Nowy rozdział, kochani. Muszę przyznać, że tłumaczyło mi się trudno i koniecznie było robienie przerw na podramatyzowanie sobie na boku, ale cóż, to opowiadanie tak ma ;)

Miłego czytania! (i zniszczonych marzeń, ehehehehehe)

Podobno przezorny zawsze ubezpieczony, w związku z czym Tony był całkowicie zaskoczony, kiedy Doom postanowił nie skorzystać z zaproszenia Lokiego do Stark Tower.

Tony pierwsze trzy dni spędził na gorączkowym tworzeniu granatów, udawaniu, że od czasu do czasu śpi, i obsesyjnym pytaniu Jarvisa, czy nikt ich nie atakuje, kiedy tylko czuł skurcz żołądka. Gdy stało się jasne, że chęć zbliżania się do budynku wykazuje tylko pewna grupka gołębi (prawdziwych gołębi, nie robotów, co Tony odkrył po dość klejącym się wydarzeniu związanym z repulsorami), ostatecznie postanowił trochę wyluzować. Okazało się, że mimo wszystko Doom nie jest tym typem człowieka, który podąża we wskazanym kierunku.

Loki rozpłynął się w powietrzu — a przynajmniej w tym, które znajdowało się na ostatnim piętrze laboratorium. Najwidoczniej praca nad zaklęciami związanymi ze zmianą kształtu była skomplikowanym zajęciem, chociaż Tony poważnie podejrzewał, że Loki odciął się od nich tylko po to, żeby zjeść kanapkę. Jakie by nie były jego powody do zamknięcia się na górze, definitywnie położyło to kres wszelkim zwariowanym pomysłom, które Tony miał na temat powrotu do wcześniejszego stanu rzeczy. Dokładnie takiego, jaki był. Jednak w morzu pływały większe, grubsze ryby, które należało usmażyć repulsorami, a jeśli miał być ze sobą szczery, tamten okres się skończył i nie było do niego powrotu. Jak Loki powiedział, czegoś się już nauczył. Najwyższy czas, żeby pójść do przodu i zapomnieć o przeszłości.

Dwa dni minęły bez ani jednego incydentu, a Tony'emu udało się skompletować olbrzymią ilość siedmiu granatów. Opuszki jego palców były pokaleczone od więcej niż tylko jednej pomyłki przy nadawaniu odpowiedniego kształtu metalowi, a na dłoni miał imponujące poparzenie dzięki wypadkowi podczas lutowania, ale jak do tej pory każda sztuka broni była sukcesem. Montowanie trwało dłużej, niż mu się to podobało, jednak łączenie nieobliczalnych rdzeni Impasu z materiałami wybuchowymi było delikatną robotą nawet dla kogoś o jego wyjątkowym geniuszu. Ostatnią rzeczą, której potrzebował, był przedwczesny wybuch jednego z nich — na przykład zanim Loki zdąży się go pozbyć z rąk.

Myśli Tony'ego często błądziły wokół Thora, kiedy spajał części znajomymi na wskroś ruchami rąk, ignorując nietypową niezgrabność spowodowaną pociętymi palcami. Pozostali próbowali to ukryć, prawdopodobnie Steve wydał taki rozkaz, ale odczyty Jarvisa i kamery śledzące każdy ruch każdego w budynku powiedziały mu wszystko, co chciał wiedzieć.

Aktywność mózgu Thora gwałtownie spadała. Jego opuszczone ciało, ta część, która według ich założeń miała bez wysiłku istnieć dalej bez duszy, psuła się. I chociaż wcześniej był w stanie przynajmniej chwycić widelec i jeść, teraz trzeba było go karmić. Nie stał, chyba że ktoś go tak ustawił; nie potrafił przejść więcej niż dziesięć stóp, żeby nogi się pod nim nie ugięły. Żeby nie wspomnieć o innych podstawowych umiejętnościach, które tracił. Zgodnie z szacunkami Jarvisa w stan zupełnie wegetatywny powinien wejść w ciągu kilku dni.

Biorąc pod uwagę stopień uszkodzenia mózgu, jego całkowita śmierć powinna w normalnych okolicznościach nastąpić w ciągu pięciu do jedenastu dni. W normalnych okolicznościach. Tak jakby było coś normalnego w tym, co mu się przydarzyło — i wciąż się przydarzało.

Tony nie powiedział Lokiemu o stanie jego brata z szacunku dla stopnia koncentracji, który ten musiał utrzymać podczas magikowania, ale nie czuł się z tym dobrze. Czego by Loki nie mówił czy robił, wciąż był przywiązany do Thora i nie wiedział, jak pozbyć się tego przywiązania. Zasługiwał na to, żeby wiedzieć, ale jednocześnie Tony desperacko nie chciał widzieć wyrazu, który pojawi się na twarzy Lokiego, kiedy ten zda sobie sprawę, że jego brat powoli umiera.

Że nawet jeśli uda im się zdobyć duszę Thora, może nie być już ciała, do którego mogłaby wrócić.

Tony skończył grzebać w ósmym granacie, zatrzasnął obudowę i usiadł obok pozostałych siedmiu na stole laboratoryjnym. Wszystkie błyszczały w ostrym świetle i groziły nagłym otwarciem się niczym jakieś magiczne jajka oraz poczęstowaniem najbliższego otoczenia maksymalnym stężeniem promieniowania w trzy sekundy. Wybuchały raczej po rzuceniu ich niż po upływie określonego czasu dzięki czujnikom nacisku, które Tony w nich umieścił. Było to jedyne dodatkowe zabezpieczenie, jakie potrafił wymyślić, które mogło ochronić Lokiego, jeśli Amora przeszłaby do walki wręcz, a on już miałby granat w rękach.

W najgorszym wypadku oboje oberwaliby w czasie wybuchu. A jako że Loki był Lokim, lepiej niż Amora poradziłby sobie z promieniowaniem, biorąc pod uwagę jego wcześniejsze przejścia z Impasem. Hipotetycznie krócej zajęłoby mu dojście do siebie.

Ale czy to wystarczy? Jeśli Amora mogła uszkodzić duszę w każdej sekundzie, a Tony nie zamierzał zakładać, że była ponad napadem wściekłości w stylu „jeśli ja nie mogę go mieć, to nikt inny też nie", sprawy mogły się potoczyć naprawdę kiepsko.

Wciąż nad tym rozmyślał, kiedy okno eksplodowało do wewnątrz, zalewając podłogę kawałkami szkła, a Doombot wleciał do jego laboratorium.

Jarvis! Postępowanie na wypadek nagłych sytuacji, protokół dziewiąty! — krzyknął Tony, zakrywając oczy ręką, kiedy odłamki szkła latały we wszystkich kierunkach. Może i był obecnie łatwym celem, ale w żadnym wypadku Doombot nie dostanie Lokiego. Nie ze wzmocnionymi tytanowymi pokrywami, które właśnie pokryły każdą ścianę, sufit i podłogę na sześciu najbliższych piętrach.

