Dziękuję wszystkim za (w miarę) cierpliwe czekanie na ten rozdział. Życzę miłego czytania i udanego Dnia Dziecka! (Nawet tym zupełnie dużym dzieciom ;))

A potem mogli już tylko czekać.

Udawali, że wszystko wróciło do normy, patrolując miasto zgodnie z harmonogramem, chociaż aktywność superzłoczyńców w ciągu ostatnich kilku tygodni była ciężka do zauważenia. Należało utrzymywać pozory, nawet jeśli mieli tylko przypominać miastu i jego mieszkańcom, że wciąż tam są, wciąż mają na wszystko oko. I mimo że Avengersi w każdym innym przypadku świętowaliby hucznie taki cichy okres, w którym nie musieli stoczyć jakiejś walki ze złem, a najlepiej trzech, tym razem nie czuli się z tego powodu szczęśliwi. W ich sytuacji oznaczało to tylko tyle, że nie mieli niczego, co mogłoby odwrócić ich uwagę od stanu, w którym znajdował się Thor, ani pełnego napięcia oczekiwania na powrót Lokiego.

Po przewałkowaniu ze Steve'em tego tematu na wszystkie możliwe sposoby Tony z powrotem wprowadził się do kwatery głównej Avengersów. Był to w równym stopniu sposób na oderwanie myśli od pewnych tematów, jak i konieczność. Szczególnie po tym, jak SHIELD zerwało komunikację, żeby znaleźć źródło przecieków oraz usprawnić system zabezpieczeń. Ostatnią rzeczą, której potrzebowali, był Doom czytający ich raporty niczym gazetę świąteczną.

A więc z powrotem uzyskał dostęp do wszystkich swoich zbroi, wybuchy w warsztacie wróciły do porządku dziennego i gdyby nie Thor, mogliby spróbować udawać, że cofnęli wskazówki zegara. Tony'emu to udawanie pochłonęło całe dwa dni, co według niego było bardziej produktywnym sposobem na spędzenie czasu niż krążenie po dyspozytorni i zerkanie na zegar co dziesięć minut.

Trzy dni po tym, jak Tony się ponownie wprowadził, ciało Thora zapadło w śpiączkę.

Steve był przy nim, kiedy się to stało. Gdy Tony pobiegł do kuchni po usłyszeniu ogłoszonego przez Jarvisa alarmu, znalazł tam siedzącego na podłodze Thora podtrzymywanego przez Steve'a. Wokół nich leżały kawałki potłuczonych talerzy. Niekontrolowane skurcze nóg Thora i krew we włosach Steve'a przeraziły Tony'ego tak bardzo, że to Bruce musiał zająć się wszystkim. Odepchnął go na bok, żeby sprawdzić stan Thora, po czym pomógł go zabrać w bezpieczne miejsce.

To był pierwszy raz w ostatnim czasie, kiedy Tony po prostu skamieniał z przerażenia w krytycznym momencie. Co gorsze, echo odrzuconej oferty Dooma wciąż pobrzmiewało mu w głowie. Ale Thor nie chciałby, żeby zgodził się na takie warunki. To musiało być dla niego wystarczającym pocieszeniem.

Sześć dni po zniknięciu Lokiego Bruce i Jarvis stwierdzili, że ciało Thora weszło w stan pełnej śpiączki. Steve wyszedł z pokoju, kiedy zaczęli zastanawiać się nad tym, czy podawać Thorowi dożylnie pokarm i płyny. Tony tylko stał tam bez słowa, a ciężar na jego sercu rósł coraz bardziej od poczucia winy. Biorąc pod uwagę to, co się działo, podawanie dożylnie pokarmu i tak nie mogło zbyt mocno wpłynąć na obrót spraw.

Czy powinien był powiedzieć Lokiemu o stanie Thora? Czy to by pomogło? Teraz było już za późno, żeby się nad tym zastanawiać. Jednak kiedy od zniknięcia boga kłamstw minął tydzień, nie zostało mu nic do robienia poza roztrząsaniem wszystkiego, co mógł zrobić, oraz nadzieją, że jego granaty dadzą Lokiemu wystarczająco dużą przewagę, żeby wygrał.

Tony Stark nie był jednym z tych ludzi, którzy się modlą, ale kiedy aktywność mózgu Thora zaczęła powoli przygasać niczym latarnie uliczne o świcie, niemalże zaczął tego żałować.

Minęło siedem dni, potem osiem, a potem dziewięć.

Thor umierał.

W noc, kiedy dogorywał, siedzieli razem w salonie poważni i bladzi. Pytanie zostało zadane i teraz to oni musieli na nie odpowiedzieć.

— Ja to zrobię — powiedział Steve cicho. — Kiedy będzie trzeba. Zabiorę ciało na koniec Bifrostu. — Przełknął ślinę, a jego usta wykrzywiły się, jakby miał zaraz zwymiotować, ale na oczach Tony'ego na jego twarz powróciła sztywna maska służbisty. Zastanowił się, ile razy Steve musiał zanosić tego rodzaju nowiny.

Siedzący po drugiej stronie pokoju Clint wyglądał, jakby chciał w coś przywalić, kogoś zastrzelić, zacząć wrzeszczeć, kląć; całe jego ciało wręcz krzyczało, że potrzebuje działać. I nieważne, jak bardzo Tony był zmęczony, rozumiał go. Poczucie bezradności i wściekła determinacja tworzyły gorzką mieszankę, w której nurzał się od, jak się mu zdawało, miesięcy.

— Czemu teraz o tym rozmawiamy, przecież on wciąż tutaj jest, ciągle jeszcze walczy! Nie uma… nie możemy go pochować, do jasnej cholery, skoro jeszcze nie umarł. — Mimo całej desperacji, jaką słychać było w głosie Clinta, kiedy słowa wypadały mu z ust, wyglądał na przytłoczonego sytuacją.

Natasza zacisnęła wargi w cienką linię, ale spuściła wzrok na dywan. Steve się skrzywił. Bruce tylko westchnął cicho, zdejmując okulary. Opiekował się Thorem niemalże przez cały ten czas. Tony nie doceniał wystarczająco ciężaru, jaki Bruce wziął na siebie, aż do tej chwili — gdy zauważył, jak przyjaciel pociera zmęczone oczy, jakby nie spał od lat.

— Nikt nie chce tego planować — stwierdził ciężko Bruce. — Ale to się stanie i musimy być na to przygotowani. Nie polepszy mu się.

— To cud, że udało mu się wytrzymać tak długo — dodała Natasza. Jej zazwyczaj przenikliwe oczy zmatowiały od cierpienia, kiedy spojrzała na swojego partnera. — Ta misja się już skończyła, Clint.

Tony mógł wtrącić swoje pięć groszy, mógł zapewnić Bartona, że zrobili wszystko, co tylko się dało. I tak szanse, że im się powiedzie, były niewielkie. Loki, Amora, granaty z Impasem; nawet zanim spostrzegli, że ciało Thora cierpi przez brak duszy, nie było zbyt wiele nadziei, że uda im się ją odzyskać.

