Jak niektórzy pewnie wiedzą, jest to ostatni istniejący rozdział. Kiedy zaczęłam tłumaczyć Off the Record, opowiadanie miało 10 rozdziałów, w międzyczasie powstały jeszcze dwa. Przez pewien czas Hella przewidywała, że całość będzie miała 14 części, ale obecnie w gruncie rzeczy nic nie wiadomo. Pozostaje czekać ;)
Konkurs ubiegłotygodniowy wygrała oczywiście Lobo, a wybrane przez nią słowo zostało umieszczone w rozdziale.
Bardzo, bardzo dziękuję każdemu czytelnikowi, który zostawili mi jakiś komentarz; nawet nie wiecie, ile to znaczy dla tłumacza. A jako że teraz będziemy mieć przerwę (ciężko powiedzieć jak długą), zachęcam wszystkich do dzielenia się swoimi opiniami.
I jeszcze ogromne podziękowania dla tych, którzy mnie wspierali i pomagali.
Miłego czytania!
…
Loki był wytrzymały.
Wszyscy to wiedzieli. Nie bez powodu był jednym z ich najgroźniejszych przeciwników, a fakt, że dzierżył władzę nad magią, stanowił tylko część większego obrazka. Kiedy Loki miał cel, stawał się nieugięty, jakby napędzała go jakaś instynktowna potrzeba doprowadzenia sprawy do końca. A nawet jeśli przegrywał, nie poddawał się. Po prostu czekał.
Tony nie był pewien, co stanowi siłę napędową Lokiego Laufeysona. Ale kiedy patrzyli przez wzmocnioną szybę na boga oszustw obrywającego nieznośnie bolesnymi porcjami promieniowania Impasu, Tony czuł, że w jego klatce piersiowej pojawiają się sople lodu.
Najzwyczajniej w świecie nie byli w stanie go powstrzymać.
— Jezu Chryste — wyszeptał Bruce po tym, jak ponownie zwiększył koncentrację promieniowania. Wyglądał na chorego. U jego boku stał Steve, który wpatrywał się w Lokiego z pełną przerażenia fascynacją.
Cholera jasna, wszyscy to robili. Było to podobne do wpatrywania się w niszczenie samochodu, tyle że zamiast szczątków blachy i silnika mieli przed oczami czarodzieja. Mokrego od potu i z trudem łapiącego powietrze czarodzieja, którego każdy oddech brzmiał jak warknięcie. Magia skapywała z jego palców niczym klejnoty, po czym rozpływała się w powietrzu, zanim czegokolwiek dotknęła. Oczy Lokiego były pokryte szmaragdowo-czarnym blaskiem nie dającej nad sobą zapanować energii, która wylewała się z jego źrenic i spływała po twarzy jak krew. Jakimś cudem przez te męczarnie wyglądał jeszcze okropniej i nawet Tony nie mógł powstrzymać respektu wywołanego tą czystą, niewyobrażalną siłą woli, dzięki której Loki utrzymywał się na nogach za każdym razem, kiedy Bruce wzmacniał siłę promieniowania.
Naświetlali ciało Lokiego już trzecią godzinę i nadal nie byli w stanie uderzyć dawką promieniowania na tyle silną, żeby powstrzymać magię u źródła.
Tak, Loki był wytrzymały.
— Dlaczego to nie działa, jasna cholera? — zapytał Clint ze zniecierpliwieniem, kiedy promieniowanie zostało zwiększone po raz dziesiąty. — To drugie urządzenie działało, a przecież bazują na tym samym cholerstwie. Co się dzieje?
— Podwójny Impas był jak kopuła pełna promieniowania. Znajdowało się wszędzie — wyjaśnił Bruce. Kiedy Tony skinął mu głową, kontynuował: — Pomyśl o tym jak o pomieszczeniu pełnym gazu obezwładniającego. Otacza cię i umrzesz, ponieważ jest wszędzie. To promieniowanie przypomina bardziej zastrzyk środków uspokajających. Jeśli nie ustalimy odpowiedniej dawki, zmęczy go, ale nie znokautuje. Dlatego właśnie nie działa. — Zawahał się. — Poza tym całkiem możliwe, że jego poprzedni kontakt z Podwójnym Impasem zadziałał jak szczepionka przeciwko tej metodzie.
— Staje się odporny? — zapytał ostro Steve. — Jakim cudem?
— To możliwe. Nie będziemy pewni, póki nie uda nam się go rozbroić.
Rozbroić go, pomyślał Tony, obserwując, jak Loki zbiera się w sobie w oczekiwaniu na kolejną dawkę. Tak też to można było określić.
Sekundę później rozdzwoniła się komórka Tony'ego, który wyszedł z pomieszczenia kontrolnego, żeby ją odebrać. I tak nie zapowiadało się na to, żeby w ciągu następnych pięciu minut miał nastąpić jakiś przełom. Skrzywił się, kiedy zobaczył zdjęcie Pepper na ekranie telefonu. Być może ta rozmowa zajmie mu trochę dłużej, niż oczekiwał.
— Pepper! Przepraszam, że nie zadzwoniłem wczoraj…
— Cóż, Bogu dzięki, że jesteś żywy! — prychnęła Pepper. — Przy okazji, ja też!
— O, daj spokój, to było tylko draśnięcie — zaprotestował. Draśnięcie, przez które niemalże dostał zawału, ale im bardziej będzie to bagatelizował, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że Pepper załamie się psychicznie w związku z otarciem się o śmierć. Przechodziła przez to już parę razy dzięki jego uprzejmości. — Wszystko z tobą w porządku. Przyznaj się, co ci zrobili w szpitalu, założyli dwa szwy na rękę?
— Prawdę mówiąc trzy i jesteś mi winien nową jedwabną bluzkę.
— To ty znasz na pamięć wszystkie numery moich kart kredytowych — odparłbezkonfliktowo. — Częstuj się. — Cisza po drugiej stronie słuchawki była wręcz namacalnie pełna urazy, przez co się uśmiechnął. — Jak się pani miewa, panno Potts?
— W porządku — westchnęła i nieco złagodniała. — Mam ramię na głupim temblaku. A przy okazji, pozywamy SHIELD za bezmyślne narażenie życia naszego obecnego dyrektora głównego. Nic im to nie zrobi, ale czuję się lepiej, wiedząc, że Nick Fury będzie sobie musiał poradzić z nieludzkim zalewem dokumentów.
To była przyjemna myśl.
— Wiesz, że cię kocham, prawda?
— Tak — odparła rzeczowo. — Powinieneś także kochać Rhodeya, ponieważ wysłał swojemu zwierzchnikowi bardzo wściekły raport. Kazał mi cię od niego pożegnać, ale powiedziałam, że zadzwonisz. — Ton jej głosu wskazywał na to, że Tony zadzwoni albo straci rękę.
— Jasne, że zadzwonię.
— I dobrze. Jakieś postępy w tym projekcie dotyczącym obrony przed magią? Loki jest u ciebie? Chciałam wstąpić, ale pracowałam z ludźmi od PR nad wyjaśnieniem mojego zranienia i twojej przedłużającej się nieobecności. Co przegapiłam?
Tony poinformował ją, co się stało do tej pory, od zwrócenia mu sprzętu po nowy pomysł na to, co próbowali osiągnąć. Miał wrażenie, że nieco się wyłączyła podczas opisywania technicznych szczegółów, ale obudziła się, kiedy wspomniał, że Steve pojawił się w Stark Tower, żeby pomóc.
— Wybaczył ci już? — przerwała mu, wcinając się w wywód Tony'ego.
— Czy mi… Pepper, to ja tutaj jestem poszkodowaną stroną.
— Nie, nie jesteś — powiedziała cierpliwie. — Steve Rogers jest jednym z twoich najlepszych przyjaciół, ale nie jest najstarszym. Ja jestem i jeśli czegoś się nauczyłam przez lata naszej znajomości, to tego, że kiedy czuję się winna za sprzeczkę, prawie zawsze jest to twoja wina. Po prostu przepraszam, żebyś przestał się dąsać.
Tony zagapił się na ścianę.