— Powinieneś jeszcze dopracować swoją osobistą ochronę — powiedział Doombot, a jego kroki na szkle chrzęściły głośno, gdy podchodził do Tony'ego. — Proszę nie wzywać zbroi, panie Stark. Ani Avengersów. Mam dla pana propozycję.

— Dla mnie — powtórzył Tony. Jego mózg pędził setki kilometrów na godzinę. Robot zabiłby Tony'ego, zanim ten zdążyłby wbić się w zbroję, a w dodatku własnoręcznie odizolował się od sieci nadzoru Avengersów, kiedy zaczął pracować. Nie miał zbyt wielkiego wyboru, ale ten tutaj nie musiał się o tym dowiadywać.

— Cóż. Propozycję dla Handlarza Śmierci. — Pokryte zbroją ramię prześlizgnęło się po stole laboratoryjnym i wzięło jeden z granatów. Uniosło go powoli. — Wciąż nosisz ten tytuł, prawda?

Kurwa.

— Tylko dla klientów ze Stanów Zjednoczonych. Transport drogą morską ssie.

— Ach tak. — Czujnik dotyku na granacie włączył się, kiedy Doombot go ścisnął. — A chciałbyś zrobić wyjątek dla Doktora Dooma?

Tony otworzył usta, żeby powiedzieć mu, jaki dokładnie wyjątek zrobiłby dla Doktora Dooma, kiedy klapa zamykająca otwór wentylacyjny wystrzeliła z sufitu, a do pomieszczenia wpadło tornado czarnych ciem, które zaczęły wirować wokół Tony'ego, przez co ten przestał widzieć koniec własnego cholernego nosa. Tysiące trzepoczących skrzydeł muskało jego skórę przez ułamki sekundy, kiedy ćmy przelatywały obok niego, aby zlać się tuż obok w kształt pewnego wściekłego boga.

Wściekłego, niesamowicie bladego, o oczach, które błyszczały czystą, pełną wściekłości jotuńską czerwienią. Tony przełknął ślinę. Jeśli Loki zamierzał włączyć w swój repertuar psychologiczne sztuczki z oczami, mogły się okazać cholernie efektywne.

— Wiktor. — Sieć zielonej energii otoczyła jego ręce.

— Loki — odparł Doombot spokojnie. — Przeszkadzasz nam. — Rzucił granat na środek pomieszczenia.

Loki… — Tony rzucił się, żeby odepchnąć go z zasięgu najsilniejszego promieniowania, zanim granat wybuchł, ale jeszcze zanim to zrobił, wiedział, że wyprodukował za dobrą broń. Pokój rozbłysnął na niebiesko, a pokryta zbroją ręka złapała go za kark i wyciągnęła przez rozbite okno. Tony'emu udało się tylko dostrzec, jak Loki opada na kolana, a długie włosy przykrywają mu twarz…

…i nagle leciał przez wieczorne niebo Manhattanu, jakby nic nie ważył, bez choćby cienia ochrony, przytrzymywany przez zrobione z tytanu ramiona.

— Niech pan nie wygląda na tak przygnębionego, panie Stark. Zabiję pana dopiero, kiedy już z panem skończę — usłyszał głos tuż obok swojego policzka, gdzie zimny metal ochraniający twarz Doombota odsłonił coś o wiele bardziej lodowatego.

Oddech.

To był Wiktor von Doom.

Tony w żadnym razie nie był osobą, która nie wiedziała, co to takiego strach. Ale ten zaciśnięty, lodowaty węzeł, który uformował się w jego klatce piersiowej w tym samym momencie, powiedział mu, że można się bać się o siebie samego i można bać się druzgoczącej, beznadziejnej klęski.

W tamtej sekundzie Tony czuł jedno i drugie.

Ich lot trwał krótko i został zakończony tym samym tajemniczym ruchem peleryny, jaki Tony zauważył u zmodyfikowanego Doombota, z którym walczył kilka miesięcy temu. Wiedział, że w starciu z taką technologią Avengersi nie będą w stanie go znaleźć. Nawet Iron Man miałby problem z wyregulowaniem parametrów na taką częstotliwość lotu.

Tony zwisał z ramienia Dooma, wpatrując się w drapacze chmur i czując, jak wiatr boleśnie chłoszcze mu ramiona i policzki. Zaczął się nawet zastanawiać, czy nie łatwiej byłoby zmusić Dooma, żeby go upuścił. Przy takiej odległości od ziemi upadek w prostej linii byłby bezbolesny.

Jego makabryczny ciąg myśli urwał się, kiedy Doom nagle zwolnił i posłał ich obu lotem nurkowym w dół poprzez drzewa, nieprzyjemne zadrapania i przeszkodę w postaci ławki. Tony został wypuszczony, kiedy znajdował się niewybaczalne dziesięć stóp nad ziemią. Siła zderzenia z nią była wystarczająca, żeby pozbawić go oddechu, gdy wylądował ciężko na trawie. Odkasłując i nieskutecznie łapiąc oddech, próbował zorientować się w sytuacji.

A co ważniejsze, w tym, gdzie się znajdowali.

— Jesteś jak seryjny morderca, który zawsze wraca na miejsce zabójstwa, no nie? — wycharczał Tony, kiedy rozejrzał się po znajomo wyglądającym otoczeniu. Tym razem nie było w nim żadnego wesołego miasteczka. — Central Park nie jest najlepszym miejscem na rozmowę w cztery oczy o handlu ciężką bronią, a ty nie masz na sobie takich ciuchów, które kazałyby mi pomyśleć, że to podstęp.

Doom go zignorował i odłączył napęd odrzutowy, który dezaktywował się z mechanicznym gwizdem. Facet oparł jedną rękę o najbliższe drzewo i wyglądało na to, że sam ma problem ze złapaniem tchu. Tony poczuł, jak po jego ciele rozlewa się satysfakcja. Doom może — tylko może — kurewsko go przerażał w złe dni, ale wyglądało na to, że promieniowanie Impasu jemu też nieźle dowaliło.

W przenośni, rzecz jasna. Doom ubrał się tak, żeby robić wrażenie, jak zawsze. Lśniąca zbroja pokrywała jego ciało od stóp do głów i dawała, jak Tony wiedział z akt SHIELDu, nietypowo dużą ochronę. Do tego należało dodać zieloną tunikę i pelerynę z kapturem, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Co takiego było w zieleni, że czarne charaktery ją uwielbiały? Amora, Doom, Loki, czy wszyscy należeli do jakiegoś sekretnego stowarzyszenia, zanim się poprztykali?

