Ponownie ogromne podziękowania dla moich wspaniałych bet, dla Puszki, która pomogła mi wybrnąć z jednego żartu językowego (ale drugi to już tylko i wyłącznie moja sprawka!), służącej pomocą Mit oraz wam — za wszystkie komentarze.

Dziękuję za trzymanie kciuków :) Egzamin, cóż… W poniedziałek nie dotarłam na czas do centrum egzaminacyjnego (kochamy pociągi, no nie?), wobec czego zdawałam w sobotę i powiem tyle: teoria za mną, na praktykę idę się jutro ponownie umówić.

A od wtorku matury próbne. :/

Jak można się było spodziewać, propozycja, by Loki wprowadził się tymczasowo do rezydencji, nie została przyjęta zbyt ciepło.

Clint opluł się kawą, po czym dosłownie wspiął się na krzesło, krzycząc i pokazując na nich palcem, ale Tony przypisał to w znacznej mierze ZZS/Jarvisowi, który wszedł z nimi do salonu i poradził Bartonowi, żeby następnym razem wcześniej użył statku gwiezdnego.

Natasza, Bruce i Steve stworzyli zgodne trio dezaprobaty i gniewu. Po czym zmienili się w mniej zgodne trio składające się z Nataszy, Hulka i Steve'a, a w pokoju stało się na dłuższą chwilę trochę głośno i trochę zielono. Tony zrobił, co mógł, żeby ich przekonać, używając haseł takich jak „wspólny przeciwnik", „wymiana informacji" oraz „przynajmniej udawajcie, że macie jaja — to nie było do ciebie, Wdowo". Ale jako że na miejscu nie było Thora, który by go wsparł, Tony mógł walczyć z ich argumentami tylko za pomocą swoich własnych oraz nagrań z wiadomości telewizyjnych, w których pokazywano, co wydarzyło się wcześniej tego dnia.

Ze swojej strony Loki najzwyczajniej w świecie oglądał cały ten spektakl z przeciwnej strony pokoju, krzyżując ręce na piersiach i opierając się o ścianę, żeby nie upaść. Z jego wyrazu twarzy nie dało się niczego odczytać.

— No dobra, pomógł pozbyć się bryły lodu, którą sam stworzył, wielkie mi coś, cholera jasna — powiedział Clint. Wycelował w Lokiego palcem. — Jak mam, u licha, spać, wiedząc, że może nagle się pojawić w mojej sypialni i poderżnąć mi gardło w środku nocy?

— Clint, uważasz, że wszyscy próbujemy ci poderżnąć gardło w środku nocy — przypomniał mu Tony. — Wliczając w to Nataszę. Hej, ludzie, nie każę wam mu ufać. Ale od miesięcy wiedział, jak się tu dostać i jeszcze nas nie zabił. A do tego już wcześniej podawał nam ważne informacje. Atak Amory na przyjęciu charytatywnym, Doombot, coś wam świta w głowach?

— Nie lubić magii — zawarczał uparcie Hulk. — Hulk rozwalić głupiego magika.

Tego pierwotnie chciał Fury — stwierdziła Natasza, mrużąc oczy z namysłem. — Informacji. Po prostu nie musieliśmy go torturować, żeby je dostać. — Ale Steve tylko pokręcił głową, a jego oczy pociemniały.

— Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że zamierza zdradzić nam wszystkie swoje sekrety. Chyba że się mylę, Loki?

Słysząc swoje imię, Laufeyson przechylił głowę i przyjrzał się uważnie Steve'owi.

— Ależ to zależy, Kapitanie.

Steve zacisnął szczękę.

— Od czego?

Loki przyjrzał się krwi znikającej ze swoich knykci.

— Od tego, czy agentom HYDRY pracującym dla SHIELDu uda się czy też nie znaleźć substancję odwracającą działanie twojego serum, zanim będę mógł wyjawić ci moje… sekrety.

Wszyscy spojrzeli na niego kompletnie zaszokowani. Nawet Clint nie miał chwilowo nic do powiedzenia. Steve zbladł lekko, po czym pokręcił głową.

— To nieprawda. HYDRZE nie udało się przeniknąć do struktur SHIELDu. Wiedzielibyśmy o tym. Kłamiesz — powiedział chrypliwie.

Loki uśmiechnął się, przyglądając się swoim paznokciom.

— Tak sądzisz? — Podniósł wzrok, żeby spojrzeć na Steve'a z przebiegłym uśmieszkiem. — Problem polega na tym, Kapitanie Rogers, że kiedy śledzisz zapamiętale swoją ofiarę, musisz również być świadomym istnienia tych, którzy mogą wyłonić się z cienia i skraść twoją zdobycz. Jak się to mówi w waszej midgardzkiej gwarze… Maczam palce w wielu ciemnych interesach.

Kiedy Steve zamilkł, pokonany jego argumentem i ogłuszony konsekwencjami istnienia szpiegów wewnątrz SHIELDu, Tony wiedział, że decyzja została już podjęta. Pozostali poprą Kapitana, a powrót Thora scementuje nowy plan. Tony widział to wypisane na ich twarzach, począwszy od wykrzywionego w irytacji Hulka, skończywszy na nieco sceptycznie zaciśniętych ustach Nataszy.

— Nabierzcie otuchy, Avengersi — powiedział Loki uspokajająco. — Jeśli postanowię, że jednak nie dotrzymam danego słowa, to Thor będzie pierwszym, który zginie.

Szczerze mówiąc, Clint się nieco rozchmurzył.

— To prawda.

I tak doszło do tego, że wśród Avengersów główną rolę zaczął odgrywać bóg oszustw… ale wyłącznie na ograniczony okres czasu.

Tej samej nocy Loki wkroczył do specjalnie dla niego zaprojektowanego pokoju i nie wyszedł z niego następnego ranka. Ani kolejnego. Nikt nie protestował.