— Chcesz mi powiedzieć, że całe moje dorosłe życie to kłamstwo… nie, nie, protestuję, nie uwierzę w to. Poza tym Steve porzucił mnie, kiedy…
— Robiłeś coś nielegalnego? Najprawdopodobniej narażającego ludzkie życia? — Pepper westchnęła, kiedy nie odpowiedział. — Zrozum, twoje intencje mogły być dobre, ale nikt poza tobą nie wie, co się dzieje w twojej głowie. Steve jest żołnierzem. Ma zasady. A ty złamałeś je wszystkie, Tony, i pokazałeś, że mu nie ufasz. Idź i przeproś swojego przyjaciela.
— Ale wtedy to on wygra — sprzeciwił się Tony — a ja będę wyglądał jak lekkomyślny dupek!
— Skoro tak sądzisz, musisz mieć rację — odparła Pepper sucho. — Słuchaj, muszę kończyć, mam spotkanie o siódmej, na które muszę dotrzeć. Miłej zabawy podczas strzelania do Lokiego prosto w twarz. — Rozłączyła się, zanim Tony zdążył chociażby parsknąć z oburzeniem.
Absolutnie tak nie sądził. Być może częściowo i to tylko czasami. Ale sprawa Steve'a? Zdecydowanie nie zaliczała się do tych przypadków.
Na szczęście lub nie Bruce zmusił go do zupełnego przerwania tych rozmyślań, kiedy wypadł na korytarz. Wyglądał, jakby miał zaraz zwymiotować. Oparł się o ścianę obok Tony'ego i zaczął kręcić głową.
— Nie mogę tego zrobić — powiedział zwięźle. — Gdyby to było promieniowanie gamma… Byłbym już martwy. A moje ciało zmutowane na tyle, że nie dałoby się mnie rozpoznać. Nie jestem… Dawka wynosi obecnie siedemdziesiąt osiem siwertów. Nie mam do tego siły, Tony. Przepraszam. Musisz kontynuować beze mnie.
Cóż, to dało się zrozumieć. Kiedy Tony o tym teraz pomyślał, doszedł do wniosku, że powinien był wcześniej to zauważyć. Zanim zaciągnął Bruce'a do pomieszczenia kontrolnego, żeby naciskał guziczki i walił w Lokiego dawkami ledwo co przetestowanego promieniowania. Mogło to przywołać wszelkie złe wspomnienia.
— Zapomnij o tym, doktorze — odparł Tony i poklepał Bruce'a po ramieniu. — Dzięki za dzisiejsze bycie moją płytą rezonansową. Bardzo mi pomogłeś. — Uśmiech, który otrzymał w odpowiedzi, był co najmniej wyblakły, ale i tak stanowił pozytywną reakcję.
— Powodzenia. Dojście do siebie zajmuje mu dłużej i wygląda na to, że efekt kumulacji też zbiera żniwo, więc weź to pod uwagę, kiedy będziesz ustalał dawkę.
— Jasne. A teraz idź odpoczywać — powiedział i wskazał głową na wyjście. — Sprawdź po drodze, co u Thora, dobra? — Ostatnią rzeczą, której potrzebowali, było okrycie, że ich bóg piorunów poszedł na spacer na krawędź miejsca do lądowania dla Iron Mana.
Tony wrócił do pomieszczenia kontrolnego, gdzie Natasza, Steve i Clint stali z ponurymi minami stróżów nocnych na cmentarzu. Wpatrywali się w zapieczętowane pomieszczenie. Stojący w środku Loki chwiał się nieco, a jego skóra przybrała niezdrowy odcień.
— Zaczyna to naprawdę na niego wpływać, ale facet się po prostu nie chce poddać — zaraportował Clint, kiedy Tony sprawdził natężenie promieniowania. Bruce nie żartował: Loki przyjął potężną dawkę. I mimo że promieniowanie miało być nieszkodliwe dla niemagicznych istot, Tony poczuł czysto naukowe uczucie zaniepokojenia w klatce piersiowej.
— Nie wydaje mi się, żeby ta metoda miała zadziałać — powiedział Steve, a jego głos brzmiał na prawie pełen ulgi. — Powinniśmy przestać.
Tony zignorował go i wbił wzrok w pomieszczenie, w którym znajdował się Loki. Facet wręcz błyszczał od potu i magii, która zdawała się wręcz z niego wypływać. Jej opary ulatniały się niczym dym przy każdym oddechu, a wnętrze ust błyszczało, co widać było przez rozchylone wargi. Żyły, które powinny zaledwie tworzyć jasnoniebieską siatkę cienkich naczynek, stały się toksycznie zielone na powiększających panelach Jarvisa. Promieniowanie zmuszało magię Lokiego do włączenia mechanizmów obronnych, zupełnie jak przeciwciała, które szturmowały bakterie. Bruce miał rację — Loki uodparniał się na to. Ale biorąc pod uwagę fakt, że Amora też wcześniej była wystawiona na działanie Impasu, Loki stawał się dzięki temu jeszcze lepszym obiektem do testów.
Pytanie brzmiało, o ile można zwiększyć dawkę, nie zabijając przy tym przypadkowo Lokiego. Umiejętność kierowania energią i używania magii była w nim głęboko zakorzeniona, co potwierdzały odczyty. Zatrzymanie jej u źródła mogło potencjalnie zatrzymać jego serce, jeśli użyją za dużo promieniowania Impasu.
Ale jeśli efekt kumulacji miał spowodować długotrwałe efekty, im szybciej będą to mieli za sobą, tym lepiej.
— Coś się stało? — zapytał głos Lokiego z głośników. Brzmiał, jakby mówił z gardłem pełnym szkła. Ciężko było w to uwierzyć, ale jego wargi wykrzywiły się szyderczo. — Wydawało mi się, że celem tego testu jest obezwładnienie mnie. Czyżbym się pomylił?
— Dupek — wymamrotał Clint, ale zabrzmiało to prawie jak komplement. Stojąca obok niego Natasza przyglądała się uważnie Tony'emu. Jej zmysł, wykrywający jego gotowość do zrobienia czegoś głupiego, był niemal tak silny jak ten Pepper. Tony otworzył kanał audio do pomieszczenia z promieniowaniem.
— Skoro czujesz się tak żwawo, chciałbym podwoić natężenie promieniowania — powiedział Lokiemu. — Masz jakieś zastrzeżenia? — Rozdzielało ich lustro weneckie, więc Loki nie miał jak spojrzeć Tony'emu prosto w oczy, ale złośliwy uśmieszek, który ukazał się na jego ustach, oznaczał mniej więcej to samo.
— Zaskocz mnie. Jeśli jesteś w stanie. — Jego dłonie zatrzeszczały od magii.
— Daj spokój. Już teraz brzmisz, jakbyś znajdował się u kresu wytrzymałości — zaprotestował Steve. Zrobił to w obronie zdrowia Lokiego lub tylko po to, żeby się z nim nie zgodzić, Tony nie był pewien. — Taka dawka może cię zabić.
Loki tylko się zaśmiał, a jego śmiech zabrzmiał zgrzytliwie i ochryple. Ale był szczery i nierozważny, a Tony słyszał w nim stal.
— Nic nie może mnie zabić. A teraz zrób, co możesz, albo daj Thorowi zapłacić za swoje wahania.
Biorąc pod uwagę zwyczajne próby manipulacji Lokiego, ta była wręcz byle jaka. Ale wyglądało na to, że Steve zdał sobie sprawę z tego, czemu chciał zapobiec, i odsunął się. Niemniej skrzywił usta z niezadowoleniem, a mięśnie jego ramion się napięły. Wszyscy wiedzieli, że Thor ich oskalpuje za to, co zrobili Lokiemu tego popołudnia. Za wszystko, co mu zrobili od dnia, w którym Amora skradła pewną duszę. Serio, to była jedna z tych przykrych sytuacji. Brzydka strona heroicznych czynów.
— Przygotuj się — powiedział Tony Lokiemu i dwukrotnie podniósł natężenie promieniowania Impasu. — Tym razem zaboli. — Loki ledwo co zareagował na te słowa.
— Nigdy wcześniej mnie nie lekceważyłeś, Stark. Nie zaczynaj teraz.