— Wykonał pan swoją pracę całkiem nieźle, panie Stark — stwierdził ostatecznie Doom. Jego przypominające czarną pustkę oczy wpatrywały się w Tony'ego. — Doom śledził czynione przez pana postępy z wielkim zainteresowaniem. Sposób ujarzmienia tych indywiduów obdarzonych olbrzymią magiczną mocą byłby niesłychanie pożądany przez najbardziej… utalentowanych osobników.

Używając pnia stojącego za nim drzewa, Tony powoli podniósł się do pozycji stojącej. Jego żebra mocno bolały, ale w tej sytuacji ból stanowił najmniejsze z jego zmartwień. Doom nie znajdował się na czwartym miejscu zagrożeń na liście SHIELDu tylko dlatego, że lubił się ekstrawagancko ubrać, i jasnym jak cholera było, że nie cieszył się sławą jako najcierpliwszy czarny charakter.

Ale pokazać mu swój strach?

To nie wchodzi w grę.

— Czyżbyś mnie obserwował? — prychnął Tony. — Bzdury. Stark Tower i kwatery Avengersów nie są przyjazne dla inwigilacji. Nawet dla ciebie, Doktorku. — Może nie był to najlepszy argument, ale z drugiej strony w pewien sposób był. Jeśli ponownie udało im się włamać do systemów zabezpieczeń, Tony był pewien, że przeżyje lekkie załamanie nerwowe.

— Twoje ostatnie wysiłki są godne pochwały. — Doom na serio schylił lekko głowę, jakby się kłaniał. — Wziąłeś szturm na swoją sieć zabezpieczeń całkowicie poważnie. Ale czy pozwolenie Kapitanowi Ameryce na szepnięcie słówka SHIELDowi o twoich postępach było mądrą decyzją? Doom sądzi przeciwnie.

Jeśli nie możesz dostać się do informacji z jednego końca, spróbuj z drugiego. Standardowa procedura, serio. Tony zaklął bezgłośnie. Steve z całą pewnością nie dał Fury'emu niczego więcej niż uaktualnień z nagrań, niczego związanego z technicznymi planami, ale nawet to powiedziałoby Doomowi więcej, niż potrzebował wiedzieć, o tym, co Tony robił; o tym, co udało mu się zrobić.

A jeśli Doom wiedział, Czarodziejka także.

To był koniec. To był czwarty dzień robienia granatów i ignorowania całej reszty świata, myślenia o wygranej i ratunku w ostatniej minucie, a także ostateczna współpraca pomiędzy nim i Lokim. Tony, niczym absolutny idiota, śmiał przypuszczać, że mieli jakąś szansę; że mogli uratować Thora.

Amora już wygrała. Jeśli wiedziała, że Loki był z nim przez cały ten tydzień, nie było szans, że siedziała grzecznie na tyłku i próbowała zniszczyć jakieś cholerne zaklęcie namierzające. Prędzej rzuciłaby się na duszę Thora jak jakieś dziecko na batonik czekoladowy. A nawet jeśli tego nie zrobiła, to i tak skoro wiedziała o granatach, stawały się one więcej niż bezużyteczne, choćby i używał ich nie kto inny, jak Loki.

Tony patrzył na Dooma w świetle zachodzącego słońca i po raz pierwszy zaczął się zastanawiać nad tym, co powiedzą Jane Foster. Czy ktokolwiek poinformował ją o tym, co stało się Thorowi? Nie, oczywiście, że nie. Pewnie wcisnęli jej kit, że wrócił do Asgardu. Walczy z nowym zagrożeniem, jasne. O, masz tu trochę nowiuśkich danych. Wmawiali obywatelom wszystko, byle byli bezpieczni i szczęśliwi.

— Co ci dała, Doom? — zapytał Tony ze zmęczeniem. — Po prostu nie widzę cię jako posłańca miłości, który krąży pomiędzy asgardzkimi czarnoksiężnikami i próbuje zabić Lokiego, a nic z tego nie ma.

— To znak niezadowolenia Dooma, nic więcej. Loki wie dokładnie tyle. — Doom zrobił krok w kierunku Tony'ego, a jego sylwetka pokryła się czarno-srebrnymi cieniami. — Co ofiarowała Czarodziejka? Coś uważanego za utracone dawno, dawno temu. — Pokryte zbroją palce niemalże nieświadomie dotknęły ukrytego za metalowym pancerzem policzka. — Wszystko poza tym, panie Stark, nie jest pańskim zmartwieniem. Przybyłem do pana z propozycją.

Tony nie mógł zmusić się do przejęcia tym. Nie, naprawdę. Najgorszym, co Doom mógł zrobić w tej chwili, było zabicie go za odmowę współpracy, ale im dłużej ich rozmowa się przeciągała, tym szybciej Loki odzyska przytomność. Przy odrobinie szczęścia świeże zaklęcie namierzające było na tyle silne, by przetrwać promieniowanie Impasu, któremu zostało poddane. Tony miał tylko nadzieję, że Loki był w nastroju do ratowania innym tyłków. Jednak biorąc pod uwagę pułapkę Dooma, w którą ktoś dopiero co wszedł jak ostatni idiota, nie wyglądało to na zbyt prawdopodobne.

Mimo wszystko w wieży było jeszcze siedem całkowicie gotowych granatów. To więcej, niż wystarczająco dużo, żeby Loki miał z czym uciekać.

— A co niby oferujesz? — zapytał w końcu Tony, kiedy milczenie przeciągało się zbyt długo. — Po prostu mi to powiedz.

— Niech i tak będzie. — Cienie się wydłużyły, kiedy na niebie pojawiły się gwiazdy, ale oczy Doktora Dooma zdawały się świecić spod kaptura niczym złoto. — Doom oferuje ci duszę Thora Odinsona.

Tony prawie zmienił się w słup soli.

Przez krótki, dezorientujący moment nie mógł znaleźć w tej propozycji ani grama sensu. Dusza Thora była wszystkim, czego pragnęli; czego potrzebowali. Naprawiłaby wszystko — SHIELD zostawiłoby Tony'ego w świętym spokoju, Asgard nie zwróciłby się przeciwko Ziemi, Thor z powrotem byłby z nimi, wszystko wróciłoby do normalności

Byłoby tak, jakby ostatnie trzy miesiące się nie wydarzyły.

— Jakim cudem? — zapytał Tony opanowanym głosem, a jego oczy wpatrywały się nieprzytomnie w dzielącą ich, pokrytą liśćmi ziemię.

— Prosta sprawa. Czarodziejka nosi duszę Odinsona na szyi, ukrytą w naszyjniku z wisiorkiem z dziwnego niebieskiego kryształu. Gdybym zwabił ją do Latverii, do mojego zamku, rozbrojenie jej byłoby kwestią chwili. — Założył ręce na piersiach. — Roztrzaskanie kryształu uwolni duszę i wyśle ją pędem do jej miejsca pochodzenia. Nie byłby pan w to nigdy choćby i oficjalnie zamieszany, panie Stark.