Clint obrócił się i spojrzał na niego z oczekiwaniem. Może na jakiś szalony pomysł ostatniej szansy, może na pełen wyzwań tajemny plan. Ale to, co zobaczył na twarzy Tony'ego, to, co z niej odczytał, pozbawiło jego sylwetkę ostatniej kropli nieustępliwości, a buntowniczy błysk zniknął z jego oczu. Ciężko usiadł.

— Odyn będzie chciał odzyskać Mjölnir — powiedział odrętwiale. Steve przytaknął.

— Zajmę się tym.

— I Jane — dodał Tony burkliwie, zaskakując tym samego siebie. — Ktoś będzie jej musiał powiedzieć.

— Coulson to zrobi — stwierdziła szybko Natasza, zanim Steve zdążył ponownie otworzyć usta. — Już wcześniej załatwiali ze sobą sprawy. Nie wszystko jest twoją winą, Steve.

Prawda była taka, że niewiele było. Jasne, z byciem przywódcą Avengersów wiązała się pewna odpowiedzialność, ale to nie była jego wina. Być może wszyscy zdawali sobie sprawę z ryzyka wynikającego z tytułowania się „superbohaterem", ale to, co przydarzyło się Thorowi, nie było rezultatem walki. Gdyby systemy ochronne były silniejsze, gdyby Loki na samym początku powiedział im prawdę, gdyby Tony nie był taki arogancki i ślepy, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Steve nawet nie przyłożył do tego ręki, a mimo to i tak postanowił podjąć się tego zadania.

Rozmawiali po cichu jeszcze przez dłuższy moment, ustalając szczegóły i rozdzielając między siebie zadania, kiedy ktoś o nich wspomniał. Tony, jako że był najlepiej poinformowany o wszystkim, co miało miejsce, miał wyjaśnić Asgardczykom, co się stało, kiedy przyjdzie czas. To, czy Odyn mu uwierzy, czy też nie, nie miało znaczenia. Nie można było oczekiwać, że jakikolwiek rodzic zachowa się po śmierci swojego pierworodnego ze sprawiedliwością i obiektywnością. Nawet król.

Kiedy spotkanie się zakończyło, Tony z oporem podniósł się z kanapy. Steve jeszcze przez chwilę został w salonie, mimo że miał iść na patrol z Clintem, ale nie było już niczego, co mogli sobie powiedzieć.

— Jest, jak jest, Kapitanie. Staraliśmy się.

Tak cholernie bardzo się starali. I wszystko na nic.

— Nie wierzysz już, że Loki pokona Amorę? — Steve zapytał z czymś, co brzmiało jak opór. Tony pokręcił głową.

— Wyjdzie z tego cało — odpowiedział po prostu. — Uda mu się, ale dla Thora będzie już za późno. — Tony zastanowił się nad tym, co dzieje się z duszą, jeśli zostanie uwolniona, kiedy nie ma już ciała, do którego mogłaby wrócić. Znika? Wypala się? Może po prostu krąży zagubiona po nie za dobrze znanych miejscach, jak na przykład wspomnienia. — Nie mam już pomysłów, Kapitanie. Nie ma nauki, cudownego gadżetu, zbroi ani nieodkrytego pierwiastka. Nie ma nic, co mógłbym zrobić. To dusza. Nie ma jednostek, którymi dałoby się ją określić.

Tony usłyszał jęknięcie kanapy, kiedy Steve z powrotem usiadł obok niego. Położył mu rękę na karku i poklepał go lekko.

— Wiem, że zachowałem się jak prawdziwy burak w stosunku do ciebie i Lokiego. Nie, wysłuchaj mnie — dodał Steve, kiedy Tony otworzył usta, żeby coś powiedzieć. — Muszę to powiedzieć. Szczerze, sądziłem, że nie mamy szans, kiedy Amora zabrała duszę Thora. Spisałem go na straty. Nie mieliśmy po prostu tego rodzaju siły, która była potrzebna do ścigania jej. Ale wtedy przeciągnąłeś Lokiego na naszą stronę i dałeś Thorowi szansę na walkę o wolność.

Tony'ego coś ścisnęło w gardle.

— Tak, i niby po co?

— Po co? — głos Steve'a był pełen niedowierzania. — Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, czego dokonałeś w tym roku? Zmieniłeś jednego z naszych najbardziej niebezpiecznych wrogów w potencjalnego sojusznika. Loki przestał próbować nas zabić i niemalże zabił samego siebie, bo powiedziałeś, że tak trzeba. Został dźgnięty sztyletem, zamknięty w celi, był torturowany, pozbawiony przytomności, oberwał niebezpiecznym promieniowaniem Bóg jeden wie ile razy…

— Promieniowanie Impasu jest w miarę bezpieczne…

— …i wciąż próbuje nam pomóc. Jeśli wydaje ci się, że robi to tylko dla swojego brata, to przykro mi, Tony, ale się mylisz. Potrafię stawić czoła rzeczywistości; jutro stracimy Thora. Ale być może nie straciliśmy jeszcze wszystkiego.

Tony wystarczająco użalał się nad sobą, żeby zaprzeczyć słowom Steve'a i poinformować go, że jasne, Loki przeszedł przez piekło i wrócił tą samą drogą, ale w większości zrobił to z powodu własnego ego, z powodu niezgody na bycie pobitym przy świadkach. Ale kiedy Tony zobaczył, jak Steve walczy, żeby dać mu trochę wiary, zdał sobie sprawę z tego, że ich superżołnierz też pokładał jakąś nadzieję w Lokim.

I obyśmy się już nigdy nie spotkali.

Ale ostatecznie zupełny brak nadziei jest lepszy od fałszywej nadziei.

— To klasyczny przypadek myślenia życzeniowego, Steve. — Tony wstał gwałtownie, unikając pełnego smutku i zawodu spojrzenia przyjaciela. — Popilnuję dzisiaj Thora. Banner powinien się wreszcie wyspać. Udanego patrolu. — Nie został w pokoju na tyle długo, żeby usłyszeć odpowiedź Steve'a.

Bezchmurna noc, butelka dobrej szkockiej i czuwanie do odbycia.

Tony Stark nie był jednym z tych, którzy się modlą, ale Thor o tym nie wiedział.

— …i uratowałeś mi życie więcej razy, niż mogę zliczyć. Pamiętasz, kiedy… nie, kogo ja niby oszukuję? Nigdy nie pamiętałeś o takich sytuacjach. Zawsze to w tobie lubiłem. Nigdy nie kolekcjonowałeś tych chwil, jakby były przysługami, o które nie prosiłem. — Tony pociągnął sporego łyka ze szklanki, odchylając głowę do tyłu i opierając ją o ramę łóżka. Sufit był idealnie biały. Poza tym dało się słyszeć ciche chrypienie oddychającego za nim Thora. — Nie jestem dobry w traceniu. Traceniu ludzi. Czy kiedyś ci to powiedziałem? — Zamrugał powoli, czekając, aż zobaczy ostro sufit. — Oczywiście, że nie.

Tony wiedział, że jest bardziej niż tylko trochę pijany. Już jakiś czas temu ciepłe cienie złotego światła oświetlającego pokój stały się kojące i rozmyte na brzegach, a powieki ciążyły mu coraz bardziej z każdym łykiem szkockiej. Może nie powinien był zabierać ze sobą butelki. Być może nie powinien siedzieć na podłodze sypialni Thora i rozmawiać z kimś, kogo tam nie było.

