Dziękuję za komentarze, które karmią wena :) Uprzejmie proszę o trzymanie za mnie jutro kciuków, bo mam egzamin na prawo jazdy, a zamiast uczyć się o konstrukcji silnika, siedzę nad tłumaczeniem…
Betowały Altair Black i MiSS_P, a za pomoc z wszelką technologią pojawiającą się w tej części dziękuję serdecznie Puszce.
…
Mimo wszystko Ziemia nie przestała się kręcić wokół Słońca.
Loki zupełnie zniknął z widoku publicznego, zabierając skrzynkę w sobie tylko znane miejsce. Tony doszedł do siebie i Iron Man wkrótce znowu wzbił się w powietrze; błyszcząca smuga podobna do spadającej gwiazdy rozjaśniła nocne niebo Nowego Jorku. Avengersi walczyli ze złymi facetami, Nick Fury wyhodował sobie kolejny wrzód żołądka, a Thor wyraził dezaprobatę odnośnie instalacji Impasu 2.0 wszędzie, gdzie chciał przebywać.
Zwykłe sprawy dnia codziennego, co zdecydowanie było pozytywną odmianą.
— Może to jeden z tych przyprawiających o ciary prezentów od zalecających się przestępców — zasugerował Clint, wymachując na wpół zjedzonym hamburgerem dla podkreślenia wagi swoich słów. Otarł usta i zlizał sos z kciuka, obserwując, jak Tony przygląda się fragmentowi głowy prototypu Doombota. — Może przyjmując go, zgodziłeś się zawrzeć małżeństwo. Hej, jak myślisz, czy to znaczy, że zostałeś żoną?
— Świetnie wyglądam w sukienkach — odparł Tony nieobecnie, podnosząc kawałek metalu do światła. — Ale jestem przekonany, że się mylisz. Czy ta część nie wygląda, jakby się uśmiechała? — Opuszczając na twarz maskę ochronną, sięgnął po spawacz.
Clint, który siedział tył na przód na krześle obrotowym, zaczął się na nim kręcić i szurać nogami o podłogę, unikając iskier. Po kilku szybkich poprawkach Tony uniósł maskę, odsłaniając twarz, i przyjrzał się efektom swojej pracy. Clint ochoczo wgryzł się w hamburgera i wycelował w Starka palcem wskazującym.
— Mówię tylko, że Loki zdradził Dooma dla ciebie. Co innego mogłoby to znaczyć?
— Że złodzieje nie mają honoru, jak podejrzewam.
— Facet, Loki spłacił swój dług. Zupełnie jak Thor; nie lubi gówna wiszącego mu nad głową. Powinieneś myśleć o nim trochę cieplej.
— Może Doom powiedział mu, że w wygląda grubo w tym skórzanym wdzianku. — Słysząc to, Clint prawie się zadławił.
Tony uśmiechnął się i przeszedł na drugą stronę pokoju, zdejmując rękawice ochronne i kładąc je na stole laboratoryjnym. Należała mu się przerwa. Przez ostatnie osiem tygodni kiedy nie brał udziału w misjach, pracował w kwaterze głównej Avengersów nad Doombotem-wtyczką, studiując schematy, a następnie przystępując do budowy podwójnego agenta, którego będą mogli wysłać do bazy operacyjnej Dooma.
Gdzieś w międzyczasie Clint złamał palec w terenie i został chwilowo odsunięty od czynnej służby. Prawdę mówiąc, Fury skonfiskował każdy łuk i strzałę w promieniu dwóch mil, żeby zagwarantować sobie posłuch. Najwidoczniej spędzanie przez Clinta swojego nowo odkrytego czasu na krytykowaniu zaczątków projektu Tony'ego było naturalną konsekwencją podjęcia tak drastycznych działań.
— Nie widzieliśmy go w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Założę się, że planuje coś skomplikowanego, jak oddziałujące na podświadomość wiadomości w telewizji. Albo coś podobnego. — Obrócił się na krześle w stronę Tony'ego, poruszając nogami niczym wyjątkowo gorliwy krab. — Ja bym tak zrobił.
— Powiedział to facet, który spędził większą część wczorajszego dnia na przekonywaniu Jarvisa, że jest HALem 9000 z Odysei kosmicznej — przypomniał mu Tony, pocierając grzbiet nosa. — A kiedy ostatecznie nazwał cię Dave'em, spanikowałeś i spędziłeś noc z Bannerem.
— Nie w ten sposób, gościu. Spałem na podłodze — podkreślił Clint. — Poza tym Jarvis mówił w ten przerażający sposób i w ogóle. — Pochylił się, szczerząc zęby. — Hej, co ty na to, żebyśmy skłonili Thora do obejrzenia wszystkich filmów z Terminatorem?
Tony prychnął głośno.
— Ta, bo jeszcze nie nienawidzi wystarczająco technologii.
Clint wzruszył ramionami.
— Po prostu mam wrażenie, że dzięki temu Jarvis częściej wywoływałby u niego gęsią skórkę.
Nie chcąc zaszczycić tej uwagi odpowiedzią, Tony pokręcił głową i zanotował w myślach, żeby ostrzec Thora przed oglądaniem czegokolwiek zasugerowanego przez niejakiego Clinta Bartona, zwanego również Hawkeye'em. Dopiero co udało mu się przekonać boga piorunów, że Impas nie jest tak niebezpieczny, jak się zdaje, i że jego jedynym celem jest powstrzymanie prób teleportacji do siedziby głównej. Rzecz jasna pod warunkiem, że teraz działa odpowiednio, zamiast wywoływać łaskotanie czy cokolwiek innego, co Loki poczuł, kiedy wpadł, żeby podrzucił schematy.
— Hej, a może on nie żyje.
— Kto? — zapytał Tony. — Thor?
— Loki. To by wyjaśniało ciszę radiową. Ale wątpię, czy nawet Doom mógłby zdobyć przewagę nad tym kolesiem — odparł Clint, ziewając. Podniósł się z krzesła. — W każdym razie wychodzę. Czuję, że zbliża się moja poobiednia drzemka. Powodzenia z zero zero siedem.
— Nie nadawaj imienia mojemu Doombotowi, zanim ja to zrobię — zaprotestował Tony. — Są pewne zasady. Tłuczenie wielu butelek szampana i takie tam.
— Aaaa-ha. — Clint nawet nie próbował wyglądać na skruszonego, kiedy szedł w stronę windy.
— Jeśli zobaczysz Steve'a na górze, powiedz mu, że w jego pokoju znajdują się trzy nowe pary spodni Kapitana Ameryki i jeśli ponownie rozedrze je na tyłku, wstawię do sieci filmik, na którym myli pilot od telewizora z telefonem komórkowym. — Irytacja z powodu konieczności cerowania niekończącej się liczby jasnoniebieskich par spodni niczym jakiś wyzyskiwany pracownik zdecydowanie przeważała nad chęcią zawstydzenia ikony narodowej.
— Serio, znowu? — Clint wybuchnął śmiechem tuż przed tym, jak drzwi windy się zamknęły, unosząc go w kierunku cywilizacji.
— Nareszcie sam — wymamrotał Tony, obracając się na krześle i pocierając dłonią oczy. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spał więcej niż cztery godziny. Budowanie Doombota, ulepszanie Impasu i patrolowanie miasta jako Iron Man zajmowało mu większość dnia i nocy.
Steve kazał mu zmniejszyć liczbę patroli, żeby się wyspać, ale Tony jak do tej pory jeszcze nigdy nie przyjął rady odnośnie swoich niezdrowych nawyków i nie zamierzał tego zmieniać. Jednak jeśli był ze sobą szczery, nie miał pewności, dlaczego czasami krążył po mieście godzinami. Ostatnimi czasy aktywność przestępców była wręcz zerowa.
Może on nie żyje.