Tony podniósł wzrok z niedowierzaniem. To było…

— Roztrzaskać naszyjnik, a dusza tak po prostu wróci do jego ciała, jak… jak jakiś mistyczny bumerang? To właśnie próbujesz mi powiedzieć? — Nawet on sam był w stanie dosłyszeć lekko dziki ton swojego głosu, ale Doom oferował mu wszystkie informacje, całą pomoc, jakiej potrzebowali, żeby naprostować rzeczy.

— Dokładnie. Co więcej, zgodnie z moim planem Czarodziejka pozostaje nieświadoma obecnych wydarzeń. Łatwo zwróci się do Dooma w panice.

Było tylko jedno pytanie. Pytanie wszystkich pytań, prawdę mówiąc.

— Czego chcesz w zamian?

Doktor przyglądał mu się uważnie i nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł kolejne dwa kroki, zmniejszając w ten sposób znacznie dzielący ich dystans. Ciche brzęczenie metalu było jedynym słyszalnym dźwiękiem. Przez tę bliskość zdawało się, że Doom góruje nad Tonym i udało mu się niemalże przyszpilić go do drzewa samą aurą zagrożenia. Żadnych gróźb, żadnych ataków, wyłącznie groźna obecność. W tej chwili Doom wydawał się tak różny od Lokiego, jak Loki od Thora.

— W zamian pragnę czegoś o małej wartości dla ciebie, ale wielkiej dla mnie. Czegoś, co kiedyś porzuciłeś bez przemyślenia tego po raz drugi. — Widoczne spod jego kaptura oczy błyszczały niczym złote pochodnie. — Daj mi Lokiego Laufeysona, a bóg piorunów zostanie ci zwrócony.

Tony czekał na haczyk. Na coś, cokolwiek. Ale Doom po prostu obserwował jego reakcję, jakby wyłożył na stół wszystkie karty. Takie były jego warunki.

Loki.

Po prostu chciał Lokiego.

— Jak? — zapytał odrętwiale. — O co tak naprawdę prosisz? Po co?

Po tych słowach Doom się cofnął, a jego zielona peleryna zawirowała, kiedy odwrócił się do Tony'ego tyłem. Szybko stał się niczym więcej niż tylko czarną sylwetką i połyskiem metalu na tle ściemniającego się nieba. Podszedł aż do leżącego na ziemi drzewa, prawdopodobnie jednego z tych, w które przywalił Skruge w czasie ich pierwszej walki. Wtedy, kiedy wszystko zaczęło się chrzanić. Wtedy, kiedy Tony ocalił Lokiemu życie.

Wydawało się, jakby od tego dnia minęły wieki.

— Czuję, jak ograniczenia tego ciała mnie przygniatają, panie Stark. Ta długość życia śmiertelnika, ta zawodna powłoka. Czarnoksiężnik o ogromnej mocy Lokiego, o jego nieśmiertelnym ciele…

— Nieźle mu przywaliłeś w laboratorium — przerwał mu Tony, a jego serce szybko biło w klatce piersiowej. — Aż facet stracił z tego wszystkiego przytomność. Mogłeś go po prostu zabrać…

Chroniona rękawicą ręka chwyciła go za gardło i przycisnęła do drzewa. Twarz Dooma znajdował się zaledwie cale od twarzy Tony'ego, na tyle blisko, że ten słyszał każdy oddech, który z gwizdem wydostawał się przez wycięcie w jego masce.

— Przerywanie wystawia cierpliwość Dooma na bolesną próbę.

— Dobra — wychrypiał Tony. Nie sięgał stopami ziemi. Gdyby Doom zacisnął swoją rękę choć odrobinę bardziej, jego tchawica by nie wytrzymała. Doom uwolnił go bez ostrzeżenia i szybkim ruchem odsunął się od Tony'ego, kiedy ten po raz kolejny opadł na trawę, starając się nie kaszleć, jakby zależało od tego jego życie.

— Loki zakończył swoją przydatność jako mój towarzysz broni — warknął Doom. — Daj go mnie, spętanego tym Impasem twojego pomysłu, spętanego tak, że nigdy nie będzie w stanie uciec, a będziesz miał to, czego pragniesz. Taka jest moja oferta, Iron Manie. Potrzebujesz Thora Odinsona. Avengersi potrzebują swojego Boga Piorunów. Niech cel usprawiedliwi środki, jakimi go osiągniesz.

Zanim jeszcze Doom skończył swoją przemowę, umysł Tony'ego już zaczął analizować parametry, robić obliczenia natężenia promieniowania i czasu niezbędnego do utworzenia ostatecznej wersji Impasu, która byłaby na tyle silna, żeby przeciwdziałać rosnącej odporności Lokiego i jego mocy. Trzeba by też było utrzymywać ciągły poziom napromieniowania przez całą podróż do Latverii, do bazy Doktora Dooma.

Można to było łatwo zrobić, serio. Tony miał wszystkie konieczne kłamstwa na czubku języka, wszystkie niezbędne wymówki. Cholera jasna, Loki obecnie pomieszkiwał na górnym piętrze jego laboratorium, nawet nie zdałby sobie z niczego sprawy. Nauka nie należała do jego mocnych stron.

Avengersi przyklasnęliby temu pomysłowi. Plany Dooma były dalekosiężne i wymagały czasu, mnóstwa czasu, co umożliwiłoby SHIELDowi i innym zainteresowanym umieszczenie szpiegów w jego kryjówce, dzięki czemu mogliby obserwować jego rosnącą siłę i wszystkie eksperymenty oraz inne cuda, jakie zaplanował dla Lokiego. Nick Fury pewnie nawet wysłałby mu kosz z owocami.

To była jak na razie najbardziej lukratywna oferta ze strony superzłoczyńcy kalibru Dooma, jaką ktokolwiek położył na stole. Zdumiewająca wręcz w swojej prostocie. Jeden brat za drugiego.

Thor, szlachetny i dobry, wróciłby do Avengersów.

Loki, oszust i zdrajca, musiałby wypić piwo, którego sobie nawarzył.

To było niemalże poetyckie.

— A więc? Cóż odpowiesz? — Doom powoli tracił cierpliwość.

Tony zamrugał.

Nienawidzę poezji.

Jasne jak cholera, że nie popełni tego samego błędu po raz drugi. Może i będą musieli zacząć od nowa. Może i będą musieli zamrozić ciało Thora w lodzie niczym drugiego Kapitana Amerykę. Może po prostu spojrzą na kwestię pokonania Amory pod zupełnie innym kątem. Ale Tony wiedział jedną rzecz na pewno: nie sprzeda Lokiego. Mógł nawet zrobić Thorowi taką przypinkę. Jedno wielkie „pierdol się" skierowane do Doktora Dooma podczas nieobecności wielkiego młota, który jasno i wyraźnie kazałby mu się odwalić.

— Wybacz, Doktorku. Sam będziesz sobie musiał wyfrankensteinić nowe ciało w inny sposób.