Jak Loki nazwał wcześniej ciało Thora? Pustym mięsem. Pustym mięsem i kośćmi, trzymanymi w cieple wystarczająco długo, żeby dać Avengersom nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Nadzieja mogła być dobra, kiedy na samym końcu okazywała się słuszna. Ale gdy tak się nie działo, pomimo tego wszystkiego, pomimo krwi, potu i łez, wszystkich kłótni, całego tego ryzyka i kłamstw… składanie do kupy wszystkich kawałków i próba dopasowania ich do siebie już po wszystkim mogło zabić człowieka. To całe uzasadnianie użycia bezużytecznych środków.

Pamiętanie, kiedy nie udało mu się podjąć odpowiedniej decyzji.

Doom oferuje ci duszę Thora Odinsona.

Kiedy to wszystko się już skończy, będzie mu szczególnie ciężko unieść odpowiedzialność właśnie za to.

— Wiesz, Loki nie byłby nawet szczególnie zaskoczony — powiedział głosem, jakim dyskutowało się o pogodzie. — Gdybym dobił wtedy targu. Byłby na siebie wściekły za to, że znowu mi zaufał, ale nie byłby zaskoczony. Myślę, że po prostu przypisałby to mojemu byciu dupkiem w imię wyższego dobra. Może nawet udałoby mu się uciec po tym, jak Doom zdradziłby Amorę. Po tym, jak dostałbyś z powrotem swoją duszę. — Tony ponownie nalał sobie do szklanki szkockiej, bardzo uważając, żeby jej nie rozlać. — Wiedziałem o tym i mimo wszystko nie potrafiłem tego zrobić. Nie potrafiłem też mu o tym powiedzieć. Mam wspaniałą zbroję, ale nie pasuje do mnie obraz rycerza na białym koniu.

Powiedzenie o tym Lokiemu tak naprawdę niczego by nie zmieniło. I tak wszystko skończyłoby się tak samo — na pijanym Tonym cierpiącym z powodu poczucia winy w samotności i rozmyślającym nad każdą inną możliwością, każdym pochopnym wyborem.

— Hej — odezwał się cicho głos w okolicy drzwi do pokoju. Okazało się, że to Natasza, opatulona za dużą bluzą z kapturem, bez choćby śladu makijażu na twarzy. Uniosła w połowie pustą butelkę wódki niczym bilet wejściowy. — Może trochę stoli?

Tony wskazał gościnnie na kawałek pluszowego dywanu obok siebie.

— Dzisiaj nie mieszam alkoholi.

— Więcej dla mnie. — Szybko usadowiła się obok niego i stuknęła lekko jego szklankę dnem swojej butelki. Wskazała podbródkiem na łóżko, którego używali jako oparcia. — Coś się zmieniło?

— Jego bicie serca zaczęło zwalniać jakąś godzinę temu. Oddech płytki i mozolny. — Tony wziął dużego łyka i poczuł pieczenie w ustach przy wydechu. — Ma może jeszcze godzinę. Maksimum.

Natasza odkręciła korek swojej butelki i łyknęła z niej tyle, że samo patrzenie na to przyprawiło Tony'ego o zawrót głowy. Czknięcie, które po tym nastąpiło, szczerze go zaskoczyło, ale uśmiech Nataszy niemalże oślepiał od ilości rozbawienia, jaką w nim zawarła.

— Zawsze potrafił docenić dobrego kompana do picia — wyjaśniła, zamaszyście wycierając usta kciukiem. — Godziny naszych patroli zazwyczaj się nie zbiegały, ale kiedy ty i Steve byliście w mieście razem, piliśmy, póki Bruce i Clint nie zawlekli nas do łóżek. — Jej paznokcie przesunęły się nieobecnie po etykietce butelki. — Wiesz, nauczyłam go, jak wyczyścić i naładować karabin samopowtarzalny. On z kolei powiedział mi, jak należy okiełznać kozę.

Kąciki ust Tony'ego uniosły się.

— Ważne umiejętności życiowe takie jak ta są konieczne. Miałaś farta.

Natasza ukryła uśmiech, pijąc z butelki, tym razem tylko małego łyka. Zapadła pomiędzy nimi cisza, ale nie stanowiło to problemu; była komfortowa, pełna zadumy. Wręcz nostalgiczna. Thor był olbrzymi, niemożliwy i szczerze kochany przez nich wszystkich w ciągu tych ostatnich pięciu lat, które spędzili jako zespół. Przerażająca, świecąca jasno niczym latarnia morska niezawodność i przyjaźń.

Będzie im go brakowało.

Na zegarze było kilka minut po drugiej nad ranem, kiedy Clint wszedł do środka w wymiętych spodniach od dresu i koszulce. Zmierzwione włosy z tyłu głowy odstawały pod dziwnym kątem. W jednej ręce mocno trzymał coś, co pachniało jak kubek herbaty ziołowej. Tony niemalże zapytał, do jakiego alternatywnego uniwersum się przez przypadek zaplątał, kiedy do środka wszedł też Bruce, trzymając taki sam kubek. Bruce, który wyglądał, jakby ledwo co pamiętał, czym jest sen.

— Myślałem, że jesteś na patrolu ze Steve'em — rzucił Tony, kiedy Clint usiadł naprzeciwko niego. — Dlaczego wyglądasz, jakbyś przed chwilą wstał?

Clint wzruszył ramionami.

— Zanim zdążyłem wyjść, Rogers odwołał patrol tej nocy. — Dźgnął nagle Bruce'a łokciem. — A potem ten facet przerwał mi drzemkę zapomnienia swoją pierdoloną herbatą i poczuciem winy. Jakbym nie od tego właśnie próbował uciec w tamtej chwili.

Steve wszedł do środka boso. Wyglądał, jakby właśnie zrobił trzydzieści rundek z całym sprzętem z siłowni. Tony był ciekawy, czy on też próbował uniknąć myślenia o tym, co się miało niedługo wydarzyć. Ale mimo to zgromadzili się wszyscy w tym pokoju, przyciągnięci jak kawałki ferromagnetyku do magnesu. Spotkali się pośrodku, nie chcąc się pożegnać, ale wiedząc, że i tak będą musieli to zrobić.

Tony przesunął się akurat na tyle, żeby Steve mógł usiąść po jego drugiej stronie. Dolał sobie szkockiej do szklanki, po czym podał butelkę Steve'owi. Ten przyjął ją z przepraszającym półuśmiechem. Musiał być świadomy tego, że Tony nie cierpiał dzielenia się dobrą szkocką z jedynym facetem w tym pomieszczeniu, który nie mógł się upić.

— Za druzgoczącą porażkę — powiedział cierpko Tony, wznosząc szklankę do toastu. — I za zdeterminowane kobiety.

— Za pomoc znalezioną w nieoczekiwanych miejscach — stwierdził Steve, ponieważ był uparty jak zawsze. — Za próbowanie tak czy inaczej.