Thor próbował wpakować się do środka, jak tylko usłyszał wieści o swoim bracie. W rezultacie jego dłonie pokryły się paskudnymi pęcherzami, kiedy tylko dotknął klamki. Tony posmarował je kremem na poparzenia, podczas gdy jego przyjaciel roześmiał się i przyznał, że najprawdopodobniej powinien był to przewidzieć.

Znaleźli podwójnych agentów pracujących w SHIELDzie. Nick Fury był bardzo milczący i bardzo spokojny, kiedy z czarnymi torbami na głowach i rękami skutymi za plecami zostali siłą wprowadzeni na tył uzbrojonego vana.

Tony patrzył, jak odjeżdżają.

— To co się teraz z nimi stanie?

— Proszę nie zadawać głupich pytań, panie Stark.

Stojący u jego boku Steve tylko przełknął ślinę i wbił spojrzenie w ziemię.

Tamtego popołudnia zadecydowali, że Loki może zostać w rezydencji, dopóki nie rozwiąże się kwestia Amory i Dooma.

— Mówię tylko, że minęły już cztery dni, a on ani razu stamtąd nie wyszedł. Czy on nie potrzebuje jeść? — Twarz Steve'a ściągnęła się w wyrazie niechętnej troski. — Może powinniśmy… zrobić mu kanapkę?

Biorąc pod uwagę wcześniejszą rezerwę, z jaką odnosił się do pomysłu trzymania Lokiego w rezydencji, zmienił nieco swoje nastawienie. Najwyraźniej fakt, że wielki kłamca niebezpośrednio ocalił ci życie, ma taki wpływ na człowieka. Tony mógł to doceniać, ale wcześniej nauczył się, że należy być ostrożnym wobec każdego, kto proponuje pomoc bez żadnych dodatkowych warunków. Włączając w to Lokiego. Możliwość schronienia się pod ich dachem podczas pracy nad złamaniem zaklęcia lokalizującego po prostu nie wydawała się Tony'emu na tyle opłacającym się układem, szczególnie biorąc pod uwagę przełomowe informacje, jakie Laufeyson przekazał Steve'owi. Stark doszedł do wniosku, że wciąż próbuje zrozumieć sens zawarcia takiej umowy.

— Jasne, Steve, leć mu upiec ciasto. Jestem pewien, że z radością je przyjmie.

Uśmiechając się do samego siebie z powodu zirytowanego „phi", jakie w odpowiedzi wydał Steve, Tony wyciągnął rdzeń mocy z ZZSa, położył go na stole i zaczął odkręcać pancerz wewnątrz zagłębienia w klatce piersiowej.

Odczyty, które przekazał mu Jarvis po tym, jak odłączył się od Doombota, pokazywały lekkie wahania mocy w czasie włączania i wyłączania. Drobna rzecz do naprawy — mimo całego geniuszu, jaki Doom twierdził, że posiada, jego dzieła nie były tak do końca nowoczesnym cudem. A w każdym razie nie dla Tony'ego.

Steve rzucił gazetę na stół laboratoryjny.

— Może to ty powinieneś mu upiec ciasto — zaproponował. — Według tego, co tu przeczytałem, jesteście teraz najlepszymi przyjaciółmi.

Tony szybko przejrzał pierwszą stronę gazety, jednocześnie czyszcząc szczeliny ubrudzoną olejem szmatką. Prychnął głośno, kiedy zobaczył nudny przydomek, jaki został im nadany — „dziwna para", no serio, czy w tej redakcji nie mogli się bardziej postarać i wymyślić czegoś ciekawszego? — i odłożył ścierkę, chwytając gazetę, żeby uważnie przeczytać artykuł.

W zaskakującym pokazie pracy zespołowej Iron Man i wcielony chaos, który spontanicznie powoduje zniszczenia w naszym mieście, Loki (na zdjęciu), pracowali wspólnie, aby uratować wesołe miasteczko pełne bezbronnych obywateli przed mroźnym końcem, w trakcie niemalże poświęcając własne życia."

Po prawej znajdowało się olbrzymie, nieco zbyt ostre zdjęcie Lokiego, ogromnym wysiłkiem podtrzymującego lód. Jego oczy błyszczały niesamowitą zielenią. Jak cholera, że nasz mały oswojony złoczyńca nie mógł wtedy używać magii, pomyślał Tony, kręcąc głową. Za Lokim na zdjęciu widać było blask repulsora ze zbroi Iron Mana, przez co Laufeyson był podświetlony tak, że wyglądał niczym jakiś anioł zemsty. Szczerze mówiąc, było to naprawdę dobre ujęcie, nawet jeśli Tony'emu nie przypadło szczególnie do gustu.

Mroźny koniec? Serio? Brzmi jak określenie z filmu klasy B. — Miał zamiar oddać gazetę Steve'owi, ale przemyślał to i ostatecznie rzucił ją Dummy'emu, który, rzecz jasna, jej nie złapał. — Połóż to na tamtym stole, przejrzę ją później.

— Thor powiedział, że na drzwiach jest jakieś zaklęcie, które uniemożliwia mu wejście do środka, ale i tak próbuje je otworzyć, parząc sobie przy tym ręce. — Steve westchnął. — Co przypomina mi o jednym z tych eksperymentów na myszach laboratoryjnych, wiesz? Czy biorąc pod uwagę stan jego rąk, mógłbyś przynajmniej spróbować wydobyć Lokiego z jego pokoju na pół godziny?

— Dlaczego niby ja mam to zrobić? — odparł Tony, przyglądając się obu końcom rdzenia mocy ze zmarszczonymi brwiami. — Ty mógłbyś się tym zająć.

— Lubi cię — powiedział bez ogródek Steve. — Nawet nie próbuj udawać, że nie zdajesz sobie z tego sprawy. Może i ma swoje powody, żeby sprzedawać informacje Avengersom, ale wydaje mi się, że chce, żebyś go polubił.

Tony zaśmiał się krótko.