— Co za szkoda. — Doom ponownie sięgnął do jego gardła, poczym najwyraźniej to sobie przemyślał. Tony walczył, żeby nie pokazać po sobie ulgi. Jego szyja już teraz pulsowała bólem, a jutro rano najprawdopodobniej będzie miał na niej ładnego siniaka.

Był akurat na tyle rozproszony tą myślą, że nie zauważył nagłego szarpnięcia ani rozdarcia jego koszulki, póki Doom nie nacisnął reaktora łukowego, nie wyciągnął go z jego łożyska i nie odłączył go z sykiem spowodowanym zmianą ciśnienia.

Z reaktorem łukowym Tony'ego w chronionej rękawicą pięści, Wiktor von Doom zapytał:

— Jest pan pewien, panie Stark?

Tony poczuł lodowaty, ledwo dający się powstrzymać strach, kiedy dotknął dłonią pustej przestrzeni w swojej klatce piersiowej, ale nie cofnął się. Nie, nie zamierzał dawać Doomowi satysfakcji w postaci zobaczenia jego paniki. Już prędzej umrze.

— A co ty na to, żebym przedstawił ci inną ofertę? — zasugerował Tony. — Ponieważ jestem miłym facetem i wydaje mi się, że możemy sobie nawzajem pomóc. Zrozum, nie mogę ci dać Lokiego.

— Nie możesz?

— Nie zamierzam. — To, jak zdecydowanie i niezłomnie zabrzmiał jego głos, aż go zaskoczyło. — Ale chętnie się z tobą potarguję. Ja mam twoje schematy, ty możesz mieć moje. A konkretniej rzecz biorąc, schematy Podwójnego Impasu. W zamian za to wycofasz się z tego wyścigu. Zostaw Amorę nam, a będziesz mógł sobie skonstruować nową błyszczącą zabaweczkę.

Doom uniósł z namysłem reaktor łukowy. Jego niebieski blask sprawił, że metalowa maska nabrała barwy płynnego srebra.

— Albo mógłbym to sobie wziąć i zostawić cię tutaj na pewną śmierć.

Tony wzruszył ramionami.

— Albo to. — Poczuł, jak kropla potu spływa mu po kręgosłupie. Zegar w jego głowie odliczał cenne sekundy tak głośno, że Tony ledwo był w stanie myśleć. — Ale nie złapie ci to czarnoksiężnika.

Rzecz jasna Doom musiał zastanawiać się nad nowymi warunkami przez boleśnie długi czas. Tony próbował obliczyć, ile jeszcze będzie istniał ładunek elektryczny w podstawie reaktora łukowego, zanim szrapnel zacznie się poruszać. Pięć minut? Mniej?

— Doom zgadza się na twoje warunki — odparł w końcu. — Prześlij swoje schematy do ambasady. W przeciwieństwie do Laufeysona ja dotrzymam warunków naszego porozumienia. Ale niech pan tylko spróbuje mnie zdradzić, panie Stark. Jeszcze nie stałem się wrogiem Avengersów. Nie każ mi przyspieszać moich planów.

Tony poczuł ulgę tak mocną, że kolana niemalże się pod nim ugięły.

— Świetnie. Wspaniale. Mamy umowę. Wyślę je mailem, jak wrócę do siebie.

— Dobrze — odparł Doom, po czym zmiażdżył reaktor łukowy w pięści. Roztrzaskane części opadły na trawę z kaskadą gasnących iskier, a Doom odwrócił się do niego tyłem. — Przekaż Lokiemu moje pozdrowienia. Jeśli przeżyjesz.

Tony opadł na kolana, kiedy Doom ponownie wzbił się w powietrze, a złoty ślad energii, który powstał po jego ulotnieniu się, oświetlił zmiażdżony reaktor. Urządzenie było w zbyt wielu kawałkach, żeby chociaż rozważyć próbę naprawienia. Mam na to za mało czasu, pomyślał obojętnie Tony. Pobiegnięcie po pomoc tylko przyspieszyłoby bicie jego serca i przyspieszyło śmierć. W najbliższym otoczeniu nie widział żadnej osoby, od której mógłby pożyczyć telefon. Nikt nie wiedział, gdzie jest.

Nie było czasu.

Zrozumienie przyszło po cichu. Tak właśnie wszystko miało się skończyć. Żadnych heroicznych czynów, żadnego blasku chwały. Zwykły zawał serca w cichych ciemnościach Central Parku, w otoczeniu gównianych roślinek i z odliczaniem zegara w głowie.

Tony osunął się nagle na drzewo.

— No po prostu idealnie.

Zaczął gwałtownie rzucać szczątkami zniszczonego rdzenia reaktora w ciemność, kiedy oślepiający portal zielonej magii otworzył mu się nad głową, a jeden nieprzewidywalny, niemożliwy bóg oszustw wypadł z dziury w niebie.

Loki wylądował z potężnym grzmotnięciem obok niego, wyglądając przy tym jak kłębek skórzanych wdzianek i włosów o konturach z jasnej magicznej poświaty.

— To było dość nieprzyjemne — wymamrotał Loki, po czym usiadł i odgarnął włosy z twarzy. — Musiałem wyskoczyć z wieży, żeby przebić się przez ten twój cholerny tłumik teleportacji. — Obrócił się do Tony'ego i spojrzał na niego z ciekawością. — Jak widzę, Wiktor zostawił cię w jednym kawałku.

Tony wpatrywał się w niego. Nie miał pojęcia, co powiedzieć.

Loki nie zostawił go na pewną śmierć. Nie zabrał zrobionych do tej pory granatów, żeby znaleźć Amorę. Zgoda, Loki tak wszystko ukartował, żeby Doom go zaatakował. Tak, żeby Avengersi mogli się z nim policzyć. Taki był jak na razie jego plan.

Ale być może śmierć Tony'ego w trakcie tego wcale do niego nie należała.

Coś dławiło go w gardle. Spojrzenie Lokiemu prosto w oczy nawet nie wchodziło w grę, więc po prostu wpatrywał się w ciemność, próbując zebrać się do kupy. No dobra, ktoś go zaskoczył w momencie nieuwagi. No i co z tego? Nie był to pierwszy raz ani nawet trzeci. Loki był dobry w zaskakiwaniu go, nawet teraz, kiedy swoimi zimnymi opuszkami palców dotknął jego rozpalonej od bólu szyi, po czym prześlizgnął się nimi po rozerwanej koszulce, aż do pustego miejsca po reaktorze łukowym.

Loki całkowicie zesztywniał, kiedy jego palce nie znalazły tam niczego poza powietrzem.

Stark.

— Wiem. Wszystko w porządku. — Co innego mógłby niby powiedzieć? Usłyszał, jak Loki z trudem łapie oddech, próbując pozostać spokojnym. Prawdę mówiąc, było to odrobinę satysfakcjonujące.