Clint odchrząknął i wzniósł kubek z herbatą.

— Za ten dzień, kiedy peleryna Thora wyprała się z wszystkimi białymi rzeczami, które miałem.

Natasza wyszczerzyła się.

— Za ten jeden raz, kiedy pomagałam Thorowi z praniem. — Uniosła wysoko butelkę, widząc zdradzone spojrzenie Clinta.

Bruce tylko uśmiechnął się do swojej herbaty.

— Za Thora.

— Za Thora — odpowiedzieli wszyscy.

Pili, aby to upamiętnić i aby się pożegnać, siedząc na dywanie niczym grupka zagubionych dzieciaków, które nie są gotowe się poddać. Avengersi.

Leżący za nimi Thor, zupełnie jakby czekał na ich pozwolenie, odetchnął cicho. A potem nie było niczego poza ciszą.

Wszystko się skończyło.

Proszczaj, towariszcz — mruknęła Natasza i pochyliła głowę.

Wszyscy niemalże podskoczyli, kiedy urządzenie do monitorowania bicia serca pokazało prostą linię. Steve po prostu wyciągnął kabel z gniazdka, nie podnosząc wzroku wbitego w dywan. Tony zauważył, że jego oczy były wilgotne.

— Jarvis, zanotuj czas śmierci — powiedział Tony, próbując przełknąć gulę w gardle. Podniósł się na nogi. — Powiadom SHIELD o tym, co się wydarzyło.

Tak jest, proszę pana. Godzina śmierci: druga szesnaście rano. W tej chwili wysyłam oficjalne powiadomienie do dyrektora Fury'ego.

Steve zaczął się podnosić z podłogi. Tony wyciągnął do niego rękę, oferując mu pomoc w opuszczeniu zazdrosnych objęć dywanu, kiedy nagle wibrująca siła czyjejś czystej obecności walnęła w niego niczym fala uderzeniowa. Wrażenia przewaliły mu się przez czaszkę tuż za oczami w chaotycznym pośpiechu: zapachy, obrazy, dźwięki — pulsujący, migoczący ciąg doświadczeń przelał się przez niego niczym lawina.

Wirujące niebo pełne gwiazd. Zieleń i żółć. Uśmiechnięte szkarłatne usta. Lodowe klify. Uderzenie jasnej, zbyt znajomej magii.

Głosy.

— …się pocieszyć? Będę miała głowę brata zdrajcy nadzianą na pikę pokrytą rdzą.

Cztery wysokie cienie; groźne i olbrzymie. Oczy jak odłamki czerwonego szkła. Ostrza lodu świszczące nad ogromnymi niebieskimi ramionami.

Krew.

Pędzące gwiazdy rozmazujące się w niemożliwą biel…

A potem ciało Thora Odinsona wzięło z trudem świszczący oddech i otworzyło oczy.

Nikt się nie poruszył. Nikt nic nie powiedział.

Thor podniósł się, pomagając sobie zesztywniałymi ramionami i poruszając się jak stary człowiek, po czym z trudem złapał oddech i stawił czoła swojemu zespołowi. W jego niebieskich oczach błyszczało zmartwienie. Prawdziwe, namacalne, żywe zmartwienie. Tony nigdy w całym swoim życiu nie ujrzał niczego, co by go bardziej ucieszyło.

— Moi przyjaciele… — rzekł Thor chrapliwie. — Wszyscy wyglądacie okropnie.

Steve był na nogach już sekundę później i gapił się na niego.

— O mój Boże. Czy wszystko w porządku? Jak się czujesz?

Thor zamrugał powoli i potarł ręką swoją rozrośniętą brodę.

— Swędząco. Głodnie. Mam wrażenie, że minął wiek, od kiedy…

— Czy mogę cię dotknąć? — wypalił Clint, wyglądając na zachwyconego i przerażonego jednocześnie. Tony znał dobrze to uczucie; wciąż miał wrażenie, jakby doświadczali zbiorowej halucynacji. — Powiedz coś przypadkowego. Powiedz coś asgardzkiego jak „człek" albo „zdradliwość".

Thor tylko wyjął butelkę szkockiej z bezwładnych rąk Steve'a i pociągnął łyka.

Wszyscy stracili na moment zdolność racjonalnego myślenia. Tak przynajmniej odrobinkę. Tony obserwował, jak jego przyjaciele z uśmiechami od ucha do ucha i śmiechem wręcz rzucają się na ich ledwo trzymającego się na nogach boga piorunów, jakby dwa ostatnie miesiące wcale się nie wydarzyły. Thor zniósł to z pełną zmęczenia łaskawością, a nawet odpowiedział na zadawane przez Clinta z prędkością światła pytania, jednocześnie zrywając sobie małe elektrody z klatki piersiowej. Steve po prostu przyglądał się całej tej scenie z niedowierzaniem, podczas gdy Natasza usadowiła się w nogach łóżka i próbowała podać Thorowi swoją wódkę, a Bruce stanowczo odpychał ją z zasięgu rąk boga.

— Żadnego alkoholu! — oznajmił, po czym zabrał obydwie butelki. — Dopiero się obudził, nie jadł od dwóch dni… Zabraniam.

— A więc to tak? — odparł Thor, wykrzywiając usta. Steve ścisnął jego ramię.

— Mimo wszystko potrzebujesz pełnego badania lekarskiego — powiedział poważnie. — Dość długo byłeś nieprzytomny. — Widząc pełne zwątpienia spojrzenie Thora, Steve dotknął dłonią kłującej złotej brody. — Przydałaby się też brzytwa. Wyglądasz jak wilkołak.

Tony był pod wrażeniem.

— Czy to było odniesienie do popkultury? Stawiam wam obu po hamburgerze. — Po tych słowach Steve rzucił mu ironiczne spojrzenie, a Bruce zaczął się krzątać po pokoju, wyglądając na zaniepokojonego tym, że musi teraz odłączyć wszystkie te lekarskie cuda. Banner nie był tak naprawdę lekarzem, ale wiedział wystarczająco dużo, żeby stać się ich dyżurnym pielęgniarzem. A poza tym hej, Thor i tak nie rozróżniłby prawdziwego doktora od Doktora z sonicznym śrubokrętem. Tony był jedyną poza Bruce'em osobą, która trochę się na tym wszystkim znała od strony technologicznej, a był pewien, że nie potrafiłby komuś podłączyć cewnika. W sumie, nie zrobili tego Thorowi, prawda?

— Coś nie tak? — zapytała Natasza, kiedy Tony odsunął się nieco od reszty grupy głównie dlatego, że potrzebował trochę więcej przestrzeni. — Zbladłeś.

Łatwo byłoby zapytać ją w chwili takiej jak ta, czy nie zobaczyła czegoś podobnego do tego, co przeżył, zanim Thor się obudził. Jednak kiedy Tony zobaczył spokojną, niewzruszoną Nataszę, która wyglądała na mniej spiętą niż zazwyczaj i uśmiechała się, znalazł odpowiedź na swoje niezadane pytanie.

Czym ta wizja by nie była, tylko on ją miał.

