Hej, dziękuję, naprawdę ogromnie dziękuję wszystkim, którzy poświęcili trochę czasu na napisanie komentarza, bo (jak wiadomo) komentarze karmią wenę. A z maturą na głowie potrzeba jednak trochę motywacji do tłumaczenia ;)
Rozdział wcześniej niż zazwyczaj, bo wieczorem wybywam z domu i nie miałabym go jak opublikować.
Moje cudowne bety nadal pozostają tak samo cudowne i gorąco im za to dziękuję.
Miłego czytania!
…
Po tamtym incydencie w pracowni Loki ponownie zniknął w swoim pokoju.
Zupełnie zdezorientowany Tony musiał sam wymyślić jakąś inteligentną wymówkę dla Clinta, która nie zawierałaby ani słowa o lodowato zimnym obmacywaniu się z goszczącym u nich bogiem oszustw. Poddał się gdzieś pomiędzy „nie zmieniłem ZZSa w seksbota" a „konserwacja stroju wcale mnie nie podnieca" i dał się zaszantażować, w związku z czym miał obecnie na głowie zrobienie kolejnego kołczana strzał na zamówienie. Takich, które będą wstrzykiwały przeciwnikowi viagrę wprost do krwiobiegu.
Powody, dla których Clint uważał, że pewnego dnia nadarzy się okazja, żeby rozsądnie wykorzystać te strzały, pozostawały dla Tony'ego niezbadaną tajemnicą. Niemniej jednak ta łapówka bardzo skutecznie zamknęła Bartonowi usta, a poza tym genialny twórca strzał nie powinien się przejmować takimi sprawami.
Według odczytów Jarvisa Loki ponownie najzwyczajniej w świecie schował głowę w piasek w swoim pokoju. Tony zdecydował się nie drążyć tematu. Jakimś cudem wydawało mu się, że cała ta sytuacja była o wiele dziwniejsza dla Lokiego niż niego samego, a niepokojenie zdenerwowanego czarnoksiężnika nie wydawało się najlepszym pomysłem.
Tak więc życie toczyło się dalej, Tony nadal ulepszał zbroję, a Thor nie próbował go zabić za skalanie cnoty jego krnąbrnego, trochę-bardziej-niż-odrobinę-psychicznie-niestabilnego brata.
To były dobre czasy.
…
Wszystko wydarzyło się pewnej zwyczajnej nocy, kiedy przemierzał gościnne niebo Nowego Yorku. Iron Man został wreszcie wylosowany do przeprowadzenia patrolu, co zdecydowanie nie spodobało się Steve'owi. Najwyraźniej sądził, że Tony nie spał wystarczająco dużo. Nieważne. Tutaj właśnie powinien się znajdować Iron Man. Wysoko w górze.
I frunął tak, jakby zależało od tego jego życie. Ponieważ, cóż, zależało.
- Kurwa! Kurwa! Kurwa! Thor, wielki blond dupku, ruszaj się! Mam na ogonie trzy Doomboty… ooo, teraz już tylko dwa, no, to was zaboli, dranie. - Tony przechylił się ostro w prawo przy skręcie i zawrócił niemalże w miejscu, znajdując się dokładnie za pozostałymi Doombotami. Szybko wystrzelił kilka ładunków z repulsorów w ich napęd odrzutowy. Jeden z nich się zachwiał, co, tak, było postępem. - Hej, halo, synu Odyna, gdzie byś się nie podziewał, przestań rozwiązywać te swoje krzyżówki i pomóż mi tutaj! - Thor był w drodze i Tony o tym wiedział, ale lepiej się czuł, kiedy trochę na niego ponarzekał.
Zauważył, że jeden z Doombotów obraca się w jego kierunku, więc zleciał trochę niżej, żeby uniknąć ataku. Mimo to elektryczny pocisk walnął w zbroję, która zatrzeszczała głośno, po czym ekran w hełmie pokazał chodzące w te i z powrotem mrówki, zupełnie jakby był analogowym telewizorem w czasie burzy. Naprawił się na tyle szybko, żeby Tony zobaczył, jak drugi Doombot wystrzeliwuje w niego kolejne trzy ładunki. Uderzyły prosto w klatkę piersiową.
- Aaaaałaa! - zawył. Zaśmiał się pomimo czerwonych ostrzeżeń wyświetlających się na ekranie hełmu. - O, to było po prostu chamskie, Doomciu. Zaczynam myśleć, że mnie już nie lubisz.
Wiedział, że Doomboty przekazywały wszystkie zapisy ze swoich kamer do Doktora Dooma, i wobec tego czuł, że ma pełne prawo mówić wszystko, co przyjdzie mu na myśl. Wiedział, że Wiktor siedzi teraz gdzieś w swojej tajnej kryjówce i pieni się z wściekłości. Tony uważał, że to cena, jaką trzeba zapłacić za wysyłanie do akcji robotów zamiast brania w niej udziału samemu.
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że… łał, było blisko, ale nie wyciągaj jeszcze tryumfalnego cygara, facet… że Doomboty mają słabość, którą ktoś taki jak ja może bardzo łatwo wykorzystać? - Lecąc lotem nurkowym, zerknął na podążające za nim roboty. W sposób oczywisty szykowały się na wyciągnięcie asa z rękawa. Lub arsenału.
- Nie istnieje żadna taka słabość! - warknął w odpowiedzi Doombot numer jeden. Tony tylko się roześmiał.
- Och, tak, właśnie, że istnieje. To takie małe coś, które lubię określać mianem kurka wodna, za tobą!
- Głupcze, nie jesteśmy tak łatwowierne! - zadrwiły z niego Doomboty.
Przygotowały się do ponownego otworzenia ognia. Biorąc pod uwagę dzielącą je od Tony'ego odległość, ten atak zdecydowanie nie będzie łaskotał.
- Rzeczywiście, nikłe szanse.
Tony z niezmierną przyjemnością obserwował, jak roboty obracają się w miejscu sekundę przed tym, jak Thor przywalił jednemu na tyle mocno, żeby uderzył w drugiego. Metalowe części poleciały we wszystkich kierunkach. Tak jak przewidywał, zbiorniki paliwa do napędu odrzutowego natychmiast odmówiły współpracy, przez co Doomboty wybuchły, zmieniając się w jedną wielką kulę ognia. Prawdę mówiąc, jedna z metalowych robocich główek odpadła, wystrzeliwując jak petarda i spadła do rzeki, obracając się dookoła własnej osi.
Mjölnir w rękach Thora zatrzeszczał od elektryczności. Przygarnięty przez Avengersów bóg z kamiennym wyrazem twarzy obserwował, jak resztki Doombotów znikają pod powierzchnią wody. Po czym obrócił się do Tony'ego.
- Nie oddawałem się rozwiązywaniu krzyżówek.
Tony prychnął wewnątrz hełmu, kiedy opadali w stronę tafli wody. Zrobił szybki skan miejsca, w którym zatonęły szczątki Doombotów. Thor dołączył do niego, szturchając komunikator w uchu. Prawdę mówiąc, nigdy nie przyzwyczaił się do elektroniki, ale ta wersja przynajmniej działała. Wszystkie poprzednie usmażyły się na skwarki za każdym razem, kiedy przyzywał błyskawicę.