— Dlaczego natychmiast wyobrażam sobie, że niedługo zacznie zostawiać martwe ptaki na mojej wycieraczce? Steve, on mnie nie lubi, on mnie po prostu nie nienawidzi, a biorąc pod uwagę, ile rzeczy mu ostatnio cholernie nie poszło, no nie wiem… Amora ujęła to najlepiej: wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Poza tym pamiętaj, że raz usiłował wypatroszyć mnie sztyletem.

— Czy mógłbyś przestać nam o tym przypominać? — jęknął Steve. — W każdym razie Thor twierdzi, że to taki wyraz miłości z jego strony. Po prostu upewnij się, że Loki żyje, dobrze? Zrób to dla swojego starego kumpla Kapitana Ameryki.

Tony popatrzył na niego z potępieniem.

— Nie mieszaj w to mojej dziecięcej obsesji na twoim punkcie.

— Pozwolę ci dotknąć mojej tarczy — przymilał się Steve, poruszając znacząco brwiami.

— Dobry Boże. — Tony wiedział, że przegrał. Nikt nie był w stanie obronić się przed urokiem Steve'a Rogersa, usiłującego robić dwuznaczne aluzje. — W porządku, zrobię to.

— Dziękuję, Tony — powiedział z wdzięcznością. — Naprawdę.

— Jasne, jasne. Ale gdybyś na serio chciał odpowiednich rezultatów, powinieneś był powiedzieć, że własnoręcznie wypolerujesz mój hełm.

Jak można było przewidzieć, policzki Steve'a przybrały kolor dojrzałej wiśni. Jednak jednocześnie usiłował powstrzymać śmiech, więc Tony postanowił zaliczyć to do swoich zwycięstw w ich prywatnym rankingu. Na razie nie mógł go sprowokować do powiedzenia niczego gorszego niż „dureń" czy „psiakrew", ale miał nadzieję, że dwudziesty pierwszy wieko ostatecznie zdeprawuje Steve'a. Z drobną pomocą ze strony Tony'ego, rzecz jasna.

— Jestem pewien, że w zeszłym tygodniu widziałem coś takiego w jednym z komiksów w Internecie — oświadczył, kręcąc głową. — A tak na serio, dziękuję. Obecnie martwię się o Thora bardziej niż o kogokolwiek innego. Ostatnio wygląda jak porzucony psiak.

I czy to nie była prawda? Za każdym razem, kiedy Tony widział ich lokalnego boga piorunów na korytarzu, ten wyglądał, jakby ktoś właśnie podwędził mu pieniądze na drugie śniadanie.

— Wydaje mi się, że narobił sobie trochę idealistycznych złudzeń dotyczących tego, co dla ich małej rodzinnej separacji oznacza to, że Loki pozostaje w rezydencji. — Przez co Loki najprawdopodobniej zrobił wszystko, co tylko mógł paskudnego, żeby wyprowadzić go z błędu.

Wkładając z powrotem rdzeń mocy do klatki piersiowej ZZSa, Tony podłączył go na obu końcach i przymocował z powrotem pancerz ochraniający źródło mocy i zatrzasnął go, dokręcając po kilka śrubek w każdym jego kącie.

— Jarvis, podłącz się do niego i daj mi szybki skan diagnostyczny.

Tak jest, proszę pana. — Oczy ZZSa zabłysły na żółto, kiedy połączenie zostało nawiązane, po czym robot zaczął się poruszać tak, że wszystkie jego stawy pracowały równocześnie.

Nawet będąc tak absolutnie świadomym własnego geniuszu jak był, Tony wciąż trochę nie mógł uwierzyć w to, że jego domowa Sztuczna Inteligencja może chodzić i mówić z własnej woli. A Jarvis zrobił to wszystko z marszu. Nie mógł się ponownie podłączyć, póki Tony wyraźnie nie powiedział mu, że jest w stanie to zrobić, a nawet wtedy protokół walki pozostał całkowicie uszkodzony. Jednak samo obserwowanie, jak robi kółka dookoła stołu, wydawało mu się sceną wyjętą z filmu science fiction.

Skan diagnostyczny gotowy. Nie pojawiły się wahania mocy. Dobra robota, proszę pana.

— Super. Odłącz się od ZZSa i zamknij dla mnie warsztat. Koniec na dzisiaj.

Miał aspołecznego czarnoksiężnika do zirytowania.

Steve odprowadził go aż do głównego holu, po czym wrócił mu zdrowy rozsądek i dzielny Kapitan Ameryka skierował się do kuchni, przepraszając Tony'ego i wykręcając się jakąś wymówką na temat tego, że jest już dwudziesta, a on jeszcze nie jadł kolacji. Tony tak naprawdę nie mógł go winić, ale i tak zaklął.

Ostatecznie znalazł Thora opierającego się o ścianę naprzeciwko drzwi do pokoju Lokiego, marszczącego brwi z kontemplacją. Obie jego ręce pokrywały grube białe bandaże. Wyprostował się, kiedy zobaczył Tony'ego, po czym groteskowo schował dłonie za plecami.

— Steve mi powiedział — rzucił Tony zamiast normalnego powitania. — Chcesz mi powiedzieć, dlaczego to sobie robisz?

Thor otworzył usta, po czym natychmiast je zamknął, obronnie krzyżując ramiona na piersiach.

— Jeśli nie będę tego robił, pomyśli, że nic mnie nie obchodzi. Wolałbym raczej znosić ból kilku poparzeń niż być przyczyną takich myśli u mojego brata — powiedział, unosząc uparcie brodę. — Moje ręce się uleczą.

W tym samym momencie Tony poczuł, jak zwiększa się jego przywiązanie do tego członka zespołu. Jego zawzięta wytrwałość była urocza, w daremny, beznadziejny sposób. Opuściła go część skąpego oburzenia, jakie czuł na myśl, że to on musi iść i zmusić Lokiego do opuszczenia swojej jaskini. Kiedy był w warsztacie, pochłonięty ulepszaniem ZZSa i naprawą stroju, Thor pukał do drzwi brata, choć wiedział, że nikt mu nie odpowie. Mimo to pukał dalej.