— Wasza ulga z mojego obudzenia się sprawia, że moje serce rośnie — oznajmił ostatecznie Thor, pochylając się i odgarniając kosmyki włosów z twarzy. Nagle cała radość odpłynęła z jego twarzy. — Ale zadam wam wszystkim jedno pytanie: co miało miejsce, kiedy drzemałem? Czy Midgard jest w niebezpieczeństwie?

Tony poczuł na sobie spojrzenia reszty członków zespołu, ale zauważył to tylko na wpół przytomnie, gdyż jednocześnie próbował przypomnieć sobie wszystko, co przed chwilą zobaczył. Nie miał rozległej wiedzy o obszarze dziewięciu światów Thora, ale było tylko jedno miejsce z olbrzymimi niebieskimi ludźmi i poszarpanymi klifami lodu. Loki definitywnie był w Jotunheimie z Amorą, kiedy dusza Thora została uwolniona.

Loki nie pokonał Amory. Po prostu zniszczył jej najukochańszą zabawkę.

Thor był wolny i żywy, ale co z Lokim? To on wydał z siebie ten wrzask, Tony postawiłby na to wszystkie swoje zbroje. Krew też mogła być jego, jeśli wziąć pod uwagę to, że to Loki trzymał duszę, kiedy kryształ został rozbity.

Czterech lodowych olbrzymów, jedna czarodziejka. A te potwory nie używały magii.

Krew. Krew i wrzask.

Loki wiedział, że nie da rady dostarczyć duszy osobiście. Nie mógł pokrążyć wkoło i wrócić na Ziemię, do przyrzeczenia czego go zmusili. Tony wiedział, co to oznacza. Wiedział to, ponieważ Loki nie miał pojęcia, że liczy się każda sekunda. Nie zniszczył kryształu dla Thora — zrobił to dla samego siebie. Dotrzymał w ten sposób danego słowa, choć był światy i konstelacje gwiazd z dala od nich.

Teraz musiał się bronić. W najlepszym przypadku był żywy i wciąż walczył.

W najgorszym…

— Tony? — Steve subtelnie wskazywał brodą na Thora. Jasne, że bezgłośnie przegłosowali, kto powinien mu o wszystkim powiedzieć.

Thor po prostu na niego spojrzał. Wciąż siedział na swoim łóżku opatulony kołdrą i kocami, a jego wyraz twarzy składał się z linii pełnych cierpliwości i zmęczenia. Ale był żywy i przytomny, a kiedy zasypiał, jego brat wciąż mieszkał pod ich dachem niczym sprzymierzeniec.

— Loki próbował mnie zabić. — Thor uśmiechnął się słabo. — Możesz to powiedzieć na głos, Tony Starku. Powiedz mi, że się myliłem.

Tony'ego zdziwiło to, że nie potrafi odwzajemnić uśmiechu.

— Wierz mi lub nie, ale wbrew pozorom wygrałeś tę rundę. To Loki uratował ci życie.

Opowiedzieli mu całą tę historię kawałek po kawałku, mówiąc jeden przez drugiego i dodając coś, jeśli pozostali o tym zapomnieli. Tony wyjaśnił, jak potrafił najlepiej, wydarzenia, które poprzedzały pobudkę Thora, poza kilkoma nieważnymi szczegółami. Nikt nawet nie mrugnął okiem, kiedy celowo nie wspomniał o pewnych intymnych szczegółach dotyczących jego i Lokiego. Clint wyglądał wręcz, jakby mu ulżyło, że nie musi pozbywać się z głowy pewnych ścigających go wizji. Niemniej nikt nie wiedział, co on wtedy porabiał w salonie, jedząc banana.

Thor chłonął każde słowo, słuchając w całkowitym skupieniu, jak każde z nich wyrzuca z siebie swoją własną wersję wydarzeń. Westchnął na wieść o sekretach Lokiego, zacisnął zęby i spochmurniał po wspomnieniu SHIELDu. Nikt nie zazdrościł Nickowi Fury'emu tej nocy. Nie licząc się z tym, Tony dołożył do tego swoje trzy grosze i powiedział Thorowi o wszystkim. Jakimś cudem facet wydawał się bardziej zmartwiony jego zdrowiem niż tym Lokiego.

— Nie miałeś swej zbroi. Ani żadnej ochrony — stwierdził Thor z dezaprobatą. — Wrogość Lokiego nie jest ciężarem łatwym do uniesienia. Wkroczenie do tej celi bez broni, Tony Starku, byłoby szaleństwem nawet wśród moich ludzi.

— Tony nieco szaleje, kiedy chodzi o Lokiego — zgodził się beztrosko Steve. Bruce i Natasza przewrócili oczami, ale Thor nie załapał. — Pozwolenie mu odejść w ten sposób sprawiło, że Tony sam skończył w celi.

Wersja Tony'ego była nieco pozbawiona szczegółów w tej kwestii, bo nie miał szczególnie dużo do powiedzenia na temat miesiąca aresztu domowego. Natasza i Clint opowiedzieli o swoim zbieraniu informacji wewnątrz SHIELDu, a Bruce o tym, jak schował zapasową zbroję tam, gdzie SHIELD — ani Steve — nie mógł znaleźć, żeby nikt jej nie zamknął. Wyraz twarzy Steve'a, kiedy Bruce się do tego przyznał, był bezcenny. Ze swojej strony Steve mówił cicho i z wyraźnym bólem o pozycji, jaką zajął pomiędzy SHIELDem i Tonym. Dowodzenie kontra przyjaźń.

Thor pozostał niewzruszony.

— Nie powinieneś był opuścić sprzymierzeńca, Kapitanie.

Steve zamknął oczy.

— Wiem.

— Ale mu wybaczyłem — wtrącił Tony. — No i miałem mnóstwo sekretów. Mieliśmy mały problem z zaufaniem. Ale to już wszystko przeszłość, nie musisz przywoływać swojego wyrazu twarzy pełnego poczucia winy, Kapitanie.

Opowiedzenie reszty historii później było już łatwe. A przynajmniej do pewnego stopnia — były pewne rzeczy, których Tony nie potrafił powiedzieć Thorowi, ponieważ nie byłby w stanie znieść jego reakcji. Podobnie było z jego wyrazem twarzy, kiedy opowiedzieli mu, jak wiele Loki poświęcił, żeby udoskonalić impasowe granaty razem z Tonym. Taka ilość nagiej, ściskającej gardło miłości i udręczenia była niemalże paraliżująca, gdy się na nią musiało patrzeć. Ale Thor, cóż, był dobrze zaznajomiony z tymi uczuciami.

— Pamiętasz cokolwiek? — zapytał Tony, kiedy wreszcie skończyły im się rzeczy do powiedzenia. — Nie wiem, jak to widzi fizyka, ale twoja dusza przez dwa miesiące wisiała sobie na szyi Amory. Czy mogłeś… czy czegoś doświadczyłeś? — Czy patrzyłeś, jak lodowe olbrzymy zabijają twojego brata?

— Ciężko to stwierdzić — przyznał Thor. — Czuję się, jakbym wtedy śnił. Ale po obudzeniu, kiedy sięgam po te wspomnienia, nie mogę niczego znaleźć. — Przyjrzał się uważnie Tony'emu. — Dlaczego mnie o to pytasz?