- Facet, starałem się uwolnić od napięcia. Nie bierz tego do siebie.
Thor zmarszczył brwi.
- Kapitan Rogers polecił ci udać się na patrol z partnerem - przypomniał Tony'emu. - Nie znalazłbyś się w takiej sytuacji, gdybyś go posłuchał.
- Ta, ale wtedy nie miałbyś pretekstu, żeby pośpieszyć mi na pomoc. Nie wykorzystałeś w tym miesiącu swojego przydziału ratowania dam z opałów. Po prostu pomogłem ci naprostować statystykę.
- Masz dziwny sposób spędzania czasu wolnego - powiedział Thor, ale uśmiechał się. - I jesteś obdarzony zbyt bujną brodą, aby być wziętym za dziewkę.
- Co, nie lubisz owłosionych kobiet? Łał, Thor. To takie… płytkie. - Uniósł maskę, obserwując Thora, który parsknął śmiechem, pochylając się, żeby przymocować młot do pasa.
Wciąż go obserwował, kiedy nagle ramię robota chwyciło znajdującą się w zbroi nogę Tony'ego i wciągnęło go pod wodę.
Woda nalała się do jego stroju przez otwartą maskę. Tonął jak kamień, mając w płucach zaledwie odrobinę tlenu, ponieważ nie zdążył nabrać oddechu. Ale prawdziwy problem stanowiła świecąca na zielono ręka Doombota zaciskająca się na jego udzie wystarczająco mocno, żeby wgiąć metal do środka zbroi. Ból przeszywał jego nogę, kiedy opadał coraz niżej i niżej pod powierzchnię wody. Poczuł, jak wewnętrzne złącza zbroi pękają.
Tony zacisnął zęby, desperacko starając się nie krzyczeć, żeby nie zmarnować pozostałego mu powietrza. Spojrzał w górę, na oddalającą się powierzchnię i otaczający go bezmiar ciemnej wody.
Zanim dał radę ręcznie wycelować repulsorami w świecące ramię, ciągnące go w stronę dna, woda nad nim eksplodowała olbrzymią chmurą bąbelków powietrza, a silna dłoń chwyciła go za bark. Thor.
Tony odczuł jednocześnie ulgę i atak paniki. Rozpaczliwie potrzebował powietrza i… o Boże, a więc tak kłuje w policzki męska broda, pomyślał z przygnębieniem, kiedy Thor napełnił mu płuca powietrzem z własnych ust, po czym zanurkował, żeby zadać ramieniu cios Mjölnirem, który posłał je wprost na dno. Zewnętrzna warstwa zbroi Iron Mana zatonęła razem z nim, ale Tony się tym nie przejmował. Włączył napęd w stopach i wystrzelił nad powierzchnię wody jak korek z butelki, a następnie zawisł wysoko w powietrzu, czekając, aż cały strój ocieknie z wody.
Biodro pulsowało tępym, ciężkim do zniesienia bólem, ale Tony'emu udało się wylądować na suchym lądzie bez spowodowania większych szkód. Thor wystrzelił spod powierzchni wody chwilę później i wylądował naprzeciwko Tony'ego, który przeprowadzał diagnostyczny skan zniszczonych części stroju.
Choć raz chciałbym wyjść z walki ze zbroją w takim stanie, że nie będzie potrzebowała większych napraw, pomyślał z rezygnacją. Albo gorzej, tworzenia jej od nowa. Szczerze mówiąc, w świetle ostatnich utarczek te zniszczenia najprawdopodobniej nie wyglądały aż tak źle.
- Czy twoja noga jest złamana? - zapytał Thor ze zmartwieniem, klękając, żeby przyjrzeć się pogiętemu metalowi. - Wygląda na srodze bolesne.
Na zbroi idealnie odcisnął się kształt kościotrupiej ręki Doombota, a wgięcia metalu były spore. Noga bolała jak cholera, a Tony czuł ciepłą krew, sączącą się do wnętrza stroju. Być może jeden z prętów podtrzymujących egzoszkielet złamał się i zranił go w udo. Nie ma szansy, żeby się o tym dowiedział, póki nie wydostanie się ze zbroi. Co będzie naprawdę cholernie niezłą zabawą.
- Nie wydaje mi się, ale kurewsko boli - stęknął, kończąc skan i na powrót zatrzaskując maskę. - A tak swoją drogą, miło, że mnie uratowałeś. Co, u licha ciężkiego, mnie złapało? Doomboty zazwyczaj nie są aż takie silne.
Thor wręczył mu nieruchomą dłoń Doombota, tak odartą z metalowej osłonki, że było widać drążki i silniki. Jasnozielony blask zniknął, ale wciąż pojawiały się na niej niebezpieczne iskierki zielonkawego światła. Tony był zaskoczony tym, z jaką łatwością przyszło mu stwierdzenie, że kolor tej magii jest za jasny, aby Loki był za nią odpowiedzialny.
- Piekielne przymierze nauki i magii - stwierdził złowrogo Thor. - Wygląda na to, że Czarodziejka wciąż należy do sojuszników Wikora von Dooma. Mój brat musi o tym wiedzieć.
- Jesteś pewien? Doomowi też zdarza się pracować nad jakimś mistycznym cholerstwem, kiedy ma na to ochotę.
- To owoc rąk Amory, tego jestem pewien. Ale Loki będzie mógł potwierdzić moje słowa, kiedy mu to dam.
Według Tony'ego Thor wyglądał na nieco zbyt zadowolonego z posiadania uzasadnionego powodu, żeby zobaczyć brata. W dziwny sposób przypominał psa przynoszącego panu patyk. Hej, popatrz, mam coś, co ci się spodoba, lubisz mnie teraz? Sprawiło to, że Tony poczuł się niewytłumaczalnie winny. Co było głupie, serio. Nikt nie miał kontroli nad tym, z kim Loki spędzał swój czas wolny.
Tony zerknął na Thora.
- Dzięki za to pseudo sztuczne oddychanie w rzece - powiedział, wykrzywiając kącik ust. - To było bardzo, uch, wspaniałomyślne z twojej strony.
Thor naprawdę się rozpromienił.
- Ależ nie ma za co, Tony Starku. Gdybyś chciał się chełpić swoim przeżyciem, nie będę temu niechętny.
- Pepper miała rację. Mam na was wszystkich koszmarny wpływ. - Tony zgiął sprawną nogę, chcąc się podnieść, ale ostatecznie żeby tego dokonać niezbędna okazała się pomoc Thora, który pozwolił mu się oprzeć na swoim ramieniu.
- Czy możesz latać w tym stanie?
- Jasne. Ale lądowanie w hangarze, o, to dopiero będzie bal.
- Mógłbym…
- Nie, dzięki, Thor. Ostatnią rzeczą, jaką chcę jutro zobaczyć na pierwszych stronach gazet, jest zdjęcie, na którym niesiesz mnie przemoczonego do domu. - Ponownie odpalił napęd w stopach i uniósł się kilka stóp w górę. - Ścigamy się z powrotem?
Thor spojrzał na niego z dezaprobatą.
- Naprawdę nie sądzę, żeby było to mądrym posunięciem w twoim… - Zaczął wymachiwać młotem i wystartował niczym czerwono-srebrny pocisk, śmiejąc się na cały głos. - Przegrany jest skazany na wieczne potępienie!