Tony spojrzał na przycisk, który musiał nacisnąć, żeby posłać w Lokiego dawkę potencjalnie śmiercionośnego promieniowania. Mimo wszystko była to nauka. Loki wyraził na to zgodę. Trzeba to było zrobić. A Tony musiał tylko podjąć decyzję i zaufać Lokiemu, że ten wytrzyma tyle, ile uważał, że wytrzyma. Nie było alternatywy — a przynajmniej takiej, na którą ktokolwiek inny wyraziłby zgodę. Thor musiał jakoś to przeżyć. Nawet jeśli cena była tak wielka jak ten, który zgodził się ją zapłacić. To po prostu musiało zadziałać.
— No to do roboty — powiedział Tony i wyciągnął rękę w kierunku przycisku.
Steve złapał go za nadgarstek.
— Czekaj — powiedział cicho, a jego palce zacisnęły się mocno na przegubie Tony'ego. Oczy Steve'a były wściekle niebieskie, a jego spojrzenie tak szczere, że wręcz bolało. — Tony, posłuchaj mnie. Lubisz go. A w każdym razie lubiłeś. Poradzisz sobie z wyrzutami sumienia, jeśli go przypadkowo zabijesz?
Lubisz go? Minęły dwa miesiące, od kiedy Thor stracił swoją duszę. Dwa miesiące od dnia, w którym Tony poczęstował Lokiego jego własnym nożem i pozwolił go zabrać SHIELDowi. Dwa miesiące, od kiedy Steve spojrzał na niego, jakby już nie wiedział, wobec kogo powinien być lojalny, a teraz chciał, żeby Tony przerwał test i pomyślał o ryzyku?
— Boże, jesteś zmienny jak kobieta, co nie? — odparł ostro i postanowił nie czuć współczucia, kiedy Steve wzdrygnął się. Tutaj chodziło o coś więcej niż odbudowanie przyjaźni.
— Po prostu chcę się upewnić, że nie robisz tego z powodu jakiegoś nieuzasadnionego…
— Nie, Steve, przestań. Słuchaj, nie będę cię okłamywał. Istnieje dwadzieścia pięć procent szansy, że to go zabije albo trwale zniszczy jego magię — powiedział Tony poważnie, wiedząc, że Loki ich słyszy. — Zauważę tutaj oczywistość, ale oznacza to, że istnieje siedemdziesiąt pięć procent szans, że to naprawdę zadziała. To dobre proporcje.
Tony nacisnął przyciska na panelu kontrolnym i usłyszał, że oddech Steve'a przyśpieszył, choć ten guzik służył akurat do tego, żeby dezaktywować lustro weneckie, dzięki czemu Loki będzie ich widział. Bo czemu nie, pomyślał, kiedy kłamca spojrzał na niego swoimi nieludzkimi, pełnymi rozdrażnienia oczami. Było w nich widać tylko ślad magicznego blasku.
— Ale dajmy zadecydować damie w opałach. Loki, wiesz, jakie jest ryzyko. Jeśli powiesz mi, że to nie jest tego warte, mogę natychmiast wszystko skończyć — powiedział i oparł ramiona na panelu. — Możemy zawsze zrobić impasowe granaty na podstawie wcześniejszych skanów…
— I opóźnić tym samym moją śmierć, jeśli nie zadziałają? Nie sądzę. — Loki spiorunował Steve'a spojrzeniem. — Utrudniasz postępy, Kapitanie, a nie oddajesz mi tym przysługi. Wtrąć się jeszcze raz, a wydrę ci to litościwe serce.
Steve wzruszył ramionami w tak dosadnie mówiący „pieprzyć to" sposób, jakiego Tony jeszcze nigdy nie widział. Wyraz twarzy Kapitana był bardziej ponury niż chmura burzowa. Ale Loki zwyczajnie go zignorował i spojrzał na Tony'ego z wyczekiwaniem.
Na twarzy Lokiego nie było wahania ani strachu przed bólem, długotrwałym okaleczeniem czy śmiercią. Widać na niej było tylko zdecydowanie i coraz więcej gniewu, kiedy opóźnienie się wydłużało. Niecierpliwość, aby poddać się niemożliwemu bólowi, który pozostawi go zupełnie bezradnym w ich rękach. Jeśli wszystko zadziała.
Musiało zadziałać. I zadziała.
— Mogę nacisnąć ten guzik? — wyszeptał głośno Clint, kiedy Loki cofnął się na swoje miejsce, i wyciągnął pięćdziesiąt dolarów z tylnej kieszeni spodni, po czym wsunął je w rękę Tony'ego. Najprawdopodobniej był to ten sam banknot, o który zakładali się razem z Nataszą. — Po prostu mi pozwól to poczuć. Proszę?
Na twarzy Steve'a pojawił się wyraz, co do którego Tony nie był pewien, czy jest bardziej zaniepokojony czy rozwścieczony. Niezależnie od tego, naprawdę nie wyglądał z nim ładnie. Zanim Tony zdążył odpowiedzieć na tę ofertę, Natasza odepchnęła Clinta i tym samym ruchem zabrała pieniądze z ręki Tony'ego.
— To moja szczęśliwa pięćdziesiątka — odpowiedziała celem wyjaśnienia, po czym przesunęła kolano w kierunku tyłka Clinta i posłała go biegiem w kierunku drzwi. — Masz to, a ja jestem głodna. Idziemy zamówić coś do jedzenia.
— I wypić twoją wódkę — dodał Clint, kiedy został wypchnięty za drzwi. — I wspiąć się na szczyt wieży! — Drzwi zatrzasnęły się za nimi głośno, a znajdujące się na nich koło obróciło się z powrotem na swoje miejsce. Tony zastanowił się, czy był to ten moment, w którym większość ludzi dostaje migreny i zaczyna kwestionować swoje życiowe wybory. Steve z pewnością wyglądał, jakby przechodził przez coś takiego.
— Czy oni są razem? — zapytał Steve, marszcząc brwi. — Nigdy nie jestem w stanie tego stwierdzić.
Tony wzruszył ramionami i zaczął bawić się ustawieniami Impasu z braku czegokolwiek innego, co mógłby zrobić z rękoma. Loki krążył po pomieszczeniu jak dzikie zwierzę. Powinni to już zaczynać.
— Nie. Ale będę współczuł temu z nich, które będzie na tyle głupie, żeby umówić się z kimś innym.
— Tak. — Steve zerknął na Tony'ego niemalże ukradkowo, po czym skinął na Lokiego. — Chcesz, żebym też sobie poszedł?
— Jakieś lepsze miejsca, w których powinieneś się teraz znajdować, Kapitanie?
— Być może — odparł Steve spokojnie. — Mógłbym jakieś sobie znaleźć. Gdybyś tego chciał. Tony…
— To naprawdę nie jest na to dobry moment — powiedział Tony i skrzywił się, patrząc na przewidywane odczyty, które generował Jarvis. Pomachał do Lokiego, każąc mu tym samym wrócić na środek pomieszczenia, i naładował skoncentrowany promień Impasu do pożądanej intensywności. Kątem oka zauważył, jak Steve wypuszcza powietrze. Wnętrzności Tony'ego wywróciły się na drugą stronę.
Cholera by to wzięła.
— Pepper uważa, że to moja wina. — Zamilkł na chwilę. — No wiesz. To wszystko.
— Nie, to… — Steve zmarszczył brwi. — Byłem tak skoncentrowany na dokonaniu właściwego wyboru, że rzuciłem cię wilkom na pożarcie. Jesteśmy zespołem. Powinienem mieć wiarę w mój zespół. — Wsunął rękę we włosy i spojrzał bez zastanowienia na pomieszczenie radiacyjne, w którym stał wściekły i promieniujący dumą Loki. — Źli goście powinni pozostać źli. Myślałem, że coś ci odbiło, ale… nie wiem. Źle to zrozumiałem.
To śmieszne, że przeprosiny, którymi Tony chciał się napawać, okazały się być najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek usłyszał. Rehabilitacja smakowała jak popiół i czyż nie była to idealna ironia? Pepper musiała mu odpowiedzieć na kilka pytań — po tym, jak Tony kupi jej olbrzymi bukiet kwiatów. I nową jedwabną bluzkę.
— Daj mi zgadnąć, o, już wiem, kazałeś Jarvisowi znaleźć wszystkie nagrania z kamer, na których pojawiał się Loki, kiedy zostałeś mianowany administratorem i uzyskałeś do nich dostęp. — Tony zastanawiał się przez chwilę. — Skasowałem wszystkie te sceny z kategorii plus osiemnaście, prawda? Co jest w sumie powodem do żalu, kiedy się o tym dłużej pomyśli. To było kilka naprawdę giętkich nocy.