— Thor, jesteś dobrym facetem — powiedział Tony, zaskakując tym samego siebie. — Ale moim zdaniem obwiniasz się bardziej niż na to zasługujesz. Loki o tym wie i jest wystarczająco paskudnym dupkiem, żeby pozwolić ci tkwić w tym stanie. Idź się zobaczyć z Jane albo coś takiego. Rozerwij się.

Thor wyglądał na niezdecydowanego.

— Prawdą jest, że… nie widziałem Jane od kilku dni — przyznał. — Być może krótka wizyta…?

— Jak dla mnie bomba. Pozdrów ją ode mnie.

— Uczynię, co mówisz, Tony Starku. — Zmierzając w stronę holu, Thor nagle się zatrzymał i zerknął przez ramię. — Darcy wyraziła swe zainteresowanie twoją osobą, a więc… Czy mógłbym także jej przesłać ukłony od ciebie?

— Thor, ona próbowała dodać mnie do rodziny na facebooku jako dziadka.

Thor wyglądał na rozbawionego.

— Powiem jej więc, iż powziąłeś wielką urazę z powodu jej beztroskiego żartu.

— Zrób tak. — Tony obserwował, jak Thor odchodzi, z roztargnieniem zauważając, jaki kontrast stanowiły jego zawinięte w bandaż ręce na tych czerwonych firanek, które uparł się nosić. To Steve zadawał sobie trud owijania opatrunku dookoła jego palców. Musiał mieć naprawdę dosyć zabawy w pielęgniarkę. O, i to się nazywa niezłe wyobrażenie!

Kiedy Thor zniknął z zasięgu wzroku, Tony odwrócił się z powrotem do drzwi sypialni Lokiego. Minęło cztery i pół dnia, a on nawet nie pisnął. Połowa Tony'ego zastanawiała się, czy Laufeysonowi udało się uciec przez okno. Druga połowa podejrzewała, że umarł w środku. Ale zaklęcie wciąż działało, a Jarvisowi nie udało się wykryć niczego wewnątrz, więc Tony'emu nie pozostawało inne wyjście.

Zdjął but ze stopy, po czym rzucił nim w drzwi tak mocno, jak mógł. Uderzył w drewno z głośnym hukiem, po czym odbił się od niego w jednym kawałku. Interesujące.

Wygładzając gazetę, którą wziął ze sobą, Tony ukląkł, wyciągnął długopis i obok tytułu poświęconego im artykułu nagryzmolił „przestań udawać zardzewiałego pustelnika". Następnie wsunął gazetę pod drzwi i popchnął ją tak daleko, jak mógł.

No i po robocie, pomyślał radośnie, zakładając z powrotem but. Po czym obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i wrócił do swoich apartamentów, żeby wziąć prysznic. Nikt nie mógł powiedzieć, że Tony nie wyciągnął do Lokiego gałązki oliwnej. Thor wreszcie opuścił rezydencję, Steve nie będzie na niego spoglądał tym swoim rozczarowanym spojrzeniem, a Tony'emu mimo wszystko uda się spędzić wieczór we względnym spokoju. Taki mało pozbawiony znaczenia szczegół, jak fakt, że Loki tak naprawdę wcale nie opuścił swojego pokoju, pokaże po prostu, że Tony miał rację. Być może wreszcie wszyscy dadzą mu spokój i przestaną udawać, że on i Laufeyson są od teraz psiapsiółkami.

Pół godziny później Tony był świeżo po kąpieli i na bosaka wędrował w kierunku kuchni, nieobecnie drapiąc bliznę. Przeglądał wstępne projekty na tablecie. Odrzutowce nie stanowiły jego mocnej strony, ale nie miał też z nimi więcej problemów niż z innymi rzeczami, które opracowywał.

Kiedy wszedł do środka, Steve zerknął na niego, bez słowa napełniając głęboki talerz czymś z patelni, stojącej wcześniej na płycie grzewczej. Przesunął go w stronę Tony'ego po stole, po czym szybko położył obok niego widelec.

— Zrobiłem tego zdecydowanie za dużo — wyjaśnił Steve. — A ty jesz zdecydowanie za mało. Szkocka nie stanowi odrębnej grupy pokarmów. Na patelni jest więcej, gdybyś chciał, tylko pozmywaj, jak skończysz. Ja idę pod prysznic.

Tony wbił widelec w górę jedzenia, która składała się w znacznej mierze z genialnie wyglądającego makaronu i kurczaka.

— Hej, jem akurat tyle, ile trzeba, tylko nie zawsze pamiętam, że powinienem to robić regularnie. A to różnica.

— Aha — odparł Steve, wychodząc na korytarz. — Oczywiście, że jest. Jakieś wieści od Lokiego?

— Ani śladu — stwierdził Tony radośnie. — Wygląda na to, że twoja urocza teoria jest nieprawidłowa. Miłej zabawy pod prysznicem, Kapitanie.

— Spoko! — odkrzyknął Steve, w związku z czym Tony upuścił widelec z nawiniętym na niego makaronem. Cóż, niech będzie i tak.

Po tym, jak Steve zniknął, Tony zaczął odczuwać spokój panujący obecnie w rezydencji. Biorąc pod uwagę, że pokoje, w których wszyscy się zazwyczaj gromadzili, stały obecnie puściusieńkie, miał wrażenie, że cisza wsącza mu się wprost do kości. Nie była to zła rzecz, serio, ale był przyzwyczajony do ludzi kręcących się w jego otoczeniu o każdej porze. Jednak w poniedziałkowe noce nikt nie urządzał w rezydencji imprezy tygodnia, a pozostali nie pracowali w tych samych godzinach, co on.