— Gdzie on jest?

— Jest zniszczony. — Tony się poruszył, próbując się podnieść. Musieli się teleportować na skraj pola Impasu i przejść resztę drogi, ale mimo to zapasowy reaktor powinien zostać podłączony, zanim dojdzie do czegoś nieodwracalnego. Zakładając, że ruszą się w ciągu następnych dziewięćdziesięciu sekund.

Stojący obok niego Loki błyszczał na zielono, był blady, a jego lodowata ręka przyciskała się do serca Tony'ego.

— Umierasz — powiedział pusto. Jego błyszczące oczy wpatrywały się w puste miejsce na reaktor z cichym przerażeniem. — To ja cię do tego doprowadziłem. Umierasz i… nie mogę cię uleczyć.

Tony Stark nie był z natury okrutnym człowiekiem. To nie on posługiwał się przemocą, kiedy nie było to konieczne, czy przedłużał czyjeś męki. O wiele bardziej wolał po prostu osiągać rezultaty. Ale w tej chwili, kiedy usłyszał nietypowe załamanie w zazwyczaj spokojnym i niczym niewzruszonym głosie Lokiego, niemal zawahał się nad powiedzeniem czegoś.

Niemal.

— Nie planuj jeszcze mojego pogrzebu — Tony ostrożnie odsunął rękę od swojej klatki piersiowej. — Trzymam zapasowy w kwaterze głównej Avengersów. Impas jest tam wciąż aktywny, ale…

Zanim jeszcze skończył zdanie, długie ramiona zmiażdżyły go w uścisku podobnym do imadła, po czym wokół ich obu zawirowała jasna zieleń.

Może mimo wszystko wcale nie musiał wysłuchiwać wyrzutów sumienia Lokiego.

Kiedy pojawili się w samym środku salonu, rozpętało się istne piekło.

— Psia kostka! — palnął Steve, zrywając się na nogi. Clint upuścił swój popcorn w dziwacznym geście strachu, zasypując nim w ten sposób cały dywanik. — Co wy dwaj tutaj robicie?

— Gdzie znajduje się jego reaktor łukowy? — zapytał Loki z naciskiem, zanim Tony zdążył chociażby głębiej odetchnąć.

— Co? — zapytał z osłupieniem Clint. — To jakiś quiz? — Natasza od razu ruszyła w stronę korytarza, zdejmując po drodze skarpetki.

Tony wydostał się ze śmiertelnego uścisku Lokiego i obrócił się.

— Jarvis, otwórz skarbiec. Wdowo, masz około trzydziestu sześciu sekund.

Skarbiec został otwarty. Powodzenia, agentko Romanow.

Natasza najzwyczajniej w świecie przeskoczyła przez kanapę, opierając się o nią jedną ręką, i użyła rozpędu do wystrzelenia samej siebie w stronę korytarza jak jakąś minirakietę na sterydach. Zawsze była jedyną na tyle zwinną osobą, by poruszać się po korytarzach i klatkach schodowych, jednocześnie niosąc wartą miliard dolarów część ratującą życie, na przykład reaktor łukowy Tony'ego.

— Usiądź spokojnie — powiedział Steve szybko, wpatrując się z przerażeniem w klatkę piersiową Tony'ego. — Oddychaj głęboko. Wszystko jest w porządku. Nie pozwól, żeby skoczyło ci tętno. Natasza będzie z powrotem za sekundę. Ile czasu już minęło?

— Więcej, niż bym chciał, Kapitanie — przyznał Tony. Oparł się głową o tył kanapy. — Chciałbym wam przekazać słowa mądrości: nie próbujcie targować się z Doktorem Doomem.

Clint pochylił się nad nim, wyglądając na spiętego.

— Kurwa — powiedział z porażającą szczerością. — Mogę włożyć do środka rękę?

Steve i Loki wyglądali na przerażonych. Tony gapił się w sufit i starał się nie liczyć sekund.

— Tylko nie tę, którą jadłeś popcorn. — Przynajmniej odwróci to na chwilę jego uwagę od mijającego czasu.

Palce Clinta ledwo co przekroczyły obrzeże dziury w jego klatce piersiowej, kiedy ręka Lokiego wystrzeliła do przodu szybko niczym wąż i złapała go za nadgarstek. Wszyscy zamarli na chwilę.

— Być może innym razem, agencie Barton. — Jego głos był wyprany z emocji, może nawet trochę podejrzliwie wyprany z emocji, jeśli nagła bladość Clinta mogła o czymś świadczyć. Dookoła Lokiego wciąż unosiło się sporo dzikiej magii, która układała się w kształt podobny do strumienia. Prawdopodobnie była to konsekwencja tego granatu, który wybuchł mu prosto w twarz jakiś czas temu. Clint tylko kiwnął głową i cofnął rękę, a jakiś ułamek sekundy później Natasza wpadła z powrotem do pokoju.

Jej rude włosy były w nieładzie, a szare spodnie od dresu ześlizgiwały się jej z bioder. Mimo to przeskoczyła nad inną kanapą, wylądowała na kolanach Tony'ego i wpasowała nowy reaktor na miejsce z metalicznym kliknięciem. Tony wcisnął go mocno, po czym przekręcił o kilkadziesiąt stopni, włączając śluzę ciśnienia.

Reaktor prychnął i zaczął działać, a jego znajomy, pełen energii pomruk w klatce piersiowej był muzyką dla uszu Tony'ego. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

— Dobra robota — mruknął Tony, kiedy Natasza ześlizgnęła się z jego kolan. Nie wyglądała nawet na zdyszaną. — Zrobię sobie później skan, ale wydaje mi się, że w podstawie był jeszcze jakiś ładunek elektryczny. Powinien być wystarczający, żeby powstrzymać każdy szrapnel. — Rozejrzał się dookoła. — Gdzie jest Banner?

— Opiekuje się Thorem — odparł zwięźle Steve. — Mów, co, u licha ciężkiego, się z tobą działo.

Tony poczuł na sobie świdrujące spojrzenie Lokiego. On akurat chciał to wiedzieć bardziej niż ktokolwiek inny, to było jasne. Ale Tony nie mógł za wiele powiedzieć w otoczeniu pozostałych — przyznanie się, że najprawdopodobniej sprzedał Thora za Lokiego nie zostałoby mile przyjęte, niezależnie od tego, jakie miało rezultaty.

A więc olał tę część. Zrelacjonował wszystkie wydarzenia od przybycia Dooma do powrotu do kwatery głównej Avengersów, opowiedział o wszystkim, co mu się przytrafiło, pomijając tylko pierwszą ofertę, na którą nie przystał. Mówienie o niej i tak nie miało żadnego sensu. Nagle do Tony'ego dotarło, że ma więcej tajemnic, niż mu się podoba. Konieczne zło było raczej ulubioną metodą Lokiego, nie jego własną.