— Naturalnie — wymamrotał Loki z pomieszczenia. — I to na mnie spadła cała praca. — No i najwidoczniej kanał komunikacyjny nadal działał.
— Bzdury — zaprotestował niespeszony Tony. — Niemalże uderzyłeś głową o ścianę parę razy. Byłem tam. I to ja się wszystkim zająłem.
— Zabawne, przypominam to sobie zupełnie inaczej.
— Niby jak, boże złudzeń?
— Czyżby brzmienie prawdy raniło twoje uszy, Stark? Nie? Ale może czujesz ten ból z otarć na swoich kolanach.
— O mój Boże, przestańcie o tym mówić. — Twarz Steve'a zbliżyła się kolorystycznie do dojrzałej wiśni. — Widziałem tylko materiał z kamer SHIELDu. Po prostu… wystrzel Impas, proszę. Zanim sam do siebie strzelę. — Wyglądał na zdesperowanego, aby upić się do utraty przytomności tak szybko, jak to tylko możliwe. Biedny drań cholernie nie miał szczęścia, pomyślał Tony radośnie. Loki przyglądał mu się uważnie przez szkło.
— Wyłączę komunikację za pięć sekund — poinformował go Tony. — To będzie spora dawka, więc spodziewaj się, że twoja skóra zareaguje, kiedy ją zaabsorbuje. Jak tam poziom bólu?
— Do zniesienia — odparł Loki, ale podejrzanie mocno zacisnął usta. — Aczkolwiek nieszczególnie pożądany. Ale mogę znieść o wiele więcej, jeśli przyniesie to użyteczne rezultaty. — Tyle zasygnalizował już wcześniej, a jego pozwolenie nie stawało się bardziej wyraźne. — Przestań już opóźniać nieuniknione.
Czyli postanowione. Steve wycofał się na tył pokoju i oparł o ścianę z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Stojący przed panelem kontrolnym Tony jeszcze jeden raz sprawdził poziomy optymalnej efektywności i skinął Lokiemu przez szybę. W odpowiedzi magia Lokiego zaświeciła się wokół niego niczym lokalny sztorm. Była oleisto czarna i iskrząco zielona, kiedy opuszczała jego ciało, a następnie zmieniała się w mgłę, gdy przestawała dotykać jego skóry. Tony zamierzał wycelować prosto w jego klatkę piersiową, dokładnie nad serce. Promieniowanie rozprzestrzeni się stamtąd i przechwyci każdy kanał energii, którego używał, by zapanować nad magią.
— Przygotuj się na wstrząs. Włączenie promienia Impasu za trzy, dwa, jeden. — Wystrzelił.
Uderzyło w Lokiego niczym wyjątkowo paskudny taran; oślepiająco biała struga skoncentrowanej energii Impasu, która walnęła w jego klatkę piersiową i eksplodowała na jej powierzchni, skłębiła się i przyćmiła szybę do tego stopnia, że Steve pociągnął Tony'ego do tyłu i zakrył jego głowę, jakby szkło mogło popękać i zawalić się na nich. W najgorszym przypadku najprawdopodobniej zniszczyłoby to zaklęcie lokalizujące w klatce piersiowej Tony'ego, ale Steve najwyraźniej nie zamierzał ryzykować.
— Cóż, było to nieco mocniejsze, niż podejrzewałem — przyznał Tony i wysunął głowę zza ramienia Steve'a, żeby zerknąć na okno. — Bogu dzięki za wzmocnione… Jezu Chryste. Leży na ziemi. Jarvis, otwórz drzwi do pomieszczenia! Już! Muszę się tam dostać!
Tony ledwo co usłyszał zszokowane przekleństwo Steve'a. Spoglądał przez szkło na miejsce, gdzie na twardej podłodze leżał zwinięty w kłębek Loki, którego ciałem targały konwulsje i dzikie spazmy. Jego podobne do szponów paznokcie wyżłobiły głębokie rowy w betonie. Wokół jego ciała nie błyszczała nawet jedna iskra magii. Był to oczywisty sukces.
Zanikające gwałtownie sygnały życiowe Lokiego wskazywały na to, że coś innego z kolei poszło koszmarnie źle.
— O mój Boże — powiedział Tony, kiedy Loki drgnął raz, drugi, a następnie przerażająco znieruchomiał. — Jarvis, wpuść mnie tam i to już.
— Proszę pana, chociaż promieniowanie Impasu powinno niszczyć wyłącznie magię, mimo wszystko jest…
— Otwieraj! — warknął, po czym skoczył do drzwi, które posłusznie odskoczyły z kliknięciem. Serce biło mu tak mocno, że niemal bolało, kiedy je otwierał. Strącił z ramienia powstrzymującą go rękę Steve'a. — Kurwa mać, Rogers, nie próbuj nawet. Nic mi nie będzie. — Po czym nagle znalazł się za drzwiami i po zrobieniu kilku krótkich kroków stanął obok Lokiego. Opadł ciężko na kolana, czując w klatce piersiowej przerażające zimno.
Pokryty pogniecionymi ubraniami i spoconymi kosmykami własnych włosów Loki leżał wykręcony pod tak nienaturalnym i boleśnie wyglądającym kątem, że niemalże na pewno coś złamał. Jedyną odsłoniętą skórą, jaką Tony mógł dostrzec, była ręka. Miała odcień głębokiego błękitu.
— No dalej — wyszeptał, kładąc dłoń na barku Lokiego i delikatnie przewracając go na plecy. — Daj mi zobaczyć, co się stało. — I nie bądź martwy.
Głowa Lokiego przekrzywiła się luźno na jedną stronę, przez co odsłoniła szyję, na której widać było spowolniony puls. Tony odetchnął głęboko i szybko przesunął palcem po krzywiźnie jego kości policzkowej, odsuwając włosy z twarzy. Oddech, który dotknął jego dłoni, był płytki, ale równy i stabilny. Loki żył. Był pozbawiony magii, nieprzytomny i wyglądał, jakby wytarzał się w jagodach, ale zdecydowanie żył.
— Cóż, i tak właśnie straciłem dziesięć lat życia, których bardzo potrzebowałem — powiedział Tony uśpionej twarzy, a mocno zaciśnięty węzeł przerażenia w jego klatce piersiowej nieco się poluzował. — Nigdy więcej tego nie rób.
Zanim Jarvis oczyścił pokój i wpuścił do niego Steve'a, Tony wyprostował Lokiego z dziwnego kłębka, w który się zwinął, po czym znalazł klamry jego napierśnika i poluzował je, żeby ułatwić mu oddychanie. Tym razem nie potrzebowałem żadnego lasera, pomyślał i usiadł obok nieprzytomnego boga. Przesunął palcami po jego ubraniu. Nic mu też nie wypadło ze stawu podczas tego upadku, dodał w myślach. Przestał o tym myśleć, kiedy zabezpieczenia drzwi się wyłączyły.
— Cóż, mam nadzieję, że stałeś się impotentem, ponieważ zdecydowanie na to zasługujesz — powiedział ostro Steve do Tony'ego, po czym klęknął po drugiej stronie ciała Lokiego. — Czasami nie mogę uwierzyć w to, co robisz.
— Z pewnością możesz.
Steve go zignorował i dotknął skóry Lokiego, szukając pulsu, a następnie krótkimi, zręcznymi ruchami żołnierza, który przeszedł szkolenie pierwszej pomocy, sprawdził, czy bóg nie ma urazu głowy. Kiedy zobaczył pierwszy blask niebieskiej skóry pod swoją dłonią, syknął i zabrał rękę, wpatrując się w nią.
— Chryste, nie nazywają ich Lodowymi Olbrzymami bez powodu.
— To właśnie…
— Jeśli dokończysz to zdanie i powiesz to, co wydaje mi się, że chcesz powiedzieć, to zamknę cię tutaj — powiedział stanowczo Steve. Złapał Lokiego za nadgarstek i podciągnął go do góry, po czym ostrożnie przerzucił sobie przez ramię. — Połóżmy go do łóżka, żeby to sobie odespał. Wygląda na to, że Jarvis ma wszystkie odczyty, których potrzebował. Amora nawet nie będzie wiedziała, co w nią uderzyło.