— Nie wiem, pewnie to przejaw mojej makabrycznej ciekawości. — Nie było potrzeby dzwonienia na alarm, jeszcze nie w tym momencie. — A widziałeś może tunel ze światłem na końcu? Perłowe bramy? Dekolt Amory?

Tony zauważył, że Steve wpatruje się w niego z potępieniem, ale to Thor miał jego prawie pełną uwagę. A ten pokręcił lekko głową i wzruszył ramionami.

— Jeśli przypomnę sobie cokolwiek, poinformuję cię, Tony Starku — odparł i to była cała jego odpowiedź. Wyglądał na zmęczonego. Ze wszystkich rzeczy, które mógł odczuwać w tej chwili, wybrał akurat zmęczenie. Tony sam chętnie uciąłby sobie drzemkę, no, przynajmniej zanim dusza Thora zrobiła sobie skrót przez jego biedną inżynierską głowę i ubabrała ją swoimi wspomnieniami. Teraz na serio był jedyną osobą, która miała jakieś pojęcie, gdzie jest Loki i że facet ma kłopoty. Było oczywiste, że Thor na razie nie może pomóc. Jak długo zajmie mu powrót do stanu, w którym mógłby otworzyć Bifrost? Zanik mięśni i zmiany w reakcjach neuronów mózgu mogły wyłączyć go z gry na kilka tygodni, może więcej.

Jeśli Loki nie miał tyle czasu, jeśli nie mógł uciec, to w takim razie na nich — na nim — właśnie spocznie ciężar znalezienia innej drogi. Niezależnie od koniecznych środków.

Cóż, był gotowy na kolejny projekt.

Można by równie dobrze uratować świat.

Zaczęło się od e-maila.

Wiktorze,

chciałbym porozmawiać z tobą na temat Inicjatywy Avengersów.

Nie, tak sobie tylko robię jaja. Ale zanim skończysz czytać to zdanie, wszystkie twoje pliki zawierające słowa-klucze typu „mutacja", „klonowanie" i „Loki" zostaną przesłane na bezpieczny serwer Jarvisa. Zmiana zdania jest zgodna z zasadami fair play, nie?

Jeśli nie chcesz, żebym wysłał wszystkie twoje fantazje szalonego naukowca prosto do komunikatora Thora, sugeruję zwabić Amorę do Nowego Jorku, żeby odwrócić jego uwagę od innych spraw. (No tak, zapomniałem chyba wspomnieć, że już się obudził.)

Tony Stark

PS Jeśli masz problemy z prototypem Impasu, spróbuj nastawić go na 77 powiedzmy-że-siwertów, żeby go rozgrzać, a potem wróć do poprzednich ustawień. Zarzuć na siebie fartuszek chroniący przed promieniowaniem albo Doom Junior może stać się tylko pobożnym życzeniem.

Czekając na odpowiedź i pakiet danych, Tony pracował. Pracował naprawdę ciężko.

Impas został ulepszony bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a jego promieniowanie było wystarczająco silne i bezpośrednie, żeby okaleczyć magiczne zasoby Lokiego, Amory, a może nawet i Odyna. Za pierwszym razem, gdy przetestował go na tym poziomie, wręcz poczuł, jak nowe zaklęcie lokalizujące w jego klatce piersiowej gaśnie niczym wypalona świeczka. Ale Impas był mocny, był dobry i szybko wpasował się do niebieskiej chromowej klatki piersiowej Jarvisa, ba, pasował tam jak ulał.

Zakrzywione berło Lokiego zostało w Stark Tower, a Tony zrobił z niego dobry użytek. W związku ze swoim postanowieniem, żeby stworzyć tyle antymagicznej broni, ile mógł, dwa tygodnie później powstało Berło Impasu. Miało w sobie wystarczająco dużo mocy, żeby rozpłaszczyć samego Lokiego, gdyby stanął mu na drodze. Dobrze było wiedzieć, że na stworzenie go potrzebował dwa razy tyle czasu, ile Loki dał mu na samym początku. A jednak była to dualistyczna broń tak, jak miała być, magiczna i tłumiąca magię, a rdzeń z uru wewnątrz niej nie został uszkodzony nawet odrobinę. To był tak cholernie dobrze odwalony kawał roboty i nie miał kto tego zobaczyć.

Arsenał Tony'ego sukcesywnie powiększał się w czasie pracy. Miesiąc później miał rozwinięty na dużą skalę szereg antymagicznych broni szturmowych, w tym granatów, min lądowych, a także berło i Jarvisa na czele wszystkich innych wynalazków. Dorzucił do tego też kilka wyspecjalizowanych sztuk broni.

Tak na wszelki wypadek.

Proszę pana, moja mobilna jednostka przybrała na wadze sto funtów, od kiedy zaczął pan jej modyfikacje. Mój napęd wymaga obecnie dodatkowych trzydziestu procent mocy, aby móc nadal działać zgodnie z wytycznymi.

Tony zamknął z rozmachem tylną klapę na jednym z metalowych bicepsów i zerknął na oślepiająco biały wizjer.

— Jarvis, wyglądasz genialnie, jak wreszcie skończone dzieło sztuki. Przestań marudzić. — Przesunął knykciami po metalowym torsie. — Masz wewnątrz sprzęt warty kilka milionów dolarów, a nie kawałek jagnięciny. — Jednak napęd będzie potrzebował jeszcze trochę kopa. Tony dodał to do swojej listy rzeczy do zrobienia i rozejrzał się po warsztacie. Doom jeszcze nie odpisał.

Pański komplement trąci samouwielbieniem, proszę pana — odparł irytująco Jarvis, poruszając ramieniem, aby skalibrować jego manewry.

Siedzący obok Tony'ego Clint wyglądał na wkurzonego.

— Czy zremodułowałeś jego tyłek? — spytał oskarżająco. — Wygląda teraz bardziej jak prawdziwy tyłek. — Uniósł ręce i zatoczył nimi kilka paraboli. Tony uniósł brew, ale Jarvis ubiegł go w odpowiedzi.

Agencie Barton, zapewniam, że nie „przybyło mi ciałka" w tym miejscu. Obudowa mojej tylnej części pozostaje niezmieniona.

Clint wyglądał na speszonego. Tony po prostu rzucił mu czystą ścierkę i powyginaną blachę.

— Jeśli zamierzasz wgapiać się w Jarvisa, możesz go równie dobrze wypolerować. Ja na dziś skończyłem. — Przejechał krzesłem przez cały warsztat, po czym dodał kilka notatek do danych zbroi i ponownie zaszyfrował pliki na komputerze. Znajdował się już na końcu procesu wytężonej pracy, co oznaczało, że coraz mniej i coraz rzadziej coś go od niej odrywało. O czym świadczyło choćby to, że pozwolił Bartonowi na wejście do warsztatu i komentowanie takich rzeczy jak tyłek Jarvisa. Ciche dni miały dziwne rezultaty w przypadku ich wszystkich.