Nikogo nie cieszył fakt, że Doom dostanie schematy Tony'ego, ale biorąc pod uwagę rosnącą przy każdym kontakcie z promieniowaniem odporność Lokiego, Impas i tak szybko stawał się przestarzałym urządzeniem. Tony czuł irytację, każąc Jarvisowi wysłać pliki do ambasady Latverii, ale oznaczało to, że Doom nie wesprze Amory ani nie przekaże jej żadnych informacji, co nie było pozbawione wartości.

W końcu nie zostało im nic więcej do zrobienia. Czas się prawie skończył i nie mogli się już bardziej przygotować.

— A więc odejdę o świcie — oznajmił ostatecznie Loki, kiedy pozostali ponuro usiedli wokół niego. — Wziąłem na siebie konieczność ukrycia granatów za kotarą mojej własnej magii. Dobrze mi posłużą, kiedy stawię czoła Amorze. — Na jego twarzy pojawił się dziwnie zacięty wyraz. Tony zastanowił się, jak bardzo Loki jest pewien swojego zwycięstwa. — Jeśli chodzi o kryształ, o którym wspomniał Wiktor, widziałem go. Jutro spróbuję go odzyskać.

Steve podrapał się po głowie.

— Nie podoba mi się to. — Wahał się przez sekundę, po czym odwrócił się do Lokiego. — Mjölnir nie… to znaczy, nie mógłbyś go do tego użyć?

Loki szerzej otworzył oczy. Nawet Natasza na niego spojrzała. Ostatecznie Loki tylko pokręcił głową i z elegancją wzruszył ramionami.

— Mjölnir należy do tego, który jest go godzien — odparł i nie dodał nic więcej. Zerknął przelotnie na Tony'ego. — Wysiłki Starka będą dla mnie bardziej użyteczne niż błyskawica.

— A co ze wsparciem naziemnym? — zasugerował Clint, rozkładając ręce. — Nie możesz jej odesłać na ziemię jakimś magicznym lejkiem? Nie ma nic lepszego od małej przewagi liczebnej.

— Fury dałby ci do tego zespół snajperów — dodała Natasza z namysłem. — Czy zwykła amunicja przeciwpancerna poradziłaby sobie ze zniszczeniem tego kryształu?

— Cholera, no to ja sobie skoczę na pizzę w takim razie — stwierdził Clint marudnie. — Komu niby potrzebny łucznik?

Loki nie odpowiedział, zamiast tego z zachmurzonym spojrzeniem obserwował, jak Avengersi się sprzeczają i przerzucają pomysłami. Tony przyglądał mu się kątem oka, zastanawiając się, co oznacza ten wyraz twarzy. Ale cokolwiek by to nie było, nie zniknęło, póki pozostali nie wymusili na nim opornej obietnicy, że jeśli będzie mógł, ściągnie Amorę na Ziemię — dosłownie.

— Thorowi we wszystkich udaje się wzbudzić lojalność — mruknął Loki, kiedy Steve zakończył zebranie, żeby móc streścić Bannerowi, co się stało, a pozostali rozdzielili się i poszli do swoich sypialni. — Niezależnie od tego, czy jest na miejscu, aby być tego świadkiem, czy też nie.

Tony zmarszczył brwi.

— No nie wiem, wydaje mi się, że tobie też chętnie by pomogli, zanim ktoś zwinął duszę Thora.

— Ty tak mówisz. — Rozmowa raczej szybko się urwała po tych słowach.

Szli przez korytarz. Tony zamierzał wejść do swojego pokoju, przyłożyć sobie lód do karku i się przebrać. Minęło sześć tygodni, od kiedy po raz ostatni postawił stopę w kwaterze głównej, ale wracanie do Stark Tower nie miało za dużo sensu. Javis zatrudnił robotników do naprawy zniszczeń, granatów już tam nie było, a w całym mieście jak na razie brakowało jakichkolwiek przejawów aktywności złoczyńców z supermocami. Może poszła plotka, że największe szychy tego miasta wypowiedziały sobie wojnę. Kto by chciał wplątać się w taką sprzeczkę i jeszcze dostać rykoszetem?

Loki szedł dwa kroki za nim i zdawał się być zupełnie nieobecny myślami. Tony nagle stwierdził, że zastanawia się, czy pokój, w którym bóg kiedyś sypiał, ktoś ostatnio przewietrzył. Raczej w to wątpił. Tylko przeznaczone dla Avengersów pokoje były sprzątane niezależnie od tego, czy ktoś ich używał, czy też nie.

— Wszystko w porządku? — zapytał w końcu, zdejmując resztki koszulki, kiedy obaj weszli do jego sypialni. — Naprawdę wyczerpałeś swój przydział niebezpieczeństw na dzisiejszą noc. — Tony wrzucił podarte ubranie do kosza na odpadki, po czym wyjął z szafy znoszoną parę dżinsów o stonowanym kolorze i nową koszulkę. Może i nie były to ciuchy, które ktokolwiek założyłby na pokaz mody, ale i tak się tam dzisiaj nie wybierał.

— Miewam się dobrze — odparł Loki i zabrzmiało to, jakby myślał o czymś innym. Tony zerknął na niego i zauważył, że bóg przesuwa opuszkiem palca po sztylecie, który trzymał na biurku. Spojrzenie, jakie rzucił Tony'emu Loki, było bardzo zielone i bardzo poważne. — Niezmiernie pragnąłbym zabrać to ze sobą.

To, jak bardzo Tony chciał mu odmówić, było wręcz zaskakujące. Miał ochotę powiedzieć Lokiemu, że sztylet należy teraz do niego. Jednak w pewien sposób był to tylko symbol wszystkiego, co poszło gównianie. To był ten sztylet, który zostawił Tony'emu bliznę, ten, którym rzucono w jego głowę w tej właśnie sypialni. I ten sam, który wbił w brzuch Lokiego tej nocy, której Thor stracił duszę.

Fakt, że ich całkowicie popieprzony związek mogła symbolizować broń, wydał mu się dziwnie pasujący. Ze wszystkich rzeczy był to nóż o wygiętym ostrzu, którego śladów nie dało się nie rozpoznać.

— Jest twój — powiedział Tony szorstko i odwrócił się do niego tyłem. — Nie ma o co pytać. Idę pod prysznic.

Przez cały czas, który spędził w kabinie prysznicowej z mocnym strumieniem wody bębniącym o tył głowy, próbował zrozumieć, dlaczego czuje się, jakby się z kimś żegnał. Bo sądził, że Loki nie wyjdzie z tego żywy? Nie, skąd. Loki z pewnością przetrwa tę walkę, nawet jeśli nie zwycięży. Zawsze mu się to udawało. Smutna prawda była taka, że Tony wiedział, że mu się uda — odzyska duszę Thora, choćby miał przejść przez piekło albo ocean. Wyjdzie z tego żywy.