— Dobra. Będę w stanie zacząć projekt dzisiejszej nocy. — Tony otworzył drzwi, żeby umożliwić Steve'owi wyniesienie Lokiego z pomieszczenia. Przyjrzał się bladości pakunku, kiedy ten przeszedł mu przed nosem. — Nie powinieneś go nieść na odwrót?
— Nie mam pojęcia. Po prostu go przenieśmy, zanim się obudzi.
— Spoko, tylko uważaj, żeby w nic nie przywalił głową. Stwierdzi, że to moja wina.
Wrócili windą do penthouse'u z zamiarem ułożenia nieprzytomnego boga na kanapie, jednak okazało się, że Natasza, Bruce i Clint rozgościli się tam razem z Thorem i urządzili sobie wieczór filmowy. Stark Tower ewidentnie stało się kwaterą główną Avengersów na tę noc. Tony spróbował się tym zirytować, ale mu nie wyszło. Niszczyło to powód, dla którego nie chciał wprowadzić się z powrotem do rezydencji, ale trochę hałasów w tle może mu pomóc w pracy.
Ułożenie Lokiego w pokoju Tony'ego było pomysłem Steve'a, ale Stark nie protestował. I tak zamierzał pracować przez całą noc. Poza tym dotarło do niego, że narzekanie na obecność Lokiego w jego sypialni w tym stadium całej tej zabawy jest nieco bezcelowe.
Razem ułożyli Lokiego na łóżku, jego zbroję położyli na krześle obok i ustawili temperaturę na coś dostosowanego do jego potrzeb. Ich nieprzytomny pacjent nie odzyskał świadomości w trakcie tego wszystkiego ku widocznej uldze Steve'a.
Pozwolenie Lokiemu dojść do siebie w miejscu, w którym Jarvis mógł go obserwować, a jednocześnie pozbawionym obecności Avengersów, miało sens. Rozsądnym wydawało się także założenie, że Loki nie chciałby, żeby ktoś go nachodził, póki nie odzyska sił. Tony nie miał lekarskiego podejścia do poranionych ludzi — nie wiedział nawet, jak zająć się draśnięciem kulą, które przytrafiło się Pepper. To było… to miało sens. Absolutnie miało sens.
Doszedł aż do salonu, zanim zaklął, wziął podkładki do szkicowania i ze zrezygnowaniem stwierdził, że czeka go noc pełna niewygodnego, dwuwymiarowego projektowania w swojej sypialni.
Plusem tego był fakt, że nie będzie musiał patrzeć, jak Clint ogląda Terminatora 3 po raz szósty.
…
Ku swojemu zdumieniu, chociaż Tony znajdował się w zdecydowanie nieidealnym miejscu do pracy, błyskawicznie przeszedł przez wstępny projekt granatu. Był napakowany nowymi danymi, w uszach mu brzęczało od poczucia oczekiwania, a proces twórczy wypełniający jego żyły sprawił, że wcześniejsze wypełnione frustracją godziny wydawały się tylko odległym wspomnieniem.
Z obliczeniami Jarvisa i pozbawionym dodatków schematem impasowego „działka", który kazał sobie wyświetlić na ścianie, żeby mieć na czym bazować, Tony szybko załatwił sprawę wstępnego i wymagającego doszlifowania projektu eksperymentu. Granaty, chociaż miały eksplodować specjalnie wyinżynierowanym promieniowaniem, były bułką z masłem w porównaniu do pierwotnego pomysłu magicznego berła. Ostatecznie, czy to nie on przypadkiem zminiaturyzował energogenny reaktor, który mieścił w sobie wystarczająco dużo mocy, żeby pokonać o wiele silniejszego przeciwnika? Tony znajdował się na znanym sobie terytorium, a obecnie nie siedział w jaskini w Afganistanie.
Kiedy Tony pracował, Loki spał. Najwidoczniej zupełnie nie przeszkadzało mu mamrotanie i cichy szum Jarvisa. Wyglądało na to, że nie odzyskiwał przytomności tak długo z powodu wyczerpania, a nie zranienia spowodowanego ostatnią dawką promieniowania Impasu. Ciągłe przyjmowanie takiego promieniowania przez prawie cztery godziny wyczerpałoby każdego.
Cóż, nie do końca, poprawił się Tony w myślach i zerknął na łóżko. Zabiłoby normalnego człowieka już dawno temu. A Loki? Przetrwał to bez większych problemów, ale Tony nie zauważył też żadnej magicznej energii poza niestabilnymi błyskami zaklęcia, które ukrywało jego jotuńską skórę. Nie przestała błyszczeć niczym kamień wrzucony do wody. Niemniej był to cholernie skomplikowany kamień.
Tony nie zamierzał mu przeszkadzać. Rozłożył swoje podkładki na podłodze i porozumiewał się z Jarvisem, kiedy czegoś potrzebował. Coś mu mówiło, że Loki nie spał tak już od dłuższego czasu — może nawet od kilku miesięcy. I mimo wszystko zobaczenie go rozłożonego w ten sposób na kołdrze Tony'ego przywołało coś sprzed pełnych wściekłości i poczucia winy miesięcy, które nastąpiły po tym, jak Thor stracił duszę.
Gdyby miał wskazać pojedynczy moment w czasie, tak właśnie się to wszystko zaczęło. Udzielenie poufnej informacji. Wizyta późno w nocy, bóg oszustw nachylający się nad jego łóżkiem — i wpadający do niego. Tony miał wrażenie, że wydarzyło się to lata temu. Wszystko było wtedy łatwiejsze.
Na przykład dobrze dogadywał się z SHIELDem. Thor był silny i hałaśliwy i zawsze miał ochotę się z nim napić, a Steve nigdy nie patrzył na Tony'ego, jakby nie był już pewien, kim ten jest. A Loki… cóż. Loki był tym złym facetem. Ale jak powiedział Steve, w pewnym momencie stał się kimś innym. Niełatwym sojusznikiem — póki mieli te same cele. A potem w ciągu jednej nocy stał się kimś zupełnie innym. Tony wciąż czuł lodowate zimno w swoich ustach i magię w żyłach i musiał przyznać, że pozwolił, żeby się to wydarzył. A nawet więcej.
Potem nagle się skończyło. Wszystko się zmieniło.
Aż do momentu, w którym Loki wrócił z krańca wszechświata, żeby poprosić o pomoc. Wściekły, szalony i wciąż czujący urazę, która według Tony'ego była jak najbardziej słuszna, a mimo to zamierzał połączyć ich cele. Tego właśnie Stark nie potrafił zrozumieć. Dlaczego Loki wrócił. Coś tutaj nie pasowało, a Tony nie miał pojęcia, co to takiego.
Było za późno, żeby o tym myśleć. Dzień trwał cholernie długo, a zostało jeszcze tyle do zrobienia. Tony odłożył rysik i podniósł się na nogi, po czym skrzywił się, kiedy jego stawy trzasnęły w ciszy. Wystarczy filiżanka kawy, poza tym może przyniesie tutaj szkocką i będzie w stanie pracować przez jeszcze kilka godzin.
Przechodził obok skraju łóżka, kiedy ręka uniosła się i złapała go za nadgarstek.
— Święty… Boże — wyrzucił z siebie Tony, a jego serce waliło ze strachu jak młot. — Dziękuję ci, serio, za tę krótką migawkę, która uświadomiła mi, jak może wyglądać zawał. Niemalże poszedłem w stronę światła. — Pochylił się, żeby przyjrzeć się twarzy Lokiego, szukając na niej oznak bólu. — Jak się czujesz?
— Postaraj się zgadnąć, oświecona osobo — odparł Loki zdartym głosem. Chwilę potem otworzył oczy i zamrugał gwałtownie z powodu przyciemnionego światła. Tony zerknął na jego tęczówki, po czym głośno wciągnął powietrze. Loki to zauważył. — O co chodzi?
— Twoje lewe oko stało się z powrotem czerwone — powiedział Tony ostrożnie. Patrząc na to z perspektywy ich wspólnej historii, to był właśnie ten moment, w którym Loki się na niego niesamowicie wkurzał, jednak nie mógł się powstrzymać i zapytał: — Dlaczego tylko jedno? Czy całe twoje zaklęcie nie powinno zmienić się w magiczny dym, kiedy zablokowałem twoją magię?