- Ty podstępny oszuście! - wrzasnął Tony w kierunku jego oddalających się pleców, a następnie strzelił za nim pociskiem.
Wyścig skończył się na tym, że Thor wyrżnął głową o podłogę hangaru ponieważ, Tony wystrzelił za nim z repulsora średniej mocy pocisk, kiedy zorientował się, że zaraz przegra. Opadnięcie na Thora całym ciężarem zbroi było czysto małostkową zemstą, której Tony pożałował natychmiast, gdy znowu dało o sobie znać zranione udo.
Kiedy tylko Thor również zauważył krew sączącą się przez wygięty metal, natychmiast przestał okładać jego nerki i zawołał pomoc.
Następne dwadzieścia minut było jednocześnie zabawne i frustrujące. Natasza i Steve grzebali w metalowych częściach zgodnie z instrukcjami Jarvisa, starając się znaleźć wszystkie ręczne zawory odczepiające od siebie fragmenty zbroi Iron Mana, zanim Tony straci za dużo krwi. Skończyło się to na tym, że dwie pary rąk ze skrępowaniem dotykały go w miejscach, w których niekoniecznie chciał być dotykany. Ale z drugiej strony nie mogli go automatycznie zdemontować z powodu nogi, więc jakoś się z tym pogodził.
Rozebrali go do body i zniszczonych części, kiedy Loki zdecydował się wychynąć ze swojej kryjówki, żeby zobaczyć, o co te wszystkie krzyki i przekleństwa. Tony ledwo co zauważył go kątem oka; ciemny kształt opierający się o odległą ścianę, czujnie obserwujący. Widz. Cudownie.
- Zamknij oczy i myśl o alkoholu - poradził mu Steve, po czym chwycił zębami laserowy przecinacz, przyglądając się badawczo spoinom. - Litrach i hektolitrach alkoholu.
- Wynoś się z moich wrażliwych stref z taką gadką, Steve - rozkazał Tony, mrugając, żeby przegonić mroczki z pola widzenia. - Mogę sam to zrobić, po prostu dajcie mi…
- Nie, Tony.
- Cholera by to wzięła. Natasza, może ty byś…
- W żadnym wypadku. - Pogrzebała w zbroi, żeby znaleźć ręczny zawór, i oswobodziła jego łydkę z buta. Wszystko robili nie tak, jak powinni, czemu nikt nie słuchał genialnego twórcy zbroi? Och, stracił trochę krwi, na pewno nie jest w stanie trzeźwo myśleć. Dupki, pomyślał Tony nieżyczliwie, a jego głowa opadła na twardą podłogę. W polu widzenia pojawiło się więcej mroczków.
Thor wyglądał na przygnębionego.
- Nie powinienem był cię ścigać w drodze powrotnej. Ani uderzyć tyle razy, wiedząc, że noga sprawia ci ból - powiedział i chwycił Tony'ego za przedramię. - Wybacz mi.
- Jasne, spoko - odparł Tony ze zmęczeniem. - Wcale nie krwawi tak bardzo. Nie czytajcie jeszcze mojej ostatniej woli ani nie wołajcie księdza. Tym bardziej nie wołajcie księdza.
Pozostali spędzili kolejne pięć minut na kłótni o to, którą część nogi oswobodzić najpierw, a Thor wyciągnął gdzieś spod płaszcza róg piwa i wlał sporą jego część do ust Tony'ego, kiedy nikt nie patrzył. Tony doszedł do wniosku, że w gruncie rzeczy to bardzo go lubi.
- Cóż, nie wiem, jak się tego pozbyć bez używania piły do metalu - stwierdził ostatecznie Steve, odsuwając się nieco. Natasza wzruszyła ramionami i wzięła od niego miniaturowy laser, zezując na urządzenie.
- Poza tym, nawet jeśli uda nam się rozszczelnić części pokrywające nogę, możemy uszkodzić tętnicę udową podczas usuwania ich, jeśli ten metalowy pręt wbił się dostatecznie głęboko w jego udo. - Natasza miała prawdziwy talent do informowania o okropnych faktach tonem, którego używała w czasie rozmów o pogodzie.
Wyciągając rękę w kierunku rozrzuconych dookoła narzędzi, Tony podniósł klucz i zagapił się na niego bez wyrazu. Być może pewna siła nacisku… nie, chwila, skończyłoby się to na złamanej nodze, którą ktoś musiałby nastawić. Kiedy ostrożnie napiął mięśnie, noga odpowiedziała bólem, ale najbardziej bolało gdzieś w okolicy środka uda. Stamtąd krwawił, ale jako że nie mógł zobaczyć, czy ma coś wbite w nogę, ruszanie zbroi mogło się dla niego skończyć naprawdę kiepsko.
Pozwolił, żeby ramię luźno opadło, a klucz uderzył o podłogę. W tym samym momencie rozejrzał się po pokoju, a jego oczy napotkały spojrzenie Lokiego. Rozbawienie, jakie w nich zobaczył, powiedziało Tony'emu wszystko, co potrzebował wiedzieć.
- Mógłbyś to zrobić, prawda?
Jak na komendę wszyscy obrócili się w stronę Lokiego - w szczególności Thor, który najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z obecności brata w pomieszczeniu, o czym świadczył jego ogłupiały wyraz twarzy. Ale Loki nie poświęcił nawet sekundy na to, żeby na nich popatrzyć; po prostu wpatrywał się w Tony'ego, a ostry jak brzytwa uśmiech wykrzywiał kąciki jego ust.
- Mógłbym - przyznał, odpychając się od ściany i następnie zbliżył się do miejsca, w którym leżał Tony. - Gdybym chciał.
Loki znowu nie miał na sobie tej swojej zbroi, zauważył Tony, jego ubranie składało się z prostej czerni i… większej ilości czerni. Dzięki temu jego oczy wydawały się zaskakująco zielone w porównaniu z jednobarwnymi cieniami na skórze i włosach. A może przez Tony'ego przemawiała utrata krwi. Prawdę mówiąc, tak, to pewnie to.
- Proszę, powiedz nam, że chcesz pomóc - stwierdził Steve prosto z mostu i odsunął się od poszkodowanego, żeby Loki miał więcej miejsca. - Osobiście kopnę Thora w krocze, jeśli zdejmiesz tę rzecz z Tony'ego.
Wszyscy zagapili się na niego ze zdziwieniem. Steve odpowiedział upartym i zdeterminowanym spojrzeniem. Ostatecznie Loki odchrząknął.
- Och, Kapitanie, mój Kapitanie - odparł sucho z ręką na sercu. - Dziękuję za tę hojną ofertę, ale tym razem nie potrzebuję takiej motywacji, by udzielić pomocy. Stark sobie na to zasłużył.
Stojący po drugiej stronie Tony'ego Thor patrzył przez chwilę na swoje dłonie, po czym natychmiast odsunął się od brata. Prawdę mówiąc, całkowicie zniknął z pola widzenia Tony'ego, ale to mogło mieć coś wspólnego ze stalowym sztyletem, który zmaterializował się w ręce Lokiego.
- Nie bawiliśmy się przypadkiem w to już wcześniej? Tak jakoś ze dwa razy? - zażartował Tony, ale nie włożył w to serca. Mimo wszystko ostrzegawczo trzymał w ręce klucz francuski. - Tak po prostu żebyś wiedział, że jestem uzbrojony i niebezpieczny.