Potem… cóż. Potem wszystko wróci do dawnego porządku. Sprawa zamknięta; dusza zwrócona, kontakt urwany.

Tony nie był przyzwyczajony do pozwalania ludziom odejść. Ale tym razem wiedział, że nie ma żadnego wyboru.

Może tak będzie lepiej dla nich obu.

To była najlepsza opcja.

Kiedy wynurzył się z łazienki, znalazł Lokiego siedzącego w nogach jego łóżka i wyglądającego na tak zagubionego, jak nigdy wcześniej. Sztylet zniknął, prawdopodobnie został ukryty tak samo jak granaty. Loki przekrzywił głowę, a jego czarne włosy opadły na jedno ramię niczym ciemna zasłona. Wciąż stanowiły ciężki do opanowania bałagan, były za długie z powodu zaklęć czasowych, w które dał się złapać podczas ścigania Amory.

— Niemalże doprowadziłem do perfekcji moją zmianę kształtu. — Loki wpatrywał się w swoje białe dłonie, a jego usta wykrzywiły się w czymś, co ledwo można było nazwać uśmiechem. — Ale moje ręce nie chcą się ogrzać niezależnie od tego, czego bym nie próbował. Jak myślisz, o czym to może świadczyć?

Żołądek Tony'ego zacisnął się nieprzyjemnie. Otucha, pocieszenie, nawet pożegnania, nic z tego nie było jego mocną stroną. A teraz nagle wyglądało na to, że potrzeba wszystkich na raz.

— Przede wszystkim o tym, że nie potrzebuję już kostek lodu — odparł Tony, rzucając ręcznik na podłogę i siadając obok niego. — Połóż mi je tutaj. — Wziął jedną z lodowatych dłoni w swoje ręce, po czym przycisnął ją do karku, a następnie zrobił to samo z drugą. Ulga była prawie natychmiastowa. Zimno uśmierzyło ból w zmaltretowanych mięśniach i schłodziło je nieco. Doom nieźle się nad nim poznęcał. Będzie musiał o tym pamiętać następnym razem, kiedy go spotka.

Loki nie zabrał rąk z szyi Tony'ego, ale jego spojrzenie zawędrowało do reaktora łukowego.

— Co początkowo zaoferował ci Wiktor?

Tony bardzo ostrożnie nie zareagował.

— Nic takiego.

Loki uniósł brwi.

— Stark, nawet gdybym nie poczuł przed chwilą, jak skoczyło ci tętno, poznałbym, że kłamiesz. Pamiętaj, do kogo mówisz. — Spojrzał Tony'emu prosto w oczy. — Życzę sobie usłyszeć od ciebie prawdę.

Tony bardzo starał się nie skrzywić.

— Nie możesz mi po prostu zaufać, że podjąłem odpowiednią decyzję?

— Prawie za to umarłeś.

— Było tego warte.

Te słowa wydostały się z jego ust, zanim był w stanie się powstrzymać, były zbyt prawdziwe, zbyt szczere. A najgorsze w tym wszystkim było to, że Loki też o tym wiedział, nawet jeśli nie zdawał sobie sprawy dlaczego. Tony zdecydowanie wolał zachować to dla siebie. Jeśli to miała być ich ostatnia rozmowa, w czasie której nie stali po przeciwnych stronach barykady, nie zamierzał pozwolić tym bzdurom wszystkiego popsuć.

— Podejrzewam, że nie ma to znaczenia. Nieuwagą z mojej strony było nieprzewidzenie, że gniew Wiktora może się zwrócić także przeciwko tobie, nie tylko mnie. — Uśmiech Lokiego stał się nieco gorzki. — Gdybym nie był tak pochłonięty moimi sprawami, mógłbym przewiedzieć ten atak.

Tony wzruszył ramionami.

— Bywało gorzej. — Zamrugał. — Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że bywało gorzej, kiedy musieliśmy walczyć z tobą. No wiesz, wcześniej.

— Wcześniej — zgodził się Loki. Palce zimne niczym dotyk samej Królowej Śniegu przesunęły się po szyi Tony'ego prawdopodobnie ostrożniej, niż naprawdę musiały. Czy zniszczenie reaktora łukowego tak mocno nim wstrząsnęło?

— Wiesz…

— Pora najwyższa, abym odszedł. — Ręce Lokiego zniknęły z gardła Tony'ego, przez co jakimś cudem zaczęło mu być jeszcze zimniej. Loki nie patrzył na niego, kiedy podniósł się z łóżka i wygładził płaszcz wystudiowanym ruchem dłoni. — Będę potrzebował odpoczynku, zanim przeteleportuję się do Amory. Dla dobra naszych celów, Stark, nasze drogi powinny się teraz rozejść. Na dobre i na złe, nasza współpraca została zakończona.

Tony tylko przytaknął.

— Cóż, nie obyło się bez przemocy — powiedział cierpko. — I nieźle się stresowałem.

— Bywało też boleśnie — dodał Loki, przyciskając dłoń do brzucha. — Wręcz niesamowicie w niektórych przypadkach.

— Nie zapomnij o tym, że także zaskakująco. — Podniósł się na nogi, a w kąciku jego ust błąkał się uśmiech.

Loki skinął głową.

— Tak, za…

Pocałunek, którym Tony zamknął mu usta, został skradziony w idealnej chwili — kiedy wargi Lokiego rozchyliły się, żeby powiedzieć kolejne słowo, kompletnie nie spodziewając się czegoś takiego. Tony doszedł do wniosku, że jutro może pomyśleć, jak złe z jego strony było zniszczenie samokontroli Lokiego, po czym przesunął ręką po zbroi i skórze, żeby przyciągnąć go bliżej. Po prostu chciał czegoś, dzięki czemu mógłby go zapamiętać — czegoś, co nie zostało splamione zdradą ani wściekłością.

— Przestań — wymamrotał Loki w jego usta. Oddychał nierówno, kiedy się od siebie odsunęli. — Wystarczy już, Tony Starku. Starczy tego. — A mimo to, kiedy mówił, jego dłonie jak piętna zimna przyciskały się do wygiętego kręgosłupa Tony'ego, ucząc się na pamięć fragmentów jego ciała.

— Tak. Wiem. — I Tony pozwolił swoim rękom opaść po raz ostatni. — Powodzenia.

Loki przytaknął. Obrócił się tyłem do Tony'ego ruchem tak pełnym fatalizmu, że samo patrzenie prawie bolało. Tony nie wiedział, kiedy, do jasnej cholery, stało się to dla niego problemem. Może to był po prostu pierwszy raz, kiedy nie przyczynił się własnoręcznie do wywalenia go ze swojego życia.

Ciało Lokiego rozbłysło magią, która rozprzestrzeniła się po nim niczym fala zieleni.

— Bądź zdrów, Stark. Obyśmy się już nigdy więcej nie spotkali.

Chwilę później zniknął, a Tony został sam.

— Do widzenia, Loki.