— Chcesz wiedzieć dlaczego? Podejrzewam, że z tego samego powodu, z którego moje paznokcie przybrały dość niezdrowy odcień czerni. — Loki z jękiem podniósł się do pozycji siedzącej. Jego głowa opadła na chwilę, kiedy starał się pozbierać. — Twoje urządzenie uczyniło kilka raczej długotrwałych dziur w uroku Wszechojca.
Tony nalał trochę wody ze znajdującego się obok łóżka dzbanka i podał ją Lokiemu, myśląc nad jego słowami. Efekty użycia Impasu najprawdopodobniej osłabiły zaklęcie, aczkolwiek w dość niezręczny sposób.
— Zaklęcie zmieniające kształt to robota Odyna?
— W rzeczy samej. — Loki uniósł szklankę wody do ust i zaczął z niej szybko pić, a jego paznokcie przyciągnęły wzrok Tony'ego. Więc wbrew pozorom Loki nie wpadł do manikurzystki, kiedy ścigał Amorę; to raczej ostatnia sesja z Podwójnym Impasem w celi SHIELDu zniszczyła część zaklęcia i sprawiła, że wyglądał niczym jakiś Kosiarz Śmierci. To było…
Chwila moment.
— Czyli mówisz, że mój wynalazek może pociąć na kawałki zaklęcie rzucone przez króla Asgardu? Który kręci się w pobliżu, odkąd Ziemia była w pieluszkach? — Tony nie był w stanie powstrzymać pełnego samozadowolenia i złośliwości uśmieszku, który wpłynął mu na twarz. — Mogę dostać to na piśmie?
Loki wyglądał, jakby chciał zgnieść szklankę w ręce i wbić kawałki szkła w gardło Tony'ego. Na całe szczęście wyglądał też, jakby miał zamiar przewrócić się na poduszki i umrzeć. Tony przez chwilę kontemplował swoją radość, po czym zabrał szklankę z drżącej ręki i położył ją na stoliku, a następnie napełnił wodą na później. W tym momencie Loki zauważył, gdzie dokładnie się znajduje, a także czego konkretnie nie ma już na sobie.
— Rozebrałeś mnie? — zapytał cierpko, pocierając zieloną tkaninę swojego kaftana.
— Zdjąłem twoją zbroję — poprawił go Tony — ponieważ oddychałeś jak dziewięćdziesięcioletni nałogowy palacz. Nie patrz na mnie, jakbyś musiał komuś pokazać na lalce, gdzie cię dotknąłem. — Loki spiorunował go wzrokiem. W odpowiedzi Tony rzucił mu zabójcze spojrzenie, po czym przypomniał sobie, że odbiegli nieco od najważniejszego tematu. — W każdym razie. Magia. Możesz jej użyć?
Loki uniósł jedną dłoń i uważnie się jej przyjrzał.
Nic się nie wydarzyło.
Tony przysunął się do niego, żeby przyjrzeć się z bliska jego dłoni, czując, jak początki lęku zaczynają się gromadzić w jego żołądku. Od ostatniej dawki promieniowania minęły prawie trzy godziny. Impas miał go obezwładnić na zaledwie pół godziny…
Zielony promień uderzył go prosto w twarz.
Tony wrzasnął i cofnął się tak mocno, że ześliznął się z brzegu łóżka. Loki obserwował z zainteresowaniem, jak Tony szybko z powrotem się podnosi i siada z absolutną godnością. Zielone oko rozbłysło z satysfakcją.
— A więc, Stark, czy potrzebujesz komuś pokazać na lalce, gdzie dotknęła cię moja magia?
— Tak bardzo cię nienawidzę — powiedział Tony, niekontrolowanie pocierając policzek i szczękę. — Jarvis, czasowy skan odczytów magicznej energii z wcześniejszych przypadków, w których Loki był nieprzytomny, a następnie porównaj go z resztą danych. Najprawdopodobniej poziom był tak niski, że nie dało się go zauważyć.
— Tak jest, proszę pana. Po porównaniu z wcześniejszymi skanami można stwierdzić, że Loki Laufeyson odzyskał swoje magiczne umiejętności siedemnaście minut po wystawieniu na optymalny poziom Impasu. — Lokiemu udało się wyglądać na dziko zadowolonego przez jakieś trzy sekundy, zanim Jarvis dodał: — Miejscowe odczyty magii wskazują na zniszczenie zewnętrznej powłoki energii w lewym oczodole, wszystkich paznokciach, od linii włosów do prawej części szczęki, w prawym udzie, prawej łydce i palcach u stóp. Zniszczenie wygląda na trwałe i rozprzestrzenia się.
Kiedy Jarvis skończył wyliczanie miejsc, w których zaklęcie miało dziury, Loki zdawał się być zupełnie spokojny. Ale jego jabłko Adama podskoczyło nieco zbyt gwałtownie, gdy przełknął ślinę, a na jego twarzy pojawił się wyraz pustki, który wskazywał na to, że ten spokój jest tylko cholernie powierzchowny. Tony'emu wydawało się, że uprzejmie będzie udawać, iż tego nie zauważył.
— To wszystko na razie, Jarvis. — Tony spojrzał z powrotem na Lokiego i przez chwilę szarpał się sam ze sobą. Rozmawiać? Nie odzywać się? Pójść sobie? Stare, aż za dobrze znane poczucie winy zakotłowało się w jego żołądku.
— Raduj się, Stark. — W głosie Lokiego nie było słychać załamania. — Zaiste jesteś geniuszem pośród śmiertelnych. Wkrótce wszyscy poznają mnie takim, jakim jestem naprawdę: bękartem z Jotunheim, a nie żadnym księciem Asgardu. — Zmrużył lekko oczy. — Kłamstwo Odyna zostanie ujawnione.
Zanim Tony był w stanie się powstrzymać, wyciągnął rękę i odgarnął włosy Lokiego z jego twarzy, odsłaniając jej prawą część, którą wspomniał Jarvis. Jasna sprawa, od linii włosów do szczęki wyglądała ona na upstrzoną plamami głębokiego błękitu, jakby ktoś zanurzył trzy palce w pojemniku z farbą i przeciągnął je po bladej skórze. Ta niebieska skóra była zimna i miała wąskie, precyzyjne znaki, po których można było rozpoznać Jotuńczyka.
Loki odepchnął jego dłoń.
— Thor nie jest tego wart — prychnął cicho, a jego niedopasowane oczy patrzyły ze zdecydowaniem, choć błyszczały od łez wściekłości. — Wart tej udręki, tych kpin? Wart ścigania jakiejś skrzeczącej wiedźmy i jej łupu przez światy i gwiazdy, i ciemności, gdzie umiera się z pragnienia odrobiny światła i dźwięku czyjegoś głosu przez niezliczone zimne miesiące, w sidłach zaklęć czasowych i wszystkiego innego, co może jej oszczędzić mojego gniewu na kilka kolejnych sekund? I po co to wszystko?
Tony spojrzał na niego.
— Loki…
— Dla domu, który nie przyzna się do mnie, dla ojca, który nawet nie jest w stanie uznać mnie za godnego? Dla brata, którego po tym wszystkim, co przeszedłem, nie potrafię pokonać. Nie, zamiast tego ścigam jego porywaczkę z zamiarem zmuszenia jej do posłuszeństwa, wiedząc, że jeśli mi się nie uda, zrobi w moim imieniu coś, czego nawet Odyn nie będzie w stanie wybaczyć. — Zadrżał z czystej bezradnej nienawiści, a na jego ramionach zatańczył błysk magii. — Jeśli dam jej go zatrzymać, będę słaby. Jeśli będę ją ścigał zbyt desperacko, zbiegnie do Asgardu i ogłosi się bohaterką, która ocaliła duszę Thora od moich przesyconych złem machinacji. A cóż wtedy ujrzy Asgard, Stark? Patrząc na pasma magii Wszechojca znikające z samej mojej skóry? Ujrzą potwora i zrozumieją, że jest to prawda.