Thor nie był tym pragnącym zemsty bogiem, jakim Tony stworzył go w swoim e-mailu. Zamiast tego przesypiał większość dnia, a jego ciało próbowało odzyskać siły po szoku i przywróceniu kontroli nad nim po obudzeniu się i konieczności korzystania z niego na pełen etat. Złote jabłko, którym go nakarmili, dało sobie radę z pogorszeniem kondycji fizycznej, ale nawet ono zdawało się mieć problemy z nieobecnym przez pewien czas umysłem. Duszą. Nieważne. Mimo wszystko za każdym razem, kiedy się budził, jego myśli były trochę jaśniejsze, a on sam trochę bardziej obecny.

Przypominał sobie też coraz więcej rzeczy. Wir czasu. Otwarcie oczu i ujrzenie, jak Amora wyciąga jasne światło z jego klatki piersiowej, coś, co zapuściło korzenie głęboko w jego ciele. Ciemność i krew. Lokiego uwięzionego w sferze magii i czas przyspieszający wewnątrz niej, podczas gdy Amora śmiała mu się w twarz. Strzępy z pościgu po Wszechświecie. Loki wspominał o nim, jakby był to samotny pościg, i jeśli wziąć pod uwagę relację Thora, naprawdę taki był.

Kiedy dni zmieniły się w tygodnie, Tony zaczął myśleć, że dla Lokiego wyścig się już skończył.

— Myślisz, że nie żyje? — spytał nagle, po czym obrócił się do Bartona. Ten siedział na podłodze u stóp Jarvisa i naprawdę polerował jego pokrywy zgodnie z poleceniem Tony'ego. — Chodzi mi o Lokiego. Thor wrócił, ale on nie. Co byś obstawiał?

Clint wzruszył ramionami i włożył ścierkę do puszki z pastą.

— Niech mnie piorun trzaśnie, jeśli mam jakieś pojęcie, co się z nim stało. Myślałem, że przynajmniej wróci, żeby napawać się swoim tryumfem albo nabijać się z Thora, że był takim łatwym celem. — Zaczął polerować pokrywę kostki. — Moim zdaniem albo kopnął w kalendarz, albo coś go cofnęło w czasie, albo po prostu zachowuje się jak chuj. — Ścierka nagle się zatrzymała. — Przepraszam.

— Za co?

Barton pokręcił głową, po czym wrócił do pracy.

— Nic takiego. Po prostu doszedłem do wniosku, że skoro gromadzisz tu, na dole, zapasy siedemdziesięciu różnych rodzajów antymagicznego cholerstwa, to może miałeś nadzieję, że powiem, że facet najprawdopodobniej żyje.

Tony odświeżył stronę, na której miał otwartą skrzynkę pocztową. Sama dość często to robiła, ale sprawdzenie własnoręcznie jeszcze nigdy nikogo nie zabiło.

— Impas mógłby być użyteczny w przypadku magicznych ataków w przyszłości. Jego dalsze udoskonalanie ma sens.

— Jasne.

— O, daj spokój — zaprotestował Tony, rzucając w Bartona zapasową śrubką. — Nie próbuj tutaj robić za mojego terapeutę. Loki to Loki. Jest paskudny, niewart zaufania, a poza tym kłamie niczym zawodowy oszust i ma więcej tajemnic niż Pentagon i SHIELD razem wzięte. Myślisz, że usycham za nim z tęsknoty, co? Wcale nie. Po prostu jestem produktywny.

— Usychasz z tęsknoty niczym kaktus na środku pustyni, Tony, a w dodatku podkochujesz się w Lokim. — Clint odrzucił ścierkę, żeby móc wskazać Tony'ego palcem wskazującym. — Przyznaj się do swojego koszmarnego gustu. Zaakceptuj go. Stań się jednością ze swoim penisem.

To było o wiele za dużo bzdur, żeby wziąć je na poważnie.

— Nie chcę słuchać o tym, jak paskudny mam gust, kiedy gładzisz kostkę robota. Jak mocne są opary tej pasty?

— Naprawdę mocne — przyznał Clint. — Wydaje mi się, że chciałem po prostu powiedzieć, że nikomu nie będzie przeszkadzało, jeśli wreszcie powiesz, że się martwisz. Wszyscy wiedzą, że ty i Loki mieliście jakiś pokręcony związek. Poza Thorem rzecz jasna. Zamierzasz mu w ogóle kiedyś powiedzieć, że dostałeś świra na punkcie jego brata?

Tony pokręcił głową, czując się dziwnie zaniepokojony. Związek. Nie brzmiało to dobrze. Współpraca miała mniej poważny wydźwięk, była wygodniejszym określeniem. Wszystko poważniejsze od tego ciążyłoby mu w żołądku niczym głaz.

— Teraz to i tak nieważne. Już po pożegnaniach. — Które brzmiały na całkiem cholernie ostateczne. Może Loki chciał w ten sposób powiedzieć, że już nie wróci, nawet jeśli wygra. Może ta cała wizja miała tylko odwrócić jego uwagę.

Clint prychnął.

— Jasne, jakby ten ogarnięty obsesją drań był w stanie cokolwiek zakończyć bez przejmowania władzy nad światem albo dwoma.

A w każdym razie jeśli to coś miało dla Lokiego jakieś znaczenie. Ale czas, który spędzili wspólnie, był zależny od umów i rozejmów, a nie potrzebowali teraz ani jednego, ani drugiego. Może skumał się na powrót z Doomem i teraz razem śmiali się z jego głupiego e-maila.

Może Tony nigdy nie dowie się, co się tak naprawdę wydarzyło.

Tony ponownie odświeżył stronę. Nic. Podniósł berło Lokiego i zaczął zaciskać jego klamry. Jedyną alternatywą, jaką miał, było powolne staczanie się w otchłań szaleństwa. Albo wycieczka na Latwerię. Co w sumie było jednym i tym samym.

— Komuś tutaj kogoś brakuje — wymamrotał Clint, siedząc na czworaka i pocierając okrężnie pokrywę łydki Jarvisa.

— Jarvis, proszę, poraź go prądem.

Wrzask, który rozległ się chwilę później w warsztacie, wbrew pozorom sprawił, że Tony zaczął postrzegać przyszłość w nieco jaśniejszych barwach.

— Chodziło mi tylko o to, że powinieneś najpierw zapuścić kozią bródkę, zanim ją zgolisz. Tak żeby zobaczyć, czy ci się spodoba. — Tony uniósł nieco kubek. — Hej, spróbuj tego. To nowa mieszanka.

Thor przyjął kubek kawy bez słowa protestu, a następnie wziął pełen namysłu łyk, który powinien był wypalić mu język. Z wyrazu twarzy boga piorunów nie dało się nic odczytać, kiedy ten oddał Tony'emu kubek.

— I jak? — zapytał z ciekawością Steve znad gazety. — Bardzo zła? — Niedzielne poranki z jego ulubionymi półnagimi blondynami były zawsze zabawną sprawą. Tony'emu ich brakowało. A co więcej, brakowało mu Thora, który próbował jego najnowszego niesamowicie drogiego kawowego zakupu, i obserwowania, jak jego twarz marszczy się niczym suszone jabłko.

— Smak nie jest nieprzyjemny — stwierdził Thor, czym zaskoczył ich obu. — Przypomina ziemię uprawną i tytoń. — Obaj zaczęli się na niego gapić.