- I na granicy wykrwawienia się na śmierć - mruknęła Natasza. - Daj mu zrobić, co musi.
Loki ukląkł koło zranionej nogi Tony'ego, wyciągnął rękę i zgrabnie naciął body pokrywające jego biodro. Ku nieskończonej uldze Starka sztylet zniknął tak szybko, jak się pojawił. Ale natychmiast znowu znalazł się na skraju wytrzymałości psychicznej, bo długie palce wśliznęły się w dziurę w materiale i przycisnęły się do nagiej skóry.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał Tony przezornie. Jego myśli rozproszyły się we wszystkich możliwych kierunkach, ale palce wciąż miał zaciśnięte na kluczu francuskim. Loki po prostu wpatrywał się w niego przez chwilę z pewnego dystansu, pochylając głowę, jakby czegoś nasłuchiwał. Jego wzrok napotkał spojrzenie Tony'ego, a tęczówki płonęły zielono od gromadzonej magii. Chwilę później zaszumiała ona w udzie Tony'ego, który poczuł, jak całkiem znajome czarodziejskie macki rozwijają się jego nodze i szukają rany.
- W jego ciele nie znajduje się metal - powiedział z roztargnieniem Loki, marszcząc lekko czoło. - Ta rana jest dziwna.
- W jakim sensie? - zapytał spokojnie Tony. - Powiedz mi, z czym mamy do czynienia.
Loki po prostu na niego spojrzał. W tej samej sekundzie całe ramię Tony'ego drgnęło, wyginając się wbrew jego woli. Ręka spazmatycznie zacisnęła się na kluczu francuskim. Tony z pełnym niezrozumienia przerażeniem obserwował, jak jego dłoń nią wymachuje i wali Lokiego w bok głowy tak mocno, jak tylko może.
Zderzenie odbiło się echem w jego ramieniu - świecącym na zielono ramieniu - i usłyszał chrupnięcie. Z klucza francuskiego kapnęło kilka kropli krwi, kiedy przyciągnął go z powrotem do siebie tylko po to, żeby sekundę później z przerażeniem ujrzeć, jak ponownie opada na czaszkę Lokiego. Stało się to tak szybko, że nikt w gruncie rzeczy nie miał czasu na zorientowanie się, co się dzieje. A już najmniej sam Tony.
Kiedy jego ręka znów podniosła klucz francuski, był ciemny od krwi. Spojrzały na niego zaskoczone zielone oczy, teraz już matowe i ciemne. Upadek zdawał się zajmować Lokiemu wieczność. Ale ostatecznie jego głowa opadła, brocząc krwią z głębokiej rany.
O mój Boże, on nie żyje, nie żyje, zabiłem go, zabiłem Lokiego…
Ale dwie silne dłonie zacisnęły się na barkach Tony'ego, przyciskając go do twardej powierzchni podłogi, podczas gdy Loki zbierał się w sobie, oddychając nierówno. Klucz francuski został mu wyrwany z ręki, a nadgarstki przyciśnięte do betonu nad głową. Tony wygiął się i zobaczył, że Steve trzyma je z całą swoją siłą, po czym poczuł, że Natasza usiadła mu na zdrowej nodze w tym samym celu. Jego ciało… nie, to już nie było jego ciało, coś się z nim stało…
- Co się dzieje? Dlaczego on to robi? - wydyszał Steve. Stęknął, kiedy musiał nieźle się namęczyć, żeby nie dać Tony'emu podnieść rąk. - I dlaczego, u licha, jest taki silny?
- Tony Stark jest zniewolony - warknął Loki. - A ktoś podszepnął jego kościom, że mam umrzeć za wszelką cenę.
Oczy Tony'ego poruszały się bez jego kontroli, więc mógł dostrzec zaledwie krótkie przebitki tego, co się wokół niego działo. Całe jego ciało oszalało; nawet zęby kłapnęły, co miało zerowy skutek, ale wyglądało, jakby chciał rozpłatać Lokiemu gardło. Nie mógł mówić, ledwo co był w stanie oddychać - ale widział. A na obrazku, który ujrzał, znajdowali się jego przyjaciele, powstrzymujący go przed ruszaniem się, podczas gdy Loki zakasał rękawy i zaczął gołymi rękoma drzeć metal zaciśnięty wokół jego zranionego uda. Ból przeszył jego nogę, kręgosłup bezskutecznie usiłował wygiąć się w łuk, żeby go podnieść, a palce rozcapierzyły się w szpony, które nie mogły wydrapać Lokiemu oczu.
O Boże, wciąż jestem wśród żywych, pomyślał, kiedy Thor zmusił go do opadnięcia z powrotem na podłogę, kładąc dłoń na jego żebrach. Zaczynał panikować i wiedział to, ale był uwięziony wewnątrz swojej zdradzieckiej skóry. Nie zabijajcie mnie, to nie ja, ja bym tego nie zrobił.
- W jego oczach jest czarnoksięstwo, bracie - powiedział nagle Thor, pochylając się nad nim i przytrzymując jego policzek w jednym miejscu silną ręką. - Widzę szmaragdową skazę magii Amory. Zaklęcie zniewoliło całe jego ciało. Loki, twoja głowa… czy to nie może zaczekać, aż będziesz się lepiej czuł?
- Nie - padła krótka odpowiedź, brzmiąca ostro jak pisk zginanego siłą metalu. Po niej nastąpiło buczenie lasera. - Przytrzymaj go, Thor. Muszę wydrzeć zaklęcie ze szpiku, zanim przejmie kontrolę nad umysłem.
Gdzieś z tyłu Steve zaklął.
- Czy jest szansa, że z tego wyjdzie? Mimo… mimo wszystko? Stracił dużo krwi.
- Mniej martw się o Tony'ego, a bardziej o czarnoksiężnika ze wstrząśnieniem mózgu, który usiłuje mu pomóc - powiedziała stanowczo Natasza, całą siłą swojego ciała przytrzymując w miejscu nogę, która najchętniej skopałaby im wszystkim tyłki. - Widzę stąd wnętrze jego głowy, Rogers.
- Loki jest prawdziwym mistrzem magii. Może tego dokonać. - Pewność brzmiąca w głosie Thora była niemalże poniżająca, a Tony poczuł, jak dłonie poruszające się po jego zranionym udzie zatrzymały się na najkrótszy z momentów. Sekundę później palce zagłębiły się w ranie ciętej w poszukiwaniu kości potrzebnej do rozpoczęcia przeciwzaklęcia.
- O mój Boże - powiedział Steve drżącym głosem. Tony zawył wewnątrz swojej głowy, nieprzytomny od cierpienia.
- Będzie umierał z bólu - powiedział Loki głosem wypranym z wszelkich uczuć. - Muszę uchwycić przeklętą kość i wypędzić przekleństwo moją własną magią…
- Czy możemy przynajmniej go znokautować? - zapytała Natasza. Głos załamał się jej cały jeden raz.
- Wkrótce przestanie odczuwać wszelki ból.
- Loki! - zaprotestował Steve. - Wiesz, że nie zrobił tego umyślnie. Daj mu zaznać odrobiny spokoju. Czy nie da się tego zrobić trochę łatwiej?