Może tak. W końcu złe rzeczy przydarzały się także złym ludziom. Ale życie i śmierć Lokiego powinny stanowić zmartwienie Thora. Tony miał wystarczająco dużo rzeczy na głowie. A jednak ta niewiedza go irytowała. To dokuczliwe wyczekiwanie na wydarzenie się czegoś złego. Istniało prawdopodobieństwo, że Doombot służył tylko odwróceniu uwagi, podczas gdy zbliżało się coś zupełnie innego.
Ale to wszystko było zaledwie domysłem, a Tony nie lubił konieczności domyślania się niektórych rzeczy. Wręcz tego nie cierpiał.
Ostatecznie czas pokaże.
…
Minął kolejny miesiąc. Życie toczyło się dalej. Miasto było przez krótki okres czasu wzięte za zakładnika przez klony gamma. Tony skończył Doombota-wtyczkę. Thor został wezwany do Asgardu na tydzień, kiedy Odyn pogrążył się we śnie.
Loki pozostawał w ukryciu przez cały ten czas.
…
Trzy tygodnie po powrocie z Asgardu Thor pomagał Tony'emu w ponownym ułożeniu dachówek po jednym z bardziej żywiołowych szaleństw Hulka w domu.
Cóż, jeśli miał być szczery, Thor zajmował się układaniem, a Tony po prostu podawał mu narzędzia i pił piwo. Pomimo bycia następcą tronu Asgardu Thor tak naprawdę lubił pomagać w rezydencji. Za nic nie potrafił gotować, ale chętnie wycierał naczynia i sprzątał razem z resztą. Tony tłumaczył to sobie jego entuzjazmem dla świata w ogóle.
— Czy wygląda to na wystarczająco dobre według twojej opinii, Tony Starku? — Thor otarł czoło i ocenił pracę swoich rąk. Spora smuga ceglanego pyłu szpeciła jego policzek. Tony zadecydował, że poinformowanie go o tym nie jest częścią jego planów na dzisiejszy dzień.
— Podejrzewam, że dowiemy się, kiedy zacznie padać. Ale wygląda dobrze — stwierdził, wzruszając ramionami. — Mówiąc szczerze, nie znam się na dachach. Siedzę tutaj, żeby nie być tam na dole, póki Coulson robi te swoje rundki dookoła siedziby. Piwa?
Thor przytaknął, a Tony podał mu puszkę; jego palce były mokre od wody skraplającej się na metalowej powierzchni. Razem na wpół położyli się na opadającym lekko dachu i sączyli piwo. Zapadła pomiędzy nimi przyjemna cisza.
Dzień był ciepły, nieprzesadnie gorący jak na lato. Słońce właśnie zaczęło zachodzić za linią horyzontu, nadając niebu czerwonego zabarwienia i oświetlając rozciągającą się przed nimi panoramę. Słysząc dobiegające z oddali odgłosy ruchu drogowego i czując ciepło dachówek pod plecami, Tony stwierdził, że zaczyna się rozluźniać po raz pierwszy od tygodni. To było całkiem miłe uczucie.
— Minęło zbyt wiele czasu — powiedział Thor cicho, ostatecznie przerywając ciszę. — Obawiam się, że knuje coś strasznego.
Tony zmarszczył brwi, nie odwracając wzroku od zachodu słońca, i pociągnął długi łyk piwa. Od nocy, w której Laufeyson pojawił się w jego apartamencie, a Thor zdał sobie sprawę z tego, że to Tony go uwolnił, Asgardczyk miał wrażenie, że Stark wie, co Loki planuje, a przynajmniej pozostaje z nim w kontakcie.
Rzecz jasna nie powiedział tego na głos, ale dało się stwierdzić po sposobie, w jakim wzrok Thora czasem błądził po brzuchu Tony'ego, szukając tam blizny, której nie mógł zobaczyć. Blizny zostawionej przez Lokiego, jak mówiły jego oczy. Tony zastanawiał się, jak to jest tęsknić za kimś tak bardzo i jednocześnie wiedzieć, że ten ktoś prędzej zaprzyjaźni się z członkiem twojego zespołu niż na ciebie napluje.
— Thor, on zawsze coś knuje — wytknął Tony. — I za każdym razem udaje nam się wkopać mu tyłek w ziemię. Pozwólmy mu wykombinować najgorsze, co potrafi.
Thor zmarszczył brwi.
— Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek byli świadkami najgorszego, co może zrobić. Jeszcze nie. Moim zmartwieniem jest fakt, że w jakiś sposób zdajesz się być częścią jego planu.
— Ty znowu o tym? — jęknął Tony. — Powtórzę ci po raz kolejny: daj spokój. Sam tak powiedział; skończył ze mną. Koniec. Powrót do spraw życia codziennego. A wcześniej pewnie był po prostu znudzony i chciał się przez chwilę pobawić w twojej piaskownicy. — Osuszał puszkę piwa, kiedy Thor popatrzył na niego surowo.
— Loki jest chytrym i zdradliwym przeciwnikiem. Doceń jego możliwości.
— Och, i kto to mówi — prychnął Tony. — Ty zawsze oceniasz je zbyt nisko. Wystarczy, że popatrzy na ciebie tymi pięknymi zielonymi oczętami i ze szczęścia roztapiasz się w kałużę pełną braterskiej miłości. Bawi się tobą przez cały czas, biedny durniu.
Tak, może to było nieco szorstkie, pomyślał Tony, kiedy twarz Thora poczerwieniała, a jego oczy zabłysły ze złości. Obserwował, jak ten tak zwany bóg piorunów gwałtownie pakuje swoje narzędzia, i rozważał czucie się winnym, ale odrzucił ten pomysł. Wszystko, co powiedział, było prawdą; Loki był wrogiem Thora, a jednocześnie jego największą słabością. Obaj o tym wiedzieli.
— Co ty możesz wiedzieć o więziach rodzinnych, Tony Starku? — spytał Thor wyzywająco, patrząc na niego pociemniałymi oczami. — Nie posiadasz takowych.
— Ałć — powiedział Tony spokojnie, a uśmiech wykrzywiał kącik jego ust. — Masz rację. Może powinienem zapytać Lokiego, jak to jest, gdy go ponownie zobaczę.
Thor obrócił się do niego plecami i majestatycznie odszedł po wznoszącym się dachu, garbiąc ramiona, jakby coś go ścigało. Najprawdopodobniej jego własne poczucie winy, pomyślał Tony nieżyczliwie.
Przez chwilę wpatrywał się w zachodzące słońce, po czym zaklął cicho, kiedy adrenalina przestała działać. Dobra robota, Tony, powiedział sam do siebie z obrzydzeniem. Znowu to zrobił, znowu dźgnął kogoś w niezagojoną ranę tylko dlatego, że miał taką możliwość. Thor na to nie zasługiwał, dlaczego w ogóle powiedział mu te wszystkie paskudne rzeczy?
Cóż, przynajmniej odpłacił mi pięknym za nadobne, pomyślał Tony, śmiejąc się krótko i wcale nie radośnie. Nie oczekiwał, że taka złośliwa uwaga wyjdzie z ust jego starego przyjaciela Thora. Odgryzanie się w ten sposób nie leżało w jego naturze. Ale jeśli o tym pomyśleć, sam go sprowokował, a najbardziej dotknęła go czysta szczerość. Zaledwie odrobinkę. Jak mógł mieć Thorowi za złe próbę trzymania się jedynej rodziny, jaką miał? Nie mógł, to jasne i oczywiste.
Pochylając się nad własnymi stopami, wyrzucił z głowy całą tę rozmowę. Zapadała noc, a miasto potrzebowało kogoś, kto by je patrolował. Wielkie, przerażająco spokojne miasto.
Ale skoro nie popełniano żadnych większych przestępstw, kogo mieli mścić Avengersi?
…
Minął kolejny tydzień, a najdzielniejszą rzecz, jakiej dokonali, stanowiło wzięcie udziału w aukcji, na której byli licytowani jako towarzysze randek na jedną noc, żeby zebrać pieniądze.
Steve Rogers poszedł za nie mniej niż sto pięćdziesiąt trzy tysiaki.
Drań.
…
Kiedy ostatecznie coś się wydarzyło, nikt się tego nie spodziewał.
