmował się tym, że Impas nie zadziałał; mógł później sprawdzić dlaczego. Nie obchodziło go nawet to, że Loki miał z powrotem tę całą skrzynkę. W tym momencie Tony myślał tylko o jednym, a były to papiery rozłożone na podłodze u jego stóp.
— Tytuł dla tego projektu, proszę pana?
Tony odparł bez namysłu:
— Schematy: Doombot 2012.
Miał coś do zrobienia.