Wzrok Tony'ego zaczął zachodzić mgłą, a na jego czole skroplił się pot. Słyszał swój oddech pomimo dzwonienia w uszach; był ciężki, powolny i zmęczony. Powietrze z sykiem przechodziło przez jego zaciśnięte zęby. Już wcześniej znajdował się w stanie bliskim śmierci, ale to… to musiało być piekło.
- Gdybym chciał wybrać łatwą drogę, zabiłbym go - powiedział zimno Loki. - W świetle tego powinniście mi uniżenie dziękować za ogromną łaskę, jaką mu okazuję. A teraz dajcie mi pracować w ciszy. To delikatne zadanie, a on może i tak umrzeć z powodu obciążenia, jeśli nie będę ostrożny.
Tony gapił się w falujące pole widzenia, kiedy coś przesunęło się w jego nodze. Znał swoje otoczenie na tyle dobrze, żeby być pewnym, że Steve każe mu wytrzymać jeszcze chwilę. Po czym niemalże oślepił go ból promieniujący z kości.
…
Okazało się, że mimo wszystko jest w stanie krzyczeć.
…
Szczerze mówiąc, kiedy mdlał, nie oczekiwał, że się ponownie obudzi. Ale jakimś cudem i tak to zrobił.
Kiedy Tony ponownie otworzył oczy, zobaczył ciemny sufit swojej sypialni. Nie miał na sobie ubrań, ktoś okrył go kilkoma kocami, a poza tym czuł się tak bardzo w jednym kawałku i pełen zdrowia jak zawsze. Krótkie zerknięcie na nogę uświadomiło go, że po całej tej aferze nie została mu nawet blizna.
- Co, u licha? - wymamrotał. - Jarvis, światło.
Jego sypialnię natychmiast zalało światło. Zmrużył oczy, kiedy jego wzrok przyzwyczajał się do nowego stopnia jasności. Wszystko wydawało mu się jakimś dziwnym rodzajem halucynacji. Już zdążył w połowie przekonać samego siebie, że za dużo wypił, kiedy obrócił się, żeby wstać, i zobaczył Lokiego, który siedział na krześle obok łóżka i go obserwował.
Ten też wyglądał całkowicie normalnie. Koszula, tym razem zielona, czarne spodnie, wysokie buty. Wilgotne włosy, opadające miękko na ramiona i oczy, w których błyszczało wyrachowanie. Jeden z jego łokci leżał na poręczy krzesła, a policzek oparł na zwiniętej pięści. Loki najzwyczajniej w świecie obserwował go w ciszy, wyglądając na zadowolonego z możliwości czekania na czyjąś reakcję.
Tony nie był w stanie wymyślić nawet najgłupszej odzywki. Po prostu siedział na skraju łóżka z kołdrą owiniętą wokół kolan i gapił się. Po chwili druga ręka Lokiego poruszyła się lekko, a Tony zobaczył, że trzyma w niej zniszczoną dłoń Doombota, której cienkie metalowe palce bezwładnie zwisały.
Wciąż iskrzyły się na zielono na złączach.
Nie miał pojęcia, jak dostał się z łóżka do łazienki. W jednej chwili przypominał sobie, jak wyglądały roztrzaskane kluczem francuskim kości czaszki Lokiego, a w następnej gwałtownie wymiotował w toalecie, czując skręt żołądka, kiedy pozbywał się z niego tej żałośnie małej ilości jedzenia, które zjadł tej nocy. Zdawało się, że zajęło mu to wieczność. Później po prostu usiadł na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Cały się trząsł i czuł się na tyle paskudnie, że ledwo zauważył, jak zimne były kafelki, na których siedział gołym tyłkiem.
A więc to się wydarzyło, pomyślał Tony, czując w ustach żółć z żołądka. Ręka Doombota, która go chwyciła i wciągnęła pod wodę, przykleiła mu też zaklęcie wewnątrz kości. Amora i Doom zmienili go w marionetkę, aby zabić Lokiego. Gdyby był wtedy w zbroi, gdyby był Iron Manem… cholera jasna, mógłby wtedy zwyczajnie umrzeć. Loki zabiłby go w ułamku sekundy, gdyby stanowił dla niego prawdziwe zagrożenie. Co Amora osiągnęłaby w ten sposób? Jednego Avengera mniej, tak, to prawda, ale przede wszystkim Loki zostałby zmuszony do opuszczenia rezydencji. Wtedy już nikt i nic by go nie chroniło, dzięki czemu stałby się łatwą ofiarą. I w ten sposób wszyscy troje zmienili go w pionek w tej swojej uroczej grze.
- Nienawidzę magii - wymamrotał sam do siebie, przyciskając wnętrze dłoni do oczu. - Nic, tylko same problemy.
- Och, nie jest wcale tak źle - powiedział leniwie Loki, stając w drzwiach. - Zwróć uwagę na to, jak dobrze się czujesz po katordze, która powinna cię była zabić. - Oparł się lekko o framugę, przyglądając się odsłoniętym częściom ciała Tony'ego. A, racja, Tony, nie miał nic na sobie. Ale jakoś nie mógł się zmusić, żeby się tym przejmować.
- Ta, jasne, dzięki za ocalenie mnie od klątwy, którą oberwałem z twojego powodu - powiedział gorzko. - Prawdziwy z ciebie kumpel.
Loki drgnął lekko, niemalże się cofając. Po czym po prostu wykrzywił usta, odwrócił się i odszedł z pogardą.
Tony wpatrywał się przez chwilę w puste drzwi do łazienki, ale nic nie usłyszał. Czyli Loki sobie poszedł. Nieważne. Dlaczego w ogóle siedział przy jego łóżku w ciemnościach? Co, jeśli wciąż miał w sobie zaklęcie, a Loki usiłował go zabić? I tak, jasne, może przeceniał swoją zdolność do kopania wszystkim hurtowo tyłków, ale fakt, że Laufeyson obserwował go we śnie, też nie miał za bardzo sensu.
Przemyślał to jeszcze raz, myjąc zęby, a potem siedząc pod prysznicem. Czy Loki nie powiedział przypadkiem, że łatwiej by go było zabić? Biorąc pod uwagę, że zaklęcie zmieniło go w jakiegoś morderczego zombiaka, Tony był zaskoczony, że Loki nie sięgnął wtedy ponownie po te swoje sztylety. Ale zamiast tego uratował mu tyłek, mimo że cierpiał z powodu paskudnego złamania kości czaszki przez cały ten czas. Po czym uzdrowił ich obu, nie żeby Tony był przytomny w czasie tej części widowiska. To było… Ta, właśnie.
Witaj, poczuciu winy, pomyślał Tony bez szczególnego entuzjazmu, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Dawno się nie widzieliśmy.
Okręcił ręcznik dookoła bioder i wszedł z powrotem do sypialni. Postanowił znaleźć jakieś spodnie i pójść odszukać Lokiego. Wbrew popularnej opinii nie uważał, że przepraszanie ludzi (i innych stworzeń) za bycie kutasem, a przynajmniej przyznanie, że zachował się jak taki, jest poniżej jego godności. Wciągnął na siebie dres i koszulkę, po czym skierował się do drzwi i zgasił światło, zanim wyszedł.