Z tego powodu zjadł we względnej ciszy, przysiadając na stołku barowym przy ladzie kuchennej. Czuł się śmiesznie głodny, kiedy szturchał tablet i skrobał szybkie notatki na temat napędu w zależności od optymalnej prędkości lądowania. Tak, niektórzy ludzie szydełkują, a Tony Stark tworzy odrzutowce dla zabawy.

Po kolacji nalał sobie szkockiej z czystej przekory dla komentarza Steve'a o „grupach pokarmów", po czym skierował się na balkon. Noce stawały się ostatnio coraz chłodniejsze, ale niebo było czyste i wręcz iskrzyło się od gwiazd. Nie była to jego kolej na patrolowanie, jednak mimo to czuł tęskne pragnienie bycia tam, w górze, wysoko jak cholera, tak, że miasto było zredukowane do kilku małych światełek u jego stóp. Mimo wszystkich wywiadów i konferencji prasowych, na których zapewniali opinię publiczną, że Avengersi są całkowicie oddani wypełnianiu swoich obowiązków (czyli przede wszystkim chronieniu ludzi) Tony — gdyby miał choćby cień takiej szansy — wolałby spędzić większość swojego dnia w zbroi, latając tu i tam.

— Wreszcie skończyłeś ulepszać Doombota?

Tony obrócił się i zobaczył Bannera stojącego w drzwiach. W jednej ręce trzymał okulary do czytania, a w drugiej coś, co najprawdopodobniej było książką o samopomocy. Uśmiechał się niepewnie, nie wyglądając do końca na osobę, która jest u siebie i rozmawia przypadkowo z kumplem. Tony to rozumiał. Protesty Bruce'a odnośnie wprowadzenia się Lokiego do rezydencji były najbardziej wymowne, chociaż nie był bardziej wkurzony niż reszta zespołu. Od tamtej pory mieszkali z Hulkiem.

— Witaj z powrotem — powitał go Tony, unosząc szklankę w udawanym toaście. — Proszę, powiedz mi, że przeszło ci już bycie niegrzecznym i zielonym. W pobliżu nie ma Thora, więc nikt nie załata dachu, jeśli czujesz się w nastroju do rozwałki.

Bruce uśmiechnął się krzywo.

— Wydaje mi się, że teraz mam to już pod kontrolą. Chciałem tylko sprawdzić, co u ciebie, żeby się upewnić, że wszystko w porządku. — Zawahał się. — Clint próbował przyjmować zakłady, ile tym razem zajmie ci zostanie ofiarą sztyletu.

Tony pociągnął spory łyk szkockiej.

— Serio. Ile postawiłeś?

— Dziesięć dolców. — Bruce wzruszył ramionami. — Myślę, że nic ci nie zrobi.

— Daj spokój, wkurzam cię tak często jak pozostałych — prychnął Tony. — Co tak naprawdę myślisz?

— Myślę, że gdyby nie zaszył się w jakiejś dziurze w swoim pokoju, już dawno znaleźlibyśmy cię utopionego w tym twoim basenie.

— Ci ludzie małej wiary… — zażartował Tony, osuszając swoją szklankę. — Steve uważa, że on mnie lubi.

Bruce po prostu spojrzał na niego cierpliwie.

— Nie jest to niemożliwe, ale wydaje mi się, że o wiele bardziej niż ciebie lubi pole antyteleportacyjne, które stworzyłeś. On nie uważa ludzi za więcej niż pyłek na swoim ubraniu, Tony. I nigdy nie zacznie. Jest niebezpieczny, a ty powinieneś o tym pamiętać.

Kiedy Tony tylko uniósł brew w odpowiedzi, Bruce zaczął wyglądać na zakłopotanego.

— To było chyba nieco zbyt moralizatorskie z mojej strony, no nie? Biorąc pod uwagę, no wiesz… Mnie. — Wchodząc z powrotem do środka, Tony klepnął go w ramię.

— Uwierz mi, nie ma najmniejszej szansy, że w przyszłości wezmę go za możliwego sojusznika. To nawyk Thora i Steve'a, nie mój. — Tony odłożył szklankę do zlewu, po czym odwrócił się w stronę Bannera i wzruszył ramionami. — Ale dzięki za troskę.

Wciąż w oczywisty sposób wyglądając na zażenowanego, Bruce przytaknął i pożegnał się, po czym zostawił Tony'ego, który zaczął zastanawiać się nad tym, co przed chwilą usłyszał. Dlaczego wszyscy uważali, że to on jest tym chętnym do wkręcenia Lokiego do zespołu czy przekonania go do zostania z nimi na dłużej? Widział realną korzyść w uczynieniu go źródłem informacji, dokładnie tak, jak powiedział Fury. Poza tym Loki zamierzał pomóc im w pokonaniu Dooma i Amory, niekoniecznie w tej kolejności.

To od początku do końca był czysty interes.

No dobrze, może nie w stu procentach, poprawił się Tony, przypominając sobie o zimnych wargach przy swoim uchu.

Ale w każdym razie był to w większości czysty interes.

Minął kolejny dzień. Clint ustanowił kolejny zakład, tym razem o to, czy Loki zrobił sznur z prześcieradeł, po którym umknął ze swojego pokoju, opętańczo chichocząc.

Tony rzucił stówę na to, że wciąż siedzi w rezydencji tylko po to, żeby zobaczyć radosne spojrzenie Thora.

Proszę pana, istnieje coś takiego jak za dużo konserwacji. Repulsory w rękach są w optymalnym stanie.

— Wiem o tym, Jarvis. Po prostu sprawdzam, czy można wymienić kilka części.

Moim zdaniem analizuje pan to bardzo dogłębnie.

— Teraz powinieneś wypucować sobie głośniki — odparł niewzruszony Tony. — I proszę, nigdy więcej nie używaj słowa „dogłębnie". Po prostu brzmi tak brzydko, kiedy ty to mówisz.

W takim razie bardzo dokładnie, proszę pana.

— Lepiej.