Tony ledwo co miał czas na zarejestrowanie takich słów jak „wrobiony" oraz „potwór", zanim Loki zaczął się przesuwać, żeby podnieść się z łóżka, choć nie było jasne, czy zamierza zwyczajnie wstać, czy też wyjść i przestać brać udział w tym całym teatrzyku. I był po prostu tak cholernie wściekły…
— Stop, stop, stop — powiedział szybko Tony i oparł ręce na udach Lokiego, tak, że uniemożliwiał mu ruch. — Zatrzymaj się na sekundę i pomyśl. Pooddychaj głęboko przez minutę i po prostu, ała, postaraj się go nie złamać, wciąż potrzebuję tego nadgarstka. — Siła chwytu Lokiego osłabła tylko odrobinę, ale Tony, zamiast się od niego odsunąć, posunął się do czegoś nie do pomyślenia i usiadł na nim. Najzwyczajniej w świecie usadowił się dokładnie na kolanach na wpół szalonego czarodzieja. A ludzie mówili, że Tony Stark nie jest odważny.
— Stark — wysyczał Loki — jak śmiesz…
— Zniszcz zaklęcie — wyrzucił z siebie pośpiesznie Tony. Loki z niedowierzenia otworzył szerzej oczy. — Mówię serio. Rozwal je na kawałki i zrób kolejne. Możesz to zrobić, zawsze przecież robisz to, co ci się żywnie podoba, cholera jasna. Loki, którego dzisiaj widziałem, kurewsko mnie wystraszył swoją siłą. A teraz przestań jęczeć jak stara baba i wydziergaj sobie nową skórę, bo jestem całkiem pewien, że twoja magia staje się odporna na działanie Impasu. — Oddychając ciężko, Tony wyciągnął ręce i położył je na ramionach Lokiego, po czym je ścisnął, niemalże nim potrząsając. — Boże, dlaczego nic mi o tym nie powiedziałeś? Amora grozi, że zwali to wszystko na ciebie?
— Nie wydawało mi się to związane z tematem. — Loki brzmiał na oszołomionego jego wybuchem. Po czym zmarszczył brwi. — Co masz na myśli, mówiąc, że moja magia jest odporna?
Tony wzruszył ramionami. Bezgłośnie zastanawiał się, jak wynieść się z kolan Lokiego.
— W chwili obecnej to tylko teoria, ale najprawdopodobniej już niedługo nie będziesz musiał się przejmować Impasem. Najwyraźniej zmieniasz się w pięknego motylka. Co moim oficjalnym zdaniem jest wysoce irytujące.
Jako że Loki był wiecznie niewzruszony jego genialnym sposobem doboru słów, nie kłopotał się odpowiadaniem. Uniósł tylko z namysłem brew. Sekundę później zauważył, że Tony zamierza się ulotnić, więc położył ręce na jego udach, całkowicie niesprawiedliwie naśladując czyjeś zachowanie sprzed chwili.
— Utkanie tak zawiłego zaklęcia zajmie kilka dni. W czasie ich trwania będę odsłonięty. — Tony, który już zaczął tworzyć plany ataku i innych tego typu rzeczy na wypadek, gdyby Amora ruszyła w kierunku Asgardu, zamrugał z dezorientacją.
— Znaczy się niebieski? — Palce wbiły się w jego udo. Mocno. — Dobra, dobra, przestań. O co dokładnie ci chodzi?
Loki zacisnął wargi.
— Chodzi mi mianowicie o to, że nie do końca wyrównałem rachunki z Wiktorem, który jak na razie wciąż pozostaje zagrożeniem. Nie mogę koncentrować się na nim i jednocześnie pracować nad zaklęciem o takiej sile. — Wyglądało na to, że przyznanie tego sporo go kosztuje, ale nie było to nic, czego Tony nie słyszał już wcześniej. — A jednocześnie nie wierzę, że Avengersi nie spróbują zrobić czegoś bzdurnie ryzykanckiego, kiedy będę zajęty.
Tony zmarszczył brwi.
— Czyli nie zamierzasz przerobić zaklęcia. — Loki wciąż trzymał jego uda w karzącym uścisku. — Mógłbyś mi narysować jakiś schemacik? Jestem naprawdę rozproszony z powodu twoich szponów, które znajdując się całkiem blisko mojego…
— Chcę, żebyś pilnował moich pleców,głupcze. — Loki spiorunował go wzrokiem. — To jest cały schemat. Daj mi czas, którego potrzebuję, a oszczędzę ci życie pomimo przeszłych grzechów. Mamy umowę?
Czyli do tego zmierzał? Do zmiany pierwotnie wynegocjowanej umowy? Stark Tower, tydzień, życie Tony'ego w zamian za uszycie sobie nowego asgardzkiego przebrania na wypadek, gdyby Amora chciała uciec do Odyna. Jasne, że Loki nigdy nie zapomniał o swojej obietnicy dotyczącej tego, że wróci i się z nim policzy, ale w zamian za to chciał wymazać pewne wydarzenia z pamięci.
Niemniej sformułowanie tej prośby było dość dziwne. Nie ufał Avengersom, ale chciał, żeby Tony go bronił? Tony spróbował znaleźć luki i pułapki w tej umowie, jednak wyszedł z tej próby z rażąco pustymi rękami. W tej chwili nie był nawet pewien, ile jeszcze sekretów Loki niepotrzebnie zachował dla siebie.
— A więc? — podjął Loki i zabrał swoje ręce z nóg Tony'ego, po czym wyciągnął jedną z nich w jego kierunku, najwyraźniej oczekując uścisku dłoni, który przypieczętowałby porozumienie. — To działa na twoją korzyść, Stark. Mamy umowę?
Tony zastanowił się nad tym.
— Nie.
Loki zesztywniał.
— A dlaczego nie? — zapytał niebezpiecznie miłym głosem.
— Chcę czegoś innego w zamian.
Niemalże zobaczył, jak mózg Lokiego zaczyna intensywnie pracować, kalkulować i tworzyć nowe warunki, mogłyby być bardziej atrakcyjne niż te, które zaproponował. Ale Tony naprawdę zauważył pełną frustracji chwilę, w której Loki zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, czego chce Tony.
— Mów w takim razie — powiedział zimno. — Czego pragnie Tony Stark? Obietnicy, że zostawię Midgard w spokoju? Że nie będę więcej niepokoił Thora, kiedy wszystko zostanie zakończone? Czy też więcej eksperymentów i testów, aby sprawdzić, jaką odporność mogę posiąść? — Pochylił się do przodu tak, że jego głowa znajdowała się bardzo blisko twarzy Tony'ego, w którego wbijał uparte spojrzenie. — Czego sobie ode mnie życzysz?
Tony wziął w ręce dłoń, którą Loki opuścił na kolana, po czym przycisnął ją do swojej klatki piersiowej na lewo od reaktora łukowego. Loki spojrzał na niego z zamyśleniem.
— Swojego serca?
— Tak. Czy za pomocą magii możesz wyjąć z niego odłamki szrapnela?
Loki patrzył na niego z uwagą, kiedy jego dłoń, ta dotykająca klatki piersiowej Tony'ego, rozbłysła na zielono. Dało się zauważyć, że magia nie ma tego czarnego połysku co wcześniej. Tony poczuł, jak zimna niczym lód moc rozprzestrzenia się po jego żebrach i płucach, wkradając się tamtędy do serca. Loki przekrzywił głowę i wyglądał niemalże tak, jakby nasłuchiwał czegoś pomiędzy uderzeniami serca. Zamknął oczy.
— Jest tutaj siła — wymamrotał. — Czuję ją, powstrzymuje metal, który tylko czeka, aby przeniknąć do tkanki twojego serca. Tych odłamków jest tak wiele… są jak zęby, zaostrzone w oczekiwaniu na ucztę. — Loki otworzył oczy; jedno ciemnoczerwone, drugie jasnozielone. Oba patrzyły poważnie. Wycofał rękę. — Obawiam się, że nie mogę dać ci tego, czego pożądasz.
Ukłucie zawodu, które Tony poczuł, było nieoczekiwane, biorąc pod uwagę, ile lat temu zaakceptował szrapnel jako stały dodatek do swojego ciała. Jak na pomysł, na który wpadł jakąś sekundę temu, ten zdążył już zapuścić niezłe korzenie.
— Warto było spróbować — odparł z uśmiechem. Loki zmarszczył brwi z dziwnym wyrazem twarzy. — Twoje pierwotne warunki brzmią całkiem dobrze. A teraz, skoro mamy już wszystko obgadane, chyba powinienem wracać do pracy.