— Daj mi to — powiedział Steve, pochylając się, żeby zabrać kubek z rąk Tony'ego. Skosztował jego zawartości, po czym natychmiast zaczął kaszleć. — O mój Boże. Gdyby piekło miało smak, byłby on właśnie taki. Gdzie ty znajdujesz takie rzeczy? — Wręczył kubek Thorowi, jakby chciał ochronić Tony'ego przed tym smakiem. Ale ostatecznie Asgardczycy byli inni. Tony mógłby najprawdopodobniej wlać Thorowi do gardła czystą lawę, a ten tylko skomentowałby jej gęstość.

— Mam swoje źródła.

Steve wyglądał, jakby miał zaraz wytknąć mu, że to nie odpowiedź, kiedy przerwał im Jarvis:

Proszę pana, otrzymał pan pocztę. — Tony nie przegapił subtelnego nacisku położonego na słowo „poczta". Rozparł się wygodniej na kanapie i spróbował powstrzymać się przed jakąkolwiek gwałtowniejszą reakcją.

— Tak? Coś ciekawego?

Dwie nowe wiadomości. Pierwsza składa się głównie z ciągu przekleństw w kilku językach obcych. Mam obecnie pakiet danych na bezpiecznym serwerze. — Jarvis zamilkł, po czym dodał: — Treść drugiej wiadomości to, cytuję, „Ona tutaj jest. Fala zimna była raczej niespodziewana".

Thor odstawił kubek z kawą z brzęknięciem na stół.

— Fala zimna? Ona? Od kogo jest ta wiadomość?

Tony uniósł ręce w obronnym geście.

— Chwila, moment. Jarvis, przeskanuj pomieszczenie pod kątem sygnatur energii. Poszperaj w wiadomościach. Czego by nie robiła, z całą pewnością ma publiczność. — Tony odwrócił się do Steve'a i Thora i oznajmił: — Zanim zaczniecie się niepokoić, po prostu mi zaufajcie. Zwabiłem Amorę z powrotem, żebyśmy mogli zakończyć to wszystko.

— Co niby? — zapytał Steve z zaskoczeniem. — Thor wrócił, nie mamy powodu, żeby z nią walczyć. A poza tym Thor nie może jeszcze walczyć. Tony…

Proszę pana, wydaje mi się, że mamy problem. — Jarvis włączył telewizję, gdzie programy informacyjne już zdążyły oszaleć, zalane informacjami. Tony wpatrywał się w ujęcie pokazywane przez wszystkie stacje, a każdą z nich pod innym kątem.

— …najwyraźniej otworzył się portal, przez który wydaje się dostawać do naszego świata burza śnieżna…

— …nasz reporter nie może podlecieć helikopterem bliżej, ale to chyba jakieś olbrzymie niebieskie człekokształtne stworzenia…

— …magiczna bitwa w sercu tej inwazji…

— …cywile zostali ostrzeżeni, aby nie wkraczać na ten teren niezależnie od wszystkiego, póki sytuacja nie zostanie opanowana.

Na Ziemi pojawili się lodowi olbrzymi. Mnóstwo lodowych olbrzymów. Nie czterech, jak w jego wizji. Zdecydowanie więcej niż sześćdziesięciu. A w dodatku znajdowali się na środku Madison Square Garden.

I do tego jeszcze o, tam, w samym centrum tej zbieraniny, znajdowała się blondynka ubrana na zielono, śmiejąca się z klęczącej przed nią postaci. Postaci, którą dwaj lodowi olbrzymi niemalże rozsmarowywali na betonie.

Loki. Z którego została tylko plama czerni, zieleni i czerwieni.

Ale wciąż żywa plama.

— Bracie — wyszeptał Thor ze wzrokiem wbitym w malutką postać na ekranie otoczoną ze wszystkich stron. Jego twarz była blada jak ściana, ale w oczach miał chłód i wykutą w kamieniu determinację.

A potem wyciągnął rękę.

— Do mnie, Mjölnir.

Tony patrzył, jak młot bitewny przebija się przez każdą ścianę dzielącą Thora od miejsca, w którym do tej pory leżał i odpoczywał, oraz obsypuje ich wszystkich tynkiem. Steve osłonił sobą Tony'ego przed wściekłym bogiem akurat na czas, bo sekundę później błyskawica wypełniła pokój niesamowitą feerią świateł i głośnym grzmotem, po czym roztrzaskała szyby we wszystkich oknach i oślepiła Tony'ego.

— O Boże, moje oczy — jęknął Tony w ramię Steve'a, kiedy światło znikło, pozostawiając olbrzymie zielone plamy na jego wizji. — Dwuznaczność niezamierzona.

Steve zrzucił z siebie Tony'ego i spojrzał na Thora. Po tak długim czasie, w którym widzieli go w dżinsach i koszulkach jako patrzące na nich pustym wzrokiem ciało, prezentował się naprawdę przerażająco w pełnej zbroi. Jego czerwona peleryna, nietknięta chaosem w pokoju, falowała niczym sztandar wojenny. Tony był tak blisko, że widział, jak oczy Thora błyszczą od elektryczności, choć facet był blady jak prześcieradło. Thor nie był na to nawet w połowie gotowy.

— Moi przyjaciele — zaczął Thor, ale Tony zdążył już wylecieć biegiem z pomieszczenia.

— Jarvis! Przygotuj arsenał — krzyknął, starając się znaleźć w windzie tak szybko, jak tylko się da. — Załaduj Ocieplacze, Impas i berło. Zainicjuj moduł walki w przenośnym systemie operacyjnym. Masz licencję na zabijanie. Klasyfikacja wróg/przyjaciel ma uwzględniać Lokiego Laufeysona jako naszego dobrego kumpla. Trzymaj się go, jakby ktoś cię przykleił Kropelką. Pełnowymiarowa rola ochroniarza, Jarvis, wiesz, o czym mówię.

Tak, proszę pana. Wykonuję rozkazy. Protokół Costner został podniesiony do najwyższego priorytetu.

Cóż, miałem ochotę na ostateczną rozgrywkę przez cały ten czas, pomyślał Tony, kiedy winda zjeżdżała gwałtownie trzy piętra w dół do jego warsztatu. Miał zabawki, urazę i nadmiar energii po kawie. Był tak gotowy na tę walkę, jak tylko mógł być.

Miał też coś do udowodnienia pewnemu bogu oszustw.

Tony wszedł do arsenału, zbroja otoczyła jego ciało, a kiedy jej komunikatory się włączyły, usłyszał Steve'a:

Mamy dzisiaj do wygrania niezłą walkę — powiedział ponuro. — Wysyłam wam współrzędne. Nie jest to coś, w co normalnie się angażujemy, ale mamy dług do spłacenia.

Wnętrze hełmu Tony'ego rozbłysło na niebiesko od otrzymywanych danych. Zamrugał, patrząc na odczyty częstotliwości, po czym uśmiechnął się tak szeroko, że aż zabolały go mięśnie twarzy.

Dane wysyłane przez Steve'a były transmitowane do wszystkich.

Avengersi, roznieśmy ich w pył.