Był to typowy późny środowy wieczór w życiu Tony'ego, który jak zawsze spędzał trzy piętra pod rezydencją Avengersów, w swoim warsztacie. Gdyby był szczery z samym sobą, musiałby przyznać, że nie ma za bardzo po co w nim siedzieć, chyba że do powodów można zaliczyć problemy ze snem i brak patrolu. Po raz kolejny. Na razie nie mógł tego udowodnić, ale podejrzewał, że Steve manipuluje przy harmonogramie.

W każdym razie oznaczało to tyle, że zamiast walczyć z przestępczością, która czaiła się na zewnątrz, Tony siedział rozparty w swoim krześle obrotowym, majstrując przy oddzielonej od zbroi rękawicy, jakby miało to w jego głowie jakiś sens.

— A mnie nazwałeś zardzewiałym pustelnikiem — skomentował Loki gdzieś za jego plecami. — Ośmielam się sądzić, że sprawy mają się wprost przeciwnie, nieprawdaż?

Po raz pierwszy w życiu Tony przeklął swój wrodzony nieodparty urok. Obrócił się powoli na krześle, żeby znaleźć się twarzą w twarz z Lokim.

Stał w drzwiach, opierając blade palce o obudowę. Wyglądał na zmęczonego, a przynajmniej do takiego wniosku doszedł Tony, ale mimo wszystko i tak o wiele lepiej niż pięć dni temu.

W pewien sposób wydawał się też być mniejszy. Zamiast zwykłej obszernej zbroi i skór miał na sobie ciemnozieloną płócienną koszulę, a kilka niezapiętych guzików odsłaniało kawałek jego szyi. Zerkając na jego stopy, Tony zauważył buty za kostkę i czarny zamsz. Te ubrania wyglądały jak ciuchy, które Thor preferował zakładać, kiedy nie był w pełnym rynsztunku bojowym, nie żeby miał się do tego kiedykolwiek przyznać.

Tony nie był pewien, co sądzić o tym nowej, codziennej wersji Lokiego o włosach miękko opadających dookoła twarzy i niemalże wystawionym na pokaz rozpraszająco białym gardle. Dlatego po prostu powrócił do napinania dłoni wewnątrz czerwonej rękawicy, sprawdzając, czy wszystkie stawy odpowiednio się poruszają.

— Nie rozumiem, o co ci chodzi. Moja zbroja jest w idealnym stanie dzięki regularnej konserwacji — odparł, unosząc do góry dłoń i zaciskając palce w pięść. — A poza tym to nie ja się bawię w chowanego od sześciu dni.

— Miałem zaklęcie do złamania — stwierdził Loki krótko. — Obowiązki towarzyskie mogły zaczekać.

— Jedzenie też?

— Jadłem.

Tony zmarszczył brwi.

— Co niby, meble?

Gwałtowanie odpychając się od ściany, Loki podszedł do niego. W oczach Tony'ego wyglądało to, jakby podkradał się do swojej ofiary, ale postanowił, że nie będzie odczuwał zdenerwowania. Zamiast tego skupił swoją uwagę na połączeniu metalowych części w nadgarstku rękawicy, naoliwiając go wolną ręką, żeby zniwelować zgrzytanie, jakie dało się słyszeć przy poruszaniu dłonią. Nie było takiej konieczności, ale…

Dwie chłodne dłonie oparły się stanowczo na jego ramionach. Palce Lokiego dopasowały się do krzywizn mięśni i kości, a jego kciuki przycisnęły się lekko do kręgosłupa. Mózg Tony'ego przestał działać poprawnie. Nie miał pojęcia dlaczego; nie było w tym przecież niczego intymnego. A mimo to nagle nie był w stanie znaleźć żadnego powodu, dla którego Loki miałby z własnej woli położyć na nim ręce.

— Postąpiłbyś mądrze, nie zapominając, kim jestem, Stark — wymruczał Loki, a jego kciuki wbiły się mocno w napięte mięśnie łopatek Tony'ego. — Być może moja obecność tutaj, w twoim najbezpieczniejszym podziemnym pokoju, powinna dać ci jakiś obraz tego, ile mogę.

Była to prawda; nie powinien mieć w ogóle dostępu do windy. Nie mógł się też teleportować. Thor powiedział kiedyś, że Loki potrafił przemykać się chyłkiem tak, że nawet ten ich asgardzki portier nie mógł go zobaczyć, kiedy ten nie chciał być zauważony. Tony po prostu założył, że drań teleportuje się wszędzie.

— Więc chcesz mi powiedzieć, że nie jadasz mebli? — Czyżby ktoś był pod wrażeniem? Niby kto? Na pewno nie Tony Stark. — W każdym razie domyślam się, że złamałeś zaklęcie lokalizacyjne, masz z powrotem swoją magię, a Amora nie może cię już znaleźć. Co oznacza, że niedługo będziesz stąd spadał, mam rację?

Loki wydał z siebie niski, zadumany pomruk.

— Och, tego nie jestem taki pewien.

Ręce znajdujące się na skraju pola widzenia Tony'ego nagle otoczył zielony blask, po czym poczuł, że jakaś obecność, choć nie miał pojęcia, czym była, zaczyna mu się sączyć pod skórę. Na pewien sposób było to podobne do drutu kolczastego owiniętego jedwabiem; linia o grubości cholernego włosa dzieliła jedno i drugie od posiadania zabójczego efektu. Serce Tony'ego zaczęło bić dwa razy szybciej, kiedy to dziwne wrażenie rozprzestrzeniło się po jego klatce piersiowej, poruszając się niczym palce szkieletu szukające czegoś czy badające, a może po prostu usiłujące kurewsko go wystraszyć.

Stojący za nim Loki gwałtownie wciągnął nosem powietrze i pochylił się nad ramionami Tony'ego, wpatrując się w jego klatkę piersiową, jakby widział coś więcej niż tylko niebieską poświatę wydostającą się spod czarnej koszulki bez rękawów.