Coś mu mówiło, że albo wróci za pięć minut zirytowany i lekko ranny, albo rozmowa z Lokim zajmie dobrą chwilę.
…
- O mój Boże, Thor, znowu? Zaczynam sądzić, że po prostu lubisz ból.
Thor siedział na korytarzu naprzeciwko drzwi pokoju Lokiego i wpatrywał się ponuro w swoje poparzone dłonie. Tony nie wiedział, jak zareagować na wyraz powagi malujący się na jego twarzy - zazwyczaj po prostu wyglądał na smutnego i pogrążonego w myślach. Ale nie miał czasu, żeby się nad tym dobrze zastanowić, ponieważ jego wielki blondwłosy przyjaciel podniósł się na dźwięk znajomego głosu. Chwilę później Tony był duszony w niedźwiedzim uścisku, który mógł być ostatnim niedźwiedzim uściskiem w jego życiu.
- Tony Starku - powiedział cicho Thor. - Obawiałem się najgorszego. Czy czujesz się już dobrze? - Thor odsunął się od Tony'ego na odległość ramion i zaczął przyglądać się jego twarzy z troską.
- Jasne - odparł z lekkim wzruszeniem ramion. - Jestem trochę wnerwiony, ale generalnie w porządku. Czy Loki powiedział ci, że umarłem we śnie albo coś w tym stylu?
Thor pokręcił głową.
- Loki niczego mi nie mówi. Zadziwiającym jest móc zobaczyć cię teraz tak zdrowego, kiedy zaledwie parę godzin temu byłeś blady jak śnieg i leżałeś w kałuży własnej krwi. A Loki nie przyjął żadnych podziękowań za swoje wysiłki, zamiast tego postanowił przenieść cię do twojego pokoju. Podejrzewam, że martwił się twoim stanem tak jak my wszyscy.
O, po prostu cudownie.
- Poznęcaj się nade mną jeszcze trochę, Thor, nie poczułem tego tak bardzo, jak powinienem.
Thor zmarszczył brwi, ale najwyraźniej szybko postanowił zapomnieć o tym komentarzu, ponieważ odszedł korytarzem, zostawiając Tony'ego samego. Krzyknął jeszcze:
- Wybacz mi, inne sprawy wymagają mojej obecności. Proszę, przekaż bratu moje pozdrowienia!
I już go nie było
- Spoko, nie ma sprawy.
Zakładając, że wpuści mnie do środka, pomyślał Tony, kiedy wyciągnął rękę i zapukał mocno w ramę drzwi. Pod żadnym cholernym pozorem nie zamierzał dotknąć tych drzwi; przypadek Thora powinien stanowić jakąś przestrzegającą historyjkę opowiadaną dzieciom przed snem. Można było tylko mieć nadzieję, że ktoś ponownie opatrzy mu dłonie. Och, pielęgniarka Steve po prostu oszaleje z radości.
Spojrzał podejrzliwie na drzwi, które uchyliły się lekko. Przez powstałą szparę można było ujrzeć panujący wewnątrz półmrok. Ale Tony nie ufał temu zaproszeniu ani trochę.
- Mogę wejść? - Odrobina grzeczności nigdy nikomu nie zaszkodziła. A w szczególności nie wtedy, kiedy trzeba było dogadać się z obrażonym czarnoksiężnikiem. Tony usłyszał coś brzmiącego jak westchnienie z wnętrza sypialni.
- Obawiam się, że nie mam pojęcia. A możesz?
O, do piekła z tym wszystkim. Tony wyciągnął dłoń i popchnął drzwi, starając się lekko dotknąć je samymi opuszkami palców, po czym wszedł do pokoju. Drzwi zatrzasnęły się za nim złowrogo. Loki opuścił rękę, najwyraźniej kończąc w ten sposób jakiś niezrozumiały magiczny gest. Nawet nie uniósł spojrzenia znad notatek, którymi zapełniał coś, co wyglądało na najstarszy istniejący na świecie dziennik. Stał przy biurku, a jego wargi poruszały się, kiedy czytał bezgłośnie słowa. Tony był pewien, że by ich nie zrozumiał. Loki wyglądał na zupełnie tym zaabsorbowanego, więc biorąc pod uwagę mały wachlarz opcji, jakie miał do wyboru podczas bycia ignorowanym, Tony rozejrzał się po pokoju.
Mieścił się na drugim piętrze, tak jak jego sypialnia, ale był o wiele mnie zagracony. Znajdowało się w nim wielkie drewniane biurko, niskie łóżko królewskich rozmiarów, pięćdziesięciocalowy telewizor wmontowany w ścianę i kilka sporych ściennych półek. Loki nie majstrował przy wyglądzie pokoju; prawdę mówiąc, jedynym śladem życia, jaki Tony mógł znaleźć w pomieszczeniu, była gazeta na biurku oraz lekkie wgniecenie w poduszkach na łóżku.
- Dobrze wiedzieć, że się tutaj zadomowiłeś - skomentował Tony i usiadł w nogach łóżka. - Przytulnie tu.
- Oszczędź mi swoich niemożliwych żartów, Stark. Zwyczajnie nie mogę ich pojąć. - Loki dopisał kilka ostatnich słów, po czym odłożył długopis i szybkim ruchem dłoni sprawił, że książka zniknęła. Kiedy podniósł na Tony'ego wzrok, jego zmrużone oczy były ciemnozielone. - Czy nie spędziłeś ze mną wystarczającej ilości czasu jak na jeden dzień? Biorąc pod uwagę twoją wcześniejszą reakcję, wierzę, że mam rację, zakładając, że winisz mnie za niedawny nieszczęśliwy wypadek. Ale jeśli się mylę proszę bardzo, oświeć mnie. - Loki oparł się o biurko i wbił w niego spojrzenie zielonych oczu przepełnionych wściekłością. Tony najprawdopodobniej się skrzywił.
- Łał, ktoś tu jest marudny. Ale łapię dlaczego - powiedział pospiesznie, zanim Loki postanowił dosłownie obedrzeć go ze skóry. - Po prostu, no wiesz, wkurzyłem się trochę wcześniej. Na ciebie. Czego nie powinienem był zrobić. - Czy zawsze tak kiepsko szło mu docieranie do sedna sprawy, czy też nagle stało się to trudniejsze, bo ktoś patrzył na niego, jakby był jakimś robakiem?
- Zachowałeś się niczym niewdzięczny łajdak. - Loki wyglądał na jeszcze bardziej rozwścieczonego, jeśli było to w ogóle możliwe. - Masz szczęście, że jeszcze nie zabiłem cię za to, co mi zrobiłeś dzisiejszej nocy.
A dlaczego tego nie zrobiłeś? Pytanie zawisło pomiędzy nimi i błagało o to, żeby ktoś je zadał, ale Tony zmusił się do zignorowania go. Tak czy siak wątpił, żeby Loki mu odpowiedział. Poza tym, biorąc pod uwagę, jak uzdolnione były jego usta, Tony miał gwarancję, że coś koniecznego do życia zostałoby mu odgryzione.
- Ale ja jestem wdzięczny - uparł się Tony. - Serio. Dzięki za złamanie… zaklęcia. Czy też klątwy. Cokolwiek by to nie było. Naprawdę nie jestem na bieżąco z nowoczesnymi badaniami nad „metodami magicznej kontroli".