Tony był w trakcie któregoś spokojnego okrążenia dookoła miasta, obserwując pośpiech ruchu ulicznego i blask pomarańczowych świateł, rozmazujących się w niewyraźne plamy. Noc była spokojna, powietrze falującym podmuchem owiewało jego zbroję, a on sam czuł się niczym cholerny mistrz zen.
Leciał przy skraju Central Parku, kiedy ogromna lodowa iglica wystrzeliła nagle wysoko w powietrze, wyginając się pod dziwnymi kątami. Rosła w oczach i przybywało jej wgłębień oraz ostrych krawędzi. Pokazała się tak nagle, że Tony nawet nie zauważył, iż może dojść do zderzenia, póki nie zaczęły mu wyć czujniki bezpieczeństwa.
— Cholera jasna, Matko Boska — wypalił, ostro przechylając się w lewo, żeby uniknąć kolizji. Przy okazji ściął sopel wielkości rożka z lodem, tnąc go, jak na swój gust, na zbyt małe kawałki. Spojrzał w dół, obejmując wzrokiem rozciągający się pod nim widok, po czym wzbił się w powietrze, żeby okrążyć teren pełen kolorowych, błyskających światełek.
Na dole znajdowało się wesołe miasteczko albo coś w tym stylu. Wata cukrowa, popcorn i diabelskie koło, ten typ imprezy. Dzieciaki przechadzające się z rodzicami po stoiskach. Jaskrawo umalowane klauny. Muzyka. Okrzyki zachwytu. Ekran zbroi mrugnął i błysnął, kiedy czujniki zaczęły skanować okolicę, a strumienie danych pokazały się w postaci listy na skraju jego pola widzenia.
— Wesołe miasteczko — jęknął Tony. — Wesołe miasteczko w pobliżu, a ktoś ostrzeliwuje mnie lodem z krzaków. Cudownie. Nawet cienia prawdopodobieństwa, że przez przypadek coś uszkodzę, no skąd.
Pióropusze zielonego ognia wystrzeliły tuż obok osłoniętej drzewami lodowej wieży. Tony stwierdził, że to swojemu urodzeniu pod szczęśliwą gwiazdą zawdzięcza fakt, iż pojawiły się na obrzeżach wesołego miasteczka. Unikając każdego podmuchu magii, który strzelał w górę, opadał lotem nurkowym i starał się jednocześnie zobaczyć, kto był odpowiedzialny za zniszczenia. Lód nie zawsze oznaczał Lokiego, a jedyną osobą, jaką znał, a która używała tego zielonego ognistego cholerstwa, była…
Tony wpatrywał się z niedowierzeniem w to, co działo się na dole.
Dobra, było źle.
Pośród szczękających o siebie siekier i włóczni, i magicznych pocisków lecących we wszystkie strony, Tony poczuł, jak w brzuchu formuje mu się kulka lodu.
W walce brały udział cztery osoby — lub, uściślając, trzy walczyły, a jedna zwyczajnie starała się pozostać przy życiu. Ta wirowała w centrum potyczki z uniesionym wysoko berłem, stąpając po trawie pokrytej grubą warstwą lodu, który jak lustro odbijał uderzające w nią, iskrzące się od magii ataki. Poruszała się jak oliwa na wodzie, jeden ruch przechodził płynnie w kolejny, kiedy wyprowadzała cios po ciosie, każdy bardziej morderczy od poprzedniego. Jednak jej przeciwnicy mieli przewagę liczebną i nie należeli do tego typu ludzi, którzy daliby komuś fory. Zdecydowanie nie.
Wyglądało na to, że Loki Laufeyson miał dzisiaj pecha.
— Co zrobiłeś, że tak się na ciebie wściekli? — wymamrotał Tony sam do siebie, obserwując, jak starają się rozerwać Lokiego na kawałki.
Źli goście walczący sami ze sobą. Tego nie było w książeczce z zasadami. Ale biorąc pod uwagę znajdujące się w pobliżu wesołe miasteczko… nie mógł siedzieć bezczynnie. Podłączył się do radiowego kanału Avengersów, zanim tak do końca dotarło do niego, co robi.
— Avengersi! — wrzasnął. — Grupa przestępców obdarzonych supermocami bawi się w wojnę ze sobą niedaleko wesołego miasteczka w Central Parku. Zidentyfikowałem Lokiego, Amorę, Skurge'a oraz Doktora Dooma. Ten alarm ma priorytet stopnia pierwszego. Jeśli słyszycie…
— Iron Manie, wycofaj się — zarządził głos grzmiący na ich kanale, niemile widziany i zdecydowanie nieproszenie się wtrącający. — Daj im walczyć.
Tony zazgrzytał zębami.
— Fury, o czym ty, do jasnej cholery, gadasz? Na dole znajdują się setki ludzi…
— Których ewakuujesz — odparł Fury, a głośnik zniekształcił brzmienie jego głosu. — Po prostu zostaw naszych potężnych przyjaciół ich własnym knowaniom. Niecodziennie odwalają za nas całą robotę.
— Co? Chyba w innym życiu. — Kończąc transmisję, przełączył się na mniej ważny kanał. — Avengersi, zbiórka!
Nikt mu nie odpowiedział. Wyświetlacz hełmu zapełniły błyszczące na czerwono powiadomienia.
— Najwyraźniej wybrałeś zajętą linię, Stark.
Tony zaczął wrzeć z wściekłości.
— A teraz mnie blokujesz?! Ja pierdolę, Fury, nie nadużywaj mojej cierpliwości!
— Według mnie wygląda to zupełnie inaczej. Helicarier znajduje się na twojej szóstej. SHIELD jest na miejscu. Wyprowadź stąd cywili, Stark.
Znajdujący się wiele metrów niżej Loki wyglądał, jakby zaczynał się męczyć. Tony był przekonany, że walczący na dole go nie zauważyli, a nawet jeśli to zrobili, najwyraźniej się nim nie przejmowali. Okrążali Lokiego, trzymając na podorędziu broń lub magię, a ten odpierał ich ataki, jak tylko mógł, ale nikt nie mógł walczyć wiecznie. Nawet ten sprytny drań.
Kurwa. Kurwa. Nawet gdyby do nich podleciał, najprawdopodobniej skopaliby mu tyłek, a ludzie w wesołym miasteczku mogli oberwać rykoszetem zaklęcia albo czymś takim. Nie miał jak skontaktować się z pozostałymi, a Fury nadfruwał niczym jakaś cholerna chmura burzowa, obserwując każdy jego ruch.
Czy w takim razie miał to zrobić? Miałby pozwolić Lokiemu umrzeć? Prawdę mówiąc, nikt by go o to nie obwiniał. Cywile są przecież najważniejsi i tak dalej. Fury na sto procent ochroniłby go przed jakimikolwiek oskarżeniami. Walczący nie byli niewinnymi barankami. Każdy z nich miał na swoim sumieniu sporą listę złych uczynków. Loki nie różnił się pod tym względem od Amory ani Dooma. Egoistyczny, zainteresowany tylko sobą i żądny władzy. Jedynym, co go odróżniało, było to, że zdradził jednego ze swoich, aby spłacić zaciągnięty u Tony'ego dług.
Czy to wystarczająco dużo? Nie. Jasne jak cholera, że nie.
Więc dlaczego myśl o niemieszaniu się tak bardzo nie przypadała mu do gustu?
Ponieważ będziesz oglądał egzekucję, wyszeptał cicho głosik sumienia. Po tym, jak go pokonają, wykonają na nim egzekucję, a ty będziesz tym facetem, który będzie się temu przyglądał z boku.
Był Iron Manem. Walczył ze złymi facetami. Nawet jeśli czasami nie był pewien, czy wyjdzie z tego cało.
— Proszę pana — odezwał się cicho Jarvis.