— Ach, więc tak to wygląda. Zastanawiało mnie to. — Dziwne wrażenie zniknęło, a magia Lokiego przygasła. — Dookoła twojego serca znajdują się odłamki metalu.

Tony miał niezwykłe wrażenie bycia nagim, jakby odarto go z czegoś ważnego, kiedy nie patrzył. Nawet niektórzy Avengersi nie wiedzieli o nim aż tyle. Mieli tylko świadomość, że kiedy reaktor łukowy wypadnie, zaczyna się odliczanie czasu, póki ktoś nie włoży na nowego urządzenia na miejsce starego. Ale nikt jeszcze nie wydobył tej tajemnicy tak bezceremonialnie, po prostu go dotykając, zupełnie jakby była to tylko jedna z wielu pozbawionych znaczenia i nieużytecznych informacji.

— To szrapnel — odparł ostro Tony, pośpiesznie wstając. Zdjął rękawicę, po czym podszedł do miejsca, w którym leżała jego zbroja, i położył ją obok innych zdemontowanych części. Czuł zimno, ogarniające tak bardzo nieosłoniętą klatkę piersiową. — A poza tym mogłeś o to zapytać.

Loki wyglądał na trochę rozbawionego.

— Tak, ale wtedy musiałbym ci uwierzyć, że byłeś szczery.

— Z nas dwojga to ciebie nazywają Kłamcą — odparł Tony stanowczo. — Od tej pory trzymaj te swoje magiczne paluszki przy sobie. Czując się spiętym i rozzłoszczonym bardziej, niż dało się to logicznie wyjaśnić, zaczął pakować narzędzia szybkimi, zręcznymi ruchami.

To był stary rytuał i nie musiał nawet o tym myśleć, żeby zrobić wszystko poprawnie. Mimo tonie spuszczał wzroku z narzędzi, odkładając na miejsca zatłuszczone szmatki, śrubokręty i klucze do nakrętek. Resztę rzeczy zmiótł do pojemnej szuflady pod stołem laboratoryjnym, po czym zamknął ją szybkim obrotem klamki.

— Jak wszedłeś w ich posiadanie? Zostałeś zaatakowany? — zapytał stojący gdzieś z boku Loki, naciskając dalej. Czy miał pojęcie… Czy nic go, do kurwy nędzy, nie obchodziło, że stąpa po cienkim lodzie? Jasne, że nie, pomyślał Tony ponuro. Przecież nie stanowił zagrożenia dla boga. Nieważne, i tak nie zamierzał dzielić się z nim opowieścią o machinacjach Obadiaha Stane'a. Ani o jego przedwczesnym końcu.

— Wiesz, co ci powiem? — zapytał nagle, wykrzywiając usta w wymuszonym uśmiechu. — Opowiem ci o tym, skąd je mam, jeśli dowiem się, dlaczego zaczynasz błękitnieć zaczynając od rąk, kiedy używasz tej Szkatułki Starożytnego Śniegu. Nie, sekunda, zmieniłem zdanie. Lepiej mi to pokaż.

— Szkatułki Starożytnych Zim — poprawił go automatycznie Loki, ale jego głos był słaby. — I odmawiam.

Tony wzruszył ramionami.

— W takim razie podejrzewam, że masz cholernego pecha. Jarvis, zgaś światła. Skończyłem. — Wytarł ręce w ręcznik, po czym rzucił go na stół. W tym czasie fluorescencyjne światła na suficie gasły jedno po drugim, aż ostatecznie jedynym źródłem światła stało się przyćmione czerwone oświetlenie awaryjne w podłodze, które pokazywało drogę do wyjścia.

— Zdenerwowałem cię — powiedział ostrożnie Loki. Obecnie był tylko cieniem po jego prawej stronie. — Nie było to moim…

— Celem? Ależ tak, Loki. Jesteś dobry w naciskaniu odpowiednich guziczków i tym razem ci się powiodło. Więc teraz możesz wziąć swoją magię i swoje manipulacje i grzecznie się razem z nimi wynosić.

Tony usłyszał ostry wdech, ale tym, co naprawdę przykuło jego uwagę, była ręka spoczywająca teraz na jego nagim ramieniu. Była zimna jak lód.

— Stark — powiedział Loki cicho. — Na razie nie mogę jeszcze odejść. Zaklęcie zostało złamane, ale moja moc magiczna… nie została w pełni odzyskana. Chcesz mnie wysłać na śmierć?

Stał przed Tonym, zagradzając mu drogę do wyjścia, a kiedy Stark przetrawiał usłyszane przed chwilą słowa, Loki uniósł drugą rękę, żeby dotknąć jego lewego ramienia. Szok termalny wywołał gęsią skórkę na obu jego rękach i sprawił, że z tyłu szyi przeszły mu ciarki. Ale nie widział nawet czubka swojego nosa i jakimś cudem wiedział, że gdyby kazał Jarvisowi włączyć światła, Loki nie przyjąłby tego z życzliwością.

— Gdyby w moich żyłach płynęła czysta krew Jotuna, mój dotyk okropnie by cię palił — powiedział Loki, a jego dłoń przesunęła się w górę ramienia Tony'ego, zostawiając wrażenie chłodu w każdym miejscu, którego dotykała. — Ale jestem mieszańcem. Po wojnie Odyn wziął mnie, niemowlę, ze sobą, jako część układu, i wychował jak syna. Wiecznie rozczarowującego, ale jednak syna. Wszystko szło dobrze, póki dotyk lodowego olbrzyma nie ujawnił tajemnicy ukrywanej przez całe moje życie. Moja skóra zmieniła się z jasnej charakterystycznej dla Asów, w błękitną, którą mają mieszkańcy Jotunheim.

Tony spojrzał na swoje ramiona, jednak nie zobaczył nic poza zaciemnionym zarysem dłoni, dotykającej jego bicepsa. Ale chłód stanowił dla niego wystarczający dowód. Loki przekraczał jedną z tych metaforycznych granic na piasku, której rysowania Tony nie pamiętał, jednak czuł, że uraz zmienia się w chęć poznania prawdy.