To był gówniany sposób na okazanie wdzięczności i zdawał sobie z tego sprawę, ale jakimś cudem nie sądził, żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Loki nie był typem, który cokolwiek by naprawdę wybaczył. Poza tym Tony miał przeczucie, że to, co było zaledwie drobnym wybuchem z jego strony, dla faceta, który ocalił mu tyłek, stanowiło ogromny policzek. Biorąc pod uwagę, że Loki wcześniej nigdy, przenigdy nikogo nie ratował, najprawdopodobniej zastanawiał się teraz ponownie nad swoim pierwotnym przekonaniem, że pomaganie w ocalaniu żyć innych, jest raczej na dłuższy dystans nieopłacalne.
Jak Tony przewidywał, Loki po prostu odwrócił się do niego tyłem.
- Możesz już odejść - powiedział spokojnie i z powrotem zwrócił spojrzenie na biurko. Drzwi sypialni uchyliły się ponownie z cichym skrzypnięciem, a Tony zacisnął szczękę. Odwołany w trybie natychmiastowym, dzięki za wizytę, nie przychodź ponownie. Łał.
Nie powinien był się tym przejmować, serio. Loki tylko używał ich dla swoich własnych celów. Avengersi jego zresztą też. Rzeczy takie jak wdzięczność, bycie dupkiem i przepraszanie się nie miały być częścią żadnej z ich umów. Tony widział, że mógł nie powiedzieć nic więcej, po prostu, do cholery, wyjść i byłoby to w porządku. Graniczna linia na piasku ponownie by się na nim pojawiła, zanim coś innego by się wydarzyło… cokolwiek by to nie było.
Noc w warsztacie według Tony'ego zmazała tę granicę. Loki zdawał się tego nawet nie pamiętać. I być może dla niego był to tylko sznurek, za który mógłby pociągać, kiedy mu się nudziło, ale Tony pamiętał jedną rzecz o tej chwili w ciemnościach.
Podjął wtedy decyzję.
- Miałem kiedyś przyjaciela - powiedział cicho. Loki zmarszczył brwi i spojrzał na niego ostro, ale Tony podniósł uspokajająco rękę. - Po prostu… wysłuchaj mnie. Chyba można powiedzieć, że był moim mentorem. Zaopiekował się mną, kiedy rodzice umarli i zajął się Stark Industries. Polegałem na nim, od kiedy skończyłem siedemnaście lat. Ufałem mu. - Mówienie o tym nie powinno być takie trudne, pomyślał Tony. Ale być może było takie, ponieważ nigdy tak naprawdę nie próbował tego zrobić. Tak naprawdę nie był tego winny Lokiemu, ale mimo to z jakichś powodów zdradzał mu całą tę historię. - Szrapnel w mojej klatce piersiowej w rzeczywistości pochodzi z jednej z moich własnych broni. Mój zaufany przyjaciel, ten mężczyzna, którego znałem nawet lepiej niż mojego własnego ojca, zapłacił mnóstwo pieniędzy, żeby grupa terrorystyczna Ten Rings wysadziła wojskowy konwój, w którym jechałem. Na całe szczęście dla mnie zabili mnie dopiero w połowie, zanim zorientowali się, kim jestem. - Zaśmiał się krótko, raczej smutno i pokręcił głową. - Dzięki Bogu za chciwych terrorystów. - Tony wiedział, że Loki bacznie go obserwuje. Dosłownie czuł te jego zielone oczy na czubku swojej głowy, choć sam wbijał spojrzenie w dłonie. Wziął głęboki, pokrzepiający oddech i gwałtownie wstał, drapiąc się po głowie. - W każdym razie, dzięki za wysłuchanie - powiedział i odwrócił się w stronę drzwi. Czyżby ktoś usiłował uciec? Nie, niemożliwe. Niby kto? On tylko zamierzał wykonać strategiczny odwrót. - Może trochę za późno na wyjaśnienia, ale cóż…
- Zabiłeś go? - zapytał cicho Loki, a Tony zamarł w pół kroku.
- Masz prawdziwy talent do zadawania gównianych pytań, mówił ci to już ktoś? - rzucił ze zmęczeniem do Lokiego. Odwrócił się do niego i wzruszył ramionami. Drżały mu ręce. - Ta, zabiłem go. Można tak powiedzieć. Technicznie rzecz biorąc, Pepper to zrobiła, ale nie mów jej tego, bo dostanie szału.
Loki zwyczajnie przytaknął. Wyglądał niemalże na roztargnionego. Chwilę później coś trzasnęło za Tonym, który obrócił się i zobaczył, że drzwi się ponownie zamknęły. Hm.
- Wiesz, zamierzałem sobie pójść…
- Pozwól mi go zobaczyć. - Loki zbliżył się do niego niemalże ostrożnie, ale w jego spojrzeniu widać było stal. Wpatrywał się w przyćmiony okrąg światła, widoczny przez koszulkę. Tony obserwował, jak Loki unosi ręce i przyciska je po obu stronach reaktora, rozcapierzając mocno palce. Ledwo wyczuwalne ciepło jego dłoni przesączyło się przez materiał i dotarło do jego klatki piersiowej. Tony przełknął ślinę.
- Uch, nie.
Loki oderwał wzrok od reaktora.
- Widziałem go już wcześniej.
- Więc wydaje mi się, że widziałeś więcej, niż powinieneś. - Celowo użył słów Lokiego. Wargi Laufeysona wykrzywiły się lekko.
- Czy w takim razie powinienem zgasić światło?
Tony prychnął cicho.
- A pamiętasz, co się przydarzyło, kiedy ostatnio znaleźliśmy się w ciemnościach? - zapytał i zdjął dłonie Lokiego ze swojej klatki piersiowej. - Nastąpiły zwariowane pomyłki w ocenie sytuacji. Powinienem być dobrym Avengerem. I nie bratać się z wrogiem.
Loki uniósł lekko głowę i zmierzył go spojrzeniem zmrużonych zielonych oczu. Ten ruch wyeksponował jego gładką szyję, co nie było korzystne dla siły woli Tony'ego. Natychmiast spojrzał na jego gardło, przyglądając się padającym na nie cieniom, wszystkim delikatnie zaznaczającym się pod skórą ścięgnom i bladej skórze i, cholera, dlaczego niby usiłował odgrywać dobrego Avengera?
- Bratać się - powiedział cierpko Loki i opuścił ręce wzdłuż ciała. - Urocze określenie. Mimo to wydaje mi się, że masz rację.
- Ta, z całą pewnością - odparł i wyciągnął ręce, żeby dotknąć opuszkami palców skóry tuż pod szczęką Lokiego. - Jasne, że nie powinniśmy robić takich rzeczy.
Tony zbadał ostrożnie ręką jedno z tych ścięgien od szczęki aż do ramion, a jego oczy podążały za ruchem dłoni. Po czym jego palce znalazły się tuż pod luźnym wycięciem w koszuli Lokiego, tuż obok kołnierzyka. Łatwo byłoby wsunąć tam całą rękę, żeby zbadać wszystkie te linie i cienie, które znajdowały się pod spodem.