Gdzieś pod Tonym Loki zachwiał się i opadł na kolano. Z jego dłoni wystrzeliły trzy sztylety. Zaledwie jeden trafił w cel. Skurge zatrzymał się, żeby wyciągnąć go z klatki piersiowej, po czym uniósł wysoko siekierę. Loki stworzył dwa klony, po czym rozpłynął się w powietrzu. Dwa. Zaledwie dwa.
Iron Man walczył ze złymi facetami.
Ale kim byli ci źli faceci?
— Stark, nie rób tego — ostrzegł go Fury, a w jego głosie dźwięczała stal.
Tony zamknął oczy.
Kurwa. Robił już głupsze rzeczy za gorsze wynagrodzenie.
Otworzył oczy.
— Jarvis! Zainicjuj aktywację na odległość przenośnego systemu operacyjnego ZZS, wersja pierwsza. I zmuś go do dwa razy szybszego włączenia się, jeśli ci to nie przeszkadza. Skieruj całą moc do reaktora, naładuj do maksimum. — Słysząc, jak głośno bije mu serce, wyszczerzył się w kierunku połączenia z obrazem z kamery, które pojawiło się na ekranie hełmu. — Wybacz, Fury, wydaje mi się, że to ciebie przydzielili do zajęcia się tłumem ludzi.
Spojrzenie Fury'ego powinno było stopić jego hełm.
— Masz jakiekolwiek pojęcie, co robisz?
Tony roześmiał się jak wariat.
— Ani trochę. Mów o mnie dobrze, szefie.
Rozłączył się i zablokował wszystkie kanały, po czym zerknął na znajdujące się poniżej lodowe pole bitwy.
— ZZS wersja pierwsza aktywowany. Oczekiwany czas zakończenia procesu wynosi dwie minuty. Repulsor w klatce piersiowej ma sześćdziesiąt trzy procent mocy.
— Zostaw odliczanie na wierzchu. Zmień status Lokiego Laufeysona na cywila we wszystkich protokołach celowania. Aktywuj na odległość Impas w promieniu około pół mili. Pociski w gotowości, Jarvis. Przechwytujemy cel.
— Pociski gotowe, proszę pana.
Tony uśmiechnął się dziko, kiedy Skurge pojawił się w jego polu widzenia, trzymając siekierę, której ostrze odbijało promienie księżyca, a magia krążyła nad jego głową. Och, to będzie urocze.
— Wystrzel wszystkie.
Poczuł siłę odrzutu, kiedy zamontowane na ramionach działa wystrzeliły sekundę później, tuż po przekierowaniu mocy i otrzymaniu komendy. Trzy uderzyły w Skurge'a, celując wprost w jego nadgarstki. Asgardczycy byli wytrzymali, ale mimo wszystko potrzebowali sprawnych rąk, żeby móc trzymać broń. Sądząc po odgłosie furii i bólu, jaki Tony usłyszał, Skurge został właśnie pozbawiony tego luksusu.
Pozostałe pięć pocisków uderzyło w Dooma, celując w stawy, i odrzuciło go do tyłu, wprost na drzewa. Tony nie był pewien, czy był to Doombot, czy też nie, więc unieszkodliwienie go na kilka minut to było na razie wszystko, co mógł zrobić.
Amora i Loki odsunęli się od siebie, wyglądając na zdumionych i zdezorientowanych. Zauważyli go w tym samym czasie, dwie pary bardzo różnych zielonych oczu, pełnych, co zabawne, tego samego uczucia. Dwie pary rąk rozjarzyły się magią.
— Cóż, no to po moim elemencie zaskoczenia — zauważył Tony sam do siebie. — Czas na główną akcję. — Szybko wleciał pomiędzy nich, wypuszczając kilka rac świetlnych, żeby zdekoncentrować Amorę i zwiększyć odległość dzielącą ją od Lokiego. Wylądował, roztrzaskując stopami lód skuwający ziemię.
— No dobra, dzieciaki, spadówa z mojego trawnika. — Miał tę przyjemność zobaczyć Amorę próbującą się gdzieś teleportować, ale z działającym Impasem było ją stać co najwyżej na iskierkę magii lub dwie. Uświadomiwszy sobie, że utknęła, krzyknęła z wściekłością:
— Jak śmiesz?! Skurge! Wstawaj, potrzebuję cię! — Ale Skurge wyglądał, jakby jeszcze przez chwilę był wyłączony z gry. Kurczowo uciskał nadgarstki, żeby ukryć to, co musiało być strzaskanymi kośćmi. Niemniej zwalił się na ziemię. Jak miło, że przynajmniej niektórzy robili to, czego się po nich oczeki… Myśl Tony'ego urwała się, kiedy musiał zrobić unik, żeby nie dostać po głowie laską. Laską Lokiego.
Mimo że był szary ze zmęczenia, a jego oczy wręcz płonęły toksycznym odcieniem zieleni, buntowniczy duch Lokiego najwyraźniej nie podupadał. Jak dzikie zwierzę, stwierdził Tony. Rzuci się na każdego, kto się do niego zbliży. Jak długo tak właściwie walczyli?
— Uważaj, ośle! — wydarł się Tony, unikając następnego ciosu. — Kurwa, co jest z tobą nie tak? — Odbił kolejne uderzenie, używając przedramienia, i odskoczył poza zasięg rąk Lokiego. Amora uśmiechnęła się tajemniczo, przyglądając się im obu.
— Och, Iron Manie — zaczęła się przymilać ze słodką minką, przysuwając się do niego. — Z całą pewnością wróg mojego wroga jest moim przyjacielem? Pomóż mi pozbyć się Kłamcy. Hasał nieokiełznany po okolicy przez… zbyt… wiele… czasu…
Czy tylko mu się tak wyglądało, czy też nagle stała się bardzo, bardzo piękna? Tony zamrugał szybko, kiedy jej oczy zaczęły zmieniać się w głęboką zieloną otchłań, przyciągając go do siebie, aż były jedynym, co mógł zauważyć. Jest w nich ukryta iskra czegoś, pomyślał. Być może… Być może mógł jej dosięgnąć…
Brzęęęk! Loki ponownie przywalił mu berłem w hełm, tym razem jednak z taką siłą, jakby był pałkarzem odbijającym piłkę na meczu baseballu.
— Obudź się, nędzny idioto — wycedził Loki. Wyglądał, jakby zrozumiał właśnie, co się dzieje. — Nie patrz jej w oczy!
— Urgghh — odparł Tony inteligentnie, czując się, jakby ktoś oblał go lodowatą wodą. Odepchnął mocno Amorę, ledwo słysząc jej wrzask oburzenia. — Już, już, jestem z powrotem!
— Dobrze — odparł Loki, wyglądając na wymęczonego. — Ponieważ to samo można powiedzieć o zabawce Wiktora. — Tony obrócił się na czas, żeby zobaczyć, jak Doom (czy też, jak się okazało, Doombot), zbliża się w kierunku polany, na której się znajdowali. Połowa jego maski była oddarta, odsłaniając ukryte wcześniej metalowe części. Samonaprawiające się dranie.
Na całe szczęście w tym samym momencie wylądował ZZS wersja pierwsza. Nadciągający Doombot zatrzymał się w połowie ruchu, a jego czujniki najprawdopodobniej oszalały, zbierając odczyty intruza.
— Doombocie, podaj swoją tożsamość.
ZZS wersja pierwsza — skrót od Zero-Zero-Siedem, jak Hawkeye powtarzał z upodobaniem — ukłonił się.
— Bond. James Bond. Wołałbyś być wstrząśnięty czy zmieszany?
Tony zamrugał. Ten głos brzmiał niepokojąco podobnie do głosu Clinta.
Doombot tylko zapiszczał elektronicznie w odpowiedzi, gdy jego moduły odpowiedzialne za odczytywanie tożsamości i podejmowanie decyzji znalazły się w konflikcie. ZZS zadecydował za niego, podchodząc do przodu jednym płynnym ruchem, a iskry elektryczności trzeszczały wokół niego. Tony zostawił ich samym sobie; repulsor w klatce piersiowej naładował się w stu procentach, a musiał zająć się jeszcze jednym katem.