— Parzysz mnie, kiedy przybieram tę formę — wyszeptał niespodziewanie Loki, a Tony poczuł, jakby przepaść pomiędzy nimi została lekko zasypana. — Twoja skóra jest teraz dla mnie gorąca niczym piec.

Tony przełknął ślinę.

— Boli cię to?

— Nie. Tak. Przypuszczam, że w takim samym stopniu jak ciebie. Jak wielki ból ci sprawiam, Stark?

Tony nie miał pojęcia, co, u licha, robi, kiedy w ciemności uniósł rękę do policzka Lokiego, przyciskając palce do skóry naznaczonej znakami, które widział tylko w powiększeniu na ekranie hełmu. Jego oczy stają się czerwone, kiedy przybiera tę formę, przypomniał sobie z roztargnieniem. Poczuł muśnięcie rzęs na dłoni, kiedy przesuwał ją z jednego krańca twarzy na drugi. Miał wrażenie, że dotyka lodowej rzeźby. Ale skóra Lokiego była sucha, sprężysta i ustępowała pod naciskiem ręki Tony'ego.

Wyginając się w stronę tego dotyku niemalże chciwie, Loki westchnął i wypuścił z siebie oddech, który dla Tony'ego był najprawdziwszym podmuchem zimy.

— Jesteś zimny. Prawdę mówiąc, twoja skóra emituje zimno — powiedział Tony, słysząc na własne uszy, jak jego własny głos obniża tembr. — Ale to nie boli. Loki czy ktokolwiek inny kiedyś…

— Nie — padła odpowiedź wypowiedziana niskim i spokojnym głosem. — Pogardzam tą formą.

— W takim razie dlaczego?

Tony usłyszał szelest materiału, kiedy Loki się poruszył, i pozwolił swojej dłoni opaść na jego długą, wysmukłą szyję, starając się wyobrazić sobie jej wspaniały, ciemny odcień błękitu. Ale nie potrafił. To było po prostu zbyt surrealistyczne, cholera jasna, nawet dla niego samego.

Niemalże podskoczył, kiedy ogromny płatek śniegu — nie, palce — przycisnął się do jego klatki piersiowej tuż nad sercem.

— Wziąłem od ciebie coś bez pozwolenia.

— Pozwól mi włączyć światła.

— Nie.

— Widziałem cię już wcześniej.

— A więc widziałeś więcej niż powinieneś.

— Och, daj spo…

Lodowate wargi stłumiły resztę jego protestu, dotykając ust Tony'ego. Były miękkie i wilgotne i miały temperaturę lodu.

Loki wydawał się tak zdumiony jak Tony. Westchnął w jego usta z bólem i pożądaniem jednocześnie, nie głośniej od szeptu. W tym momencie Tony zadecydował, że niech to piekło wszystko pochłonie, i przyciągnął do siebie Lokiego, skłaniając go do rozchylenia ust, po czym zaczął pracować nad odmrożeniem sobie języka w najdziwniejszy sposób, jaki potrafił sobie wyobrazić.

Thor mnie zabije, pomyślał z desperacją, kiedy ręka Lokiego wsunęła się pod jego bluzkę i zaczęła podążać w górę jego kręgosłupa, w wyniku czego stęknął ze zdumieniem. Ale powstrzymało go to, ponieważ, o Boże, trzeci najbardziej pożądany za kratkami przestępca obdarzony supermocami według rankingu SHIELDu ssał jego język. Wargi Tony'ego drętwiały z zimna, ale wrażenie było cholernie dobre, a nigdy nie był przecież zbyt dobry w odmawianiu sobie czegokolwiek.

Wyrzucając z głowy wszystkie rozsądne myśli, Tony wsunął dłoń w chaos, składający się z długich, wilgotnych włosów. Oderwał usta od warg Lokiego, żeby dotknąć nimi jego gładkiej szyi.

I w tym momencie zabrzęczały drzwi windy, a Clint wszedł do pokoju, aktywując czujniki ruchu w wejściu, które włączyły światła.

— Hej, Tony, Jarvis powiedział mi, że… dlaczego tak na mnie patrzysz?

Tony'emu udało się zachować równowagę, choć nagle zaczął obejmować ramionami powietrze. Loki całkowicie zniknął, zostawiając Starkowi wrażenie, że być może właśnie miał najbardziej świrniętą halucynację w całym swoim życiu. To znaczy, gdyby nie drżał jak cholera i… a, pieprzyć to.

Wpatrując się w niego, Clint zaczął powoli wycofywać się w kierunku windy.

— Ta, cudownie, więc… Wiesz, po prostu wrócę, kiedy nie będziesz się tak podniecał w ciemnościach własnym towarzystwem. — Drzwi windy zamknęły się za nim, a Tony został ponownie sam, zastanawiając się, jak przekupić Clinta, żeby nie wygadał Nataszy ani Steve'owi tego, czego właśnie był świadkiem.

— Oczywiście nie mógł uczynić nas obu niewidzialnymi czy coś takiego — zagderał Tony, ostrożnie dotykając swoich warg. Były zimne i spuchnięte, a język dziwnie mrowił go w ustach. — Jarvis, uchwyciłeś coś z tego, co tu miało miejsce?

Tak, proszę pana.

Tony nawet nie musiał o tym myśleć.

— Wykasuj zapis kamer z dzisiejszej nocy. Pozostawmy to ściśle nieoficjalnym.

Zrobione, proszę pana.

W takim razie teraz musiał już tylko dojść do tego, co się tak naprawdę, u licha ciężkiego, wydarzyło i co to wszystko znaczyło. Ale najpierw… gorący prysznic.

Jakoś nie sądził, żeby zimna woda mogła mu pomóc w pozbyciu się pewnego problemu.