Zimny oddech owiał mu nadgarstek, kiedy Loki pochylił głowę i spojrzał na jego dłoń. Miał przymknięte oczy i rozchylone usta. Kiedy zaczął mówić, jego głos był ochrypły i niski.
- Chciałbym mieć na sobie twoje usta, Tony Starku.
- Gdzie? - Głos Tony'ego był zachrypnięty od podniecenia. Loki rozchylił powieki.
- Wszędzie.
Tony'emu nie trzeba było tego mówić dwa razy. Dotknął ustami tego jasnego gardła, zanim Loki zdążył do końca wymówić ostanie słowo; ssąc miejsca, których dotykał dłonią, gryząc i całując szyję na całej długości. Głośno jęknął, dotykając językiem słonej, gładkiej skóry. Czuł pod ustami pulsujące tętno, gorące i żywe. Ledwo co zdawał sobie sprawę z chłodnego oddechu przy swoim uchu, póki czyjś język nie wsunął mu się do małżowiny usznej, a wilgotne, ciepłe wargi nie dotknęły płatka ucha.
- Cholera - wysapał z ustami przy ramieniu Lokiego. - Musisz się w tej chwili pozbyć ciuchów. - Tony uniósł nieco jego koszulę i nagle miał ręce pełne szczupłego, płaskiego brzucha i nagiej owalnej kości biodrowej Lokiego. Drobne biodra od razu przycisnęły się do jego dłoni, przez co nie mógł zebrać myśli.
- Przyjdzie na to czas - wymruczał Loki, a jego palce zacisnęły się mocno na napiętych mięśniach pleców Tony'ego, który syknął cicho z bolesnej przyjemności. - Ale wydaje mi się, że najpierw chciałbym mieć twój język ponownie w moich ustach.
Tony był całkiem pewien, że jeszcze nigdy w swoim życiu nie był tak podniecony. Loki chciał… tak, jasne, spoko, nie ma sprawy, zadecydował, dotykając ustami jego szczęki, po czym znalazł ciepłe i chciwe wargi, które rozchyliły się, żeby dopasować się do jego. W tym momencie skończył się czas na myślenie.
Noc upłynęła na długich, wygłodniałych doznaniach. Doznaniach gładkiej skóry i gorącego oddechu, jęków spowodowanych ugryzieniami i rytmicznego odgłosu ciała napotykającego ciało z siłą niemal sprawiającą ból. Loki był gibki i prawie brutalny, kiedy Tony poruszał się pod nim, kontrolując tempo każdym wyczerpującym ruchem bioder, ale pozwalał na to, żeby jego usta były agresywnie całowane i gryzione aż do krwi, aż obaj dyszeli od pożądania.
Tony wziął wszystko, co mógł, w ręce i do ust, prawie nie czując ostrych zębów na swojej skórze ani nieludzko silnych palców zaciskających się boleśnie na jego nadgarstkach. To było nowe i podniecające, i dobre, i chciał tego wszystkiego. Stłumił westchnienie Lokiego własnymi ustami, kiedy tamten dochodził. Orgazm Tony'ego został z niego wręcz wydarty, kiedy znajdujące się pod nim szczupłe ciało zaczęło drżeć i wyginać się w łuk podczas szczytowania, a mimo to wciąż poruszało się razem z nim, pozwalając mu się nie spieszyć.
Później, kiedy Tony poczuł, jak pot schnie na jego skórze, a uczucie obolałości zaczyna się wkradać do mięśni, zagapił się na sufit i pomyślał o powrocie do swojego pokoju. Spanie w łóżku razem z Lokim po prostu nie wydawało się zgodne z ich obecnym… czymś, cokolwiek by to nie było. Poza tym miałby szczęście, gdyby się okazało, że Thor jeszcze nie wrócił na swoje miejsce na zewnątrz, dzięki czemu nie skończyłby uduszony przez wściekłego blondwłosego boga o przypieczonych rękach.
Obrócił głowę i parsknął cicho na widok Lokiego leżącego z twarzą w prześcieradle i rękami wyciągniętymi nad głową. Wyglądał na wymęczonego i zupełnie pozbawionego energii, szczególnie biorąc pod uwagę długie włosy, które rozsypały się dookoła jego głowy w zlepionych potem kosmykach, i doskonale widoczny ślad na szyi. Tony nie mógł nie czuć się odrobinę pod wrażeniem własnych możliwości.
Loki, zupełnie jakby wyczuł, że ktoś poświęca mu uwagę, przeciągnął się mocno i odetchnął ze zmęczeniem. Tony zamarł, kiedy poczuł, jak czyjaś kostka przesuwa się pod kołdrą na jego łydkę i już tam zostaje.
A, cholera by to wzięła.
- Wymknij się bliżej świtu - ze zmęczeniem wymruczał Loki do poduszki. Obrócił lekko głowę i przyjrzał się Tony'emu jednym świecącym zielono okiem. - Ostatecznie mogę cię znowu zapragnąć za godzinę.
Och. Cóż. Tony mógł się czuć nieco obolały i wymęczony i być może w jakimś zakamarku swojego umysłu wciąż pamiętał o gniewie Thora, ale ni stąd ni zowąd doszedł do wniosku, że łóżko Lokiego jest bardzo wygodne.
- Dobra, ale wydaje mi się, że powinienem cię ostrzec, że mój reaktor łukowy świeci dość jasno w ciemnościach. Jarvis, światło. - W pokoju w ciągu ułamka sekundy zrobiło się ciemno jak smoła. Jedynym jasnym punktem był zimny, niebieski blask jego klatki piersiowej. - Widzisz, najprawdopodobniej będzie cię to, uch, wiesz, nieźle wkurzać.
Twarz Lokiego pokrywały błękitne cienie, kiedy przyglądał się reaktorowi łukowemu. Tony nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą, ale to cholerne urządzenie wyglądało teraz jeszcze bardziej odpychająco niż w jasnym świetle dnia. Nigdy ostatecznie nie zabrał się za wynalezienie dla niego jakiejś pokrywy…
Kołdra zaszeleściła, kiedy Loki przysunął się bliżej niego razem ze swoją poduszką. Ponownie opadł na materac na brzuchu niczym jakieś upuszczone przez pracowników kostnicy zwłoki, po czym najzwyczajniej w świecie zarzucił Tony'emu ramię na tors i wrócił do snu. Blask reaktora został w ten sposób zupełnie stłumiony, a do nagiego ciała Tony'ego przyciskała się miękka skóra.
Tony przyjrzał się nowemu ułożeniu.
- To… całkiem efektywne, prawdę mówiąc.
Loki wymamrotał coś do poduszki. Jakimś cudem ten brak typowej dla niego elokwencji był odrobinę pochlebiający dla Tony'ego, choć prędzej by umarł, niż to przyznał. Przypisał to dobremu nastrojowi po seksie.
Zamknął oczy, zarzucił kostkę na nogę Lokiego i zaczął odpływać, będąc dziwnie zadowolonym z obecnego stanu rzeczy.
…
Piętnaście minut później wpadł na genialny pomysł, jak zwalczyć magię Amory, i wyskoczył z łóżka, żeby poszukać długopisu i kawałka papieru.
Loki walnął go w tyłek jakimś jasnozielonym promieniem i przewrócił się na drugi bok z przekleństwem.
Tony doszedł do wniosku, że sobie na to zasłużył.