Odwrócił się do Lokiego.
— Poradzisz sobie z Barbie-małą czarodziejką?
Loki przytaknął cicho, jednak miał ponury wyraz twarzy. Cholera, był strasznie blady. I coraz słabszy, jakby coś wyssało z niego życie do czysta. Ale był też wytrzymały, przypomniał sobie Tony. Odwrócił się w stronę Skurge'a, który zbliżał się w jego kierunku, miał osiem stóp wzrostu i wyglądał na gotowego, żeby wyssać szpik z kości swoich wrogów. Poza tym Tony miał się o co martwić, nawet nie licząc półżywego boga kłamstw.
Jako że teraz było ich trzech na trzech, walka początkowo wyglądała na sprawiedliwą. Tony mógł koncentrować się wyłącznie na Skurge'u przez większość czasu. Mimo że ten był ranny, wciąż miał siłę, żeby wymachiwać siekierą jak jakiś świrnięty drwal na prochach. Tony unikał większości ciosów i strzelał w niego pociskami, kiedy ich przewidywana trajektoria była do przyjęcia, ale Skurge unikał walki w zwarciu, więc użycie repulsora odpadało. A walka trwała. I trwała.
Posiłki nie nadeszły. Tony nie wiedział, czy Fury blokował wszystko i zakazał mediom mieszania się w wydarzenia mające miejsce w Central Parku, ale dotarło do niego z całkowitą jasnością, że nie otrzyma pomocy ze strony pozostałych Avengersów. Był zdany na siły swoje, swojego podwójnego agenta Doombota i Lokiego.
— ZZS wersja pierwsza ma trzydzieści procent wydajności. Moduł odpowiedzialny za podejmowanie decyzji wyłączony. Doombot próbuje włamać się do systemu. — Tym razem głos Jarvisa nie stanowił muzyki dla jego uszu. Gdyby Doombot zmienił ustawienia w modułach podejmowania decyzji i rozpoznawania przyjaciół/wrogów ZZS, mogliby równie dobrze strzelić sobie w głowy tu i teraz.
— Cholera jasna! — zaklął Tony. Nie miał czasu. Sekundę później Skurge natarł na niego, unosząc wysoko siekierę, a krew spływała strumieniami po jego przedramionach. Którymi chwilowo nie osłaniał torsu. — Repulsor, pełna moc. No, dawaj!
Niebiesko-biały potok czystej, wstrząsającej energii wystrzelił z modułu odpowiedzialnego za atak, znajdującego się na wysokości klatki piersiowej, tuż nad reaktorem łukowym. Mimo że jego stabilizatory działały na pełnej mocy, Tony'emu ledwo co udało się zachować równowagę na lodzie, kiedy promień walnął prosto w Skurge'a, a energia zupełnie przesłoniła jego sylwetkę na tak małej odległości. Nie przerywał uderzania w niego tak długo, jak był w stanie, podczas gdy miernik poziomu energii wyświetlany na ekranie hełmu powoli opadał. Ale musiał być pewny, że Skurge wypadł z gry.
— Proszę pana, ZZS wersja pierwsza znajduje się obecnie w trybie offline. Nalegam na restart…
— Jeśli przeszedł na stronę wroga, zorganizowaliśmy sobie życie w świecie bólu, Jarvis. — Tony zazgrzytał zębami. Zerkając na Lokiego i Amorę, stwierdził, że wciąż walczą, nawet jeśli Loki naprawdę wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć.
Zasoby energii zbroi zostały naruszone w wystarczającym stopniu. Nie będzie już w stanie użyć tego repulsora. Oszczędzając energię, wyłączył nawet reflektory. Jeśli Skurge'owi udało się jakimś cudem zablokować jego atak…
Och.
Nie udało mu się. Tony zagapił się na rozpościerający się przed nim widok.
— Dobry Boże, co za bałagan. — Odwrócił się w stronę blondynki, która wciąż wymieniała magiczne pociski z Lokim. — Hej, Czarodziejko, zmieniłem twojego ochroniarza w przecier pomidorowy. Wybacz, moja wina.
Zaskoczona Amora obróciła głowę i patrzyła w jego stronę tak długo, aż zauważyła Skurge'a. Krew odpłynęła jej z twarzy, a kobieta była tak ogłuszona, że nie zauważyła, iż Loki przyzwał Szkatułkę Starożytnych Zim, póki nie strzelił jej prosto w twarz promieniem lodu. I nie przestał, zanim Amora nie zmieniła się w zielono-żółtą plamę w miniaturowej górze lodowej, schwytaną w kleszcze mrozu.
Dysząc, kompletnie wyczerpany Loki zwalił się na kolana, a pudełko znikło z zasięgu wzroku.
— No i został jeszcze jeden — powiedział Tony sam do siebie, odwracając się w stronę Doombota.
Który znajdował się w kawałkach. ZZS wersja pierwsza od niechcenia porządkował kawałki jego podartej peleryny. Zatrzymał się w pół ruchu, kiedy zauważył, że Tony mu się przygląda.
— Proszę pana — powiedział Jarvis, prostując się. — Czy mógłbym zasugerować, żeby następnym razem, kiedy zbuduje pan zdalnie sterowanego robota podłączonego do zaawansowanej sztucznej inteligencji, umieścił pan jego symulatory nerwowe na serwerze nie podłączonym bezpośrednio do mojego?
Tony zamrugał. Dobra. Czyli… Najwyraźniej Jarvis sterował ZSS. Co z kolei znaczyło, że Jarvis załadował samego siebie do ZSS i zniszczył Doombota. Ponieważ nagle okazało się, że może to zrobić.
— Jarvis, czy zamierzasz przejąć władzę nad światem?
— Nie, proszę pana. — Brzmiał na urażonego samą sugestią.
— Spoko. Tak tylko sprawdzam. — Otworzył maskę. — Jeśli skończyłeś bawić się w T 800 na dzisiaj, proszę, odeślij go do domu. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuję, jest Fury, kładący na nim swoje rządowe macki.
— Oczywiście. — Napęd odrzutowy ZZS/Jarvisa zabłysnął na złoto, kiedy wystartował. Tony obserwował go z pozbawionym związku poczuciem ciekawości. Ocalony przez Jarvisa, hm? Jakby jego życie nie mogło stać się jeszcze bardziej zwariowane. Ale z drugiej strony, będzie mógł napuszczać pietra Clintowi, kiedy tylko będzie chciał.
Tony odwrócił się do Lokiego, po czym podszedł do niego, a ciężar zbroi łamał lód pokrywający trawę. Laufeyson wciąż siedział tam, gdzie upadł kilka chwil temu, ręce trzęsły mu się z wyczerpania, a oczy wyglądały jak dwie genialnie zielone pochodnie palące się w śmiertelnie bladej twarzy. W jego wyglądzie nie zostało nic z pewnego siebie dupka, który pojawił się w sypialni Tony'ego cztery miesiące temu.
Dezaktywując Impas, żeby przywrócić zbroi choć trochę energii, Tony wyciągnął rękę do Lokiego, żeby pomóc mu wstać. Laufeyson nie przyjął jej. Cóż, prawdę mówiąc, ledwo co na niego spojrzał.
— Czego mógłbyś chcieć tym razem? — zapytał Loki zupełnie zimnym głosem. — Męczy mnie posiadanie u ciebie długu, Stark. Najprawdopodobniej będzie to powodem mojej śmierci. — Rzucił mu spojrzenie, marszcząc brwi i zaciskając usta w pełną napięcia linię.
— W przeciwieństwie do opcji, w której nie uratowałbym ci życia, a ty i tak skończyłbyś martwy? — zapytał sceptycznie. Typowa reakcja. — Spoko, czemu by nie. Mam dla ciebie taką drobną radę: przestań wkurwiać potężnych ludzi, takich jak Amora czy Doom na przykład!
— Poradziłbym sobie z nimi — powiedział złowrogo Loki. — Ostatnią rzeczą, jakiej pragnę czy potrzebuję, są śmiertelnicy tacy jak ty, przychodzący mi na pomoc!