— Oczywiście — odparł Loki i zamilkł, a Tony odsunął się od niego i wstał, po czym przeciągnął się ze zmęczonym westchnieniem. Przebiegł myślami plany na noc. Parę godzin, żeby dopracować projekt, a potem spać. Ale wcześniej kawa i szkocka, bo chyba o tym myślał, zanim Loki się obudził? Nagle ten pomysł wydał mu się wręcz świetny. Był jednym z jego najlepszych, serio.
— Stark — odezwał się nagle Loki, kiedy Tony był już w połowie drogi do drzwi. Odwrócił się i zobaczył, że bóg podniósł się z łóżka. Ponownie wyciągnął rękę. Co za pedant. — To zwyczaj, kiedy targ zostanie dobity. Nawet w Asgardzie.
— W żadnym cholernym razie nie potrząsnę twoją ręką. — Tony skrzyżował palce wskazujące. — Czytałem Harry'ego Pottera i wiem wszystko o niezrywalnych magicznych umowach. To nie w porządku. A poza tym za pierwszym razem tego nie zrobiliśmy. Ustne uzgodnienia są idealne o tej porze dnia i w tym stuleciu.
Twarz Lokiego pociemniała.
— Próbuję ci pokazać, że ze swojej strony dotrzymam warunków porozumienia — powiedział bardzo wolno i ostrożnie. — I że możesz mi ufać.
Och.
Tony poczuł, jak rozbawienie znika z jego twarzy. Fakt, że Loki jeszcze nikogo nie zabił za to, że wręczył go SHIELDowi, nie oznaczał, że nie zmusi go do odpowiedzenia za to w każdy inny dający się wyobrazić sposób. Ale tego argumentu nie brali pod uwagę, choć obaj wiedzieli, że wyrównają kiedyś porachunki. Jednak to nastąpi później, a teraz Loki szczerze prosił go o zaufanie. Nie zakładając niczego. Nie manipulując nim. Był to tak uczciwy układ, jak tylko mógł być — pod warunkiem, że Loki nie złamie jego warunków.
Wszystkim, co Tony musiał zrobić, było niesprzedanie go, kiedy będzie dochodził do siebie i pracował nad nowym zaklęciem. W tej sytuacji szala korzyści była zdecydowanie przechylona na jego stronę, przez co zaczął się zastanawiać, czy Loki kiedykolwiek w ogóle zamierzał go zabić. Może obecnie oferował mu tylko spokój duszy.
Tony był już zmęczony myśleniem.
— No dobra — powiedział po prostu i ścisnął wyciągniętą w jego kierunku rękę. — Masz tę umowę.
Loki spuścił wzrok na ich dłonie i przez ułamek sekundy wyglądał na zaskoczonego, a wręcz skonsternowanego. A później ciepła, sucha dłoń mocno ścisnęła rękę Tony'ego, wysyłając mocny dreszcz magii w jego stronę. Stark odsunął się od niego z przekleństwem.
— Jesteś poważny?! — krzyknął, patrząc na swoją piekącą rękę. Loki tylko wzruszył ramionami.
— Zgubiłeś moje zaklęcie lokalizujące. Stworzyłem nowe. O, należy chyba dodać — powiedział, podchodząc bardzo blisko Tony'ego — że możesz odkryć, iż Wiktor jest świadomy mojego pobytu w Stark Tower. Strzeż się. — Uśmiech, który rzucił Tony'emu po tej uroczej wiadomości, był niemalże czuły.
Tony pomyślał o sytuacji, w którą się wpakował, z głębokim poczuciem zawodu. Głównie odnośnie samego siebie.
— Czyli właśnie zgłosiłem się na ochotnika, żeby udawać twojego ochroniarza przeciwko Doktorowi Doomowi, a w zamian pozwolisz mi żyć? — Zupełnie nagle coś mu zaświtało w głowie. — Założę się, że wiem, gdzie się podziewałeś zeszłej nocy. Poszedłeś mu zakomunikować, gdzie jesteś, po czym wystawiłeś Avengersów, tak, żeby to oni z nim walczyli, gdyby się pojawił. Mam rację?
Loki się uśmiechnął.
— Nie pozwól nikomu nazywać cię głupcem, Stark. Trochę powoli się orientujesz, ale pomimo tego jesteś dość bystry.
Cóż.
Został w stu procentach przechytrzony. Gdyby wydarzyło się to komuś innemu, Tony informowałby obecnie wygranego o swojej nieskończonej miłości i podziwie. Niemniej przydarzyło się to właśnie jemu, więc wszystkim, na co mógł się zdobyć, było westchnięcie. Ostatecznie pobił go najlepszy w tej grze, więc nie ma się czego wstydzić, nie?
— Jest obecnie tyle sposobów, w jakie mogę stać się zupełnym i ostatecznym impotentem, że, prawdę mówiąc, jestem nieco przerażony.
— Wiem. — Co ciekawe, Loki ścisnął jego ramię współczująco.
— Powinieneś mnie teraz pocałować.
— Po… — Ręka cofnęła się natychmiast, ale zobaczenie, jak oczy Lokiego mrużą się i zaczynają patrzeć podejrzliwie, było nieco satysfakcjonujące. — Nie. Po co?
— Ponieważ ta nasza umowa — Tony machnął ręką, wskazując na Lokiego, a potem na siebie — zupełnie robi z ciebie Whitney Houston. A także dlatego, że jestem nieco podniecony tą całą siecią kłamstw, którą mnie oplątałeś, no i albo to zrobisz, albo założę strój i zacznę do ciebie strzelać. I nie przestanę przez długi, długi czas. Twój wybór.
To było kurewsko odważne ultimatum, ale było późno, Tony był zmęczony, a jego żyły jak adrenalina zalewało nieodpowiednie do sytuacji, podniecone rozbawienie. Sztuczki z umysłem i podstępy. No kto by zgadł?
— A więc niech tak będzie. — Oczy Lokiego rozbłysły, kiedy wyciągnął rękę i przesunął nią po szyi Tony'ego. Miękkie opuszki palców wyznaczyły na niej linie, które biegły do ścięgien, a następnie chwyciły szczękę Tony'ego i przyciągnęły jego głowę, tak, żeby mogli się pocałować.
O tak, to pamiętał. Wygłodniałe, pociągające wilgotne ciepło tych ust na jego wargach przywołało z powrotem wszystkie wspomnienia; pogniecioną kołdrę, słoność na języku i wilgotną skórę ocierającą się o jego w cieniach rzucanych przez reaktor łukowy. Loki wciąż pachniał tak samo — jak skóra, którą nosił, i mydło, i pot. Chłodne, długie włosy muskające palce Tony'ego, wystarczająco długie, żeby wpleść w nie dłoń. Żeby przyciągnąć głowę Lokiego i posmakować czułej skóry pod jego szczęką. Czucie na skórze ucha każdego wilgotnego oddechu, który Loki starał się powstrzymywać, ale nie wychodziło mu to do końca.
— Nagle przypominam sobie, czemu tak bardzo mnie rozpraszałeś, Stark — wymruczał Loki z ustami przy jego wargach, po czym przesunął zębami po tej dolnej. Spojrzenie jego oczu dało się opisać tylko jako wygłodniałe. — Nic dziwnego, że wszystkie moje plany nie poszły po mojej myśli. Co za szkoda, że się czegoś nauczyłem.
Po ostatnim, karząco skrupulatnym pocałunku Loki odsunął się od niego zupełnie i zajął się poprawianiem swoich ubrań. Bardzo się pilnował, żeby nie spojrzeć na Tony'ego.
Ze swojej strony Tony próbował wpaść na to, jakim cudem zamierzał utrzymać ręce przy sobie przez następny tydzień. Cudownie. O tym planie awaryjnym nie pomyślał. A jednak, jeśli to stanie się największym problemem na jego liście, to naprawdę dobrze sobie poradzi. Doom? Serio? Loki był sukinsynem.
Mimo wszystko minęło już sporo czasu, od kiedy Iron Man wzbił się w niebo i włączył w walkę z kilkoma z ich śmiertelnych wrogów. Może należała mu się taka rozrywka. Ostatecznie Jarvis potrzebował testu.
Biorąc to wszystko pod uwagę, prognozy na przyszłość wyglądały naprawdę cholernie uroczo.
A w każdym razie te na najbliższy tydzień.