— Wcześniej ci to jakoś nie przeszkadzało.
— Ale teraz i owszem. — Walcząc z własnymi kończynami, żeby zmusić je do skoordynowanej pracy, Loki powoli, stopniowo podniósł się na nogi. Kiedy Tony znajdował się w zbroi, byli tego samego wzrostu, więc teraz mógł groźnie patrzeć mu prosto w oczy. — Nie trudź się z powodu błędnego mniemania, że moja wcześniejsza oferta wciąż jest aktualna.
Tony przewrócił oczami.
— Na serio myślisz, że wleciałem w waszą sprzeczkę z powodu jakiegoś ukrytego motywu? Doszedłem do wniosku, że Doom pierze ci tyłek, bo dałeś mi jego schematy. Hej, jeśli się myliłem, po prostu potraktuj to jako bezpłatną przysługę. Naprawdę nic mnie to nie obchodzi. Więc wbij to sobie do tej swojej tępej asgardzkiej głowy.
Loki wzdrygnął się.
— Nie jestem…
Ale jego wybuch został zagłuszony przez głośny trzask pękającego lodu. Ciosem zielonej magii Amora rozbiła lodowe więzienie. Jej dłonie wyrzuciły z siebie grad szmaragdowych pocisków we wszystkich kierunkach, z których kilka uderzyło w zbroję Tony'ego, podczas gdy Loki wzniósł wokół siebie cienką magiczną tarczę.
— Cóż, uroczo było z wami walczyć — powiedziała Amora, z zakłopotaniem zbierając pozostałości Skurge'a — ale mam ochroniarza, którego muszę złożyć do kupy. I wydaje mi się, że ty, Iron Manie, masz kilku wrzeszczących śmiertelników do uratowania… czyż nie? Więc lepiej się już stąd wyniosę. — Światło otoczyło jej sylwetkę, zanim tak naprawdę do Tony'ego dotarło, że wyłączył Impas (co z niego za idiota!), po czym Amora zniknęła. Teleportowała się gdzie indziej.
Z kilku miejsc w zbroi wystrzeliły ostrzegawcze iskry, kiedy sprawdzał poziom uszkodzeń. Zdał sobie sprawę, że zamontowane w stopach repulsory należy zaliczyć do niedziałających części stroju. Cholera by to wzięła.
— Nienawidzę magii — wymamrotał, tupiąc nogami bez większych efektów. — Wydaje się, że dzisiaj jadę do domu stopem.
— Stark — powiedział za nim Loki słabo. — Sugeruję… żebyś zaczął się szybko poruszać.
Tony obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i, zerkając w stronę, w którą patrzył Loki, szukał problemu. Nie zauważył go od razu; a przynajmniej nie do chwili, w której usłyszał głośny trzask czegoś ciężkiego, zaczynającego pękać.
— Lód — stwierdził Loki, idąc w jego kierunku i utykając. Wskazał na lodową wieżę, na którą wcześniej Tony prawie wleciał. — Iglica zaraz spadnie.
Lęk związał wnętrzności Tony'ego w jeden wielki supeł.
— Wprost na ludzi bawiących się w wesołym miasteczku, których SHIELD, do jasnej cholery, nie ewakuował… — Zaczął biec w jej kierunku, w myślach obliczając prędkość upadku podzieloną przez siłę wiatru i odległość od straganów. Jeśli spadnie w jednym kawałku, to (kurwa mać) uderzy wprost w czubek diabelskiego koła. Diabelskiego koła pełnego dzieciaków. Które nie mogły nawet uciec…
A on nie mógł latać. Repulsor w klatce piersiowej był zdezaktywowany. Jedynym, co jeszcze funkcjonowało w jego zbroi, były dwa działka w przedramionach i repulsory w dłoniach, a to za mało, żeby zmusić iglicę do upadku w drugą stronę. Tony z powrotem zatrzasnął swoją maskę.
— Iron Man do SHIELDu, no dalej, odezwijcie się! Fury, musisz zniszczyć lodową wieżę, jeśli spadnie, roztrzaska diabelski młyn… Fury, odezwij się! Walnij w nią tymi waszymi działami!
— Sprzeciw — odparł Fury. Brzmiał, jakby od ich ostatniej rozmowy przybyło mu z dziesięć lat. — Nasza amunicja… jest zbyt potężna. Wiesz o tym. Zniszczylibyśmy więcej niż tylko wieżę. Masz teraz czyste kanały, żeby zebrać zespół, ale Thor jest w Nowym Meksyku. — Krótka pauza. — Iron Manie…
— Nawet nie próbuj tego powiedzieć — prychnął, biegnąc tak szybko, jak tylko mógł po lodzie. — Wielkie dzięki za nic, kupo biurokratycznego gówna. — Rozłączył się, jak tylko dotarł do postawy wieży, z której odpadały wielkie bryły lodu. Chwiała się lekko, a pęknięcia biegły we wszystkich kierunkach. Ale Tony widział to. Widział, że kiedy się złamie, spadnie dokładnie w tym kierunku, w którym znajdowali się cywile.
Obejmując ją ramionami, przygotował się na wysiłek. Mimo że wiedział, że obecny poziom mocy stroju był zbyt niski, żeby zupełnie ją powstrzymać, Tony popchnął.
Z głośników helicarrieru zaczęła wyć syrena, a światła reflektorów skierowały się na teren wesołego miasteczka. Ludzie zaczęli wrzeszczeć, kiedy zabrzmiał sygnał do ewakuacji, prawdopodobnie myśląc, że to początek Trzeciej Wojny Światowej. Dostrzeżenie spadającego z nieba olbrzyma nakłoniłoby do odczuwania bojaźni bożej każdego nic nie podejrzewającego obywatela.
Wbijając stopy mocno w pokrytą lodem ziemię, żeby wzmocnić chwyt, Tony naparł silniej na lód, ale mimo to wciąż czuł trzask powstających na nim pęknięć. Wieża miała siedemdziesiąt stóp wysokości i szerokość małego domku, więc jej upadek nie będzie przebiegał spokojnie. Jako że zbroja, którą miał na sobie, była w znacznym stopniu wyssana z energii, Tony nie dysponował obecnie nawet częścią swojej zwykłej siły. Gdyby wciąż miał możliwość lotu, uziemienie przechylonej w jedną stronę wieży nie byłoby aż taki wielkim problemem. Czyżby Amora zaplanowała to sobie w ten sposób?
Dotarło do niego, że znajduje się po niewłaściwej stronie wieży dopiero wtedy, kiedy jej powierzchnia pękła ostatecznie. I teraz, gdy bryła lodu zaczęła spadać, spadała także na niego. Potem poczuł, jak mechanizmy zbroi wybuchają, sięgając swoich ograniczeń i próbując je przekroczyć. Woda dostała się do wnętrza stroju, a poziom mocy niemalże sięgnął zera.
— Cóż, to dopiero porąbany sposób na śmierć — wymamrotał, kiedy spadający lód zaczął się do niego zbliżać. Tony zamknął oczy.
Upadek został powstrzymany przez trzask lodu uderzającego o lód.
— Czemu zawsze sam muszę się wszystkim zajmować? — wysyczał mu wprost do ucha zmęczony głos. Tony drgnął i spojrzał w stronę Lokiego, który podpierał rękoma ścianę lodu, powstrzymując ją przed upadkiem całą siłą, jaką jeszcze miał. Jest silny, pomyślał oszołomiony Tony, zupełnie jakby wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy. To oczywiste, że Loki był silny, ostatecznie w niczym nie przypominał człowieka. I pomagał.
Adrenalina zalała żyły Tony'ego, kiedy ponownie zaparł się stopami o zlodowaciałą ziemię, napierając na lód, jakby zależało od tego jego życie. Ale niewiele to dało. Moduły, odpowiedzialne za zwiększanie siły osoby mającej na sobie zbroję, nie działały.
— Nie mogę tego przepchnąć… ale mogę podziurawić. Loki, dasz radę to utrzymać?
Loki otworzył usta, odsłaniając zęby i zacisnął powieki, napinając mięśnie ramion.
— Załatw to szybko, Stark. Nie mogę już używać magii.
— Tak szybko, jak tylko mogę — obiecał Tony i otworzył z powrotem swoją maskę, żeby móc lepiej widzieć. Puścił bryłę lodu i zaczął ślizgiem okrążać wieżę, jednocześnie próbując nie słyszeć okrzyku wyczerpania, który wydał z siebie Loki, kiedy cały ciężar spadł na jego barki. Tony skierował całą pozostałą mu jeszcze moc do repulsorów w rękach i wystrzeliwał z nich raz za razem niemalże z przyłożenia.
Lód zaczął latać we wszystkich kierunkach, ale Tony nie przestawał. Jeśli pozbędzie się wystarczająco dużej ilości ciężaru z tej strony, Loki będzie w stanie odepchnąć wieżę od tłumu. Dlatego Tony robił, co mógł, mimo że jego repulsory zamigotały i zdechły, jak płomień świecy, której skończył się knot. Kiedy ostatecznie padły, zaczął kopać rękoma. W tym celu odrywał jeden z naramienników i używał go jak szufli. Gdy ten wygniótł się tak, że nie nadawał się już do naprawy, po czym rozpadł się na części, zaczął kopać w środek olbrzymiego wyżłobienia. To musiało zadziałać. Musiało.
Ostatecznie, po czasie, który wydawał się mu wiecznością, usłyszał, że Loki z trudem łapie oddech. Skrzypienie przesuwającego się w poziomie lodu zabrzmiało w uszach Tony'ego niczym muzyka. Po czym wieża kontynuowała swój majestatyczny upadek, w czym tym razem nikt już jej nie przeszkadzał.
Kiedy ta cholerna budowla pękła na trzy ogromne części, czyjaś ręka złapała jego własną i dość boleśnie wyciągnęła go spomiędzy brył lodu. Zbyt boleśnie, jak się okazało, gdy Tony grzmotnął w skuty lodem grunt, a czyjś ciężar opadł na jego klatkę piersiową. Loki. Sekundę później nagle obudził się napęd w zbroi Iron Mana, odpychając ich od rozpadającej się iglicy, kiedy ślizgiem jechali po lodzie i kamieniach.
Ostatecznie kawałki walącej się wieży uderzyły tylko w drzewa i resztki zniszczonego Doombota. Wesołe miasteczko pozostało nietknięte.
Tony i Loki w końcu zatrzymali się niedaleko otoczonych kordonem policyjnym barierek wyznaczających teren wesołego miasteczka, gdzieś w okolicy straganów z jedzeniem. Ściągając kask z głowy skostniałymi palcami, Tony z trudem łapał oddech. Spojrzał na granatowe nocne niebo.
— Czyżbyś przesurfował mnie w bezpiecznie miejsce?
Loki, wciąż rozłożony na jego klatce piersiowej, machnął dłonią w trudny do interpretacji sposób. Tony doszedł do wniosku, że oznaczało to odpowiedź twierdzącą.
— A podobno skończyła ci się magia.
Loki z trudem uniósł głowę tylko po to, żeby spiorunować go wzrokiem. Tony przełknął ślinę.
— Ta, jasne, masz rację. — Przekręcając biodra, zrzucił z siebie Lokiego, który opadł na plecy tuż obok niczym pozbawiony kości worek kończyn.
Nie mając sił na wymyślenie czegokolwiek, co mógłby powiedzieć, Tony po prostu zagapił się w niebo, próbując złapać oddech. Loki chyba podjął taką samą decyzję. Tony zastanawiał się nad zapytaniem go, dlaczego zadał sobie cały ten trud i uratował grupkę ludzi, którymi się nawet nie przejmował, ale nie był w stanie zrozumieć, z jakiego powodu powinien o to pytać. W każdym razie nie w tej chwili. Loki ich ocalił i to mu wystarczało. Poza tym najprawdopodobniej była to kolejna z jego prób spłaty długów.
Po czasie, który zdawał się być godzinami, choć pewnie minęło zaledwie kilka minut, kilkanaście małych główek pojawiło się w jego polu widzenia.
— Iron Man?
— Hej, Iron Manie, hełm ci spadł!
— Hej, Loki! Jesteś złolem!
— Iron Manie, chcesz mojego popcornu?
— Tamta kałuża wygląda jak siki.
Zerknął na nie z trudem. Cholerne dzieciaki.
— To olej hydrauliczny, więc nie, nie zsikałem się. Niech mi ktoś pomoże usiąść. — Podniesienie go wymagało pomocy pięciu szkrabów i jednego niesamowicie zdenerwowanego sprzedawcy popcornu, ale ostatecznie jakoś tego dokonali. Tony obrócił się i zerknął na Lokiego, który był biały jak prześcieradło i patrzył na niebo złym spojrzeniem, jakby mu coś zrobiono.
— Nie możesz się poruszyć, no nie?
Usta Lokiego wykrzywił grymas.
— Nie… jak na razie.
Tony prychnął, po czym wyciągnął w jego kierunku dłoń i złapał go za ramię, ale też miał problemy z poruszaniem się. Pozbawiona zasilania zbroja była niezgrabna i zmieniała się w piekło dla każdego, kto chciałby się w niej chociażby podnieść. Ale na całe szczęście posiadał małą armię dzieciaków, które zdawały się nie bać niczego, i razem stanęły za Lokim, popychając go do pozycji siedzącej.
— Zabierzcie ode mnie te małe lepkie łapy — wysyczał Loki, ale nic im nie zrobił. Co pewnie wiązało się z faktem, że wyglądał, jakby miał zaraz się przewrócić i umrzeć.
— Rozejść się, dzieci — zabrzmiał znany im głos z odległości kilku stóp. Agent Coulson. — Była syrena. Idźcie znaleźć swoich rodziców.
— Jebać policję! — odwrzasnął jeden z dzieciaków, ale całe stadko posłusznie odbiegło z chichotem w stronę wesołego miasteczka, szepcząc głośno pomiędzy sobą. Tony usłyszał, jak Loki prycha niemalże z rozbawieniem.
Wyraźnie niewzruszony Coulson spojrzał na nich obu z góry. Tony wiedział, że jego zbroja po raz kolejny wyglądała, jakby nadawała się na złom, brakowało jej kilku części, była podziurawiona (skutek oberwania magicznymi pociskami), a poza tym pognieciona i odrapana. No i nie był tego do końca pewien, ale wydawało mu się, że jeden z tych smyków ukradł jego rozwalony hełm.
Knykcie Lokiego pokrywała krew, a włosy opadały mu na twarz w cienkich strąkach, przez co wyglądał niemalże na wyniszczonego. Taka była cena ostatecznego wyczerpania zasobów magii. Pod oczami miał olbrzymie cienie, a jego tęczówki iskrzyły się zjadliwą zielenią. Jego skórzane ubranie było podarte i, rzecz jasna, pokryte lodem. Podsumowując, obaj wyglądali beznadziejnie.
— Przyszedłeś, żeby wrzucić nas do paki? — zapytał sucho Tony. — Daj mi to powiedzieć jako pierwszemu: jeśli spróbujecie to zrobić, pożałujecie.
Coulson przyjrzał mu się spokojnie.
— Otrzymałem rozkaz, aby was zaaresztować, jeśli pojawi się taka możliwość. — Przesunął się lekko, zerkając to na Tony'ego, to na Lokiego. — Na całe nieszczęście żyjemy w epoce Internetu, do którego wrzucono już liczne amatorskie nagrania. Dokładniej mówiąc, nagrania, na których jeden z naszych najniebezpieczniejszych przestępców ratuje wesołe miasteczko pełne dzieci ramię w ramię z Iron Manem we własnej osobie.
Loki popatrzył na niego gniewnie.
— Zapewniam, że to był wypadek przy pracy, nic więcej.
Coulson uśmiechnął się do nich łagodnie.
— Obecnie nie ma to znaczenia. SHIELD nie potrzebuje zainteresowania mediów. Jeszcze nie teraz. Miłej nocy, panowie. — Obrócił się na pięcie i odszedł w tę samą stronę, z której przybył, zatrzymując się tylko po to, żeby zrobić telefonem kilka zdjęć roztrzaskanej wieży lodowej.
Cóż, to poszło lepiej, niż oczekiwał. Tony wciąż był w jednym kawałku i wciąż na wolności, nawet jeśli zniszczył kolejny strój. Zbroję zawsze mógł spróbować naprawić lub zbudować od nowa. A Thor znowu zacznie go uwielbiać niczym jakiś zakochany kundel, kiedy usłyszy, że właśnie uratował tyłek jego malutkiego braciszka. Biorąc to wszystko pod uwagę, życie prezentowało się całkiem nieźle.
— No, to jesteś teraz bardzo nieudolnym złym facetem — zauważył Tony, zerkając na kupki śnieżnej breji i lodu. — Biorąc po uwagę, że inni obdarzeni supermocami przestępcy skopali ci tyłek, a potem ocaliłeś grupkę dzieci na diabelskim młynie.
— Nie przypominaj mi o tym — odparł ochryple Loki, odchrząkując, żeby zmusić głos do współpracy. — Chociaż podtrzymuję, że poradziłbym sobie z nimi bez twojej ingerencji.
— Cóż… Wydaje mi się, że nigdy się tego nie dowiemy — stwierdził Tony dyplomatycznie, mimo że nie był w stanie nie uśmiechnąć się sceptycznie.
— W rzeczy samej — powiedział Loki chłodno. Pochylił się nieco, wpatrując się w swoje nogi, jakby nie był pewien, czy już da radę nimi poruszyć. Kiedy Tony go obserwował, coś w końcu zrozumiał.
— Ścigali cię przez cały ten czas, no nie? Dlatego ostatnio nie dawałeś znaku życia. — To by wiele wyjaśniało. Nietypowo spokojne miasto, przeciągająca się nieobecność Lokiego, wycofanie się Dooma z terenu, na którym zazwyczaj działał. Loki potaknął krótko.
— Tak. Amorze udało się skutecznie umieścić na mnie zaklęcie śledzące, a nie miałem czasu na popracowanie nad nim w spokoju, więc nie mogłem go złamać. Przez trzy i pół miesiąca przeskakiwałem z kontynentu na kontynent, mając ją na ogonie. Doom dołączył do pościgu, kiedy doszedł do wniosku, że to rzeczywiście ja skopiowałem jego schematy. — Oczy Lokiego zwęziły się w szparki. — Nie mając żadnego dowodu, pozwolę sobie zauważyć. Aż do dzisiejszej nocy, jak podejrzewam.
Ręcznie wyswobadzając się ze zbroi, Tony rozłożył ją na części i rozpoczął długi proces odczepiania jej od swojego ciała. Loki uniósł jeden z fragmentów chroniących ramiona, obrócił go w dłoniach i przycisnął palce do jego wnętrza z wyrazem niechętnej ciekawości.
Prawdę mówiąc, w trakcie wydobywania się z puszki Tony zauważył, że Loki podniósł całkiem sporo metalowych części, które koło niego upadły, i uważnie im się przyjrzał. Kiedy jego palce pokrył olej hydrauliczny, powąchał go raz, po czym zlizał kroplę z kciuka. Właśnie wtedy Tony przez przypadek upuścił sobie na stopę przeznaczony do chronienia klatki piersiowej element pancerza.
Ostatecznie udało mu się wydostać ze zbroi, zostając w prążkowanym czarnym body i butach za kostkę na cienkiej podeszwie. Oczy Lokiego przyglądały się każdemu szwowi, ale wielokrotnie zahaczały o reaktor łukowy. Cóż, pod tym względem zupełnie nie przypominał Thora, pomyślał Tony ironicznie. Nauka i technologia zdawały się go faktycznie intrygować.
— Powiedz mi, co to robi — zażądał nagle Loki, podciągając pod siebie nogi i wstając. Potknął się tylko jeden raz. — Obiecałeś, że mi to powiesz, wtedy, w tamtej nędznej celi.
Tony zawahał się, po czym wzruszył ramionami.
— Podtrzymuje mnie przy życiu — powiedział, nie patrząc na niego. — Ale wydaje mi się, że znałeś odpowiedź, zanim zapytałeś. I to tyle, nie ma nic więcej do powiedzenia.
— Zawsze jest coś więcej.
— Cóż, nie ufam ci wystarczająco, żeby to zrobić.
Loki zamilkł po usłyszeniu takiej odpowiedzi, ale nie wyglądał na obrażonego. Kiedy Tony zwalił niepotrzebne części zbroi na wysoki stos, Laufeyson zapytał, choć wydawało się raczej, że pytanie samo wymknęło mu się z ust, jakby nie mógł go w nich utrzymać:
— Czy… czy potrzebowalibyście czarnoksiężnika?
Tony rzucił mu spojrzenie pełne niedowierzenia.
— Oj, daj spokój. Nie urodziłem się wczoraj. Nienawidzisz nas!
Loki przełknął ślinę. Po raz pierwszy, od kiedy Tony go spotkał, wyglądał, jakby był odrobinę zdenerwowany.
— Tak — przyznał, po czym pokręcił gniewnie głową. — Nie. To… skomplikowane. Rzeczy nie wyglądają teraz tak jak kiedyś. Ścigają mnie ci sami wrogowie, którzy chętnie widzieliby cię martwym, Stark. Patrząc na to z tej perspektywy…
— Chcesz z nami współpracować — powiedział wolno. — Ale nie jako Avenger. I chcesz też ochrony.
— Nie bądź śmieszny — prychnął Loki z niesmakiem. — Ochrony? Przecież…
— Impas — przerwał mu głośno Tony, zupełnie zagłuszając jego słowa. — Widziałeś, co może zdziałać. Dlatego to robisz. Potrzebujesz miejsca, w którym mógłbyś odzyskać siły. Jesteś wyczerpany… jeśli zaatakują cię jeszcze raz z taką siłą, dadzą radę zabić cię trzy razy, zanim twoje martwe zwłoki dotkną ziemi i zdajesz sobie z tego sprawę.
Loki popatrzył na niego szeroko otwartymi oczami, jego klatka piersiowa falowała gniewnie. Otworzył usta, żeby zaprzeczyć, ale nie powiedział ani słowa. Po kilku chwilach jego zielone oczy zmatowiały, a ramiona opadły, jakby zostały obarczone ogromnym ciężarem. Parsknąwszy krótkim, gorzkim śmiechem, Loki dygnął z gracją.
— Dziękuję za usługi dzisiejszej nocy, Tony Starku — powiedział spokojnie, jakby wcale nie znajdował się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Po czym elegancko obrócił się na pięcie i ruszył w kierunku rozpościerającej się przed nimi ciemności. Być może prosto w ramiona śmierci, serio.
Tony pozwolił mu przejść połowę terenu wypełnionego śniegiem i błotem, zanim zawołał:
— Wiesz, tak naprawdę nie powiedziałem nie!
Loki zamarł wpół kroku, po czym zaczął kląć w jakimś dziwnym języku. Tony był całkiem pewien, że wśród tych wszystkich paskudnie brzmiących wyrazów usłyszał też swoje imię.
Zerkając przez ramię, zauważył grupkę przerażonych i zafascynowanych jednoczenie dzieciaków, które zgromadziły się wokół barierek postawionych przez policję.
— Któryś z was ma może komórkę na zbyciu? Darmowa część zbroi dla każdego, kto… dobra, dobra, tylko nimi we mnie nie rzucajcie. Chryste.
Wybierając numer głównej linii bazy Avengersów, puścił oczko do Lokiego, który szedł z powrotem w jego kierunku i wyglądał na zirytowanego.
No dobra, pomyślał Tony radośnie, kiedy odebrała Natasza, zapowiada się niezła zabawa.
